Dobry wieczór.
Dziś przychodzę do was z czymś, co jest chyba najtrudniejszym przekładem z angielskiego, jakiego się podjąłem.
"Opowieści Kanterberyjskie" wyszły spod pióra Chaucera w XIV wieku.
W dużym skrócie, opowiadają one o pielgrzymce do tytułowego Kanterbery i o historiach pielgrzymów.
Pierwszą ich część stanowi tak zwany prolog ogólny (General Prologue), którego fragment przełożyłem na język polski.

Początkowo chciałem dokonać przekładu całego prologu, ale…
To, co wam pokaże, powstało jednego dnia, a później, gdy siadałem do tego przekładu, zabrakło mi kompletnie weny.
Głównie dlatego, że opowieści są ponoć przetłumaczone już. I choć nie widziałem tego przekładu, jest to w pewnym sensie odkrywanie koła na nowo.
Co prawda przekład polski jest oparty o tekst angielski współczesny, a nie oryginalny średnioangielski, ale pewnie niewielka ta różnica.
Siadając do tłumaczenia, a było to już z miesiąc temu jeśli nie więcej, chciałem sprawdzić czy podołam z tak starodawną formą języka. Podołałem, co mnie bardzo uradowało, całość przekładu, który wam pokaże, powstała w oparciu o tekst oryginalny bez posiłkowania się współczesną angielską reedycją, której jeszcze nie widziałem prawdę mówiąc.

Z drugiej strony, w powrocie do przekładu nie ukrywam przeszkadzała świadomość, że i tak prawdopodobnie nikogo nie zaciekawię. 😀
Mimo wszystko, tych przełożonych 286 wersów, około jednej trzeciej prologu, nie żałuję.
I może jednak kogoś nimi zainteresuję.

Za nieregularną długość wersów przepraszam, ale chciałem w nich zachować dokładną treść oryginalną, a więc wers powiedzmy setny przekładu zawiera dokładnie to samo, co oryginalny wers setny.
Oczywiście, nie jest to przekład dosłowny, zrymowałem go, jak również idiomy i podobne określenia spolszczyłem, ale jest tak bliski oryginałowi, jakim tylko potrafiłem go uczynić.
Mam nadzieję, że mimo moich podejrzeń, kogoś zaciekawi. 🙂

Gdy kwietniem pierwsze deszcze wiosenne
korzeniom po suszach marca przyniosą ożeźwienie,
każdą rzyłę skraplając ożywczym strumieniem,
by świat rozkwitnął zielonym kwieciem;
i gdy Zefir swym oddechem słodkim
napełnił wrzosowe gaje i łąki,
a Słońce przez świeże pędy kwiatów
młody świat podziwia w pół drogi do barana znaku,
gdy lasami melodia piskląt ptasich rozbrzmiewa,
których powieka nawet nocą nie zawiera;
wtedy ludzie przejęci, jak piękna natura,
pielgrzymką wyruszają dziękować za jej cuda;
wędrują z palmami zielonymi w rękach
do świątyń sławnych znanych w dalekich ziemiach.
tedy też właśnie z całej okolicy
do Kanterbery wędrują Anglicy,
hołd pragnąc złożyć męczennikowi,
który wstawił się za nimi, uzdrowił z choroby.
I zdarzyło się taką właśnie porą,
gdy w Tabardzie odpoczywałem przed daleką drogą,
nim pobożnie wyruszę
do Kanterbery w podróże,
o zmroku zjawiło się w tej gospodzie
dwadzieścia dziewięć osób, by wspomóc mnie w drodze.
bo, jak już wkrótce się okazało,
każde z nas na pielgrzymkę się wybierało,
by odwiedzić Kanterberyjski klasztor.
W pokojach ni stajniach nie było ciasno,
toteż przyjemnie czas przy wieczerzy nam mijał
i wkrótce gdy Słońce na zachód się jęło przechylać,
zapytałem się z nich każdego,
pytając, czy przyjmą mnie do towarzystwa swego;
postanowiliśmy wstać wcześnie, aby skoro świt
zebrać się i wyruszyć w podróż póki staje sił.
Lecz skoro nie braknie mi czasu ni miejsca,
nim snuć opowieść zacznę o tych zdarzeniach,
rozum podpowiada, że tutaj trzeba
opowiedzieć o każdym, kto ze mną świat zwiedzał,
Jacy w pierwszej chwili mi się wydali,
kim oni byli, jakie zaszczyty piastowali,
a nawet jaką mieli szatę;
Od rycerza przeto zacznę.
Był z nami rycerz, uczciwy i prawy,
co odkąd przez świat tylko był poznany,
fach swój kochając, przemierzał ląd cały,
honorowy, szczery, wolny i wytrwały.
U boku swego pana godnie stawał w walce,
a świata widział więcej, niźli nam jest znane,
poznał pogańskie i chrześcijańskie lądy,
a wszędzie za godność swoją był chwalony.
W zwycięzkim boju walczył w Aleksandrii,
do uczty odtąd zasiadał u boku władcy,
I w Prusach bywał, za naród wojował,
Na Łotwie i nawet w Rosyjskich włościach,
Niewielu Chrześcijan takich, jak on znajdziesz,
w oblężeniu brał udział nawet na Granadzie,
Pod Algezirem i nawet w Belmarii,
walczył pod Lejiszem i w dalekiej Satalii,
zwyciężał on wszędzie, a za środkowym morzem:
bywał goszczony na nie jednym dworze.
W śmiertelnych bojach piętnaście stawał razy,
nawet w Tramisenie dzielnie bronił wiary,
trzy razy w szrankach nieprzyjaciół zwyciężył.
Także ten sam rycerz świetny,
na dworze Palacji kiedyś też bywał,
bo przeciw Turkom wybuchła tam bitwa:
a gdzie tylko wojował, tam zwyciężał w sławie.
Lecz choć silny i dzielny, roztropny był także,
a przy tym skromny jak panienka.
Nigdy niczego złego nie powiedział,
i odkąd się narodził właśnie tak wciąż żył.
Prawdziwie wzorem rycerstwa był.
Lecz teraz opowiedzieć mi trzeba i o stroju,
skromnie był ubrany, choć na szlachetnym koniu.
Prostego kroju lniana jego tunika,
przez zbroję odbarwiona i plamami spowita;
ledwie bowiem powrócił z ostatniej podróży,
gdy do Kanterbery na pielgrzymkę wyruszył.
Jako giermek syn jego mu służył,
śmiały kawaler i kochanek czuły,
loki miał zakręcone jakby gniecione pod tłokiem,
dwadzieścia lat miał prawie, po twarzy tak sądzę.
Co do postury, z wzrostu był przeciętny,
lecz niezwykle agtywny, zwinny i mocą potężny,
Czasem przyłączał się do konnej jazdy,
bywał we Flandrii, w Artois i Pikardii,
mimo wzrostu marnego, zbudowan był świetnie,
wciąż pieszcząc nadzieję, że wygra pani swej serce.
Niemal jak łąka był wyhaftowany,
cały w kwiatach czerwonych był i w kwiatach białych.
Śpiewać lub gwizdać całymi dniami chciał,
był świeży i ciepły – taki, jaki jest maj.
Szata jego krótka, rękawy szerokie,
by mógł na koń wskoczyć i zaraz ruszać w drogę.
Piosenki komponował i wiersze zawijał,
tańczył, rysował i powieści pisywał.
Tak bardzo to kochał, że gdy noc szeptała,
on wstawał skoro piosnka słowika rozbrzmiała.
Uprzejmy był i zdolny, skromny i pomocny,
dania przy stole zawsze swemu ojcu kroił.
Rycerz ze sobą wziął straży dowódcę,
w domu zaś prócz niego zostawił całą służbę,
gwardzista nosił płaszcz z zielonym kapturem,
a kołczan pełen strzał ostrych, każda z pawim piórem,
zawsze trzymał u pasa i dbał onie bardzo,
patrząc na niego nie wątpiłeś, że dowodzi gwardią:
piórom się odchylić z drzewca o cal nie pozwolił,
łuk w ręku zaś dzierżył gestem w bojach wprawionym.
Włosy krótkie lśniły nad ogorzałą twarzą,
która z niebezpieczeństw wielu wyszła cało.
Po ramiona na rękach nosił rękawice,
a u boku miecz w pochwie jako i egidę.
Nie rozstawał się nigdy też ze sztyletem swoim,
który jak grot ostry blaski świetlne rodził.
zawsze świętego Krzysztofa obraz miał na piersi,
a do pasa przypinał róg zdobiony, żołnierski;
człowiekiem był widać w lasach doświadczonym.
Była także mniszka, przeorysza w zakonie,
która nas zawsze darzyła uśmiechem skromnym,
a przysięgę złożyła świętemu Eligiuszowi,
mówiono na nią panii Eglantyna.
Wspaniale Boga śpiewem swym chwaliła,
w intonacji nosowej głos jej brzmiał pięknie;
nawet w języku francuzkim mówić umiała biegle,
choć słowa wymawiała za stratfordzką szkołą,
bo nie poznała się nigdy z paryską wymową.
Przy stole nie gorzej znała etykietę,
nie zdarzyło się nigdy, by z ust wypadło jej jedzenie,
palców do sosu nigdy nie wkładała,
lecz ostrożnie na talerzu żywność układała,
by nic na pierś jej nie upadło.
Dworskie maniery sprawiały jej radość,
jej górna warga zawsze była czysta,
a na jej kubku ni jedna plamka lśniła,
gdy razem z nami wina kosztowała.
Po jadło zawsze z wdzięcznością sięgała.
Wszelkie aktywności uprawiać lubiła,
dla nas zaś miła i uprzejma była.
Dworskim zwyczajom przyklaskiwała,
i gdy tylko mogła, sama się ich trzymała,
Godnie nosiła tytuł wielebnej,
powiedzieć trzeba lecz także, że miała wielkie serce.
Tak miłosierna i troskliwa była,
że wzruszyć ją do łez i myszka potrafiła,
która złapana w pułapce nieżywa leżała.
Kilka małych piesków także mniszka miała,
mięsem, chlebem i mlekiem zawsze je karmiła,
a gdy jeden z nih zginął, całe się dnie smuciła,
lub gdy ludzie kijami pogonili je wściekle,
serce jej pękało i płakała rzewnie.
Schludny zawsze był jej czepiec zakonny,
jej nos był cienki, jak szkło szare jej oczy,
jej usta były małe, pełne i czerwone,
zaś nad nimi czoło dumne i szerokie;
na pięć wysokie, mogę przysiąc,
bo panną nie była ona niską.
Płaszcz nosiła, jak pamiętam, zdobiony kunsztownie,
na ramieniu różaniec w koraliki drobne,
sznur paciorków zielenią oplecionych,
za którym skrzy się krzyżyk złoty,
na którym litera "A" koroną zwieńczona
przechodzi w grawerunek: Amor Vincit Omnia.
Kilkoro towarzyszy ze sobą mniszka miała,
trzech księży i siostrę, co jako prawa ręka jej usługiwała.
Był wśród nich też mnich, choć od wszystkich inny,
jeździec, choć z pasji zapalony myśliwy,
opatem mógłby zostać, gdyby tylko zechciał,
w jego stajniach koni rasa gościła najprzedniejsza:
gdy na nich pędził, uprząż z dala słyszana
dzwoniła na wietrze i czysto dźwięczała,
głośna jak dzwon z kaplicy klasztornej
zakonu, w którym mnich ów był przeorem.
Że Benedykta i Maurycego prawo
surowe było i się zestarzało,
tedy mnich ów pozwolił mu już odejść,
nowego świata przestrzegając porządek.
Nieoskubanej kury nie dałby nikomu,
kto twierdzi, że świętemu nie przystoi łowów;
albo że mnich, co nie żyje w klasztorze,
jest niczym ryba, co porzuca morze;
I mawiał publicznie, że takie gadanie
nawet jednej ostrygi nie jest warte.
A ja się zgadzam z tym, co mówił.
Czemu jak szaleniec miałby wciąż się uczyć,
ślęczeć w klasztorze nad księgami grubymi?
Lub w znoju ciężko pracować rękami swymi,
jak chce Augustyn? Jak tu świat kształtować?
Niech sobie Augustyn swą pracę zachowa.
Tak więc mnich na koniu gnał dniami i nocami.
Harty miał szybkie, niczym w locie ptaki,
pędził więc i zające gonił,
to była miłość, której za żadną cenę by nie odstąpił,
Jego rękawy na dłoniach futerkiem był ozdobił,
drobnym, szarym futrem, w kraju nad inne drogim;
ponadto, by kaptur pod brodą zapinać,
ze szczerego złota na kapturze lśni spinka:
a na jej główce ozdobnych wstążek splot.
Głowę miał łysą, lśniącą jak szkło,
twarz gładką, jakby ledwo namaszczoną.
Posturę dobrze wyżywioną.
Oczami wciąż zerkał żywo do koła,
a płomień w nich lśnił jak w ogniu spod kotła;
buty miał miękkie, szlachetnego rumaka.
Do prawdy nadawał się on na prałata:
Nie był on blady, jak dusza męczona.
W pieczystym z łabędzia mięsiwie się smakował.
A rumak jego był jak jagoda szary.
Był też zakonnik, wesoły i żwawy,
kwestarz, człowiek wielce szanowny.
Nie znajdziesz między wszystkie cztery zakony
drugiego, co w mowie jak on byłby gładki.
Nie jedną panienkę był on wyposażył,
za własne pieniądze męża dla niej znalazł.
Zakonu swojego rolę pełnił posłańca,
przez wszystkich wokół bardzo był lubiany,
tak szlachtę, księży, chłopstwo i mieszczany,
i przez panny, co w jego mieście żyły:
bo spowiednikiem był zawsze cierpliwym.
Właśnie dlatego, jak z słów jego wynika,
w zakonie swym rolę pełnił spowiednika.
Ludu słuchał zawsze spokojnie i cierpliwie,
cierpliwie też rozgrzeszał i nie straszył przy tym.
Pokuty zawsze wymierzał wyrozumiale,
wiedział, jak na życia drogi przyprowadzić prawe;
starczy, by ludzie majątkiem z zakonem się dzielili,
to znakiem jest najlepszym, że z grzechu wyzwoleni byli.
Gdy kto coś braciom z zakonu darował,
on nie wahał się przyjąć tego i rozgrzeszenia darować.
W spowiedzi nie rzecz w tym, by pokuta ciężarem była,
ale by bólem serce nauczyła.
Miast modlitwy, mawiał, lepszym będzie znakiem,
gdy kto srebro daruje zakonowi w darze.
W pelerynie noże zawsze trzymał,
i spinki, gdyby ich młoda potrzebowała dziewczyna.
Na jego twarzy uśmiech gościł ciągle,
a towarzyszy bawił, śpiewając im w drodze.
Nie jedną nagrodę na chórach wygrywał,
gardło jego białe było niczym lilia;
silny był jak każdy zwycięzca.
W mieście znana mu każda tawerna,
każdy właściciel i każda gospodyni –
lepiej niż żebracy, trendowaci i grzesznicy.
Do takich, jak sądził, człowiek jak on godny,
zbliżyć się nie może, zbyt na to szanowny,
chorych i biednych przeto unikał.
Korzyści żadnej w tej kwestii nie widział,
by z ubogimi miał się przyjaźnić;
on widziany był z bogatymi kupcami.
I zasadniczo, gdziekolwiek ślad dostrzegł pieniądza,
tam uprzejmy był i miły w ludzkich oczach.
Nie znajdziesz jak on drugiego cnotliwego,
żebrakiem był najprzedniejszym zakonu swojego;
i pieniędzy zawsze najwięcej przynosił,
żaden z braci jak on nie umiał zarobić.
I nawet gdy butów wdowa nie miała,
gdy "in principio" on rękę podawał,
nim odszedł, zawsze pieniądz był dostał.
i sam wziął część sobie, resztę do zakonu zaś oddał.
Flirtować potrafił jak każdy młodzieniec.
Mediatorem w sporach był zawsze najprzedniejszym.
Ubrany nigdy nie był jak zwykły klasztornik,
w wyświechtane szaty jak uczony ubogi,
ale się nosił jak papierz bądź władca.
Podwójnie szyta była jego kapa,
jak dzwon zaokrąglona, wyprasowana zawsze.
Swawolnie zwykł także seplenić on stale,
by angielskie słowa wymawiać delikatniej;
a gdy zaśpiewał kiedy przy harfie,
oczami mrugał nieustannie dokoła,
jaśniejąc, jak gwiazda na niebie z wieczora.
Szanowny ten zakonnik nazywał się Hubert.
O brodzie rozwidlonej był też z nami kupiec,
w pstrokatych ubraniach wysoko siedział na koniu,
flamancki kapelusz nosił zawsze na głowie;
buty zapinał starannie i elegancko.
Swoje opinie wyrażał uroczyście bardzo,
o czasach, gdy mu się wiodło mówił, nie zaś gdy interes szedł słabo.
Chciał, by chroniono morze na koszta nie bacząc,
by żeglować z Middleborga po Orwel móc bezpiecznie.
Znał dobrze zagranicznych walut wycenę,
i sprytu mu nigdy także nie ubyło;
że w długach klienci nigdy o nim nie pomyślą,
tak dobrze opanował on kupiecki fach,
na pożyczkach, zakupach i akcjach się znał.
I, rzeczywiście, człowiekiem był szanowanym bardzo,
ale, by rzec prawdę, umknęło mi jego miano.

8 uwag do wpisu “Opowieści Kanterberyjskie (fragment w przekładzie własnym)

  1. W klimacie średniowiecznym trudno, by była moja zasługa, skoro tekst oryginalny, jakby nie patrzeć, z owego okresu pochodzi. 🙂

  2. Że tobie się chciało. A, co tam, jasne, że cię zdziwię, no bo przecież po to żyję na tym świecie, tak mi się ostatnio wydaje, zainteresowało mnie. DOstanę jakąś nagrodę, czy coś? :p Tak serio, fajnie, że to zrobiłęś, ciekawa jestem, jak się to czyta w tym polskim przekładzie, co jest, bo tekst dość trudny. W sensie, zrozumiały, ale prędko się go nie czyta. Klimat średniowieczny jest w tekście, ale to jeszcze trzeba tak przełożyć, żeby klimat był. Za przykład może posłużyć angielski przekład Wiedźmina, który, o ile wiem, w ogóle nie zachowuje klimatu w pewnych kwestiach. Także to nie takie oczywiste. Myślę, że jak na możliwości kogoś, kto tego nie studiuje i nie musi używać mowy średniowiecznej, wyszło na prawdę dobrze, nie wspominając już, że to w ogóle straszliwie trudne, także gratulacje. Podołałeś. :d

  3. Szacun, naprawdę. Mi by się na pewno nie chciało. Współczesne teksty to co innego, wymagają mniej czasu, mniej ślęczenia nad słownikami, chociaż z tym też bywa różnie. Gratulacje, masz moje pełne uznanie. 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *