Witajcie!
Mimo tytułu mogącego kojarzyć się ze złymi emocjami, nie, spokojnie, mnie się chce śmiać.
A wszystko przez roboty drogowe, ale, kolejno. 🙂

Wszystko zaczęło się dzisiaj około godziny 15:10, kiedy to skończyły się lekcje.
Ja zwykle wracam autobusem z pewnego przystanku, na którym od początku tego roku są prowadzone prace drogowe.
Dobra, poprawka, nie na terenie przystanku, a w drodze ze szkoły do przystanku.
Oznacza to dla mnie od września ciągłe poszukiwanie jakiejś ścieżki, drogi by przejść przez jezdnię, na której zdarto asfalt.
Problematyczne, ale wykonalne, jedyna trudność w tym, że ścieżka ta wytyczana jest za każdym razem w innym miejscu.
Ale dzisiaj było inaczej.
Miałem piękną wizję, w której wracam ze szkoły, jestem koło 15:40 w domu, jem obiad, witam się z rodzinką, coś tam pewnie opowiadam.
Wszystko dlatego, że komuś obiecałem pomóc w nauce, więc chciałem ten czas znaleźć.
Ale roboty drogowe postanowiły inaczej…

Kiedy dotarłem na miejsce, poza hałasem, zauważyłem, że cały chodnik trzęsie się, jakbym był na pokładzie wahadłowca kosmicznego, a nie na asfalcie.
Sądząc po dźwiękach, chyba odpalili młoty pneumatyczne.
Żeby było lepiej, w tym hałasie, w którym ledwo słyszałem własne myśli, nie znalazłem przejścia, z resztą, nie szukałem też zbyt długo, uznając, że bezpieczniej będzie się wycofać, niż wylądować na dnie jakiejś dziury albo zginąć pod młotem pneumatycznym. 😀
Może i byłby sposób na przejście tam, może dałbym radę, pewnie tak, ale przyznaję uczciwie, zastane warunki przekonały mnie, by nie sprawdzać. 🙂
W każdym razie, opuściłem tamten teren.
Plan wyglądał prosto, pójść na inny przystanek i z niego pojechać.
No ok, poszedłem na inny przystanek i, niespodzianka…
Z powodu remontów drogowych kilka ulic dalej… Wyłączono go z ruchu.
Świeetnie, uznałem więc, że trzeba znaleźć inny przystanek.
I tutaj zaczyna się zwiedzanie miasta. 😀

Może to dziwnie zabrzmi, ale nigdy nie potrzebowałem korzystać z innych przystanków.
Czy to jechałem do szkoły, czy na rynek, czy nawet do parku się z kimś spotkać w Wejherowie, zawsze wysiadałem pod szkołą.
Jeszcze zanim stała się moją szkołą, po prostu ten przystanek to bardzo dobry punkt orientacyjny, do którego można trafić zewsząd.
W związku z tym nigdy nie potrzebowałem korzystać z innych.
Na szczęście, po omyłkowym wtargnięciu na kilka podwórek, przystanek odnalazłem.
Ale na autobus musiałem czekać pół godziny, albowiem gdyż z racji mojej eksploracji terenu po prostu na poprzedni nie zdążyłem.
A może wy podzielicie się wskazówkami na szybkie orientowanie się w terenie obcym?
Przyznaję uczciwie, prawie wszystkie moje doświadczenia w orientacji przestrzennej po otwartym terenie zbierałem samodzielnie, po prostu chodząc z laską po okolicach. 😀
Wracając jednak do historii, pewnie myślicie, że wysiadłem z autobusu na przystanku w Bolszewie i poszedłem prosto do domu?
Nic z tych rzeczy, to nie mogło tak szybko się skończyć.
Przystanek, na którym zwykle wysiadam, znajduje się pod biblioteką, jakieś 5 minut drogi od domu.
Są jeszcze trzy na których zdarza mi się wysiąść, a z innych też spokojnie dojdę, nie ma problemu…
Ale…
Kierowca chyba uznał, że nieco mi utrudni sprawę i zatrzyma się…
Między przystankami.
I nie tyle dojście do domu stanowiło problem, co orientacja, eee, gdzie ja właściwie jestem…
I nie, bynajmniej nie jest to godzien tej postrzelonej, prawie 2-godzinnej drogi do domu, oo nieee.
Bo potem czekałem sobie na ulicy, dosłownie.
Jakieś 10 minut, nim jakiś samochód zauważył, ejj, to chyba przejście dla pieszych, a ten niewidomek ma chyba zamiar przejść. 🙂
No ale skoro to się udało, dotarłem do domu, gdzie z kolei przywitał mnie kot z dość dziwnymi pomysłami zwiadowczymi, ale o tym w osobnym wpisie raczej napiszę. 🙂
Anyway, prawie dwie godziny ze szkoły do domu… Rekord pobity!

3 uwagi do wpisu “Nie ma mowy, nie dojdziesz…. Orientacja w nieznanym terenie, czyli o tym, jak popsuć sobie plan na resztę dnia

  1. Wow, świetna historia. 😀 Naprawdę mi się podobała. Ale to coś takiego, jak my jeszcze z Grześkiem nie
    znaliśmy drogi do nas do blokuu, to jak normalnie się idzie piętnaście minut od Metra, tak my wracaliśmy
    godzinę, bo całe osiedle dookoła okrążyliśmy. 😀

  2. LOL, nawet nie wiedziałam, że autobus ma prawo zatrzymać się po między przystankami. Fajnie, jakbyś wkleił
    tę historię na mój wątek o orientacji przestrzennej 😀 Dobra historia, która pokazuje, że niewidomy niemusi
    poruszać się na pamięć, bez znajomości okolicy.

  3. Ja uważam, że ty się poruszasz dobrze, wielu niewidomych, choć to przykre, nie poradziłoby sobie w takiej
    sytuacji. Ale w nieznanym terenie, niestety, wg. mnie najlepszym sposobem na orientację jest po prostu
    pytać. Jak najwięcej pytać, o ile masz kogo. Jak wróciłam z Londynu w wakacje i szłam z kimś widzącym
    w Warszawie, to wystarczyło, żebyśmy się przez 5 minut gdzieś szukali, a ja już miałam w głowie: na Boga
    ojca, w Warszawie jesteś, wokół tysiące ludzi, czemu nie spytasz kogokolwiek! :d WIęc to dobry pomysł.
    Twój też jest chyba niezły, niestety, nie w każdym otoczeniu się sprawdzi. Jak przyjedziesz do Warszawy
    i będę ci, zgodnie z obietnicą, pokazywać, gdzie można dojechać, a raczej, gdzie ja umiem dojechać, krótka
    wycieczka, to na pierwszej lekcji powiem: Dawidzie. Jak masz zamiar okrążyć Warszawę, może ci to zająć
    więcej niż dwie godziny. SPooooro więcej. WYnajmiemy rakietę, dobra? :d

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *