Wokół biegają dzieciaki. Zdaje się, że bawią się w jakąś walkę, latają poduszki, dźwięczą miecze, a ja się tylko boję o los Macbooka.
W moim umyśle kreślą się już czarne wizje pękającego ekranu po tym, jak ktoś na niego wskoczy albo go uderzy. Brrrrr.
I wcale nie jest to tak nierealne, gdyż już raz ledwo osłoniłem ten komputerek przed lecącą poduszką. A biegają oni tutaj bardzo blisko, więc…
A zatem, by odgrodzić się jakoś od tych czarnych wizji, wypadałoby powiedzieć, co tam u mnie.

Londyn wciąż stoi, co można uznać za niezły sukces, zważywszy na Radka i Vincenta. Jakimś cudem jeszcze go nie roznieśli w drobny mak, choć logika nakazuje, by tu miast Londynu trwały już zgliszcza.
Czekajcie, ile ja tu mam do nadrobienia? Eeee, sporo. No dobra, lecim.

W sobotę, jak wiecie, przyleciałem do takiej małej, nikomu nieznanej miesciny, w której mieszka ledwo osiem milionów ludzi. Mówię o Londymie, eee, Londynie znaczy się.

Na początek warto zanotować, że ja byłem człowiekiem dość szczupłym, naprawdę. Mam jednak uzasadnione podejrzenia, że ten stan należy lub wkrótce należeć będzie do przeszłości.
Już w sobotę zjadłem bezę. Kto nie zna angielskich bezów, ten niech żałuje, wiem, co mówię.
Potem zaś babcia upiekła ciasto z truskawkami. No grzechem byłoby nie zjeźć choć kawałka. Albo dwóch… Trzech? Eeee.
Jakoś tak się złożyło, że odwiedzili nas znajomi, o tym więcej za moment, i przywieźli ciasto czekoladowe. Dobre było, naprawdę.
A dzisiaj miałem okazję pierwszy raz w życiu spróbować babki z bananami. Dosłownie, to taka babka, ale o smaku bananowym. Polecam.
Ludzie, piszę tu oficjalnie, iż ważyłem przed wyjazdem 58kg, dopiszcie do tego na koniec zero, a uzyskacie przypuszczalną masę powrotną. 😀
Pocieszenie jest takie, że jak zamieszkam w Warszawie, okaże się, że zaraz pieniążki się skończą. I wtedy zacznie się błyskawiczna dieta. 😀

Czy coś porabiam tu prócz pożerania wszystkiego, co zawiera choć trochę cukru? A no owszem, można tak powiedzieć.

W niedzielę odwiedzili nas znajomi, Lerry i Rafael, małżeństwo, widziałem ich kilkukrotnie, nawet Polskę odwiedzili i tam się spotkaliśmy.
Rozmawialiśmy o wszystkim – Anglii, akcentach, piosenkach…
Tam właśnie padł cytat, który obecnie jest moim statusem.
Także Lerry została nawrócona na Sheeranizm.
– There are two types of people regarding Edd Sheeran. Those who do love him and who do hate. I hate him. – Ogłosiła Lerry, cytuję co do słowa.
– Really? – Spytał Dawid.
Ok, telefon, Spotify… Co by tu jej pokazać w celu rewizji poglądu?
"Perfect", "I see fire", "Photograph", moje ukochane "Lego House"…
– Oh, I love him, he has pretty nice voice. – Krzyknęła Lerry.
Taaaaa, zważywszy, że sam za fana Sheerana się nie uważam, niezłe osiągnięcie.

W poniedziałek byliśmy w centrum.
Po pierwsze, na Charing Cross Road ani śladu ludzi w szatach albo nienormalnie ubranych. No i gdzie ten dziurawy kocioł?
Kings Cross? No widziałem peron 9 3/4. Ale tylu tam ludzi, że nawet nie próbowałem zrobić sobie zdjęcia, a chciałem.
A i wreszcie dorwałem gorącą czekoladę. Poluję na nią od miesiąca, a więc to taki mały sukces.

Wtorek spędziliśmy w okolicy naszej. Byliśmy z chłopakami w Epsom, pobliskiej miejscowości, na zakupach i na placu zabaw.

Środa to znowu wyprawa do Londynu.
Pierwszy punkt – "Museum of London".

Co wam mogę o tym miejscu powiedzieć? Prezentuje ono historię miasta od czasów Rzymskich po współczesność.
Niestety, prawie wszystko jest za szybką, więc jak chcecie się wybrać, raczej z kimś widzącym i dobrze opowiadającym.
Z tego, co można dotknąć, to na pewno zbroje rycerskie i stroje z tamtego okresu.
Pozostaję w wątpliwości , co było cięższe – zbroja rycerska czy suknia wiktoriańska. 😀
Tu ciekawostka, wiecie na jaki cudowny pomysł wpadli Anglicy? Do sukien dziewcząt, tylko dziewcząt, do momentu wyjścia za mąż przyszywano coś w stylu wodzy (takich końskich), z angielskiego "leading strings" na znak zależności panny od rodziców. I ja nie mówię tu o centymetrze wstążki, mówię o pasku materiału jakoś ponad metr długości. Zawsze wiedziałem, że z tą Anglią coś jest nie tak. 😀
Jest także niezwykle miła kolekcja… ludzkich czaszek, taaaa.
A i ręka jakiejś hrabianki zachowana w słoju. Bardzo miłe muzeum, co?
Z milszych rzeczy jest typowy Angielski dom z czasów wiktoriańskich, wystawa rekwizytów teatralnych z czasów Szekspira, no ogólnie sporo tego. Muzeum polecam więc, ale tylko z dobrze opisującym widomkiem.

Potem zaś wybraliśmy się na London Bridge, gdzie spotkałem się z kolegą pracującym niegdyś ze mną nad Infinity, a dziś studiującym w Londynie, Damianem. No i tak sobie minął dzień wczorajszy.

Dziś wielkie leniuchowanie Kamil zarządził, a więc odpoczywał w domu. Ja zaś z babcią pojechałem na zakupy do Epsom, a potem jeszcze raz, do Sutton na pocztę.
No i zadałem chyba najgłupsze pytanie w życiu, przynajmniej najgłupsze po angielsku.

– Excuse me. We’re looking for baloons for the birthday party.
– We do not have unfortunatelly. But please ask in the post office, they should so.

No to idziem na pocztę.

– Eeeee. We were said that you have baloons.
Wiecie co? Nie mieli. Jak ja się głupio czułem.

I tak sobie mija tu mi czas.
Pozdrawiam was z bardzo deszczowego Londynu.

12 uwag do wpisu “Ciągle pada i padać przestać nie zamierza, czyli Londyn i jeszcze raz Londyn

  1. Londyn stoi? TO dobrze. Tyle, że ja bym się raczej obawiał twojej siły destrukcyjnej (rakieta), niż Viniego i Radka. :))

    Ręka hrabiny w słoju – to bardzo interesujące. Muszę zobaczyć. 😀

    Te rekfizyty teatralne z czasów Szekspira, to ja bym bardzo chętnie zobaczył, poważnie. 🙂 Rozumiem, że wszystko za szybą?

    Ale balony? Na poczcie? Chyba źle się dogadałeś. 😀

  2. Głodna jestem. Proszę cię, poduszką nie zbiją. O, a to ciekawy pogląd. Ja właśnie raczej uważałam Sheerana za takiego, co to ma mało ludzi, co hate him. Mogą ewentualnie not pay attention, ale hate? Zapytaj Damiana, niech ci uszyja jakieś baolooooony. DUże. Ze spadochronu. Kto ma urodziny? :d

  3. Oj, jak się zapamiętają w zabawie, to nawet poduszka może uszkodzić. 😛

    Z resztą, nie musi być koniecznie poduszka. Mogą zachaczyć ręką, albo coś… Sam mam ten problem niestety często. 😉

  4. I takich opisów zagranicy mi brakuje. Więcej chłopie, więcej, dłużej, bardziej szczegółowo. I więcej. A, no i jakbyś mógł, to może więcej?

  5. Świetny opis aż ci zazdroszczę. Ale przyznam szczerze że z niecierpliwością czekam też na nagrania z londynu żeby poczuć tamtejszą atmosferę, jak np. metro o którym wspominałeś w którymś z poprzednich wpisów. No i lepszej pogody.

  6. Oooo taaak, grajkowie czekają na to, żebyś ich odkrył. Świeetny wpis. Hm, ręka hrabiny w słoju? Właśnie poczułam zagrożenie. Co do jjedzenia słodkiego, to chyba bym się przejadła. 😀 😀 😀 Chociaż, w sumie, kto tam wie. Babka bananowa. Kusisz, człowieku, kusisz. Może kiedyś jak wyląduję w Londynie… A co do Macbooka, to mam nadzieję, że Ci go nie poniszczyli. 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *