Zwyczajowym trybem pozdrawiam z pociągu. Dziś zrobiłem dwie godne zanotowania rzeczy: pojechałem pierwszym możliwym kursem autobusu 127 na Centralną (04:59), a z niej pierwszym rozkładowym Pendolino do Gdyni (05:25). Skoro więc już od takich cudów dzień zaczynam, należnym jest, by nie zaprzestawać. Czas więc na kolejny cud, a więc wpis na blogu – o życiu – napisany z ledwo 2-tygodniowym opóźnieniem. Przyzwyczajajcie się!

Grecy twierdzili, że na początku był chaos; Ewangelia św. Jana, że na początku było Słowo, Tolkiena powieści, że na początku był Eru… A ja stwierdzę, że na początku był… pociąg, konkretnie zaś Pendolino z Warszawy Centralnej do Gdyni Głównej, odjeżdżające w środę, 19 grudnia, o godzinie 18:25!
Ale zanim był pociąg, było coś znacznie ważniejszego, rzekłbym, niedającego się wymazać. Zowie się to coś klejem.

Jak co roku, także i tym razem postarałem się o prezenty na święta dla rodziny. Sprawa była jednak o tyle lepsza, iż, przebywając w Warszawie, mogłem po prostu kupić, czego pragnąłem, przywieźć do domu i nikt o niczym nie wiedział. Jednym z tych prezentów, dla taty i Radka, jest model do wycięcia i sklejenia żaglowca. Dobra, nazwijmy rzeczy po imieniu: Radek znudził się po pięciu minutach, a tacie aż oczy zalśniły. To było z resztą do przewidzenia.
Kiedy jednak w środę przed wyjazdem się pakowałem, nie wiedziałem, że klej w siatce leży na pudełku z modelem – byłem pewien, iż jest w środku. A więc, gdy ruszyłem opakowanie, nadane zostało pewne przyspieszenie w kierunku poziomym. Po chwili zaś spod kleju zniknęło pudełko, a więc i podłoże. Poruszając się bezwładnie wciąż w kierunku poziomym, klej jednocześnie zaczął ruch przyspieszony w kierunku pionowym i zwrocie w dół. To złożenie dwóch ruchów – przyspieszonego pionowo i opóźnionego poziomo, spowodowało kontakt w pewnym punkcie P między puszką z klejem, a ciałem zwanym podłogą.
Jako, że pęd kleju był dość duży, a podłoga nie mogła go przejąć, bo jest podłogą, doszło do klasycznego zderzenia niesprężystego.
Puszka z klejem została więc wprawiona w drgania nieharmoniczne gasnące w osi pionowej, które zarezonansowały z częstotliwością drgań własnych pokrywki, ta zaś się otworzyła.
Jako, że klej lżejszy jest od puszki, doszło do sytuacji, w której po przejściu przez kolejną amplitudę, prędkość puszki okazała się większa od prędkości kleju, który, będąc w stanie ciekłym, dokonał kontaktu z podłogą w wielu punktach o kształcie podejrzanie przypominającym okrąg.

Kiedy Julita wróciła do domu, zastała mnie sprzątającego po kleju i zapach iście interesujący – tak, że zastanawiała się czy ktoś tu nie pił alkoholu. Swoją drogą, nigdy, przenigdy nie próbujcie zbierać kleju z podłogi szmatką – kończy się szybkim odszmaceniem szmatki.
Na szczęście błyskawicznie podjęta akcja ratunkowa się powiodła i udało się zebrać klej, nim zasechł. Mogłem rozpocząć podróż do domu.

Czwartek.
W czwartek nic wielkiego się nie wydarzyło – tyle, że znalazłem wreszcie czas, by odwiedzić moje dawne liceum, Bukową. Może aż tak wiele czasu nie minęło od mojej bytności tam jako ucznia, ale jednak odebrałem świadectwo maturalne w lipcu i tyle mnie tam widzieli, a więc korzystając z okazji, pozwoliłem sobie zapukać do ich drzwi i porozmawiać z nauczycielami.

Piątek.
Tu już znacznie ciekawszą antologię napisać bym mógł. Zacznijmy od faktu, iż umówiłem się tego dnia na spotkanie z koleżanką, Olą – tą, z którą zdawałem CAE. Miejscem spotkania miała być Busola – taka słynna kawiarnia w Wejherowie, polecam każdemu, kto tu przyjedzie, mają najlepsze wuzetki, jakie jadłem.
Mieliśmy się spotkać na mieście w południe, a więc z odpowiednim wyprzedzeniem ubrałem kurtkę i, niespiesznym krokiem, udałem się w kierunku przystanku autobusowego Leszczynowa. Nim jednak wyszedłem z podwórka, w miejscu zatrzymał mnie telefon od Oli, która pytała się czy możliwym byłoby przesunięcie spotkania ze względu na to, że chyba tak jakby zaspała i dopiero się obudziła. No ok, nie ma sprawy.
Godzina 12:49, Dawid na przystanku Reja wsiada do autobusu.
Godzina 13:03, Dawid wysiada z autobusu na przystanku Filharmonia.
Godzina 13:10, Dawid zaczyna zastanawiać się, co z Olą.
Godzina 13:15, Ola melduje, że stoi w korku i nie wie czy autobusem się dobije, przyjedzie pociągiem.
Tu mały sukcesik. Mimo, że w tamtych okolicach nie było mnie samemu od kwietnia, wciąż umiem trafić z Filharmonii na pociąg. Jest dobrze.
Pociąg Szybkiej Kolei Miejskiej, linii S2: ze stacji Gdańsk Śródmieście, do stacji Wejherowo, jest opóźniony około 40 minut. – Powitał mnie radośnie dworzec.
– A weź spadaj. – Radośnie odparł Dawid.
W praktyce oznaczało to tyle: Ola przyjechała późniejszym pociągiem, ale i tak była wcześniej. Dobra, nieważne, ważne, że wreszcie się spotkaliśmy, a ja zjadłem wuzetkę. Eeee, znaczy chciałem powiedzieć, że bardzo się cieszę ze spotkania z Olą… Dobre wuzetki tam mają.

Minęły święta, o których tu rozwodził się nie będę, lecim dalej. Co mamy dalej? A no dalej mamy czwartek, 27 grudnia.

Czwartek:
Tego dnia spotkałem się z jeszcze jedną osobą z klasy licealnej, Weroniką. Tym razem już bez przygód korkowo-ciuchciowej natury. Ale z przygodami natury busowo-pijaczkowej.
– Następny przystanek: Strażacka. – Ogłosił głośnik w autobusie.
– Nie możesz głośniej? Nie widzisz, że ślepy jedzie? – Nawrzeszczał na głośnik jakiś pijaczek.
Wspominałem, że w Busoli dobre wuzetki mają?

Piątek:
Piątek był dziwnym dniem. Jechałem tego dnia z mamą do Pucka, by odwiedzić grób dziadka, a za razem zrobić małe zakupy informatyczne.
Ludzie, ja nie wiedziałem, że w Pucku jest tyle sklepów komputerowych!
Ja więc tylko szukałem adresów, a mama jeździła, gdzie podawałem. Zwiedziłem większy kawałek Pucka, niż kiedykolwiek, a i tak nigdzie nie mieli adaptera SATA na USB.
Tego dnia także przyszedł mój nowy keyboard, czego efekty już na blogu widać. Rozważałem jego zakup od dwóch lat. I, wreszcie…

Sobota:
Zabawa się rozkręca. Zacznijmy od pewnej prawidłowości Wejherowsko-Gdyńskiej.
Między Wejherowem a Gdynią kursują trzy rodzaje pociągów: SKM na liniach S1 i S2, Regio oraz Intercity.
SKM jeździ 35 minut, Regio 23 minuty, Intercity 15 do 20 minut.
Jest tylko taki jeden problem. Kiedykolwiek do Gdyni Głównej jadę, nie zastaję żadnego sensownego połączenia czym innym, niż SKM. Nie ma, po prostu, zawsze jest pięć minut po Regio albo pół godziny przed Intercity, jakkolwiek, kiedykolwiek bym nie jechał. Tym razem więc zabrałem się do sprawy taktyczniej.
Nim pojechałem do Wejherowa… Sprawdziłem, o której godzinie odjeżdża Intercity. I to nim pojechałem. Yeah, wreszcie! Zawsze o tym Marzyłem!
Ale co ja robiłem w Gdyni? A no kolejne spotkanie, tym razem z takim jednym Ambulocetem.
Warszawa może mieć swoje metro. Phi. Gdynia ma trolejbusy! Nie jechaliście nigdy trolejbusem? To macie problem. 🙂

Poniedziałek:
Skończyć tego wpisu inaczej nie mogę, jak nie poniedziałkiem, gdy odbył się drugi w mym życiu Sylwester poza domem, z Mają, Kamilem i Julitą – u nas, na Powiślu.
Tu jednak rok postanowił mnie pożegnać w zgoła oryginalny sposób. Dojechałem ja do Warszawy Centralnej, wyszedłem schodkami, skierowałem się na metro. Tu jakaś pani, troszkę biegnąc, wleciała prosto na moją laskę. Żegnaj, piękna laseczko.
No i stoję sobie, gdzieś na Śródmieściu, z pękniętą laską i brakiem koncepcji, co teraz.
Ok, wszystko po kolei, idziemy do metra.
Szliście kiedyś do metra bez Laski, schodami na Patelni? Nie? Polecam, ciekawe doświadczenie. Chyba pierwszy raz, jak żyje, ludzie nie zauważyli, że nie widzę. 🙂
Ale do pociągu metra już wejść bym się bez laski nie odważył. Co teraz? A no teraz ratunek. Już rozważałem wycofanie się z peronu i poproszenie taksówki, ale Kamil i Maja podjęli się biedną ślepotkę z Centrum odebrać, dziękuję. Całe szczęście, w domu czekała laska zapasowa.
A jak minął nam Sylwester? Cudownie.
To nic, że poszliśmy spać po szóstej rano… Reszty się domyślajcie!

9 uwag do wpisu “Raport końcoworoczny

  1. Sylwester to się w sumie zakończył zjawiskową bitwą na poduszki, a także zjedzeniem kebaba jako pierwszego w tym dniu posiłku! 🙂

  2. Chciałabym wrócić do czasów, w których ludzie nie wiedzieli, że nie widzę. O, myślałam, że coś napiszesz o sylwestrze.

  3. No tak, Monia ale to był jeno mały urywek całości! Chodzi o to, że położenie się spać o tej cudnej porze go wcale nie zakończyło chciałam tylko tak doprecyzować.

  4. Właśnie. Ja nie ogarniam, czemu wszyscy mówią, że sylwester zakończył się bitwą na poduszki. Wedłóg mojego poczucia czasu, to bitwa była w nowy rok, już po spaniu. Przed spaniem był sylwester, potem był już następny dzień. Jezu, jak ja się zmordowałam z tymi poduszkami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *