Wczoraj pierwszy raz oddaliłem się w Anglii tak daleko od Londynu… Wybraliśmy się z Kamilem do miasta Oxford – tego, w którym znajduje się ów znany uniwersytet. Jako, że wiele tam widziałem, myślę, iż wycieczka ta zasługuje na osobny wpis.

Na początek informuję, że Oxford znajduje się przeszło 100km od Ewell, a więc podróż tam trwa pociągiem ponad dwie godziny. Zdecydowanie jednak warto.

Na początek miłe przywitanie, przynajmniej dla miłośnika Tolkiena takiego, jak ja. Trzeba wam wiedzieć, że podczas bytności mej w Anglii bardzo rzadko słyszę o czymkolwiek związanym ze Śródziemiem. Dziwi mnie to o tyle, że przecież świat wykreowany przez Tolkiena jest mimo wszystko znany i lubiany, a w Londynie nie ma ani obrazów zbytnio, ani pamiątek… Tu zdecydowanie króluje Harry Potter, a na Saurona i Gandalfa miejsca nie ma.
Tym więc milej było mi usłyszeć, że dworzec w Oxfordzie ozdabia obraz o wdzięcznej nazwie "Beren i Luthien w dziczy", niestety nie pomnę nazwiska artysty.
Do tego można przeczytać tam napis:
"Long was the way that fate them bore,
O’er stony mountains cold and grey,
Through halls of ireon and darkling door,
And woods of nightshade morrowless.
The Sundering Seas between them lay,
And yet at last they met once more,
And long ago they passed away
In the forest singing sorrowless."
Jest to cytat z "Pieśni o Berenie i Luthien" Tolkiena. Już to dla mnie było zapowiedzią, że w Oxfordzie nieco więcej akcentów Tolkienowskich dojrzę. I, owszem, nie myliłem się. Jak Londyn żyje Hogwartem, tak Oxford żyje Śródziemiem, przynajmniej ja takie wrażenie odniosłem.

Oxford to dość małe miasteczko, utrzymane w stylu dawnym, trudno mi powiedzieć jakim, ale wiele tu pałacyków, smukłych domków znanych z okresu wiktoriańskiego, a nawet renesansowego. Z tego co słyszałem wygląda to trochę tak, jakby to miasto zatrzymało się w czasie kilkaset lat temu.
Pewnym kontrastem są tu samochody jeżdżące po ulicach.
Tłumy były ogromne, ale czego ja się spodziewałem po wakacjach?

Weszliśmy do miasta, mijając zamek Oxfordski, na którego zwiedzenie niestety czasu mi zabrakło. Pierwszym mym celem było "Museum of the history of science".
Co mogę powiedzieć? Rzadko mówię coś takiego o muzeach, ale… Nie polecam.
Wystawa na mnie wielkiego wrażenia nie zrobiła, kilka dawnych instrumentów naukowych, sekstans, dawne teleskopy… Ale żadnego komentarza czy opisu, od, leży jedno od drugiego – narzędzia z renesansu koło tych z XIX wieku, modele samochodów tóż koło średniowiecznego astrolabium…
Nie, jakoś to muzeum w zachwyt mnie nie wprawiło.

Inna sprawa to kolejne muzeum, czyli Oxfordskie Muzeum Historii Naturalnej.
Wielu z was pewnie słyszało o tym Londyńskim, słusznie, bo jest niesamowite. Rzadko jednak się pamięta, że i Oxford ma swoją wystawę do pokazania, składającą się wyłącznie z eksponatów należących do uniwersytetu.
To muzeum jest bardzo ładnie zrobione. Oczywiście, jest mniejsze od tego Londyńskiego, ale i ponoć ładniejsze, z pewnością zaś wystawa nie rozczarowuje.
U wejścia mamy, bo jakby tu inaczej, szkielet tyranozaura, oczywiście można go dotknąć.
Są różne ichtiozaury, pterozaury czy jak to tam się pisze.

Widziałem też ogromne, bo tak z metr wysokości, figurki przedstawiające różne tam tripto coś tam i inne zaury.
Niestety, moja wiedza o paleontologii jest zbyt mała, bym zapamiętał większość nazw. Był tam jakiś brachiozaur czy coś takiego, Argentynozaur, który przynajmniej ma jakoś tam logiczną nazwę, był i wannanozaur, który, jak sama nazwa wskazuje, najprawdopodobniej lubował się w licznych kąpielach w wannie.
Prócz tego są skamieliny z okresu paleozoiku, bardzo ich dużo, pokazana historia ewolucji RNA i DNA… No, takie tam ciekawostki.
W sekcji geologicznej masa minerałów – z blokiem diamentu z pół metra wysokości włącznie.
Ogólnie, muzeum może nie tak duże jak Londyńskie, ale zdecydowanie wystawę ma pokaźną i bardzo mi się spodobało.

Pamiętacie, jak mówiłem, iż Oxford Tolkienem żyje?
No więc jechałem tam bez świadomości, że znajduje się tu wystawa poświęcona Śródziemiu. Ja miałbym tam nie pójść?
Co prawda wystawa wymagała prebookingu miejsc, ale poszło się do pani z obsługi, wymieniło kilka grzecznych zdań, powiedziało, że bardzo mnie wystawa interesuje, a nie wiedziałem o niej, że nie mam szans przyjechać w innym terminie… I, proszę, jest wstęp. Bardzo miła obsługa.
Pani mnie pytała czy jestem na filologii. Jak widać, doszli do wniosku, że tylko filologia angielska spacza w dostatecznym zakresie, by tak kochać Tolkiena. Wszyscy filolodzy to czytający, bójcie się.

Na wystawie niestety prawie wszystko jest za szkłem. A że Kamil fanem Tolkiena nie jest – w ogóle go nie czytał – to i ograniczone mam spojrzenie na to, co prezentowane.
Dlatego, jeśli chcecie się tam wybrać, a polecam, to raczej z kimś znającym uniwersum.
Znajdziecie tam prace Tolkiena, pierwsze szkice map Śródziemia, jego notatki…
Kamil się zachwycał jego obrazami, ponoć – a zweryfikować nie umiem – Tolkien miał ogromny talent kreślarski, jego obrazy są bardzo wierne.
Mapy Śródziemia są tam niezwykle szczegółowe. Tolkien mapę Śródziemia sobie narysował na takim wielkim, powiedziałbym plakacie… Zaznaczył tam każde jedne miasto, o którym mowa w jego książkach, pokreślił trasy podróży Drużyny Pierścienia i wyprawy Bilba…
Co ciekawe, na mapie są kreślone proponowane nazwy krain, można się z niej dowiedzieć, jak Tolkien zmieniał nazwy miejsc.
Są też zaznaczone kraje, które nigdy nie pojawiły się w jego dziełach.

Prócz tego, można zobaczyć liczne obrazy nawiązujące do Tolkiena, innych, znanych twórców.
Jest i wystawa poświęcona muzyce, nawet Enya się załapała.

W sklepiku obok oferują masę książek i opracowań Tolkiena. Tu bardzo żałuję braku wzroku, gdyż bardzo chętnie bym coś sobie kupił.

No i to tyle, jeśli chodzi o Oxford. Potem był już czas wracać do domu.
A i do tych, co narzekają na Polskie koleje. Pociąg nasz był tak opóźniony, że w powrocie nie zdążyliśmy na przesiadkę i musieliśmy jechać o godzinę dłużej, gdyż tyle czekaliśmy na następny.

6 uwag do wpisu “Oxford – miasto ze Śródziemia

  1. Bardzo żałuję, że nie zapamiętałeś wszystkich nazw w muzeum historii naturalnej. Chyba będę musiał Ci zrobić jakiś wykład z uwzględnieniem etymologii nazw poszczególnych zwierząt, żebyś potem nie pisał, że są nielogiczne. Tak na poważnie, muzeum bardzo mnie zainteresowało. Tolkien zresztą też. Fakt, że są tam związane z nim akcenty jakoś mnie nie dziwi. Ostatecznie Oxford to miasto, w którym żył i wykładał. Ciekawe, czy coś poświęconego Lewisowi też tam mają.

  2. A już miałam pisać, że fragment tego wpisu to do Kuby. 😀
    Ooo, Enya się załapała, to miłe. 🙂 Ja fanką Tolkiena nie jestem i nie byłam, ale cieszę się, że Ci się podobało. 🙂

  3. Ja kiedyś się pewnie wybiorę. Co do braku opisów przy eksponatach, ostatnio byłem w Kołobrzegu i tam między innymi zwiedzałem wystawę minerałów i skamieniałości. Powiem, że na tej ekspozycji z opisami też bywało różnie. Mieli tam na przykład bardzo ładny okaz liliowca. To rodzaj bezkręgowca z rzędu szkarłupni, czyli tego samego, z którego wywodzą się rozgwiazdy i jeżowce. Szkoda tylko, że opisu nie było przy nim żadnego. Ja rozpoznałem, co to takiego, bo coś tam na ten temat już wiem i miałem styczność z tego typu okazami na bardziej profesjonalnych ekspozycjach. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby ktoś przyszedł z ulicy, nie mając wiedzy paleontologicznej, nie wiedziałby, na co patrzy. żadnej kartki, a zapytać też nie było kogo, bo właściciel był nieobecny. Ciekawe, czy wiedzieli wogóle, co mają. Byłem też niepocieszony, bo na dotyk trudno mi było określić wiek tego eksponatu, zakładam, że pochodził z ery paleozoicznej, konkretnie z przedziału czasowego od około 470 do 350 milionów lat temu, bo z młodszymi skamielinami tego typu nie ma się zwykle do czynienia, choć liliowce spotyka się do dzisiaj. Nadal jednak to przedział zawierający aż trzy okresy geologiczne: ordowik, sylur i dewon, więc odczuwałem niedosyt. Tutaj właśnie przydałby się wzrok, bo na podstawie barwy skały można by było powiedzieć coś więcej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *