Pewnego dnia informatyk złowił złotą rybkę. Ta, jak zawsze, zgodziła się spełnić jego życzenie, jeśli tylko ją wypuści.
Informatyk – jako, że serce miał złote – zaraz poprosił o pokój na świecie.
Rybce jednak na to zrzedła mina. Poprosiła o pokazanie jej mapy.
Informatyk zrobił, jak kazała.
Rybka, przyjrzawszy się zarysowi świata, niepewnie rzekła:
– Ten świat jest tak duży, a ja jestem jeszcze małą złotą rybką. Przepraszam, ale nie dam rady. Nie możesz poprosić o coś prostszego?
Informatyk, dobrze ją rozumiejąc, zwinął mapę, po czym przez chwilę się zamyślił i w końcu powiedział:
– W takim razie, złota rybko, spraw proszę, by Windows się nie wieszał.
Rybce oczy niemal z orbit wyszły, zamrugała, uroniła kilka łez i w końcu poprosiła, by… raz jeszcze pokazał jej mapę.

Powyższe chyba doskonale ilustruje odbicie moich emocji w stosunku do produktu Microsoftu. Co ciekawe, moja frustracja i irytacja rośnie w stosunku przynajmniej kwadratowym do czasu – od stadium, w którym mam ochotę wirusa zwanego Windowsem usunąć, do tego, w którym już zaczynam pakować się z wycieczką do Redmont.
Gdyby nie fakt, że istnieje jednak odtrutka zwana Linuxem, istnieje pewna doza prawdopodobieństwa, że laptop, z którego to piszę, dawno wyleciałby przez okno.
Ja jestem w stanie zrozumieć, nie, przepraszam. Ja mogę wytrzymać wieszanie się od czasu do czasu, ale kiedy kolejna aktualizacja sprawia, że nie działają narzędzia programistyczne, także od Microsoftu, krew mnie zalewa.
Kiedy ta sama aktualizacja z bliżej nie określonej przyczyny czyści mi kilka wartości poustawianych w group policy, mam zamiar wyć jak pies do Księżyca.
A kiedy na dokładkę just intime debugger, jedno z najważniejszych narzędzi do analizy wykonywania aplikacji, powoduje bluescreena, już tylko bezsilnie pragnę usiąść i rzewnie się rozpłakać nad losem informatyka.

Pewnie bym tak nie narzekał, gdybym nie miał dostępu do dwóch doskonałych przykładów, że to można zrobić dużo, dużo, dużo lepiej. A przykłady te to Mac i Linux.
A zatem, by czegoś za chwilę nie doprowadzić do stanu, w którym znajdzie się w kilkudziesięciu kawałkach, lepiej będzie dla mnie napisać wpis na bloga.
Obecnie jestem gdzieś między Mazurami a Wejherowem i błogosławić chcę dyski półprzewodnikowe za to, że mogę pisać ten tekst w samochodzie bez obaw o rozpadnięcie się talerza w laptopie na kruszynki wszystkich znanych ludzkości elementów elektronicznych.

Oględnie mówiąc, do opisania mam wiele.
W czasie okołomaturalnym zabrakło mi weny, co oznacza, że teraz będzie wiele nadrabiania.
Na pierwszy ogień biorę moją wyprawę Warszawską.

Czy sens ma wybieranie się przez pół Polski do miasta stołecznego, na kilka godzin? Prawdopodobnie nie. Nie zmienia to jednak faktu, że ja jak najbardziej coś takiego zrobiłem tylko poto, by spotkać się z kimś.
Żeby ode mnie dostać się do stolycy, najpierw należy pojechać autobusem do Wejherowa, stamtąd pociągiem do Gdyni, a z Gdyni już pendolino do Warszawy. W sumie zależnie od połączenia od czterech do pięciu godzin całość trwa, więc, szczerze, niewiele.

Całość szła całkiem nieźle do momentu, gdy znalazłem się w Gdyni Głównej. Zaczepiłem jakąś kobietę.
– Dzień dobry. Czy wie Pani może, skąd odjeżdża pociąg do Warszawy?
– Z peronu trzydziestego czwartego.
Grzecznie podziękowałem, ruszyłem dalej, gdy nagle uderzyła mnie myśl, iż… W Gdyni Głównej nie ma trzydziestego czwartego peronu. W sumie to nawet dziesiątego nie ma.
Jak się później okazało, chodziło o peron trzeci. Do dziś nie wiem, jakim cudem Pani stworzyła z niego trzydziesty czwarty ani, tym bardziej, w jaki sposób ja nie zauważyłem od razu, że coś jest nie tak.
Po drodze w ogóle niejaki Kamil napisał mi przez Messengera, że skoro siedzę pod oknem, powinienem podziwiać widoki. Tak, on także nie widzi.
Nie rozumiem w ogóle jego zdziwienia, gdy wysłałem mu zdjęcie zrobione przez szybę. A co, nie chciał popodziwiać ze mną?
W końcu dotarłem do Warszawy, a tam już na mnie czekała… Powiedziałbym:
Dziś spotka Was maleńka, zwinna pszczółka Maja,
śmiała, sprytna, rezolutna Maja
mała przyjaciółka Maja.
Hmmmm, śmiała to ona raczej nie jest. Ale maleńka z pewnością.
Chyba właśnie przybiłem gwóźdźdź do swojej trumny. Więc, jakby był to ostatni mój wpis na tym blogu, wiecie, co się stało.

Z Mają udaliśmy się cudem techniki zwanym metrem najpierw na Młociny, chyba tak to się nazywało. Spotkał tam nas człowiek, który dopytywał się czy wybieramy się do Lasek.
W zasadzie mógłbym tylko podziękować mu za chęć pomocy z tego miejsca, gdyby po pierwszej odpowiedzi, że nie wiemy, pożegnał się. Albo po drugiej. No może trzeciej.
Maja, z początku grzecznie i kulturalnie, potem jakby troszkę mniej cierpliwie odpowiadała, że nie wiemy, musimy do kogoś zadzwonić. W sumie… sześć razy.
Potem, rzeczywiście, wreszcie zadzwonić mogła. No więc stanęliśmy sobie, dwóch niewidomych, przed stacją metra za umową, że Maja będzie rozmawiała przez telefon, a ja w tym czasie będę wszystkim odpowiadał, że nie, naprawdę nie potrzebujemy pomocy.
Swoją drogą, szokuje mnie ilość takich pytań w Warszawie, u nas w Wejherowie raczej nie obserwuję tego zjawiska tak notorycznie.
Skoro się Maja dowiedziała, że na razie siostry Agaty, z którą bardzo chciała mnie zapoznać, w Laskach nie ma, wybraliśmy się na plac Wilsona, gdzie pierwszy raz w życiu zamówiłem obiad z inną osobą niewidomą.
Ja wiem, śmiesznie to brzmi, ale dziwnie się czułem. Wiadomo, ja nie raz w sklepach byłem chociażby po coś do jedzenia, nie raz z kimś, ale z drugim niewidomym? Śmieszne uczucie.
Wiecie w jaki sposób się lokalizuje restauracje w Warszawie? Po zapachu.
Bardzo skuteczna metoda, polecam.

Po owym posiłku, ponownie wybraliśmy się do Lasek, gdzie ja, jak to ja, wykonałem masę nagrań ptaków, które już na tym blogu znajdziecie. W przerywnikach między nagraniami zaś męczyłem Maję zupełnie niepotrzebnymi jej informacjami o każdym gatunku.
I ona mnie jeszcze nie zabiła. W ogóle w ciągu ostatnich kilku miesięcy zdążyła mi zapowiedzieć, że zrobi mi krzywdę tak ze tysiąc razy, ale coś niesłowne z niej dziewczę.

W samych Laskach poznałem kolejną osobę z kadry, siostrę Agatę. W ogóle zaczynam się obawiać, że jak dalej tak pójdzie, więcej osób z Lasek poznam, niż z własnej byłej szkoły.
No cóż, lubię atmosferę tego ośrodka. I chociaż nie chciałbym się tam uczyć na stałe, żałuję, że nie miałem okazji spędzić tam na przykład w gimnazjum kilku tygodni.

Kiedy wróciliśmy na dworzec, kolejna przygoda. Widzicie, bo Maja to taka Warszawianka, hmmm, dobra to odmiana?
Warszawiak… Warszawianka? Warszawiaczka? Eeee, Maja to taka mieszkanka Warszawy, że radośnie się ze mną zgubiła.
I zaufajcie tu ślepotce.
A że z pomocą zaoferowała się dwójka ludzi, chyba jakieś młode małżeństwo, chętnie z niej skorzystaliśmy, po czym zgubiliśmy się… W czwórkę.
W ogóle komplementem dla mnie ogromnym było, że jakoś po piętnastu minutach znajomości z owymi ludźmi, bardzo miłymi swoją drogą, zapytany zostałem, czemu jestem dla Mai tak złośliwy.
No cóż, ja zwykle jestem złośliwcem dla przyjaciół, musicie się przyzwyczaić.
I tak właśnie minął mój bardzo spontaniczny wyjazd do Warszawy.

11 uwag do wpisu “Dawid w wielkim mieście, czyli baaaardzo spóźniony wpis

  1. Dawidzie, czemu tak krótko? Liczyłam na dłuuugi wpis, a tu tak krótko. 😀
    Tak czy inaczej, dobrze, że nie wyrzuciłeś komputera przez okno, a Maja niech Ci krzywdy nie robi, toż nie ma powodu. 😀

  2. Dawidzie, uwielbiam Twoje wpisy, zwłaszcza jeśli niewiele jest w nich bełkotu informatycznego i większość z tego, co piszesz, mogę zrozumieć. To miłe, naprawdę. 😀

    Warszawianka – tak chyba można. W ogóle to się chyba z małej litery piszę i tego już pojąć nie mogę.

    Coś jeszcze miałam… Że do Warszawy na kilka godzin jechać warto… No pewnie…

    Wiem! Naprawdę dziwne, że się zdziwił chłopak, że zdjęcie wysłałeś. To Ty, z dobroci serca, chcesz mu umożliwić podziwianie widoków, a on takie akcje odstawia? Kto to widział? :O

  3. Zgubić się w mieście, to jeszcze nic, gdy jest się z niewidomym, ale zgubić się w mieście z niewidomym i dwójką osób widzących? Tak można zrobić jedynie w toważystwie Dawida.
    Tak, warszawianka to dopuszczalna forma i raczej poprawna.
    Pomijając początek, reszta wpisu przyjemna do lektury. Współczuję komplikacji z systemem Windows na twoim sprzęcie komputerowym, ale w sumie to się dziwie, że jeszcze do tego nie przywykłeś, bowiem w twwoim toważystwie komputery mają zwyczaj odmawiać posłuszeństwa nawet, czy też tym bardziej jeśli ich właścicielem jesteś właśnie ty.
    Pozdrawiam 🙂

  4. Skarbeczku, jakby to gollum powiedział, gdzie ja się z tobą zgubiłąm? Ja się nie gubiłąm, właśnie lokalizowałam skręt. A że oni podeszli pierwsi, niż on był, to nna sprawa, wiedzieli mniej ode mnie. xd. Eeeeee tam, siostra Agata się rozczaruje, nie napisałeś, ja kci się podobało w jej grupie. xd. Młociny, właśnie tak to się nazywało. A, i warszawianka.

  5. Dawidzie, dziękuję ci bardzo! Dałeś mi argument w pewnej dyskusji. 🙂 xd

    I nie zawaham się go użyć. Jako wskazówkę napiszę, że to kolejny gwuźć do twojej trumny. 😛

  6. Super wpis. Ja też mam talent do gubienia się wszędzie. Teraz ja dokładam sobie gwóźdź do trumny, ale nie wiem, czy zauważyłeś, że Maja nazwała Cię skarbeczkiem. Co prawda powołując się na kogoś innego, ale fakt pozostaje faktem. 😀

  7. U mnie też była aktualizacja, ale w nowym komputerze nie dałam jej sobie zrobić, bo z utęsknieniem czekam na Twoją ingerencję w mój stary i nowy sprzęt, a co do siostry Agaty, to błąd niewybaczalny, że prawie ją pominąłeś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *