Kiedy po dzwonku z klasy wychodzą popłakani uczniowie i nauczycielka, może to oznaczać, iż albo klasa przejawiała skrajną niewiedzę i ignorancję, albo też była to środowa lekcja matematyki w klasie 3G, z której wyszliśmy rycząc ze śmiechu. Tak, drodzy Państwo, możliwe jest wyjście z lekcji z płaczem ze śmiechu.
A wszystko zaczęło się od sinusa.

Wpisu typowo pamiętnikowego nie było tu od dawna, niemal od miesiąca, bo ostatnio opisywałem nasze próby pozbawienia Gdyni ważnego ośrodka naukowego, ale było to aż 10 lutego, dziś mamy 9 marca, a zatem długo pozostawiałem was w niepewności co do kolejnych wytworów mojej wątpliwej normalności.

Co przyniósł ostatni miesiąc? Szczerze, dość sporo, jednakże większość tych wydarzeń miała charakter drobny i nie warto było ich tutaj opisywać lub po prostu na opisywanie ich nie miałem weny albo ochoty. Dzisiaj więc pozwólcie zrobić mi mały przekrój.

Tak w zasadzie, to w moim życiu wszystko pozostaje niezmienione, matura zbliża się wielkimi krokami, a więc większość mojego czasu koncentruje się na nauce. Z drugiej jednak strony, szkoła ma tę cechę, iż zawsze dostarcza nam wydarzeń wartych opisu, za to między innymi ją lubię nawet, jeśli jest naprawdę męcząca.

Zacznijmy od tego, że przewinęła się w między czasie impreza urodzinowa Kuby, ambuloceta, który dobił wieku lat dwudziestu jeden. Z tego miejsca raz jeszcze zwracam się do niego z kondolencjami i deklaracją współczucia w związku z tak sędziwym wiekiem, tylko czekać, a będzie z niego staruszek jak się patrzy.

Po drugie, jestem po próbnym egzaminie CAE, pisaliśmy go 4 marca, nie dostaliśmy jednak jeszcze wyników, tak więc nie wiem jak wiele błędów popełniłem.

I tak w sumie, z perspektywy obiektywnego obserwatora, chyba nic więcej się nie stało. Ale czy na pewno?

Zacznijmy od pewnej przygody kolejowej. Nie, spokojnie, nie zepsuł się żaden pociąg, którym jechałem, eeeeee, hmmmm, kogo ja oszukuję?
Jakoś ze trzy tygodnie temu jechaliśmy z Olą i Maksem do Gdyni. Pociąg, do którego wsiedliśmy, nie był pierwszej młodości, drugiej też nie. W sumie trzeciej także nie.
Bardziej nadawał się do muzeum, niż na tory, trzeszczał, że ledwo było słychać rozmowy, trząsł się niemiłosiernie, a w dodatku przy hamowaniu wydawał dźwięki takie, jakby ktoś kroił metal. Wziąwszy pod uwagę nasze kolejowe przygody, o których już tu na blogu pisałem, bałem się, że wszystko skończy się powtórką z rozrywki i wtórnym powitaniem z wyjściem ewakuacyjnym. Całe szczęście oszczędzono nam tego i ku naszemu niebotycznemu zdumieniu, poważnie nie wierzyliśmy w to, pociąg dotarł na miejsce.
Kiedy jednak kilka godzin później wracaliśmy z Gdyni dowiedzieliśmy się, iż wystąpiły opóźnienia. W rezultacie czekaliśmy na pociąg powrotny niemal kwadrans dłużej. Dlaczego się zapytacie?
A no podano informację o przyczynie, parafrazując, nierozkładowej jazdy pociągów. Mianowicie, zepsuł się pewien skład. Powiem tak. Ja chyba wiem, który.

Skoro już o sprawach z Gdynią związanych mowa, muszę wam wytłumaczyć, w jaki sposób siebie pogrążyć.
Jeden z ludzi uczęszczających na kurs angielskiego próbował powiedzieć, że sytuacja na obrazku jest głupia. Zestresował się jednak i wyszło z tego zdanie:
It’s hard to do such a foolish thing as what I just did.
Trudno jest zrobić coś tak głupiego, jak to, co właśnie zrobiłem.
Taaaa, nie ma to jak przypadkiem samego siebie zripostować.

Mówiłem wam, że ja z początku miałem wątpliwości co do pójścia do klasy matematyczno-fizycznej?
Nie, nie zwariowałem, ja zawsze lubiłem matematykę i fizykę. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy, ja przez te trzy lata z fizyki niewiele się nauczyłem, bo materiał licealny po prostu znałem, sytuacja matematyczna wygląda lepiej. Gdybym miał taką możliwość, udałbym się do klasy matematyczno-chemicznej, bo zawsze chemię lubiłem, a jakoś nigdy nie poznawałem jej na własną rękę w tym stopniu, co fizykę. Nawet rozważałem pójście do klasy o takim profilu i pisanie matury mimo wszystko z matematyki i fizyki.
Jednakże, klasy takiej nie utworzono na moim roczniku, a więc wygrał matfiz. Coraz bardziej jednak tego żałuję, ponieważ mam wrażenie, że bym się na tej chemii spełnił. Dlaczego?
Ostatnio miałem okienko, które przesiedziałem, swoim zwyczajem, w szkolnej czytelni. U nas jest coś w rodzaju świetlicy bardzo nieoficjalnej, konkretnie jest to galeria szkolna, do której jednak ktoś kiedyś wniósł stoliki ze względu na spotkanie z jakimś artystą i tak zostało, to stare dzieje jeszcze z przed naszej bytności w tej szkole.
Tak więc na drzwiach nadal widnieje informacja, że to galeria szkolna, w istocie jednakże jest to miejsce spotkań uczniów, od czasu do czasu pełniące funkcję galerii szkolnej.
Ja jednak wolny czas wolę spędzać w bibliotece, jest tam ciszej, nie toczą się ciągłe, głośne rozmowy. Ja zaś, w zasadzie, często wtedy czytam.
Tym razem było jednak inaczej, gdyż razem ze mną czekała trójka osób z biochemu, tak więc wdaliśmy się, w cichą oczywiście, spokojnie, rozmowę o chemii.
Kiedy, rozmawiając o estrach, usłyszałem zdanie typu: trudno jest przeprowadzić reakcję nitrowania, jak próbowaliśmy na lekcji uzyskać nitroglicerynę, nie wyszło, no cóż… Żal ścisnął mi serce, iż przy tym nie byłem obecny.
Gdyby ktoś nie wiedział, pamiętajcie dzieci, nitrogliceryna to napój, bardzo, ale to bardzo, gazowany. Każdy, nawet najmniejszy, wstrząs grozi wytryskiem piany. Napój ten zdaje się idealną opcją dla ludzi chcących się odrobinę rozerwać (#Nonsensopedia).

Z wieści informatycznych, ostatnio reorganizowałem sieć komputerową w domu i firmie taty. W firmie pojawiły się problemy natury licencyjnej, ok, teraz biuro stoi na Linuxie Debianie i wszystko śmiga, jak trzeba.
Inna sprawa to komputery domowników. Mój brat ostatnio skarżył się, że jego komputer działa strasznie wolno.
Teza: dla dowolnego komputera wydajność właściwa jest wprost proporcjonalna do wydajności początkowej i odwrotnie proporcjonalna do czasu, jaki spędza przy nim mój brat tak, że ostateczna wydajność jest mniejsza lub równa tej, jaką oferuje przeciętny kalkulator kieszonkowy.
Badania: po zorientowaniu się, że rejestr ma tam rozmiar 2GB, zużytych jest 1760GB powierzchni dyskowej, średnie obciążenie CPU po starcie (4,5GHz, 4 rdzenie) wynosi 62 procent, zużycie pamięci operacyjnej 8GB, nie znaleziono żadnych przesłanek dla badanego materiału, by stwierdzić, że powyższa teza jest niepoprawna dla dowolnego przedziału przyjętej dziedziny badawczej.
Dalsze badania: po stwierdzeniu 328 aktywnych procesów, 84 pozycji w autostarcie, 111 aktywnych usług, 28 sterowników firm trzecich oraz 14 niezidentyfikowanych dodatków do Firefoxa, uznano, że zebrane dane są wystarczające, by uznać powyższą tezę za prawdziwą, co było do dowiedzenia.
Widząc śmietnik, jaki się na tym komputerze zaległ, podjąłem chyba jedyną słuszną decyzję o reinstalacji systemu. I teraz śmiga to, jak należy, ciekaw jestem, do kiedy.

Na koniec pozostawiam, jak zwykle, to o czym mowa w tytule, mianowicie, środę, konkretnie lekcję matematyki.
Wszystko zaczęło się od sinusa. Kiedy weszliśmy do klasy, a nie było jeszcze nauczycielki, na tablicy widniały podstawy trygonometrii, pewnie poprzednią lekcję miała nauczycielka z którąś z klas pierwszych.
Były tam więc zaznaczone sinusy, cosinusy, tangensy, cotangensy w trójkącie prostokątnym. Najpierw stwierdziliśmy, że pierwszoroczniakom współczujemy, bo jeszcze nie wiedzą, jaki horror ich czeka. Potem jednak ktoś zapytał, skąd wzięła się nazwa secans, czytamy sekans.
Na to kolega stwierdził, iż sekans wziął się stąd, że ktoś nim posiekał trójkąt i została z tego tylko sinusoida.
Mimo wejścia nauczycielki do klasy, wcale jednakże nie zaprzestano tej niezwykle fascynującej dyskusji.
Analiza tangensoidy doprowadziła nas do przeświadczenia, że wykres tangens x doskonale charakteryzuje nasz zapał do nauki. Na początku jest poniedziałek, potem w górę rośnie, to wtorek, środa, czwartek, aż w końcu przy piątku nasz zapał dąży do nieskończoności. Miejsca nieciągłości tangensa to zaś, no cóż… to ci, co się nie uczą.
Wraz z upływającymi minutami lekcji, poziom naszej głupawki nieustannie wzrastał, z resztą Pani wiernie nam w tym towarzyszyła.
W pewnym momencie przystąpiła do rozdania sprawdzonych prac klasowych. Podała jedną koledze, który od razu zapytał, czemu ma za jedno zadanie zero punktów?
Na to pani stwierdziła poważnym głosem, że przecież tu nic nie ma napisane. Po tym, jak kolega twierdził, że przecież zapisał dziedzinę, podała mi kartkę z pytaniem czy widzę, żeby coś było tu napisane.
Naturalnie odpowiedziałem, że nie, nic nie widzę, na co pani stwierdziła, że jest świadek, nic nie ma napisane. Ale, nie róbcie sobie złego wrażenia, to był oczywiście żart, pani przyznała, że dziedzina jest i punkty doliczyła.
Myślicie, że to koniec? Nie, to dopiero początek.
Następny etap zaczął się od literówki, tak, literówki. Było zadanie, w którym pojawiła się stopa jako brytyjska miara. Kolega jednak zapisał stopa przez dwa p, stoppa. Na to, dowodząc tego, że jest zdrowy na ciele, ale nie koniecznie na umyśle, kolega siedzący za mną wyrwał się nagle twierdząc, że stoppa to taka kappa, tylko, że sto. Niniejszym zaświadczam, on naprawdę nie był pod wpływem alkoholu, to efekt głupawki.
No więc, jakkolwiek zdanie to miało wartość merytoryczną zerową, doprowadziło do kolejnej fali śmiechu.
Jakie były efekty? Pani podeszła do tablicy i zaczęła zapisywać jakieś dane, pomyliła się w czymś i kolega z klasy ją poprawia. Tylko jak poprawia?
Poprawia ledwo mogąc ze śmiechu, a więc nie dziwcie się, że trochę się zapomniał. Cała klasa próbuje mu dyskretnie zwrócić uwagę, że coś jest nie tak, ale on nie przykłada do nas atencji tylko do pani nadaje: no dawaj tego iksa z lewej, nie tu, u góry, tak, dobrze, o i jeszcze odejmij jedynkę, nie, nie, nie, nie, nie tutaj, równanie wyżej, o tak, bardzo dobrze.
Jakoś po trzydziestu sekundach takiego monologu, a pani naturalnie robiła, co kazał, zauważył, że, eeee, chyba coś jest nie tak. W tym momencie nauczycielka popłakała się ze śmiechu po raz pierwszy, lecz nie ostatni, to dopiero pierwszy kwadrans lekcji był.
Chwilę później kolejna znamienna scena: kolega się wyrywa: proszę pani, mam głupie pytanie. Na to pani: nie ma głupich pytań. W tym momencie odezwała się koleżanka: ale to przecież pyta Mateusz. Na to nauczycielka: aaa, Mateusz? Nie zauważyłam. W takim razie są.
W tym momencie nawet ja nie wytrzymałem i dalsze notowanie na laptopie zostało skutecznie utrudnione przez łzy śmiechu cieknące z mych oczu na ławkę.
Matematyczna głupawka trwała jednak w najlepsze i wcale nie miała zamiaru się kończyć, co to, to nie.
Pani poprosiła kolegę, Mikołaja, o przeczytanie zadania. Zaczynało się ono słowami: niech dana będzie skończona ilość punktów. I tak dalej, i tak dalej. Ale, że głupawka miała się dobrze, Mikołaj czyta:
Niech dana będzie skończona. Nagle urwał, chlipnął cicho i zawołał: Dana? Skończona? Nieee! Danka, Danusia, za co? Ja dzwonię na policję, na prokuraturę, oni nie mogą z tobą tak po prostu skończyć! Przecie ty jeszcze młoda jesteś!
I tak sobie mijała lekcja matematyki i jedyne, co się zmieniało, to poziom głupawki, którego granicą zdecydowanie jest nieskończoność. Na pożegnanie z nami pani stwierdziła, że zastanawia się czy nie pomyliła szkoły ze szpitalem psychiatrycznym. Na to kolega ją uprzejmie poprawił, że raczej z zoo, bo przecie tu same małpy.
Do końca dnia z trudem powstrzymywałem śmiech, szczególnie na kolejnych lekcjach. Co chwila słyszałem jednak z tyłu podejrzane parsknięcia myślę więc, że nie tylko ja walczyłem dzielnie, by nie zrobić z siebie idioty przed którymś z pedagogów.

Z pozdrowieniami,
Dawid Pieper,
Śp. prof. I.

19 uwag do wpisu “Matematyko, przez Ciebie to płakałem! O tym, co przyniosły ostatnie dni.

  1. Lekcja musiałabyć przednia, bo i mnie rozśmieszyło jak to czytałem. a najlepsze było jak bestrosko do
    nauczycielki dawaj tego x’a o tu itd. Mnie interesują wpisy z codzienności.

  2. Myślę, że i mnie by rozśmieszyła ta głupawka jakbym tam była.
    Też zaczynam programować w .necie jak ten programista z piosenki.
    Interesują mnie wpisy z codzienności. Może nie zawsze komentuję, ale czytam.

  3. Dawidzie, cieszę się że mogłyśmy doprowadzić cię do płaczu, oczywosxie ze śmiechu 😀
    Twoje opowiadania o lekcjach matematyki jednak, wygrywają wszystko 😀 dawaj ich więcej!
    I pamietaj o „pani trudniącej się narządem” 😀

  4. Paaaadłam i nie wstałam. No leże, po prostu leżę i nie wstaję. 😀 😀 😀
    Tak, Dawidzie, pamiętaj o pani trudniącej się narządem. 😀 😀 😀

  5. Zaraz ci skomentuję, ale Dawidzie, nie przesadzaj, ty i tak masz sporo komentarzy, poza tym takie wpisy
    pozwalają też się podzielić równocześnie z, nawet kilkoma, osobami. WIęc i dla ciebie wygodniej i dla
    tych użytkowników, któzy nie zawsze komentują. A już parę razy mówiłam, że pamiętnikowe są the best.
    xddd. Reszta komentarza potem

  6. Ja nie wiem, czy by cię… a nie, sorki. CHciałam powiedzieć, że różnie tej chemii niewidomych uczą, ale przypomniałam sobie waszą chemiczkę, już nic nie mówię.
    Poza tym, niby dlaczego to takie głupie zaprosić mnie na studniówkę? Ja bym chciała, żeby mnie ktoś kiedykolwiek zaprosił. :p
    O, mój komputer chyba też tak działa! Musisz nań zerknąć.
    Czemu ty nie nagrywasz tych lekcji?!
    Jak na przedsiębiorczości mieliśmy kiedyś o dniu przedsiębiorczości, to miała miejsce podobna sytuacja z psychiatrykiem. Wtedy się idzie obserwować pracę w jakiejś firmie, no, ogólnie, gdzie się chce. Usłyszałam, że dziewczyny jakieś kiedyś były w zakłądzie psychiatrycznym, ucieszyłam się, że: o, to ja też tak chcę! Na co jedna z koleżanek poradziła mi, żebym jednak nie szła, bo mnie nie wypuszczą.

  7. Sytuacje matematyczne wymiatają. Swoją drogą, już lubię Twoją nauczycielkę, skoro potrafi się pośmiać
    z Wami i nie obraziła się nawet, jak kolega mówił do niej per ty. Chętnie poznałabym również szczegóły
    głupawki z Natalką i Angeliką, chyba że któraś z nich zdążyła już ją opisać na własnym blogu. No i ja
    też czytam wpisy o sprawach codziennych, jeżeli oczywiście czas mi pozwala, ale ostatnio nie zawsze mam
    pomysł na konstruktywne komentarze.

  8. Hahaha, no pisz takie swoje wpisy, bo uwielbiam je. Po prostu, opis zepsucia się komputera twojego brata
    jest genialny. Zwłaszcza, że ja kompletnie nie znam się na tych obliczeniach. :d I ciekawy sen z tym
    zaproszeniem Majki na studniówkę. Widać, że ci gdzieś tam w myślach siedziała, tyle, że to już po studniówce.
    🙂

  9. Haha, czytam i płaczę ze śmiechu. Ta lekcja matematyki musiała być cudoowna. I tak, dzięki tobie, przeniosłam
    się w lata szkolne, które w mym życiu wygasły w 2013 roku. :d Poprawiłeś mi młody człowieku nastrój przed
    pracą, także pójdę do niej uśmiechnięta.

  10. Opisywanie sytuacji związanych z matematyką w Twoim wykonaniu jest mistrzostwem. My niekiedy z historii
    wychodziliśmy w liceum z taką głupawką. Jeszcze na dodatek pani nauczycielka miała bardzo zaraźliwy śmiech.
    A jak to jest Dawidzie mało komentarzy, to ja Cię serdecznie zapraszam na mojego bloga, nie tyle Eltenowego,
    co tego na WordPressie. Wtedy może porozmawiamy. 🙂

  11. Źle mnie zrozumieliście.
    Nie miałem na myśli, że mało komentarzy, a że mało w porównaniu z innymi kategoriami i wpisami.

  12. No i co z tego? Inne wpisy dotyczą rzeczy, że tak powiem, dyskusyjnych często, więc ludzie piszą, bo
    albo się zgadzają, albo nie zgadzają, albo po prostu nie rozumieją, o czym ty mówisz właściwie, no więc
    pytają… różne powody mogą być. xddd

  13. Ja też jestem zainteresowany wpisami z codzienności. Opisujesz je świetnie. Lekcja matematyki całkiem
    niezła, a już badania nad komputerem Kamila wymiatają. Najlepszy dowód, że rozbawiły takiego zgrzybiałego
    staruszka, jak ja. 😀

  14. Ja również jestem zainteresowana wpisami z codzienności. CO do takich głópawek mam Panią wspomagającą, z którą się tak szczerze możńna pośmiać

  15. Tak jakby co, jeżeli to wciąż ten sam, to zaśmiecony komputer wytrzymał bez reinstallu całe 2 lata i 2 miesiące. Byłam, widziałam. Także ten.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *