Pod koniec ubiegłego roku Julita postawiła przed nami ciekawe wyzwanie polegające na przeczytaniu stu książek, a także opisywaniu tych, które przeczytaliśmy do tej pory. Pozwoliłem sobie nieco formę owego wyzwania zmodyfikować i zbierać przeczytane pozycje miesiącami.
W tym wpisie postaram się podsumować, co też przeczytałem w styczniu, podzielić się subiektywną opinią i krótkim opisem tekstów. A różnorodność gatunkowa była tu dość spora, bo od powieści historycznej, przez antywojenną i obyczajowe po fantastykę. Nim jednak podsumuję dzieła po tytułach, kilka uwag wstępnych.

Jak oceniać literaturę?

Pierwsze recenzje próbowałem pisywać jeszcze na Klango w latach 2011-2013. Wtedy też dawałem książkom oceny w 10-punktowej skali. Dziś także często widzę tę praktykę, tak na blogach recenzentów, jak chociażby na stronach Internetowych księgarni. A jednak nie da się przecież zamknąć książki w 10-punktowej skali, co więcej, nie da się jej do końca obiektywnie ocenić.
Oczywiście, możemy porównywać lub opisywać książki wedle szczególnych kryteriów. Możemy powiedzieć pozytywnie o poziomie poetyckim czy ilustratorskim Ballad Mickiewicza czy doceniać opisy w książkach Sienkiewicza. Już jednak przecież i te Ballady, i opisy mają swoich zwolenników lub przeciwników.
Jeden czytelnik będzie spijał każde słowo ilustracji krajobrazów czy chociażby zwykłej gospody z "Krzyżaków" czy "Ogniem i mieczem" albo rysował w wyobraźni Rzym z "Quo Vadis", drugi zaś tylko znudzony będzie przerzucał po kilka-kilkanaście stron. Gdy jedni zachwycają się Sienkiewiczowskim językiem, drudzy są mu niechętni lub nawet z jego powodu rezygnują z lektury.
Z biegiem lat coraz więcej dostrzegam wad czy błędów w twórczości pani Rowling. Drażnią mnie kolejne nieścisłości czy płytkość wydarzeń, a jednak przygody Harryego Pottera śledzą z zapartym tchem czytelnicy z całego świata, sam chętnie przeczytałem książki o Hogwarcie i czasem do nich wracam, zwłaszcza do ulubionego "Więźnia Azkabanu".
To wszystko sprawia, że nie da się naprawdę ocenić książki, nie w 10-punktowej czy nawet porównawczej skali. Trudno chociażby kłaść przy sobie "Antygonę", "Beowulfa" i "Dekameron" powstałe w trzech tak różnych epokach, różnych kulturach i tradycjach i porównywać kunszt ich napisania.
Ja osobiście przyjąłem nieco inne kryteria i zacząłem oceniać na własny użytek książki tym, w jakim stopniu do mnie przemawiają. Uważam, że jednym z najtrudniejszych wyzwań dla autora jest utożsamienie czytelnika z bohaterem i przeświecanymi przez książkę ideami.
Przez to, jak książka do mnie przemawia swym językiem, stylem czy pomysłem mogę ocenić, na ile się mi podoba – i znów, każdy może odebrać powyższe po swojemu.
Dlatego uznałem, że w podsumowaniu tym i przyszłych będę więcej skupiał się na własnych odczuciach, niż obiektywnej ocenie.

Zbiór ten podzieliłem na nagłówki – taka wskazówka: aby skakać między pozycjami wystarczy wciskać literkę H lub SHIFT+H.

Lektury przeczytane przeze mnie w styczniu

Luty oznacza sesję, a więc pewnie w sporym zakresie ponadrabiałem czytelnicze pozycje za zaczynający się miesiąc. W styczniu miałem przyjemność zapoznać się z piętnastoma pozycjami.

1. "Anioły w czerni", Evan Currie

Są takie cykle, które gdzieś tam już dawno zatraciły swój pomysł i cel istnienia, a jednak wciąż książki się chętnie czyta – nawet gdy lektura powoli zaczyna przypominać oglądanie czegoś, byle oglądać. Powyższe zdanie jest nieco krzywdzące dla twórczości Evana Curriego, ale to właśnie w tę stronę prowadzi czytelników jego pióro.
Cykl "Odyssey One" – do którego Spin-Offem jest powieść "Anioły w czerni" – przyjął się na świecie bardzo ciepło. Przygody kapitana Erica Westona – może nieco szalonego, może mającego zbyt wiele szczęścia, ale człowieka prawego i upartego, o wielkiej charyzmie i charakterze admirała Nelsona, oddanego całym sercem swojej załodze, pierwszego odkrywcy pozaziemskiej cywilizacji nazwanej Pryminae – i jego zmagań z rasą Drassinów może nie były wyjątkowo odkrywczym powiewem w literaturze Science Fiction, ale ze względu na formę ukazania, wartką akcje i w tym wszystkim ukryte trudne dylematy o moralności, roli człowieka i wojny zdobyły także i moje serce.
"Rozgrywka w ciemno" czy "W samo sedno" – pierwsze dwa tomy cyklu – zdecydowanie zasługują na duży szacunek. Niestety wydaje się, że autor podąża za obecnymi tendencjami i nie wie, w którym miejscu postawić kropkę, a kolejne jego powieści stają się schematyczne i niewiele wnoszące do fabuły. Ta z resztą gdzieś tam już się zapodziała z pewnością czytelnikowi, a najpewniej także i autorowi.
Kolejne historie pióra Curriego sprowadzają się ostatnio do kilku stron czczej paplaniny i rzucania się na wroga, odpalając wszystkie działa na okrętach i starając się przeżyć. Nawet schematy kolejnych starć w kosmosie stają się przewidywalne i powtarzalne.
A jednak wciąż autor nie zagubił tej jednej rzeczy, która zachęca do sięgania po kolejne tomy – choć z westchnieniem rozczarowania za każdym razem. Choć złote lata cyklu "Odyssey One" zakończyły się wraz z momentem, gdy ludzkość Curriego wymyśliła broń zwaną działami T, która pozwoliła niszczyć niezdobyte okręty Drassinów całymi setkami, to jednak w opisach kolejnych starć wciąż pozostała ta mała iskierka, która z tak zapartym tchem pozwalała śledzić pierwsze zmagania byłego pilota myśliwca.
I choć wiem, że do "Aniołów w czerni" nie będę wracał, z pewnością lektura dostarczyła zabawy i skutecznie odciągała myśli na nudniejszych wykładach.

2. "Wśród Obcych", Jo Walton

Rzadko to mówię, ale choć od lektury książki minęły ze trzy tygodnie, zupełnie nie wiem, co o niej myśleć. Główna bohaterka ucieka od próbującej zabić ją matki i trafia do dość obojętnego jej ojca. Wysłana jest do szkoły z internatem.
Nikt prawie nie wie jednak, że jej matka jest czarownicą, a i nasza bohaterka utrzymuje kontakty z istotami, które nazwała Wróżkami – prawdopodobnie duchami zmarłych.
Pomysł może nie wydaje się zbyt odkrywczy, ale przecież może rozwinąć się w ciekawą akcję. A jednak wraz z lekturą kolejnych kartek, szczególnie zaś zakończenia odczułem się, jakbym przeczytał kilka pustych stron.
Książka pozostawia nas bez podsumowania. Tworzy wątki, które rozwiązują się jakby dlatego, że autorka postanowiła oddać pozycję do wydawcy. Uczynki – dobre czy złe – nie dają konkretnych skutków. Nawet wątek romantyczny wydaje się utworzony sztucznie.
Uważam, że książka powinna do czegoś prowadzić. Morał wcale nie musi być pozytywny. W tym jednak wypadku wydaje się, że tego morału czy kropki w ogóle zabrakło, choć niby jakieś zakończenie mamy.
Chłopak głównej bohaterki wydaje się bardziej zauroczony magią i spędzeniem z nią kilku chwil w nocy, niż jej problemami czy osobowością. I bardzo proszę, tak też w życiu niestety bywa. Ta jednak tego nie zauważa do samego końca lektury, a wątek rozwinięty nie jest wcale.
Jej ojciec pod mocą trzech sióstr-czarownic jest im całkowicie poddany. Głównej bohaterce jednak wystarczy tyle, że jej nie poddadzą swej kontroli. Jak ojciec był pod ich wpływem, jest pod ich wpływem.
Choć z kolejnymi stronami odkrywamy, że niejakie wróżki wcale nie są tak dobre i troskliwe jak może się wydawać, także i ta kwestia nie jest szerzej omawiana czy domykana.
Do tego dodam światopogląd, który wydaje mi się po prostu niebezpieczny, zwłaszcza dla młodszego czytelnika. I nie idzie mi tu teraz o to, by bić w dzwony mówiące, że magia jest zła, to może pozostawię tym, co palą w Gdańsku książki… Idzie mi o wymiar praktyczny, pewien brak zasad i moralności w uczynkach.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo – ze względu na które to wyróżnienie po nią z resztą sięgnąłem. Nie umiem jednak – przyznaję – pojąć, dlaczego zaliczona została do tekstów, wśród których także znajdują się takie pióra chociażby Ursuli le Guin czy Franka Herberta.
Pozostaje mi tylko nadzieja, że to ja czegoś nie odkryłem, bo dla mnie była to jedna z gorszych pozycji, jakie dane mi było przeczytać.

3. "Lyonesse", Jack Vance

"Lyonesse" to jedna z krain położonych na wyspach Elder – na Zatoce Biskajskiej, której historia przedstawiona jest nam w czasach ok. VI – VII wieku. Pomysł stworzenia fikcyjnych królestw w prawdziwym świecie wydaje się dość nowy. Tak, mieliśmy światy, do których wstęp mają tylko wtajemniczeni, ale zmodyfikowanie historii tak, by na znanych mapach dorzucić kilka kropek to zdecydowanie coś, z czym rzadko się spotykam.
O czym jest ta historia? Nie do końca wiem i prawdopodobnie nikt tego nie wie, bo mnogość wątków jest olbrzymia, a i całość rozciąga się na jakieś dwadzieścia lat. Gdy zaś wydaje się, że odkryliśmy ten główny wątek, rodzi nam się jakiś kolejny. Przyczyna może tkwić w tym, że jest to pierwsza część trylogii, a ja po kolejne nie sięgnąłem.
Na początku chcę podkreślić, że "Lyonesse" nie jest złą książką. Przeczytałem ją dość chętnie i kilka wydarzeń mnie zaciekawiło. Także świat tu wcale nie wydaje się szczególnie bajkowy i szybko się przekonujemy, że na wyspach Elder honor jest – owszem – cenną cnotą, ale niekoniecznie stosowaną.
Powieść rozpoczynają narodziny księżniczki Suldrun, córki króla Casmira. Ten wcale nie cieszył się z potomka płci żeńskiej, przeciwnie, otoczył córę niechęcią i nienawiścią, które doprowadzą ją wreszcie do śmierci. Wcześniej jednak Suldrun zdąży urodzić syna Aillasowi – księciu wrogiego Lyonesse Troicinetu, którego ocali potajemnie jako morskiego rozbitka.
Wyspy Elder nie są zwykłym miejscem. Prócz ludzi mieszkają tu również najróżniejsze potwory i tajemnicze elfy, – tak różne od tych Tolkienowskich – a i nie zabraknie czarowników pałających się magią w niekoniecznie moralnych celach.
Tak fabuła jak świat przedstawiony w "Lyonesse" wydają się ciekawym pomysłem. Problemem jest to, że autor nie do końca wie, co chce napisać.
Raz powieść uderza w ciężki ton tragedii, by przez komedię zamienić się w bajkę. Raz widzimy popełniającą z rozpaczy samobójstwo Suldrun, uwięzionego i głodzonego Aillasa, by po kilku stronach obserwować sceny rodem z bajek, potwory pokonywane po zażyciu eliksiru powodującego rośnięcie, rozpoznawanie mordercy po krzywych kolanach, naiwność wprowadzającą do pierwszej lepszej chaty czarownicy…
Czytając tę książkę nie mogłem powstrzymać się od ciągłego myślenia, że coś takiego mógłby napisać młody człowiek, który przeczytał wiele i próbuje pisać swoje pierwsze teksty, nie odnalazłszy jeszcze ani swojego stylu, ani gatunku. Bo rzeczywiście, do samego końca "Lyonesse" zdaje się błądzić między bajką dla dzieci, historią ze Śródziemia a tragedią antyczną. Widzimy wpływy wielu opowieści, które są tu zupełnie niepotrzebne i wciągnięte niemal na siłę. Pewne rozwiązania fabularne wydają się genialne, podczas gdy inne przypominają gry komputerowe: idź do lokacji X i przynieś mi dziesięć kamieni Y.
I to właśnie owe pogubienie własnego stylu jest przyczyną, dla której nie sięgnąłem do kolejnych części trylogii. Może jeszcze kiedyś w szare dni to zrobię, dziś jednak wiem, że książka nie jest zła, ale pozostaje bardzo zmarnowanym potencjałem.

4. "Gwiazd naszych wina", John Green

Już od dawna przymierzałem się do przeczytania tej dość znanej – zwłaszcza za sprawą filmu o tym samym tytule – lektury.
Tytułowa Hazel, chora na nowotwór, jest przekonywana przez swoich rodziców do brania udziału w spotkaniach grupy wsparcia w lokalnej parafii. Z początku bardzo im niechętna, po jakimś czasie spotyka na jednym z nich Augustusa Watersa, który wkrótce okazuje się jej miłością.
W tle powieści toczy się jeszcze wątek Petera van Houtena, autora ukochanej przez główną bohaterkę powieści "Cios udręki". Marzeniem Hazel jest to, by spotkać się z autorem. Gdy jednak udaje się jej i Augustusowi wreszcie wybrać do Amsterdamu w tym celu, okazuje się, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda.
"Gwiazd naszych wina" to na swój sposób przerażająca historia, ukazująca nie tylko cierpienie w walce z chorobą, ale i może przede wszystkim ludzkie ułomności i słabości. Nie ma tu miejsca na szczęśliwe zakończenia, a raczej na rozczarowania do ostatniej strony. I nie chodzi tylko o to, że czytelnik jakoś tak do samego końca ma nadzieję na ujrzenie cudu, ale raczej o to, że to cały świat wydaje się go w jakiś sposób zawodzić.
Uważam, że jest to jedna z tych powieści, które powinny znaleźć się na listach polskich lektur w gimnazjum, uczy nas bowiem wielkiej wrażliwości i empatii. Zdecydowanie mnie poruszyła i zadała wiele pytań, na które próbujemy odpowiadać całym swoim życiem. John Green z pewnością umie pisać w sposób, który pozwala nam się identyfikować i współodczuwać z kreowanymi postaciami.
A jednak jest tu coś, czego mi brakuje… Brakuje mi jakiejkolwiek iskierki nadziei, której ukazania autor był, mym zdaniem, winny. I nie chodzi tu o nas, czytelników, bo brak tego radosnego zakończenia sprawia, że powieść tym bardziej przejmuje. Wyobrażam sobie jednak wielu ludzi, dzieci rzeczywiście walczących z rakiem, szukających pocieszenia lub ukojenia na tych stronach. Czy je znajdą?

5. "Na zachodzie bez zmian", Erich Maria Remarque

Jakoś długo nie mogłem się zmusić do przeczytania tej powieści. Literatura nauczyła nas patrzenia na wojnę w zupełnie inny sposób – tworząc bohaterów, wskazując drogę do wolności. My, Polacy, często na wojnę patrzymy zawsze jako poszkodowani, wspominając bohaterskie Powstania Narodowe czy walki pod Samosierrą lub Montecassino. Nikt z nas nie da odpowiedzi na pytanie, czy walka musi zawsze być zła. Z jednej strony jest tragedią, z drugiej, podjęta w obronie, pozwoliła nam zachować swoją kulturę i tożsamość, dzięki niej nie piszę dziś tych słów po niemiecku. Ta druga strona medalu jest jednak często zapominana.
Za namową jednego z nauczycieli cała klasa zaraz po ukończeniu szkoły średniej udaje się do wojska, trafiając na front podczas I Wojny Światowej. Książka bardziej przypomina bezuczuciowy reportaż niż pamiętnik, tym jednak sposobem stając się tym straszniejsza. Obserwujemy choroby wybuchające w bunkrach i ludzi, dla których chęć przetrwania przyćmiewa niemal wszystkie instynkty. Z jednej strony opłakują śmierć kolejnych przyjaciół, z drugiej cieszą się już, że wezmą nieboszczykowi dobrej jakości buty.
W krótkich tygodniach przerwy odkrywają, że nie umieją już żyć w społeczeństwie, nie odnajdują się w spokojniej rzeczywistości, w restauracjach czy przy domowych ogniskach. Jak tu opowiadać o okropieństwach wojny w cichych miastach? Jak tu wyjaśnić, że w każdej minucie można wejść na minę, dostać pociskiem z karabinu, wylecieć w powietrze po zrzuconej bombie?
Z kolejnymi stronami obserwujemy, jak z sześćdziesiątki młodych żołnierzy zostaje przy życiu dwudziestu, potem dziesięciu, pięciu… Dowódcy mówią coś o jakimś poświęceniu, nikt jednak nie rozumie ani celu, ani przyczyny tej wojny. Choć pchnęły ich do niej względy patriotyczne, nikt już nie wie, kto i czy ktokolwiek ma racje, a kolejne śmierci stają się tak przypadkowe i bezsensowne, że niemal ich nie zauważamy.
Powieść jest straszna, ale jeszcze straszniejsze wydaje się to, że ta zawierająca przecież autobiograficzny wątek historia – można powiedzieć – nic nie dała. Wydana w 1929 roku szybko znalazła się na celowniku niemieckiej cenzury i nie pozwoliła uniknąć swej własnej – tylko jeszcze straszniejszej – powtórki w roku 1939.
Uważam, że kolejna obowiązkowa, choć straszna lektura, po której bardzo trudno się jest pozbierać mimo, a może przede wszystkim jej niemal zdawkowego tonu.

6. "Zabić drozda", Lee Harper

Lektura szkolna w wielu krajach, chociażby w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych, a u nas prawie nieznana. Akcja powieści toczy się w roku 1935 w niewielkim miasteczku w hrabstwie Maycomb.
Gdy zapoznawałem się dawniej z jej opisami, niejako zniechęcały mnie one do czytania. Mówiły o tym, że jest to powieść antyrasistowska, przytaczając mi skojarzenia z "Mendelem Gdańskim" – nowelą ważną, ale która mego serca nie zdobyła. Dziś mogę powiedzieć, że jest zupełnie inaczej, a wiele recenzji zdaje się niepotrzebnie wypełnianych wzniosłymi słówkami choć, oczywiście, powieść antyrasistowską jest, to w zupełnie innym sposobie i wymiarze.
Główną bohaterkę – Scout – poznajemy, gdy ma siedem lat, a jej i jej brata Jema główną fascynacją jest dom sąsiadów. Mieszkańcy mówią, że zamieszkuje w nim więziony przez swego ojca Arthur Radley. Wkrótce obsesją dzieci staje się obejrzenie tajemniczego sąsiada, który w ich wyobraźni staje się coraz to innymi postaciami.
W tym czasie przez Maycomb przetacza się kolejna fala, bo okazuje się, że jeden z Czarnoskórych mieszkańców – Tom Robinson – zostaje oskarżony o gwałt, a obrońcą w tej sprawie mianowany zostaje ojciec Scout, Atticus Finch.
Choć od samego początku jasnym się staje, że oskarżony jest niewinny, uprzedzenia biorą górę, Tom jest skazywany na śmierć, a rodzinę Finchów spotykają kolejne przytyki i docinki nazywające ich "Obrońcami Czarnuchów". Ojciec próbuje nauczyć swe dzieci, że honorowo jest stać ponad tym, co wokół się dzieje.
A jednak przecież Maycomb nie jest aż tak obojętne, jak może się wydawać, a i Atticus zaczyna się cieszyć krytym, acz narastającym szacunkiem.
"Zabić drozda" jest jednak przede wszystkim powieścią obyczajową. Oczami Scout poznajemy dorosły świat Maycomb, odkrywamy jego blaski i cienie. Na swój sposób niesamowicie jest tak po prostu poznawać dorastanie w tej odeszłej już w przeszłość rzeczywistości, tak różnej, a za razem podobnej do naszej. I choć brzmi to jak nagłówek średniej jakości zapowiedzi okładkowych, rzeczywiście ta nienormalna normalność, odkrywany świat urzekły mnie najbardziej.
Jeśli do czegoś mogę się przyczepić, to tylko do wieku głównej bohaterki. Refleksje i odkrycia, jakich doświadcza, nie pasują dla mnie do dziecka, które poznajemy w wieku siedmiu i obserwujemy przez następne trzy lata. Przez całą lekturę kusiło mnie, by przesuwać ten wiek przynajmniej o dwa lata do przodu.
Nie umiem powiedzieć, dla jakiego czytelnika napisany jest "Zabić Drozda". Wydaje się być skierowany do młodszego czytelnika, a swoją formą bliższy jest powieści przygodowej czy dziecięcej. Wiem natomiast, że autorka uważała go za skierowaną do czytelnika dorosłego. Pozostaje mi chyba uznać, że jest to powieść uniwersalna i każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
"Zabić Drozda" jest nazywana klasyką literatury amerykańskiej i uważana za jedną z najwybitniejszych powieści XX wieku. Choć ja uważam z takimi określeniami, bo – jak mówiłem – porównywanie książek prostą sprawą nie jest, zdecydowanie lekturę polecam każdemu.

7. "Idź, postaw wartownika", Lee Harper

Ta książka nie powinna być nigdy wydana. I nie chodzi mi tu o jakieś wielkie oburzenie czy krytykę, a o fakty. Lee Harper nigdy nie chciała wydać "Idź, postaw wartownika", który reklamowany i oznaczany jest jako drugi tom "Zabić drozda", a w rzeczywistości pozostaje jednym z pierwszych szkiców powyższej powieści.
Gdy Lee Harper wydała "Zabić Drozda" w roku 1960, zapowiedziała, że nigdy więcej nie napisze żadnej powieści. "Idź, postaw wartownika" została wydana w roku 2015 na kilka miesięcy przed śmiercią autorki i wciąż w Stanach trwają batalie przed trybunałem o to, czy autorka rzeczywiście wydała na to zgodę.
Skoro jednak ją wydano, to przeczytać warto. Miła była to lektura, poruszająca częściowo inną tematykę, ale widać w niej, że wymaga sporej obróbki.
Scout poznajemy piętnaście lat po wydarzeniach z "Zabić Drozda", a problematyka utworu związana jest z dorastaniem, odkrywaniem niedoskonałości świata…
To jednak, że powieść jest szkicem, widzimy po składzie: najpierw mamy szczegółowe do przesady opisy jednych zdarzeń, by nad drugimi przejść z niemal reporterskim pośpiechem. Także charaktery wielu osób, szczególnie Atticusa, bardzo się różnią od tych z "Zabić Drozda". Człowiek, który w ostatecznej powieści jest obrońcą Czarnoskórych, tu okazuje się rasistą, inny – przyjaciel głównej bohaterki, tu wykreowany jest na osobę niepoczytalną.
Mimo to lektura była ciekawa i wciągająca, a i interesująco było obserwować, jaką drogą podążały pomysły Harper, które ostatecznie przybrały formę "Zabitego Ptaka".

8. "Koralina", Neil Gaiman

To wszystko przez Julitę, która wspomniała mi kiedyś coś o tej skierowanej dla dzieci powieści, a że twórczość Gaimana bardzo cenię, postanowiłem sprawdzić, co zacz.
"Koralina" miała być thrillerem skierowanym do młodszego czytelnika. Główna bohaterka o tym samym imieniu przechodzi w domu przez pewne drzwi i odkrywa kopię naszego świata, w którym czeka na nią osoba przedstawiająca się "drugą mamą", a w rzeczywistości czarownica, która porywa rodziców dziewczyny.
W trakcie poszukiwań bohaterka odnajduje duchy dzieci, które poprzednio przeszły tę drogę. Nie mogą opuścić tego świata, gdyż odebrano im duszę.
Nie umiem powiedzieć, jak zareagowałbym na tę powieść, gdybym przeczytał ją dawniej. W wieku lat dwudziestu wydała mi się przekombinowana.
Bazując na mało oryginalnych motywach, Gaiman próbował stworzyć… coś. I chyba sam nie do końca wiedział, co.

9. "Ocean na końcu drogi", Neil Gaiman

Po porażce "Koralinowej" postanowiłem dać autorowi drugą szansę. "Ocean na końcu drogi" jest uważany za jedną z lepszych powieści autora obok "Gwiezdnego pyłu", a jakoś nie miałem okazji się z nią bliżej zapoznać. Uczucia mam po lekturze tak splątane, że nie do końca wiem, co chcę napisać.
Głównego bohatera poznajemy w jako starszego, zmęczonego życiem mężczyznę, który właśnie zakończył rozprawę rozwodową. Przyjeżdża do miejsca, w którym niegdyś żył i tam spotyka się z babcią poznanej w dzieciństwie koleżanki.
Z biegiem czasu przypomina sobie to, co naprawdę się wydarzyło, gdy tam przebywał – odebrano mu pamięć. Właściwym wątkiem powieści jednak wcale nie są tamte przygody, a niezmienność. Nasz bohater znów odejdzie, ponownie nie pamiętając o tym, co zaszło… A czytelnik tylko ze smutkiem może się zastanowić, kiedy wróci.
Z pozoru powieść dla młodszego czytelnika, jest dla mnie niezwykle smutną ilustracją ludzkiego życia i jego losów.

10. "Yankes na dworze króla Artura", Mark Twain

To z kolei przez Elanor. Tyle się naczytałem jej pomysłów wokół-Arturowskich, że uznałem, iż czas sięgnąć do klasyki gatunku. Co by się stało, gdyby XIX-wieczny Amerykanin trafił do Camelotu?
A no, że zdradzę, sporo. To jedna z tych chwil, gdy żałuję, że nie widzę, bo filmów powstało na podstawie tej powieści wiele, a ja tak pragnę ujrzeć rycerzy w zbrojach reklamujących pastę do zębów lub szampon do włosów…
I choć na końcu powieści – dość smutnym – autorowi ewidentnie zabrakło weny i ostatnie rozdziały poprowadzone są metodą "wytłuczemy wszystkich, byle szybko", to jednak bawiłem się przy lekturze wyśmienicie.

11. "Moreta, pani smoków z Pern", Anne Mccaffrey

Cykl Pernijski Anne Mccaffrey odkryłem w gimnazjum i wtedy pochłonąłem te najważniejsze powieści praktycznie jednym ciurkiem, jednak w jego bogactwie wiele tych pobocznych pominąłem w owym czasie, stopniowo od czasu do czasu nadrabiając którąś z nich. "Moreta" była najważniejszą z tych, które mi pozostały.
Na planecie Pern pojawiła się zaraza, która w ciągu kilku dni doprowadza do pandemii i masowych śmierci. W tym czasie jeden z władców Weyrów, unosząc się pychą, odmawia pomocy w rozniesieniu wytworzonych w oparciu o dawne kroniki szczepionek.
Główna bohaterka podejmuje się tego zadania osobiście w imieniu kilku mieszkańców Weyru, które to poświęcenie doprowadzi do jej śmierci.
Przyznam, że trudno napisać wiele więcej, nie rozpisując się na pięć stron lub nie zdradzając fabuły. Myślę jednak, że kto czytał "Jeźdźców smoków", potrafi wyobrazić sobie styl napisania powieści, którą serdecznie polecam. I tylko żałuję, że nie przywiązałem się zbytnio do tytułowej Morety i czułem się, jakbym na wydarzenia patrzył z boku. Autorka chyba do tego stopnia skupiła się na ukazaniu szerszej perspektywy wydarzeń, że zapomniała przedstawić nam ich uczestników.

12. "Godzina smoka", Robert E. Howard

Powiedziałem wreszcie dość i uznałem, że taką klasykę, jak Conana Barbarzyńcę, po prostu muszę znać albo nie będę mógł siebie uważać za miłośnika fantastyki.
Grupa ludzi pragnących obalić rządy króla Conana przywraca do życia potężnego a zmarłego 3000 lat temu czarnoksiężnika, który z resztą nie zawodzi ich oczekiwań. Conan – obecnie Władca pozbawiony królestwa dowiaduje się, że jedynym sposobem na odzyskanie swych ziem jest pokonanie wskrzeszonego Xaltotuna, czego można dokonać, odzyskując jedyny znany artefakt o mocy potężniejszej od złowrogiego maga.
To zadanie nie okazuje się jednak aż tak proste, bo Conana wydaje się prześladować pech, a ilekroć talizman zdaje się na wyciągnięcie ręki, to ktoś go ukradnie, to z nim odpłynie, to zostanie zamordowany…
Przyznam uczciwie, że odkryłem, iż Conan Barbarzyńca nie jest bohaterem literackim w moim stylu. Jakoś niekoniecznie przypada mi do gustu rozwiązywanie wszystkich problemów poprzez siekanie mieczem na lewo i prawo i bycie niezwyciężonym.
Pod tym względem powieść Howarda do złudzenia niemal przypomina mi naszego polskiego "Wiedźmina", ale Geralt i Conan podobni są tylko z pozoru. Tak, obydwaj praktycznie nie mają godnych siebie przeciwników, ale gdy Conan jest, jak jego przydomek wskazuje, barbarzyńcą, w Geralcie gdzieś tam tli się ten kochający i na swój sposób melancholiczny człowiek.
Nie chcę przez to powiedzieć, że Conan jest złym bohaterem, przeciwnie. Jest na swój sposób dobrym rycerzem, dobrym władcą, nawet dobrym mężem. Ale rozwiązywanie wszystkich problemów życiowych z użyciem miecza i topora nie jest moim mottem.
Jednocześnie bardzo poszanowałem tę postać i umiem zrozumieć, dlaczego zdobyła tyle nagród i serc czytelników z całego świata. A schematyczność? Conan powstawał w okresie, w którym Tolkien tworzył swoje Śródziemie. Trudno mówić o schematyczności tam, gdzie jeszcze nie było żadnych schematów.

13. "Oczy smoka", Stephen King

Wiedzieliście, że King napisał bajkę dla dzieci? Po "Koralinie" uznałem, że zobaczymy, jak do sprawy zabrał się autor "Zielonej mili". I powiem wam, że całkiem nieźle.
Książę Piotr – przyszły król – ma wiele zalet, jest prawy, uczciwy, honorowy… Ma też jednak jedną poważną wadę, mianowicie nie jest uległy, a tej właśnie cechy poszukuje u władcy czarnoksiężnik Flagg. Skoro zaś zapowiada się, że przyszłego monarchy kontrolować się może nie dać, bezpieczniej przecież będzie usunąć go z drogi?
Mniej-więcej do tego sprowadza się fabuła "Oczu Smoka". Wątek może prosty, ale powieść jakoś tak przyjemnie się czytało. Nie zabrakło tu ani charakterystycznego humoru Kinga, ani przemyconych kilku rozważań o ludzkiej naturze.
I choć trudno udawać, by powieść była czymś innym, niż bajką, to przecież i w bajkach nie jedno się kryje.

14. "Imię róży", Umberto Eco

Rzecz toczy się w okresie panowania papieża Jana XXII – tego, który dzięki zmyślnym odpustom, płatnym pokutom i innym narzędziom przeszło 50-krotnie powiększył skarbiec stolicy apostolskiej. Przy tych bogactwach spływających do kościoła, nie uśmiecha się Następcy Piotra idea zakonów ubogich, na przykład Franciszkanów. W usilnie przekazywanej wierze, że Chrystus w rzeczywistości był bogaczem, do pomocy proszona jest inkwizycja. Widząc jej działania mające więcej z polityką niż wiarą wspólnego, opuszcza ją Franciszkanin brat Wilhelm, a teraz po przeciwnej stronie będzie się starał o ustrzeżenie Franciszkanów, Benedyktynów, Braciaszków i innych ubogich zakonów od papieskiej ekskomuniki.
Kiedy ze swym uczniem imieniem Adsu przybywa do opactwa, w którym ma dojść do mediacji, lokalny opat prosi go o pomoc w rozwiązaniu tajemnicy podejrzanego zabójstwa. Wokół sprawy, która z początku wydaje się samobójstwem, nagromadzają się mroki, gdy kolejni zakonnicy giną w podejrzanych okolicznościach.
Nie umiem zdecydować, czy to powieść kryminalna, teologiczna czy historyczna… Wszystkiego mamy tu po trochu. Przez kolejne strony przedziera po trochu każdego aspektu.
Dostrzegamy tu więc trudne rozliczenie z grzechami kościoła, problemy teologiczne, rozważania o nauce i rozwoju, ale także o trudnościach i grzechach, których nie udaje się uniknąć nawet głównemu bohaterowi. Muszę też przyznać, że finalne zakończenie – wyjaśnienie morderstwa wcale nie jest oczywiste i nawet przez moment nie domyśliłem się prawdziwego przebiegu wypadków, choć postać mordercy wskazałem trafnie.
To trudna lektura – nie tylko ze względu na poruszaną tematykę, ale i język przepełniony sentencjami łacińskimi, a o ile nie jesteście lekarzami czy kimś podobnym, pewnie za mną będziecie średnio kilka razy na rozdział prosić o pomoc wujka Google, choć zrozumienie książki nie będzie tego od was wymagało.
"Imię Róży" zdecydowanie polecam wszystkim czytelnikom, bo znaleźć tu można niemal wszystko. Najważniejsze, że autor oddał w nim nastrój zakonu XIV-wiecznego na tyle dobrze, że trudno czasem pamiętać, iż nie czytamy rzeczywistego manuskryptu spisanego ręką jakiegoś mnicha w dawno zapomnianym klasztorze.

15. "Wisznia ze słowiańskiej głuszy", Aleksandra Katarzyna Maludy

Na koniec coś z naszego podwórka, czyli niedawno wydana polska powieść "Wisznia ze słowiańskiej głuszy". Akcja toczy się w VII wieku i przedstawia losy rodziny, która zostaje zniewolona przez Awarów. Gdy wszyscy mężczyźni prowadzeni są przez zdobywców na nieudane oblężenie Konstantynopola, kobiety muszą jakoś sobie radzić. Przewodzi im tytułowa Wisznia, budując silny i liczący się gród.
W powieści nie zabraknie wątków historycznych, kulturowych, nawiązań do znanych legend ani trudnych rozważań. W dodatku, co cenię, główna bohaterka wcale nie jest tak krystalicznie czysta, jak byśmy tego chcieli, potrafi okazać nienawiść wobec własnej córki, stosować podstęp, gniewać się i odwracać od bliskich.
Nie jest to dla mnie najwybitniejsza powieść, nie dorasta tym Elżbiety Cherezińskiej, ale lektura była przyjemna i kilka razy mnie zaskoczyła. Szczególnie cenię umiejętność splecenia legend, historii całego świata i tradycji słowiańskich w taki sposób, że wydają się niemal naturalnie dopełniać całość.
I mógłbym się tu przyczepić nieco kilku faktów historycznych, ale chyba oszczędzę i na koniec nie będę zakwaszał, zaś dla ewentualnych czytelników pozostawię zagadkę, w którym miejscu autorka się pomyliła i przesunęła pewne wydarzenie tak ze 200 lat wstecz.

12 uwag do wpisu “Lektury stycznia #wyzwanieczytelnicze2020

  1. Wow, duuużo. 🙂 Ja z Twojej listy znam z lektury własnej nie tegorocznej pozycje: 4, 5, 6, 8, 10, 12, 13 i 14.

  2. Pozwolisz, że wypowiem się o książkach…. hm, książce, którą czytałam.
    „gwiazd naszych wina” czytałam i, tak jak z resztą podkreśliłeś, każdy książkę widzi inaczej, ja np. inaczej widzę cel książki. Piszesz, że dzieci chore będą tu szukać nadzieji? Myślę, że nie. Myślę, że jeśli będą to czytać osoby, które są na tym samym etapie rozwoju i choroby i pogodzenia z nią, jak Hazel, to na pewno pocieszenia szukać nie będą. Przeciwnie, odniosłam wrażenie, że Hazel często szukała czegokolwiek, poza tym. Czegoś realnego i chyba to było dla mnie tą jakąś tam nadziejąw tej książce. Mimo, że skończyło się tak, jak sięskończyło, to kochała w życiu? Tak. Była przez to szczęśliwa? Chyba tak. I chociaż świat zawodził bardzo często, to przynajmniej człowiek nie czyta książki, w której ciągle odkrywa wątki, które się w życiu nie zdarzają. Nie chcę tu mówić, że cuda sięw życiu nie zdarzają, bo wierzę, że mają czasem miejsce. Chcę tylko powiedzieć, że często, jeśli ktoś jest chory, czy po prostu z jakiegoś powodu nieszczęśliwy, to chyba lepiej mu będzie w tym nieszczęściu odnaleźć jednak odrobinę czegoś dobrego w innych sferach życia, niż oczekiwać cudu, jeśli wiesz, co mam na myśli. Dlatego ja w ogóle nie pamiętam, żeby „gwiazd naszych wina” zrobiła na mnie wrażenie beznadzieji. W sensie, że nadzieji nie ma, nie że książka beznadziejna. :d Jak chcesz przeczytać coś, co jednocześnie nie pozostawia nadzieji i nie ma morału, to sobie przeczytaj „niepełnych”. TO to dopiero jest zagadka!

  3. Nie, nie do końca o to mi szło. Nie chciałbym, by ta książka ukazała nam cud, bo… po prostu nie to jest jej celem. Cuda są cudami, a więc z zasady nie zdarzają się zbyt często.
    Czy Hazel była szczęśliwa? Tak, ale tylko do pewnego momentu.
    Brakowało mi jakiegoś efektu tych historii, choć jednej pozytywnej zmiany bardziej dalekosiężnej. No nie wiem, żeby chociaż van Houten się ogarnął czy coś.

  4. Dawidzie, czy Ty we wszystkim musisz doszukiwać się problemu? Nawet w tym, jak oceniać literaturę? 😀

    nie znam większości pozycji z Twojej styczniowej listy, bo fantastyka i science fiction to raczej nie moje klimaty, ale wypowiem się na temat tych, które znam. 🙂

    „Gwiazd naszych wina…” – pamiętam, że bardzo podobała mi się zaraz po przeczytaniu, ale potem… Czegoś w niej tak naprawdę zabrakło. Nie wiem czy chodzi o nadzieję… W każdym razie tych peanów na cześć tej książki (i w ogóle twórczości Greena jakoś nie rozumiem, mówiąc szczerze. Niemniej jednak, to wciąż dobra książka. 🙂

    „Zabić drozda” niezmiennie uwielbiam. I pewnie znowu ją w tym roku przeczytam. 🙂 Masz rację, opisy i zachwyty nie oddają tego, co w tej książce, moim zdaniem, najcenniejsze. Myślę, że dziś nie chodzi tylko o rasizm. Przynajmniej gdy ją czytam, nie odnoszę takiego wrażenia. Wydaje mi się, że chodzi po prostu o uprzedzenia i o to, jak bardzo uprzedzenia nas zmieniają, jak sprawiają, że przestajemy racjonalnie myśleć. To jest niesamowite, abstrahując już od tego, do kogo lub czego żywimy te uprzedzenia. No i bardzo mi się podoba to, jak pokazana tu jest psychika dziecka i to, jak powinno się z nim postępować. 🙂 Dzieci za dojrzałe? Być może, ale pamiętaj, że ona wychowywała się w specyficznej rodzinie, a poza tym chyba wspomina to po latach, tak? Takie odniosłam wrażenie.

    „Idź, postaw wartownika” Ta książka naprawdę nigdy nie powinna zostać wydana. Co się stało z Atticusem? Już nie chodzi o to, że okazał się rasistą. On był po prostu okropnym człowiekiem. A jego córka? W pewnym wieku się wie, że człowiek jest odrębną jednostką… Nie mówiąc już o błędach w datach.

  5. Pomysł z „Wartownika” nie jest zły. Trzeba go dopracować, ale szanuję go. Rzecz w tym tylko, że ani zgodny z „Drozdem”, ani doszlifowany.
    Ja tylko nie wybaczę, że wydawcy oznaczają tę książkę jako tom drugi „Zabić drozda”. 😀

    Tobie natomiast, Moniu, polecam z nieprzeczytanych przez Ciebie pozycji z tej listy „Imię Róży”. Myślę, że może Ci się spodobać.

  6. nie wiem jak conan, ale geralt o tyle o ile, miał pewne opory przed zabijaniem. A właściwie geralt jest pełen sprzeczności. Z jednej strony stara się pokazać całemu światu, jaki z niego jest zimny profesjonalista i bezuczuciowy mutant, z drugiej strony widzimy, że kocha, czuje jak normalny człowiek, a uczucia on w sobie zabija raczej sam. To nawet chyba jest cytat z książki. Z jednej strony nie zabije potwora, który nikomu nie zrobi krzywdyalbo takiego, który należy do rasy inteligentnej, z drugiej strony w obronie swojej Ciri posiekał grupę elfów na Tanned bez mrugnięcia okiem.
    Ale kilkukrotnie też przewinęły mi się pewne wydarzenia, w których Geralt właśnie wybierał ten wariant bez rozlewania krwi.
    Poza tym jest to też taki nietypowy typ cichego bohatera, który jest znienawidzony przez większość świata za rzeczy, na które nie ma wpływu, ale jednak widzimy, że ma dobre serce, broni słabszych, stara się wybierać, to co słuszne i tak dalej.

  7. Tak, Geralt to niezwykła postać.
    Conan jest dużo prostszy. Nie, jak pisałem, nie jest zły. Jest dobrym władcą, wiernym przyjacielem, kochającym mężem.
    Ale nie ma wątpliwóści moralnych, a jego światopogląd jest prosty. Jak kogoś nie lubi, to załatwia się z tą osobą po swojemu. Zwykł wszystkie problemy rozwiązywać swoim mieczem.
    To nie do końca lubiany przeze mnie typ bohatera i literatury w przeciwieństwie do „Wiedźmina”, który jest znacznie bardziej złożony.

  8. Remarque świetny, piętnastka moim skromnym zdaniem paskudna.: – tak pogmatwanej i udawanej słowiańskości i słowiańszczyzny nie widziałem już dawno od czasów „wiedźmina”.
    Już pal go 6 ta historia i legendy, ale język stylizowałem nieco lepiej na potrzeby opowiadań na j. polskim w gimnazjum.

    Zgadzam się co do odysey one i pokrewnych, co za dużo to nie zdrowo, a siana należało sobie dać po trzecim tomie.

  9. harego potera nie lubię i tyle! nie wiem czemu? nawet w bibliotece dla niewidomych w odtwarzaczu online ustawiłem sobię tę książkę i po kilku minutach nie pasowała mi. nie wykluczam, że kiedyś zachwycę się tą fantastyką? tak jak teraz nie chcę wrócić do „ludzi lodu”, choć kilkadziesiąt lat temu zachwycałem się tą powieścią. książka albo sie podoba albo nie i nikt i nic na to nie poradzi. ciekawe jak ocenię pierwszą książkę przesłuchaną na kasetach na świetlicowym magnetofonie „w pustyni i w puszczy”…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *