Tata pochodzi z Pucka, niewielkiego, choć dość ważnego miasteczka położonego nieopodal Półwyspu Helskiego nad zatoką Pucką.
Niewielkiego znaczy niecałe 12000 mieszkańców, co przy Wejherowie pięciokrotnie ludniejszym zawsze wydawało mi się niemal wioską.
Kiedy byliśmy mali z Kamilem, bardzo często jeździliśmy tam do babci, ja częściej od Kamila, ale i w dwójkę bywaliśmy tam notorycznie.
Po śmierci dziadka babcia prawie na stałe zamieszkała w Anglii i do Polski przyjeżdża praktycznie tylko na wakacje z Vincentem (kuzynem), a więc byłem tam ostatnio jakoś z pół roku temu, kiedyś jednak praktycznie każdego miesiąca pojawialiśmy się tam choć raz.
Dlatego też chciałbym opisać kilka wspomnień związanych z tym miejscem, bo było dla mnie wyjątkowo ważne.

Tak, ja mieszkam na wsi. Dziś Bolszewo staje się niemal miasteczkiem, mamy już ponad 8000 mieszkańców (prawie tyle, co cały Puck). Jeszcze kilka lat temu tak to nie wyglądało, była to wioska w ściślejszym znaczeniu tego słowa: pola, las i pełno zbóż.
Dziś pól zostało tylko kilka, a ogólnie całość miejscowości przypomina już niemal dodatkową dzielnicę Wejherowa.
Ale nawet w czasach bardziej wiejskiego charakteru Bolszewa, kojarzę wiele przejeżdżających samochodów, ludzi wołających na szosie. Dlaczego? A no dlatego, że mieszkamy na przeciw piekarni, w owym czasie jedynej, a ponadto przy głównej ulicy, co w sumie oznaczało, że ruch był tu ogromny.
W tym aspekcie Puck wydawał mi się bliższy wiosce od Bolszewa.

Babcia mieszkała w bloku, mieszkanko miała naprawdę niewielkie, ale przytulne. Kuchnia, w której trzy osoby z trudem się mieściły, dwa pokoje i przedpokój.
No i oczywiście łazienkę.
Całość mieszkanka wyglądała tak, że po wejściu do domu zaraz na przedzie był jeden pokój, a obok niego drugi.
Żeby obrazowo to przedstawić. Kiedy wchodzicie do mieszkanka przez drzwi, z lewej strony macie ścianę, z prawej zaś szafę, o której zaraz więcej.
Idąc z metr do przodu, otworzy się z lewej strony przestrzeń.
Teraz, gdy dalej iść do przodu, traficie do głównego pokoju, z lewej strony zaś znajdziecie bardzo króciutki korytarz.
Gdy ustawicie się do niego twarzą, z lewej strony będziecie mieli łazienkę, z prawej zaraz drugi pokój, a przed sobą kuchnię.
Mam nadzieję, że jakoś to wyjaśniłem.

Przestrzeń, jak pisałem, malutka, ale przytulna.
Zawsze lubiłem też wspominaną szafę, na której prócz wieszania kurtek znajduje się biblioteczka zbierana najpierw przez prababcię, potem przez babcię i tatę.
Wybór książek jest spory, a wszystko stare, choć przeczytać ich siłą rzeczy nie mogę, jak byłem mały lubiłem jakąś sobie brać i przekładać kartki.
Znaleźć tam można wydania Sienkiewicza datowane na okres przed II Wojną Światową czy pierwsze polskie wydania Tolkiena, jest nawet "Solaris" Lema.
A więc zakres tematyczny dość spory.

Kiedy byliśmy z Kamilem mali, często, bardzo często u babci nocowaliśmy. We wakacje spędzaliśmy tam nieraz i dwa tygodnie bez przerwy, w trakcie których (bywało) nawet rodzice w niedzielę przyjeżdżali na kawę.
Choć, jak już wspominałem na wstępie, ja chyba jednak bywałem tam częściej, bo jakoś chętniej tam przebywałem.

To, co mi się zawsze będzie kojarzyło z domem babci, to stary, bijący zegar, który wciąż tam stoi.
Ma tarczę z wypukłymi cyframi, to na niej uczyłem się czytać czarnodrukowe cyferki, jak również to na niej poznałem to, jak właściwie jest z tymi wskazówkami.
Zegar ma dwie dziurki do nakręcania ich kluczem. Jedna odpowiada za sprężynkę do bicia, druga do przesuwania się tych wskazóweczek.
Odkąd dziadek nauczył mnie go nakręcać, a miałem wtedy chyba jakoś ze trzy latka, moim honorem zawsze było dbać o to, gdy tylko bywałem u babci.
Pamiętam, że często mnie musiał dziadek podsadzać tylko po to, abym mógł przekręcić klucz nawet, jeśli dziadek już to zrobił poprzedniego dnia przed mym przyjazdem.
Ten zegar dziś jest najlepszym dowodem na to, że coś się skończyło. Gdy jestem u babci, zwykle nie tyka. Zawsze o jego nakręcanie dbał dziadek, a babcia, nawet gdy do Polski przyjedzie, zapomina o tym.
Wtedy zawsze, rok w rok, biorę kluczyk i, jak dawniej, nakręcam ten zegar i nastawiam na prawidłową godzinę. I zawsze wtedy, gdy zacznie bić, gdy mogę pokręcić tymi wskazóweczkami, czuję się trochę tak, jakbym wciąż był tym dziesięciolatkiem, który był szczęśliwy, że już mógł do niego sam sięgnąć i nie musiał prosić dziadka o podsadzanie.

Jest też u babci pianino, choć niestety rozstrojone. Bardzo pragnąłem je nastroić, ale strojnik z Pucka wycenił tą robotę na blisko 4 tysiące. Nie wiem, ile normalnie kosztuje taka usługa i na ile to standardowa cena, ale niestety nie w naszym zakresie budżetowym.

Lubiła też babcia robić na drutach. Miała, w sumie dalej ma taki otwierany puf, w którym znajdowało się pełno włóczek wełny w przeróżnych kolorach.
Próbowała mnie czegoś nauczyć, nawet zrobiliśmy z nią na tych drutach szalik, mówiła mi jak czym ruszać, a ja powtarzałem i, proszę, szalik wyszedł.
Tyle, że w życiu nie umiałbym tego powtórzyć.
Natomiast, z Kamilem mieliśmy z tej wełny inny użytek.
Braliśmy kilka krzeseł, takich prostych, drewnianych taboretów, ustawialiśmy je obok siebie, związywaliśmy wełną i twierdziliśmy, że to lada. A potem zaczynała się porywająca zabawa w sklep.

Jeśli chodzi natomiast o nieco poważniejsze zajęcia, dziadek, który był złotą rączką do wszystkiego, uczył mnie między innymi odlewania z wosku.
Miał takie długie, cienkie świeczki. Pokazywał mi, jak nad kartką papieru trzymać tą świeczkę i jak przechylać, by rysować. Sam był w tej sztuce mistrzem.
Lubiłem to o tyle, że w owym czasie nie wiedziałem o rysownicach czy podobnych wynalazkach, a taki wosk mogłem po prostu wyczuć. Gdzieś jeszcze mam rycerza odlanego tak przez dziadka na kartce brajlowskiej, nadal nie mogę wyjść z zachwytu nad tym, jak równo dziadek potrafił odlać na kartkę to, co wymyślił. I to tylko świeczką, bez żadnych innych narzędzi.

O tym, jak ważne było dla mnie to mieszkanko świadczy fakt, jaki był chyba najlepszy prezent sprawiony mi przez dziadka.
Miałem wtedy osiem lat, gdy dziadek przyjechał do nas do domu i dał mi klucze, które wyrobił u ślusarza.
Jako, że drzwi do ich mieszkanka zamykane są na trzy zamki, plus zamek do bloku, dziadek na każdym z nich wydrążył dłutkiem odpowiedni wzorek, bym mógł je odróżnić.
Pamiętam, jaki byłem szczęśliwy.

W Pucku jednak nie tylko mieszkanko babci się mieściło.
Lubiliśmy wychodzić na dwór, a miejsc do odwiedzania w samym mieście było wiele.
Były place zabaw, na których bardzo lubiliśmy się z Kamilem bawić, ja zawsze pozostawałem fanem huśtawek.
Był port, w którym zawsze dziadek opowiadał mi o tym, jak wyglądają cumujące i odbijające statki.
Na molo była nieistniejąca już restauracja, Bursztynia, do której zawsze chodziliśmy na pyszne lody w pucharkach.
Był też las, w którym dziadek uczył mnie rozpoznawać pierwsze gatunki ptaków, a pamiętam doskonale, że pierwszym z nich był gołąb.
Potem już w mieszkanku siedziałem, a on opowiadał mi wiele o gołębiach miejskich, sierpówkach i cukrówkach.
Za najpiękniejszy głos parku uważał kosa.

W Pucku też zrodziło się wiele moich pasji, choć nie wiem dlaczego akurat tam.
Kiedy miałem sześć lub siedem lat, babcia dostała swój pierwszy komputer, którego używała głównie dla Skype.
Komputer ten złożył jej tata i służył długo aż do momentu, gdy ja, w owym czasie gimnazjalista, złożyłem jej nowy i jednocześnie pierwszy złożony przeze mnie komputer.
Teraz tata się śmieje, że przejąłem po nim zajęcie, pierwszy komputer był jego, drugi mój.

Na tym złożonym przez niego komputerze zainstalowałem już dawno temu NVDA i jestem chyba jedną z najdłużej używających tego czytnika osób.
Była to jeszcze stara wersja 0.5, która między innymi miała swoje okno główne nie chowające się do traya.
Instalowałem tam również Klango, najpierw Klango 2.
I tak się złożyło, że na tym właśnie komputerze odkryłem swoją pasję astronomiczną, czytając o gwiazdach.
I na tym też komputerze pisałem swoje pierwsze programy desktopowe, najpierw w języku Pascal.

Kiedyś babcia stwierdziła, że siedzieć przed komputerem na taborecie jest krztynkę niewygodnie.
Jak postanowiła, tak zrobiła, poszliśmy z dziadkiem do pobliskiego sklepu z meblami, kupiliśmy porządny fotel, a potem pamiętam nieśliśmy go pół miasta do bloku. Musiało wyglądać cudownie.

Zawsze też tam, od mojego drugiego roku życia, spędzaliśmy Sylwester aż do śmierci dziadka.
Dziadek kupował zawsze różne petardy i wychodziliśmy wieczorem je odpalać.
Co miłe, dziadek zawsze szukał takich pirotechników, które wydawały z siebie lecąc w górę dźwięk i nie chodziło tylko o huk.
Były więc motylki syczące podczas lotu, świszczące race, wszystko bym mógł sobie wyobrazić, jak to wzbija się w powietrze.
Kultowy tekst Kamila z jednego z Sylwestrów, który do dziś bawi babcię do łez.
Dziadek odpala petardę i nagle Kamil się wydziera, a miał lat wtedy pięć:
"Kryć się! Dziadek strzela!"

Ogólnie, poza tym, że to babcia, a często do babć nas ciągnie, myślę, że to, co zawsze fascynowało mnie w Pucku to takie spokojniejsze życie.
Tata prowadzi sklep, więc nigdy nie braknie jedzenia. U babci trzeba było pamiętać, by kupić chleb, wędliny i co tam jeszcze.
Chyba, że babcia sama chleb piekła, a bywało.
U nas za oknem ciągle coś jeździ, tam raz albo dwa dziennie, bo okolica bardzo spokojna.
Także nie ma babcia prawa jazdy, a autobusów w Pucku nie było, a więc wszędzie chodziło się pieszo.
I, co ciekawe, byłem nawet z tego rad, bo przyjemne były takie godzinne albo i dłuższe spacery po zepsutą suszarkę.

A no i nie na samym Pucku się sprawa zamykała.
Babcia była w naszej SKM ważnym dyrektorem do, w sumie nie wiem do czego, ale po prostu była ważna i odpowiadała za różne rzeczy na tym regionie.
Często więc, gdy w służbowych sprawach jeździła do pobliskiej Jastarni czy na Hel, zabierała nas z sobą. Wtedy babcia załatwiała swoje rzeczy, a myśmy z dziadkiem chodzili na miasto, nad morze czy do fokarium.
Potem zaś zawsze babcia do nas dołączała i jedliśmy obiad w restauracji.

Bywało też, że zwiedzaliśmy różne zabytki, a trochę ich w okolicach Pucka jest.
Oglądaliśmy ruiny zamków, skanseny.

Przypominam sobie, że w zdaje się pierwszej klasie gimnazjum, odbywała się szkolna wycieczka do grot Mechowskich, które znajdują się nieopodal Pucka.
Poprzedniego dnia przyjechałem do babci i spotkałem się z grupą na samych grotach.
Było to o tyle radosne dla mnie, że pierwszy raz to ja mogłem dłużej spać od mojej klasy, bo jednak zwyczajowy dojazd do Gdyni swoje wady miał.

Pamiętam też, że przed babci blokiem był sobie taki wysoki trzepak, naprawdę wysoki, nie wiem dokładnie jak, ale ze cztery metry mógł mieć.
Dziadek więc od razu nauczył mnie się na niego wspinać, a potem trzymając się go zjeżdżać.
I to się nazywa wybitnie bezpieczna zabawa i wzór od starszego pokolenia. Mama dostała zawału niemal, jak jej to pokazałem.

Zawsze przez całą podstawówkę powtarzałem w klasie pamiętam, że mam dwa domy, a drugi jest w Pucku.
I rzeczywiście związałem się z nim dużo, dużo silniej niż Kamil, Radek czy Vincent.

12 uwag do wpisu “Drugi dom

  1. To interesujące, jak można mieć odwrotną sytuację o tyle, że jak ja jadę do babci, to właśnie tam ciągle coś jeździ, a tu nie bardzo. :d Rany, pokazałeś mamie ten trzepak? Oj…. xd. Ale zainspirowałeś mnie ,też kiedyś muszę napisać coś o moich takich wspomnieniach.

  2. Super wspomnienia. Jak człowiek robi się starszy to jakoś tak docenia takie spokojne miejsca. Ja teraz lubię pojechać do mojego rodzinnego domu gdzie jest cicho bo to mała wieś i nic się tam nie dzieje, ale przynajmniej się odpoczywa od gwaru miasta.

  3. Też mam, ale się ich boję trochę opisywać. Kiedy coś napiszę, straci to trochę swojego uroku w moich oczach. Lepiej pisać o tym, co jest teraz

  4. O, a ja prawdę mówiąc odczuwam to odwrotnie, przelewając coś na przysłowiowy papier mam wrażenie utrwalania i urzeczywistniania tego.

  5. O nie, ja nigdy nie potrafię przelać myśli na papier. Stają się takie… nijakie, a połowa się w trakcie ulatnia. Może dlatego moje teksty pisane brzmią tak… chaotycznie…

  6. świetne i niczym z książki wyjęte. Dobrze jest tak piękne wspomnienia utrwalać, by móc się nimi dzielić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *