Pierwszy fanfik mojego autorstwa.
Twór powstały w pociągu Pendolino EIP5400.
Mówiłem, że podróże pociągami mi szkodzą?

Cisza… Niezmącona żadnym głosem, przyjemna cisza… I znowu… To samo… Krzyki w dole, jakby przynajmniej wybuchł pożar.
Albus Dumbledore, dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie przez moment rozważał taką ewentualność w swym nie do końca wyspanym umyśle. Gdyby rzeczywiście wybuchł pożar, musiałby teraz zejść schodkami, użyć zaklęcia, którym ogłosiłby ewakuację szkoły. Następne dwie minuty poświęciłby na przekonanie nauczycieli, że to żaden głupi żart uczniów ani próba uniknięcia egzaminów. Dalsze trzy to przekonanie Irytka, że, fakt, ogień jest fajny, ale teraz należałoby jednak się zmywać. Przy odrobinie szczęścia i sprawnego zarządzania, w ciągu następnych pięciu minut wszyscy byliby na błoniach. Z drugiej jednak strony, nie ogłaszało się ewakuacji pożarowych w Hogwarcie. I wcale nie chodziło o to, by nauczycielom aż tak zależało na pozbyciu się kilku uczniów, choć, po chwili namysłu dyrektor przyznać musiał, że po części chodziło i o to. Oficjalne wyjaśnienie było jednak znacznie prostsze, mianowicie w Hogwarcie nie wybuchały pożary, zaklęcia rzucone na zamek uniemożliwiały rozprzestrzenianie się ognia, zwykle.
Skoro więc wykluczono ewentualność zagrożenia ogniowego, co się, do cholery, działo?
W całym zamku wielu ludzi trawiły podobne refleksje. Zastanawiała się nad przyczyną krzyków profesor Sprout, zastanawiał się Flitwick, zastanawiały się duchy i uczniowie, ba, zastanawiał się sam Irytek, choć, w przeciwieństwie do reszty pracowników placówki nie tyle zmartwiony, co rozczarowany faktem, że taki harmider został wywołany przez kogo innego, niż on sam.
Tak naprawdę jedynymi ludźmi, których nie obchodziła natura hałasów byli Severus Snape – który, śpiąc sobie smacznie, tylko wymamrotał przez sen: "nie ma to jak cruciatus o poranku" – oraz Minerva McGonagall. Ta druga najpewniej dlatego, że to z jej warg wydostawał się ów przeraźliwy dźwięk.

– Czy potraficie mi to wyjaśnić? – Powtórzyła setny raz nauczycielka transmutacji. Panowie Weasley setny raz pokręcili głowami, co setny raz doprowadziło profesorkę do wypowiedzenia kilku słów, za które natychmiast odjęłaby przynajmniej po kilka punktów, gdyby usłyszała je w ustach któregokolwiek z uczniów.
Sala transmutacji wyglądała, jakby przeszło przez nią tornado, przynajmniej, gdyż jednak wichura to zbyt mało, by doprowadzić do takich zniszczeń. Biurka były przypalone i podzielone na kilka części, w oknie wyleciała szyba, donice z kwiatami leżały rozbite na ziemi. Piękne, zdobione żyrandole kupione dawno temu przez Dumbledorea podczas jego wizyty w Egipcie leżały roztrzaskane na podłodze. Tapety zdobiące niegdyś ściany leżały na posadzce, rozdarte, a na ich powierzchni z trudem można było dopatrzyć się zarysów dawnych wzorów. W zasięgu wzroku nie było niczego, co wyglądało, jakby wyszło z mikroskopijnej apokalipsy cało. Niczego prócz braci Weasley stojących w środku sali z nieco zakłopotanymi minami, jakby przyłapano ich na spisywaniu prac domowych albo czymś równie nie groźnym. Z pewnością mimika ich twarzy nie była adekwatna sytuacji, jaką profesor zastała w swym gabinecie, gdy zbudził ją głośny trzask.

– Pani profesor, ja to wyjaśnię. – Powiedział cicho George.
– Mam nadzieję, że to pan zrobi, panie Weasley. – Odparła stalowo nauczycielka.
Weasley odpiął od pasa dziwny, nieco zaokrąglony przedmiot i wręczył go skamieniałej pani profesor.
Ta spojrzała na obiekt krytycznie, zastanawiając się czy to nie jest jakiś ponury żart.
– Pani profesor, – Powiedział nieśmiało Fred. – myśmy tylko chcieli sprawdzić, do czego to służy. Okazało się być dość… destrukcyjne.

Minister Knot nie miał dziś dobrego dnia. Więcej, był to jeden z tych nader licznych dni, gdy żałował piastowanego urzędu.
Na początek Urząd kontroli świstoklików poinformował go, że omylnie rzucone zaklęcie zamieniło w świstoklik teczkę z dokumentami i wysłało ją na powierzchnię Marsa.
W związku z brakującą dokumentacją, ktoś nie zabezpieczył jednego z obiektów, a więc zaraz miał na głowie Knot Departament Niewłaściwego Użycia Czarów informujący, że grupka mugoli znalazła starą gazetę, która okazała się, jakże by inaczej, świstoklikiem i zabrała ich w podróż życia na Alaskę.
Zaraz potem zgłosił się do niego Inspektorat informując, że w zagubionej teczce znajdowały się dokumenty, które ustawowo złożyć należy na Zebraniu Międzynarodowej Rady Czarodziejów, a zdaniem badaczy z Ministerstwa loty na Marsa okażą się możliwe najwcześniej za kilka dekad.
Korzystając z zamentu, firma Nimbus natychmiast ogłosiła, że opracuje miotłę, dzięki której będzie można sięgnąć gwiazd, ale w tym celu potrzebuje kilku dodatkowych licencji, o które wystąpiła priorytetowo do Departamentu Transportu.
Departament Magicznych Gier i Sportów natychmiast złożył na biurko ministra zaskarżenie, że takie miotły dawałyby graczom niesprawiedliwą przewagę.
Uznawszy, że czas na środki awaryjne, posłał Knot do Departamentu Tajemnic po zmieniacz czasu. I wtedy właśnie się okazało, że gdzieś zniknęła jedna sztuka.

Profesor Moody przyjrzał się uważnie przedmiotowi, jaki McGonagall położyła na jego biurku.
Postukał w niego kilka razy różdżką, mamrocząc różne formuły, jednak bez skutku.
Czegokolwiek by nie próbował, przedmiot usilnie przekonywał go, że nie ma żadnych właściwości magicznych, co oczywiście przeczyło obserwacjom.
W końcu podniósł wzrok na nauczycielkę transmutacji, choć magiczne oko wciąż patrzyło na Bliźniaków.
– Obawiam się, – Powiedział zmęczonym głosem – że moja wiedza tu nic nie da. Chyba należy skontaktować się z ministerstwem. Słyszałem, że Knot ostatnio narzeka na brak zajęć.
Przez twarze bliźniaków przemknął wyraz lekkiego zaniepokojenia. Już po chwili znikł, ale nie umknął Moody’emu.
– A tak właściwie… – zapytał nauczyciel – to skąd żeście to wytrzasnęli?
– Dziesięć tysięcy lat to chyba jednak nieco za dużo. – Wyszeptał zakłopotany George.

Oczy trzymanego przez lorda mężczyzny niemal wyszły z orbit, ale nie dbał o to. Czuł złość, złość rozsadzającą go od wewnątrz, palącą niemal ogniem.
– Powtórz to. – Warknął swym metalicznym głosem.
– Nie wiem. – Wydukał tamten.
– Lord Vader poczuł nieodpartą pokusę, by przebić natychmiast nieszczęśnika mieczem świetlnym. Zrobiłby to najpewniej, gdyby nie pewna drobna niedogodność.
– Zapytam ostatni raz. W jaki sposób dopuściłeś, by go skradziono? – wysyczał.

11 uwag do wpisu “Jak to się stało? – Fanfik Potterowski

  1. Dawidzie! Co się z tobą porobiło!? No co się porobiło!? Styl absolutnie cudowny. Cud, miód i orzeszki. Na swój sposób kanoniczne, przeuroczo zabawne. Od długiego czasu nie mogłam znaleźć potterowskiego fanficka, przy którym śmiałabym się w głos. Naprawdę, od kilku lat. Zaczęłam już wierzyć, że fanfickowy humor umarł raz, na zawsze. Dobrze, że tak to zakończyłeś. Tak Elanor lubi najbardziej.
    Ale wszystko, od początku do końca jest piękne. Prowadzona przez na wpół śpiącego Albusa analiza sytuacji, rozczarowany Irytek, rzucająca wulgaryzmami (pewnie ze szkockim akcentem) Minerwa, Snape z tym cruciatusem o poranku, problemy Knota… Nie będę wypisywać perełek, bo musiałabym zacytować całość.
    Brawo! Brawo! Brawo!

  2. Kurde wiem! olśniło mnie! Skoro to co powyżej powstało w pendolino, to wsiadaj w pendolino jadące gdziekolwiek, i pisz kolejny fragment 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *