Oficjalnie w Warszawie mieszkam od wtorku. Dość krótki jest zatem ten okres mej bytności w stolicy szczególnie, że wpis ten piszę z domu w Bolszewie, do którego to domu wróciłem wczoraj wieczorem, a w stolicy zjawiam się ponownie w niedzielę.
Choć więc sam po mieście poruszam się w multum spraw, wcale nie czuję się jeszcze pewnie – jak znam życie jest to kwestia pewnego czasu, nie wiem jeszcze, jakiego.
Póki co jednak co jakiś czas skręcam w złą uliczkę, wchodzę w zły zakręt. Potem zaś trzeba się cofać i myśleć, co jest znowu nie tak.

W tym nierozgarnięciu inicjacyjnym jest jednak pewien aspekt pozytywny, mianowicie mnogość śmiesznych sytuacji, jakimi mógłbym się podzielić. Tak więc dziś opowiem wam jedną z nich.

Wracałem ja sobie od Mai z Żyrardowa przed wczoraj. Wysiadłem na Warszawie Centralnej i skierowałem się na metro, by radośnie pojechać do nas, na Powiśle. Trasa ta wymaga przesiadki na stacji o dźwięcznej nazwie Świętokrzyska.

Dojeżdżam ja więc bezproblemowo na Świętokrzyską, nawet nie zgubiłem się przy zmianie linii, przesiadłem, wsiadłem do pociągu, dwa przystanki, jestem na miejscu.
Wysiadam z metra i… Szukam wyjścia.

– Pomóc ci w czymś? – Zapytał głos należący do mężczyzny w stanie, najwyraźniej, niewiele z trzeźwością mającym wspólnego.
– Tak, dziękuję. – Odpowiedziałem zatem. – Szukam wyjścia na Wybrzeże Kościuszkowskie.
– Aaaa, musisz iść prosto. – Odpowiedział uprzejmie jegomość.

Nieco zdziwiony idę do przodu i wyczuwam pod laską kropki. Wysuwam laskę nieco dalej, peron.
Cofam się.

– Ale tu są tory. – mówię co nieco ogłupiały.
– Tak. – Odpowiada mężczyzna. – Wyjście jest w dół.

10 uwag do wpisu “No bo przecież wyjście jest w dół

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *