Ostatni statek

Utwór pochodzi ze zbioru wierszy J.R.R. Tolkiena pt. „Przygody Toma Bombadila”.

Jest to moje autorskie i zdecydowanie nieoficjalne tłumaczenie.

Ostatni Statek


Pokaż oryginał

Firiel zbudziła się gdy Księżyc wciąż trwał,
choć szarość nocy zorze rozjaśniały,
a w dali pierwszy kogut piał
i ptaki poranek witały.
Wśród ciemnych drzew blado wstawał świt
witany przez ćwierki i pieśni,
a liść, co się rosą skrzył,
wiatr lekko dotykiem swym pieścił.
Widziała, jak Słoneczny blask
powoli z za wzgórz się wychylał,
a morzem liści i wyspą traw
świat o świcie rozbłyskał.
Przebiegła prędko przez dom cichy,
po schodach aż na ganek,
i źdźbła gładząc, dotykając liści,
tańcem witała poranek.
Jak klejnot rosa się skrzy na sukience,
gdy zbiega ku rzece w dole,
i opierając się na starej wierzbie,
na wody patrzy zamglone.
Zimorodek do rzeki jak kamień spadł,
a woda wesoło zapluskała,
pośród trzcin zaszeleścił wiatr
i lilia zamigotała.
I nagle z dali nadleciał głos,
gdy stała zauroczona,
a kroplami wody lśnił jej włos
i spływał na ramiona.
Grały w dali flety i dźwięczały lutnie,
i śpiew zamorski rzeka niosła,
jakby wiatr młody na powietrznej strunie
sam jeden witał blask Słońca.
Statek o wiosłach błyszczących złotem,
jak biały ptak przez rzekę frunie,
Rozbija fale łabędzim dziobem,
a woda rozpryska na rufie.
Na statku przybysze z elfich ziem
przy wiosłach licznych trwali,
a złotą skrą na skroniach trzech
korony rozbłyskały.
Na harfach grając śpiewali pieśń,
a wiosła się kołysały:
"o złotych liściach i trawy źdźble,
wśród których ptaki śpiewały."
"Wiele jeszcze razy Słońce wstanie złote
i zajaśnieje dzień nad Ziemią,
wiele jeszcze razy zakwitną kwiaty na wiosnę,
nim zima spowieli świat bielą."
"Więc dokąd zmierzacie, powiedzcierz, żeglarze!
Czy w dół płyniecie rzeki?
Czy tam, gdzie bory się kryją stare,
ukryte dla śmiertelnych?
Czy ku północnych wysp wybrzeżom
na skrzydłach lecicie łabędzich,
gdzie jeno zimne fale ku brzegom
niosą dalekie krzyki mewy?"
"Nie. " - odparli. - jeszcze w dal:
poprzez morza szerokie,
z Szarej Przystani poniesie nas wiatr
na ziemie każdemu z nas drogie.
Tam elfów dawny stoi dom,
tam białe drzewo kwitnie,
Tam gwiazda nad morzem rozświetla mrok,
tam troska i smutek niknie.
Pożegnać nam czas śmiertelnych ląd,
opuścić kraje Śródziemia,
bo w elfim domu dzwonu głos
z najwyższej wieży rozbrzmiewa.
Tu trawa więdnie, liście opadają,
zew morza do powrotu nas wzywa,
bo Księżyc i Słońce kiedyś zgasną,
mrokiem powlecze się kraina."
Żeglarze swą wstrzymali pieśń,
"Córko Ziemi, czy słyszysz wezwanie?
Firiel! popłyń z nami do dalekich Ziem,
gdzie światło nigdy nie gaśnie.
Możemy ciebie zabrać z sobą,
lecz spiesz się, bo czas mija,
ostatni raz powtarzam, chodź,
dziewico jak elf urodziwa."
Firiel spojrzała na brzeg rzeki,
jeden krok postąpiła,
gdy stopy jej zapadły się,
niepewnie się odwróciła.
Powoli przepłynął elfi statek
i tylko szept pozostał,
"Nie mogę przyjść!" - dosłyszeli żeglarze,
"bo z Ziemi jestem zrodzona."
Już żaden klejnot nie zdobił sukienki,
gdy wracała przez cichy las,
aż stanęła u swoich drzwi ciemnych,
w cieniu domu zwykłego ścian.
Suknię fartuchem zastąpiła,
długie swe włosy związała,
do prac codziennych powróciła,
nim noc dnia nie pożegnała.
I płynie tak za rokiem rok,
a woda rzekami spływa.
Raz w Słońca blask, raz w nocy mrok,
zaszumi wierzba i trzcina.
I nigdy odtąd nie widziano
łabędzich statków na morzach;
historie dawne zapomniano,
a pieśni straciły swe słowa.

Wygnani – Część I

Słowem wstępu

„Wygnani” to pierwsze napisane przeze mnie opowiadanie, a i jak dotąd najdłuższe. Dlatego też zdecydowałem się podzielić je na kilka części.

Co skłoniło mnie do sięgnięcia po gatunek, jakim jest fantastyka naukowa?

Po pierwsze, fakt, że to, co wydaje się wciąż nam bajką lub – w najlepszym razie – mglistą przyszłością następnego tysiąclecia dzieje się dokoła nas, a loty w kosmos, jak i związane z nimi trudne decyzje, będą tylko powszechnieć. Niezależnie od tego czy będzie to „Deep Space Gate” NASA, baza kosmiczna Space X czy projekt nieistniejącej jeszcze firmy, powstanie stacja jak Artemis, a my (bądź nasze dzieci) staniemy w obliczu nie jednej katastrofy i nie jednego dylematu takiego, jak przedstawiony w tym opowiadaniu.

Prócz tego chciałem w „Wygnanych” poruszyć problemy nam bliższe, nie tylko te związane z lotami kosmicznymi, ale i naszą codziennością.

I, wreszcie, chciałem tchnąć trochę życia we wszystkich odpowiedzialnych za programy Apollo, STS, ISS i każdy inny program kosmiczny, który jest dziś realizowany tak, byśmy pamiętali, że za tym stoją ludzie: niektórzy to pewnie marzyciele, inni realiści twardo stąpający po ziemi. Jedni spojrzą ku wielkiej przyszłości, gotowi poświęcić dla niej ofiary jak admirał Johanson, inni pozostaną idealistami jak Sanders.

Niniejszy tekst doskonałym nie jest, ale jest za to dokładnie takim, jakim zrodził się w myślach człowieka, który pewnej mroźnej nocy spojrzał w niebo i zastanowił się, co tam na nas czeka. I nie ma znaczenia, że żadnych gwiazd nie widział. Tak jest nawet lepiej, bo mógł je sobie wyobrazić takimi, jakimi chciałby je oglądać.

Za redakcję, jak i do owej redakcji cierpliwość, dziękuję Weronice Wołoszyn.

 

Wygnani

Część 1.

 

Dzisiaj, kiedy głosy ucichły na powierzchni Księżyca, gdy w niegdyś tak często przemierzanej równinie Arthemis nie odbijają się już żadne kroki, gdy ostatnie światła zgasły na zawsze, chciałbym opowiedzieć naszą historię.

Historię piątki szczęśliwców, którzy mieli postawić nowy krok dla rozwoju ludzkości, krok, który pchnie wszystkich na przód.

Dzisiaj, z perspektywy czasu, nie odczuwam żalu do nikogo z ludzi, którzy odpowiadali za tamtą sytuację.

To nie ich wina, wszystko, co się wydarzyło, to nieszczęśliwy wypadek.

I chociaż czasem zastanawiam się czy nie mogli podjąć lepszej decyzji, rozumiem, że nie mieli wyboru.

Wiem jednak, że do końca życia, każdej nocy spoglądając na księżyc będę wspominał to, co działo się podczas misji Arthemis 1, zastanawiając się, czy nie przeoczyłem jakiejś możliwości, jakiejś innej ścieżki.

Przepraszam was, bo zawiodłem.

Tim Manor, kapitan.

 

Arthemis, Orbita okołoksiężycowa

 

Statek wynurzył się z cienia Księżyca i przystąpił do wejścia na orbitę. Cichy szum silników manewrowych musiał ustąpić narastającemu powoli rykowi głównego napędu, gdy dochodziło do gwałtownego hamowania z prędkości niemal dwudziestu kilometrów na sekundę do niespełna dwóch. Odczuwaną przez załogę misji Arthemis nieważkość zastąpiło przyspieszenie niemal pięciu G, wbijając całą piątkę w fotele podczas, gdy Kathleen precyzyjnie kierowała pojazd na niską orbitę. Właśnie do tego była stworzona, kochała wolność, jaką oferował jej kosmos, wolność niemożliwą do osiągnięcia w jakimkolwiek locie atmosferycznym.

– Jesteśmy na orbicie o peryselenium 14 km i aposelenium 86 km. – Przekazała załodze. – Za 10 minut osiągniemy perycentrum. Odpalenie silników hamujących zgodnie z harmonogramem.

W napiętym oczekiwaniu pięć par oczu śledziło zmniejszające się cyfry na głównym ekranie podczas, gdy pod nimi przesuwały się obszary Srebrnego Globu aż znaleźli się nad tym, który miał się stać ich domem przez najbliższe dwa tygodnie.

– … 3, 2, 1. Osiągnęliśmy perycentrum. – Powiedziała Kate nieco trzęsącym się od emocji głosem. – Odpalam O.M.S.

Statkiem dosłownie zatrzęsło, gdy O.M.S. (silniki kontroli orbity) rozpoczęły swoją pracę, inicjując obniżanie pojazdu.

– Deorbitacja za dwie minuty. – Tym razem głos trząsł jej się już wyraźnie.

Pozostałe cztery pary oczu wbijały się w konsolę nawigacyjną, w ciszy interpretując pojawiające się ciągi liczb, skupiając się na każdej wartości, każdym znaku, wspomagając Kate, by nic nie uciekło jej uwadze.

Gwałtowny wzrost ciążenia działającego na astronautów był niechybnym znakiem deorbitacji. Arthemis powoli opadała nad powierzchnią Srebrnego Globu, utrzymywana przez silniki RCS. Grawitacja Księżyca jest około sześć razy mniejsza od Ziemskiej, co pozwoliło na znaczną oszczędność ciągu i paliwa podczas manewru lądowania. Liczby podawane przez wysokościomierz malały, odliczając ostatnie sekundy lotu.

Osiem kilometrów… Pięć… Dwa… Półtorej… Jeden…

I wtedy właśnie wszystko poszło źle.

Wokół rozbrzmiały syreny alarmowe, wbijając się w uszy, nie pozwalając nie zwrócić na siebie uwagi i odciągając na moment wzrok załogi od ekranów. I to było zgubne.

Poczuli nagłe szarpnięcie, gdy silnik się wyłączył. Przez chwilę statek pozostawał niemal w bezruchu. Potem jednak zaczął gwałtowny, niekontrolowany lot ku powierzchni Księżyca.

Kathleen zdążyła tylko wcisnąć guzik awaryjnego zapłonu silnika, nie żeby wiele mogło to teraz dać.

Poczuła gwałtowne zahamowanie statku, uderzającego w powierzchnię Księżyca z ogromną prędkością, usłyszała kolejne alarmy.

A potem już niczego nie widziała, gdy pogrążyła się w ciemności.

 

Europejskie Centrum Operacji Kosmicznych

 

– utrata kontaktu. – Powiedział Josh. W zasadzie nie było potrzeby, by o tym informować, każdy w sali, a i prawdopodobnie większość ludzi na całym świecie, wiedział już, że wystąpiła utrata kontaktu.

Nie. – Poprawił się Christopher Rowle, dyrektor misji Arthemis. – Nie strata kontaktu. Każdy na całej planecie widział katastrofę podawaną przez statek kosmiczny do ostatnich sekund przed zderzeniem. Każdy mógł na własne oczy ujrzeć powierzchnię Księżyca zbliżającą się z prędkością kilkuset metrów na sekundę, by zginąć w rozbłysku światła, najpewniej eksplozji.

Każdy członek ESA widział to w ostatnich zapisach telemetrii. Każdy rozumiał, co się stało.

I wszyscy wiedzieli, że kontakt nie zostanie już odzyskany. Nie przy takim zderzeniu.

Arthemis, duma Europejskiej Agencji Kosmicznej, statek wielokrotnego użytku, tak wiele razy testowany, zawiódł w momencie, kiedy Chriss był taki dumny ze swojego zespołu i z załogi, kiedy wierzył, że będzie to kolejny wielki krok człowieka, stacja Księżycowa.

A teraz szczątki najwspanialszego pojazdu zbudowanego przez Ziemię leżały gdzieś na Mare Tranquillitatis, na powierzchni Księżyca, a załoga nie żyła.

Dziesięć lat testów bezpieczeństwa okazało się warte tyle, co nic.

Na morzu spokoju rzeczywiście zapanował spokój.

 

Morze spokoju, powierzchnia Księżyca

 

Wokół wyły chyba wszelkie alarmy, jakie zaprogramowano w systemach statku Arthemis. Jednak to alarm o utracie atmosfery przywrócił Kate do przytomności. Lata treningów nie poszły na marne.

Statek był wystawiony na działanie atmosfery Księżyca, co w praktyce oznaczało, że niewiele dzieliło ją od przebywania w otwartej próżni.

Żyła tylko dzięki procedurom bezpieczeństwa ESA, które nakazywały przebywanie w skafandrach kosmicznych podczas startu i lądowania.

Rozejrzała się po wnętrzu pojazdu. Widziała obraz katastrofy. Pozostała czwórka ludzi z jej załogi nadal była nieprzytomna. I tak cudem było, że pojazd wytrzymał. Sama widziała, że prędkość zderzenia wyniosła niemal czterysta metrów na sekundę. Nie powinni tego przetrwać.

Chciała odruchowo spojrzeć na ekran, ale ten był ciemny. Prawdopodobnie temperatura Księżyca mogła doprowadzić do jego uszkodzenia. Wiedziała jednak, że elektronika statku nadal działa, w przeciwnym wypadku nie wyłyby alarmy.

Spojrzała w kierunku włazu. Nie był otwarty, co oznaczało, że wyciek występuje w innym miejscu.

Podeszła chwiejnie do swojej konsoli. W chwili zderzenia została wyrzucona z fotela i wylądowała kilka metrów dalej.

Odruchowo wpisała odpowiednie polecenie.

Uzupełnianie powietrza natychmiast ustało, nie marnując już cennych gazów.

Usłyszała za sobą ruch. Odwróciła się. Thomas, lekarz wyprawy, wstawał, rozglądając się oszołomiony.

– Dlaczego żyjemy? – Zapytał nie do końca przytomny.

Kate również zadawała sobie to pytanie, nie miała jednak powodów do narzekania.

Cokolwiek zamortyzowało upadek, ocaliło im życie.

– Nie wiem. – Odpowiedziała. – Musimy znaleźć miejsce, w którym rozhermetyzował się statek, straciliśmy już całkiem sporo atmosfery.

 

* * *

 

– Silnik jest całkowicie niesprawny. – Powiedział cicho Paul, inżynier napędu misji Arthemis.

Przywrócenie statku do jako takiego porządku zajęło załodze prawie trzy godziny. Odnaleźli dość łatwo przeciek i załatali go, ale to nie było wszystko. Złożenie mostka, naprawa stanowisk, wymiana ekranu.

Całe szczęście – Pomyślała Kate, – że dostaliśmy tyle części zapasowych.

Arthemis miała być misją trwającą przez 15 dni. Ich celem miało być założenie stacji Księżycowej, punktu lądowania dla przyszłych misji. Z tej też przyczyny dostali całkiem sporo części zapasowych i systemów awaryjnych. Kate czuła, że tylko dlatego jeszcze żyją.

Kiedy statek był już uporządkowany i wyglądał prawie tak dobrze, jak w chwili, w której opuszczał kosmodrom Kourou, Paul zasiadł do konsol, by ocenić uszkodzenia.

Wieści nie były pomyślne, chociaż i tak cudem było, że załoga jeszcze żyła.

Jak wynikało z analizy logów przeprowadzonej przez Paula i Tima, ocalił ich silnik Arthemis, odpalony awaryjnie w ostatniej chwili przez Kate. Nie miał dość siły, by zatrzymać upadek, ale z niewielkim ciągiem rozruchowym zdołał zamortyzować ich lądowanie.

Niestety, zarówno silnik, jak i systemy łączności były całkowicie niesprawne.

Wystające ze statku anteny zostały dosłownie starte na proch w zetknięciu z powierzchnią srebrnego globu. A gwałtowny wstrząs najprawdopodobniej uszkodził komorę spalania napędu.

Niezależnie od przyczyn, misja Arthemis była teraz uwięziona na ziemskim satelicie, bez szans na ratunek, gdyż Ziemia pewnie sądzi, że statek się rozbił.

 

* * *

 

Tim nie umiał tak po prostu przyjąć do świadomości, że to koniec. Każdy astronauta był odważny, to prawda, każdy gotów do ryzyka. Taki zawód. Ale Tim nie był tylko astronautą, nie był tylko dowódcą misji. Był programistą, nauczono go kiedyś, że zawsze musi istnieć inne wyjście, zawsze jakieś rozwiązanie.

Kiedy tak patrzył na załogę siedzącą w milczeniu wiedział, że nadeszła pora na jego działanie.

Jeśli on nic nie zrobi, umrą tutaj, na Księżycu, z daleka od domu. I nikt się nie dowie, jak rzeczy się faktycznie miały.

Tim wiedział, że ich podstawowym obowiązkiem jest teraz poinformowanie Ziemi o obecnej sytuacji.

Nawet, jeśli załodze przeznaczona była śmierć na Ziemskim Satelicie, ostatnie zapisy z lotu mogą być niezwykle użyteczne dla ziemskich inżynierów, którzy prawdopodobnie nie wiedzieli, co się stało.

Po prawdzie, Tim też nie znał jeszcze przyczyny katastrofy. Ale miał do dyspozycji gigabajty danych ze wszystkich systemów i sensorów. W ESA pracuje wielu ludzi, na pewno zdołają to zinterpretować.

Trzeba to jedynie wysłać.

By wysłać wiadomość na Ziemię, trzeba mieć radio.

Tim wiedział, gdzie może takie znaleźć.

– Kto idzie ze mną? – Zapytał, przerywając ciszę. – To całkiem niedaleko stąd.

 

* * *

 

Odnalezienie miejsca historycznego lądowania misji Apollo 11 nie było takie proste, jak przypuszczał Tim. Wraz z Lucy długo przeszukiwali obszar, w którym, jeśli wierzyć szacunkom Kate co do miejsca lądowania Arthemis, powinien znajdować się Eagle, lądownik misji.

Podobnie, jak w przypadku misji Apollo 11, tak i w misji Arthemis miejscem lądowania stało się Mare Tranquillitatis, morze spokoju. ESA uznała, że dobrze będzie powrócić na Księżyc tak, jak ludzie przybyli na niego po raz pierwszy.

Zresztą, teren był niezmiernie ciekawy z perspektywy geologicznej, dostarczał wielu informacji o historii srebrnego globu. Tym czasem misja Apollo 11 przygotowywana w pośpiechu nie mogła przeprowadzić wielu eksperymentów, które były niezwykle ważne dla nauki. Te cele miała zrealizować Arthemis.

O ile miejsce lądowania Eagle nie było sekretem, jego określenie udało się z dokładnością metrową, o tyle problem był inny. Tak naprawdę załoga Arthemis nie miała pojęcia, gdzie wylądowała.

Wiedzieli, że punkt lądowania nie był zbyt daleki od tego planowanego, gdyż silnik zawiódł w ostatnich chwilach misji. Nie znali jednak swojej dokładnej pozycji.

Dlatego też Timowi i Lucy zlokalizowanie historycznego miejsca zajęło niemal cztery godziny – cztery godziny, podczas których nie mieli kontaktu z załogą. Tim wolał nie myśleć o tym, jak bardzo martwią się ich współtowarzysze.

Apollo 11 wyglądał tak, jak Tim go zapamiętał z filmów z odlotu. Niewielki pojazd, dolny stopień lądownika, który pozostał na Księżycu, nadal stał po środku terenu, na którym swoje ślady poczynili pierwsi wysłannicy ludzkości na Srebrny Glob.

Nieco dalej stało to, o co Timowi chodziło. EASEP, aparatura naukowa pozostawiona tutaj przez Armstronga i Aldrina w 1969 roku.

Od lądowania pierwszych ludzi na Księżycu minęło ponad pół wieku. EASEP stracił łączność z Ziemią 27 sierpnia 1969 roku z powodu nieznanej usterki.

Tim miał jednak nadzieję, że uda im się naprawić tę aparaturę. Bo EASEP miał radio.

Pojawił się jednak problem, którego nie przewidział żaden z członków załogi. Masa aparatury, która wynosiła 48 kg.

Co prawda w pomniejszonej grawitacji Księżyca było to, jak 8 kg na Ziemi. Ale nawet 8 kg to dość sporo, jak na niesienie tego przez 16 km oddzielających ich od statku kosmicznego.

A nie mogli sobie pozwolić na przerwę. W ich skafandrach kosmicznych pozostał tlen na jakieś pięć, może sześć godzin.

– No cóż. – Powiedział cicho Tim. – Nikt nie mówił, że praca astronauty jest prosta. Będziemy musieli go rozebrać.

EASEP składał się z sejsjometru i czujnika pyłów. Mimo, że mogłyby przynieść ważne dla ESA informacje, gdyby aparaturę udało się naprawić, Tim z żalem zdecydował o ich odłączeniu.

Podczas, gdy Lucy rozpinała przewody, Tim ostrożnie odkładał na bok odpięte elementy.

Nie chciał ryzykować uszkodzenia któregoś z nich. Nigdy nie wiadomo, co się przyda.

Pracowali szybko, ale uważnie. Na koniec odpięli również zasilanie, mające postać dwóch paneli Słonecznych.

Tim bez żalu odpiął ten akurat element zestawu.

Nie sądził, by po ponad połowie wieku panele dawały chociaż najmniejszą ilość prądu. A nawet gdyby, to misja Arthemis miała cały zapas własnych, zabranych na potrzebę budowy stacji księżycowej.

Teraz EASEP był znacznie lżejszy. Brali zasadniczo tylko jednostkę centralną i, tak ważny dla załogi, moduł radiowy.

Sądził, że wymieniając się ciężarem z Lucy zdoła chyba to donieść do statku.

 

Kompleks komunikacyjny Canberra Deep Space

 

Julie Leran, dyżurująca w centrum łączności NASA, zamrugała, gdy na ekranie jej komputera pojawił się sygnał nowej transmisji. To się zdarzało od czasu do czasu. W kosmosie pełno było sygnałów, które komputery NASA mogły odebrać jako transmisję z jednej z ich sond.

Nie było to jednak znowu tak częste zjawisko, by wpaść w monotonię. Julie widziała to trzy, może cztery razy.

Natychmiast poleciła komputerowi zlokalizować miejsce nadania sygnału i zamrugała raz jeszcze.

Komputer wskazał Księżyc. Natychmiast kazała wykonać triangulację, by oszacować dokładną pozycję. Obszar znajdował się niecałe 3 km od planowanego miejsca lądowania nieudanej misji Arthemis przeprowadzonej przez Europejską Agencję Kosmiczną poprzedniego dnia.

– Czy to możliwe, że któryś z Esowskich systemów przetrwał lądowanie i zaczął nadawać status? – Zamyśliła się Julie.

Wiedziała, że każdego dręczy brak jakiejkolwiek wiedzy o tym, co się stało. Co więcej, jak dotąd nie udało się określić miejsca rozbicia się misji, a więc nie było gdzie pokierować sondy w celu sfotografowania statku.

Jeśli jednak sygnał pochodził z któregoś z rozbitych komputerów, ESA mogła odtworzyć przebieg zdarzeń.

Julie przez chwilę pomyślała ze smutkiem o załodze. Było tam dwóch astronautów NASA, Paul Robens i Lucy Auris. Znała obydwoje. Wiedziała jednak, że o ile elektronika może przetrwać naprawdę wiele, o tyle delikatne ludzkie ciała nie miałyby szans przy takim upadku.

Podeszła do telefonu, by zadzwonić do kierownictwa NASA z pytaniem o dalsze postępowanie. To oni powinni zająć się poinformowaniem ESA, że ich statek zaczął odpowiadać.

Wstrzymał ją pisk wydany przez komputer. Dokonał identyfikacji źródła sygnału.

Spojrzała zdziwiona. Ich systemy nie mogły wykryć układów diagnostyki ESA. Oczywiście przekazano im awaryjnie protokoły komunikacji diagnostycznej, ale nigdy ich nie wgrano na komputery.

To była misja ESA, a więc do komunikacji pełne prawo miała ESA, NASA zaś miała zadziałać tylko w wypadku konieczności.

Komputer nie powinien rozpoznać sygnału z Arthemis, więc dlaczego to zrobił?

Wtedy spojrzała na ekran, zamrugała, przetarła oczy, ale napis nie znikał.

Early Apollo Scientific Experiments Package, Apollo 11. Łączność odzyskana po ponad połowie wieku. Ale EASEP nie znajdował się już tam, gdzie go pozostawili astronauci Neil Armstrong i Buzz Aldrin. Znajdował się w miejscu, w którym mogliby go pozostawić członkowie misji Arthemis.

 

Morze spokoju, powierzchnia Księżyca

 

Gdy ekran na statku Arthemis potwierdził wykryty sygnał radiowy skierowany w kierunku Ziemi, wszyscy członkowie misji zaczęli wiwatować.

Wiedzieli, że łączność nie oznacza dla nich ratunku. Nie łudzili się, nikt po nich nie zdoła przylecieć.

Jednak fakt, że Ziemia się dowiedziała, przynajmniej oznaczał wypełnienie obowiązków.

Podłączenie modułu EASEP okazało się banalnie proste.

Po przeczyszczeniu styków i podpięciu zasilania 5 woltów, moduł automatycznie się włączył i zaczął nadawać.

Prawdopodobnie przyczyną utraty kontaktu były zatem niedziałające już poprawnie panele słoneczne.

Tim siedział teraz i zastanawiał się, jak podłączyć moduł komunikacji do ich własnych systemów.

Gdyby to się udało, mogliby porozumieć się z Ziemią, powiedzieć im dokładnie, co się stało, przesłać diagnostykę.

Ale osiągnęli przynajmniej tyle, że poinformowali Ziemię, że nadal żyją i, co ważniejsze, gdzie żyją. Teraz ESA będzie mogła wykonać zdjęcia powierzchni Księżyca. Dlatego też Lucy i Kate wyszły chwilę wcześniej, by wykonać notkę z użyciem skał. W zasadzie przekaz był prosty, z wykorzystaniem kodu awaryjnego opracowanego właśnie na takie okoliczności.

Zaw RCS H 800m awaryj zapł wsz żyją Arth spr napęd niespr radio niespr

Co należało czytać: zawiódł silnik RCS na wysokości 800 metrów. Wszyscy żyją, statek jest sprawny prócz napędu i radia.

Niewiele więcej mogli obecnie zrobić chyba, że Tim wymyśli, jak podłączyć układy z EASEP do ich komputera.

Chwilę wcześniej zjedli śniadanie, ponieważ spędzili na Księżycu już jeden ziemski dzień. To zdumiewające, że czas tak szybko mijał. Został im miesiąc, nim skończą się zapasy.

A załoga zamierzała wykorzystać ten czas jak najlepiej.

Byli astronautami, zdawali sobie sprawę z ryzyka, gdy lecieli.

Rozpacz, która zapanowała po katastrofie, nie trwała zbyt długo. Wszyscy wzięli się w garść. Postanowili zrobić dla Ziemi tyle, ile jeszcze zdążą.

 

Centrum kosmiczne Houston

 

Stephen Sanders, kierownik misji załogowych w NASA, zasiadł w sali konferencyjnej. Wszedł tutaj jako ostatni. Wszyscy inni już byli, w tym sam admirał NASA, którym był Alex Johanson.

– Przepraszam za spóźnienie. – Powiedział Stephen. – Byłem w JPL w celu oceny gotowości naszych statków.

– Nie ma sprawy. – Powiedział admirał Alex. – Czy mogę spytać o raport?

– Kapsuła Orion jest w zasadzie gotowa. – Odparł Stephen. – Miała wykonać lot na Marsa za dwa tygodnie. Lądownik sprawdzi się przy lądowaniu na Księżycu tym bardziej. Korzystając z masy, którą zaoszczędzimy na paliwie niezbędnym przy tak dalekim locie, możemy zapakować do środka materiały, którymi, jak sądzimy, uda się naprawić Arthemis. Oczywiście, nie znamy dokładnego stanu statku, ponieważ nadal nie mamy łączności z załogą. Możemy jednak przypuszczać, że uszkodzony został napęd OMS, jako najbardziej wysunięty ze statku, być może również główny silnik. Wysłalibyśmy im też drugie radio.

– Chcesz poświęcić pierwszą ludzką misję załogową dla wysłania elementów, które nie wiemy czy zadziałają, przy uszkodzeniach, których skali nie znamy? – Zapytał Daniel Holens, dyrektor operacji Marsjańskich. – Nie zdaje Ci się, że to nieco zbyt wysoka cena? Orion był przygotowywany przez dwa dziesięciolecia. Mamy tylko jednego. A ty go wykorzystasz jako statek bezzałogowy??

– Nie widzę innego wyjścia. – Odpowiedział twardo Stephen. – Może tobie jest obojętny los tych astronautów, ale mi nie.

– Wydaliśmy na Oriona miliardy dolarów. – Powiedział cicho admirał. – Obiecywaliśmy lot na Marsa. Celowo wybraliśmy okres lotu Arthemis, by pokazać, że NASA też umie tworzyć historię. Tym czasem zamierzasz zmarnować ponad dwudziestoletnie przygotowania. Czemu nie możemy użyć innej kapsuły?

– Pytałem o to. – Odpowiedział spokojnie Stephen. – W JPL twierdzą, że żadna inna rakieta nie zdoła na czas dostarczyć zapasów. Po prostu nie będzie na czas gotowa odpowiednia kapsuła. Nie spodziewaliśmy się, że będziemy musieli wysyłać tak ciężką misję na Księżyc.

– No właśnie. – Niemal krzyknął Daniel. – Ale my nie musimy niczego wysyłać. To misja Europejskiej Agencji Kosmicznej, a zatem i zmartwienie Europejskiej Agencji Kosmicznej. Czemu oni się tym nie martwią?

– Dlatego. – Odpowiedziała Serena, odpowiedzialna za współpracę z innymi instytucjami zajmującymi się eksploracją kosmosu, -, że nie mają gotowej sondy. Nikt nie przewidywał takiej możliwości. Przygotowana została flota awaryjnych sond na wypadek uszkodzeń, ale nikt nie przewidział zniszczenia silnika. Każdy rozważany scenariusz takiego zjawiska kończył się śmiercią załogi. W tej sytuacji nie miało sensu rozważanie tego typu konstrukcji.

– Nie odpowiadamy za niekompetencję pracowników Europejskich. – Wykłócał się Daniel.

– Muszę Ci przypomnieć, – odezwał się, jak zwykle cicho Stephen, -, że nasi inżynierowie również brali udział w tych dysputach i poparli zdanie pracowników ESA. To, co się stało, jest tak mało prawdopodobne, że nikt nie brał tego pod uwagę.

– Zdajecie sobie sprawę, jak to będzie wyglądało przed rządem? – Zapytał admirał. – Żebraliśmy o te pieniądze przez lata, by misję wartą miliardy dolarów posłać na Księżyc? Zmarnować miliardy w wypadku misji, której w normalnych okolicznościach budowa nie przekroczyłaby kosztów kilkudziesięciu milionów? To ponad stukrotnie większa cena, niż ta misja jest warta.

– To prawda. – Lisa Gray, główny inżynier NASA skinęła głową. – Policzyłam już to. Gdybyśmy mieli przyzwoitą ilość czasu, budowa odpowiedniej sondy kosztowałaby nas nie stukrotnie, ale czterystukrotnie mniej, niż wysłanie tam Oriona.

– Rzecz w tym, że nie mamy sensownej ilości czasu. – Odparł Stephen. – Czy naprawdę nie jest dla was ważne życie tej piątki?

– Powiedz mi, – Odpowiedział Daniel -, dlaczego twoim zdaniem powinniśmy tyle dać za ratowanie akurat tej piątki? Są astronautami gotowymi na śmierć. Nie stać nas na zorganizowanie ratunku. Zresztą, pieniądze, za które badamy kosmos, mogłyby ratować życie, powiedzmy, w Afryce. Czemu nie wypominasz nam tego? Czemu rozwijamy naukę, miast ratować ludzkie życie? Zważ, że kwestia toczy się o to samo. Stoimy przed dylematem ogromnego skoku w przód w nauce, przełomowego dokonania, lotu na Marsa i ocalenia życia piątki ludzi. Czy naprawdę sądzisz, że cała ludzkość zyska więcej, jeśli rzucimy w kąt szansę na rozwój astronautyki i polecimy ratować misję, która nawet nie jest naszą misją?

– Ale tam są nasi astronauci. – Chciał już powiedzieć Stephen, lecz ugryzł się w język. To, co przyszło mu do głowy, mogłoby być ważnym argumentem. Ale nie miał zamiaru użyć go, o ile nie było to konieczne. Czy astronauci NASA byli w jakimkolwiek stopniu ważniejsi od tych, których wysłała ESA.

– Podczas dołączania naszych astronautów do misji ESA zobowiązaliśmy się udzielić wszelkiej możliwej pomocy, zwłaszcza w wypadku zagrożenia życia. – Powiedział miast tego.

– Jak sam zauważyłeś, możliwą. – Admirał odezwał się tonem nie znoszącym sprzeciwu, jakim zwykł mawiać w dawnych czasach, gdy służył w lotnictwie armii USA, nim, z racji wieku, został przeniesiony do NASA z honorami i zaszczytami. – Przykro mi to stwierdzić, ale zgadzam się z Danielem. Nie poświęcimy Oriona dla misji, w której nawet nie wiemy, jakie materiały dostarczyć. Istnieje spora doza prawdopodobieństwa, że wyślemy im zapasy, a mimo to załoga Arthemis umrze. Bo wyślemy im nie to, co trzeba. Dyskusję uważam za zamkniętą.

Persowie

Skorom od dziś po maturze, można wrócić do Szarej Przystani. 🙂

„Persowie” to nomos Grecki napisany przez Timoteosa z Miletu w IV wieku p.n.e. Jego przetłumaczenie (bazujące na przekładzie brytyjskim) było jak dotąd najtrudniejszą translacją, jakiej się podjąłem, ale skoro nikt wcześniej jakoś się za to nie zabrał, uznałem, iż najwyższy czas, by tak ważne dzieło wybrzmiało i w naszym ojczystym języku.

Persowie

Hellada kształtuje wolności ornament,
cześć mężom walczącym na polach o chwałę.
Ares jest wojownikiem, nie boi się złota,
ma rydwany z brązu, groźniejsze od ognia.
Rytmicznie i wściekle ruszały się wiosła,
statki przeciw statkom, wzburzają się fale morza.
Postawili ostrza włóczni,, gotowi do walki.
Pędzi do przodu szereg z pochylonymi głowami
na rydwanach sunących po szczycie morskich fal.
Czekają, by zadać pierwszy cios,
by zstąpić na wroga, by bronić swój kraj
lub jeśli los ma odwrócić swój wzrok,
pozostać na zawsze w głębinie morskich fal.
Jedni będą zwierzyną, drudzy dziś łowcami,
z konopi i wiązu spletli swe pazury;
jedni spadli na maszty, woda rozbrzmiała grzmotami,
drudzy pozostali na zawsze pośród burzy.
Czy widzisz to miejsce? Tam spadnie deszcz strzał,
ochrzczone w ogniu świsną, niesione z wiatrem w dal;
popędzą pióra nad szczytami fal,
przez przestworza śmierci niosąc dar.
Wydarte z drzewa, wycięte ludzką ręką
z grotem niosącym ostatnie poselstwo.
I brzdęcze cięciwa, spływa żelazny deszcz,
morze zalśniło czerwienią, to Aresa krew.
I zapanował ból, i rozbrzmiały jęki,
na dwór Amfitryty pędzą już zastępy.
Pobłogosław im Hermesie,
daj im prostą ścieżkę.
Jego stopy na wodzie, w rękach niesie chmury,
przepływają fale rozbijane o wyspy i góry,
i zobaczył, że Helleni zamknięci w pułapce,
i zobaczył, że już wzywają na pomoc bogów chwałę.
Lecz gdy oddech zawiódł człowieka,
gdy na jego wołanie nikt nie czeka,
gdy twarz opuszcza w poczuciu klęski
i w myśli jego wkrada się panika,
w swej złości sam wezwie pioruny i wzburzy morza brzegi,
i oto nadchodzi wezwanie jego życia:
gdy woła na wroga, którego przygnała pycha:
„W łańcuchy Cię pochwycę, królu i władco Persów,
Nie powinieneś wyprawiać ku Helladzie swych okrętów.
Trzeba było Ci pozostać na własnych równinach,
pływać po własnych, bezpiecznych głębinach;
nie dać się skusić nienawiści pokusie,
bo dziś synów Persji prowadzisz ku zgubie.”
Tak krzyczał Grek, wrzucając wrogów do morskiej toni.
Dziś Pan Barbarzyńców rzucił się do odwrotu,
jakby leciały, tak szybko płynęły statki.
Ławica na morzach ucieka w popłochu,
załamana potęga, duma Persji – matki.
Jej dzieci rzuciły się do przodu,
w oczy śmierci patrząc mężnie.
Gdy morze stało się pełne ciał,
słońce ponad Salaminą blednie.
Brzegi ugięły się, nie wierząc w ten czar,
gdy Perskie dzieci czekały na bogów znak,
płacząc z oczami pełnymi łez,
patrząc na morze i bijąc się w pierś
i wzywali ziemię ojców swoich, mówiąc:
„O bijcie, dzwony Myzji.
Ratujcie mnie z tego miejsca, dokąd przywiodły nas podmuchy wiatrów.
Oto grozi nam głębina
i pan nimf, władca oceanów,
a ponad nim morska fala się skrywa.
Słysz mą modlitwę i weź mnie do czasów,
gdy mój król Xerxes z Hellem się nie równał,
gdy nie chciał rzucić wyzwania światu.
Nigdy nie powinienembył przypłynąć tutaj,
opuścić góry Tmolos i Lidyjskiego Sardis,
nie możemy pokonać Greckiego boga Aresa.
Czemuż gorzką prawdę widzę dopiero teraz?
Gdzież mogę znaleźć ucieczkę od walki,
gdzie szukać schronienia?
W Troi kryje się nasze przekleństwo.
Chciałbym raz jeszcze zobaczyć matkę moją w górze
i usłyszeć raz jeszcze jej błogosławieństwo.
O matko bogów, ocal moją duszę.
A jeśli nie chcesz okazać swej łaski,
daj oręż i odwagę w tej ostatniej bitwie,
by zginąć z dumą podczas walki.
O północne wiatry, w żagle zadmijcie,
zaśpiewajcie pieśń chwały nad wzburzone fale,
by gdy umrę, nawet noc rozbłysła.
Gdy dzikie zastępy rzucą się na mnie
i wydam me ostatni tchnienie,
i pozostanę, bym stał się ucztą dla ptactwa,
weźcie mnie do elizjum, bom wypełnił wierności przyrzeczenie.”
I tak zawodzili w owych dniach rozpaczy,
bo gdy mieszkańcy łąk Cyranejskich
zostali wybici przez żołnierzy greckich,
nie było im dane ujrzeć brzegów Sardis.
Nie ujrzą już Suzy, domu Ekbatany.
O Artemido, pobłogosław ich odwagi!
I przemknęła nad wodą pieśń wschodzącego Słońca,
gdy ujrzeli klęskę spadającą na ich lud.
Król Perski w obliczu tego końca
przyklęknął, spojrzawszy na Salamiński gród.
Rzekł do Hellenów, wasza flota wygrała
i płacz rozlegnie się wśród dolin Perskich,
po tych młodych ludziach, których pożoga zabrała.
Błąd popełniłem, przybywając do Grecji.
I rozbrzmiały hymny do Zeusa, niebios pana,
ręce Hellenów wzniesione do góry,
euforią napełnia serca wygrana,
euforię wyśpiewują pod niebo Greckie chóry.
O panie lekarzy, panie Słońca i Delfickiego głosu,
o Apollinie, boże Olimpijskich muz,
o przewodniku Spartańskich herosów,
pobłogosław mi darem mądrości i splatania słów.
Pozwól do kultury, lasu dawnych stuleci,
który rozkwita wciąż nowymi kwiaty,
dołączyć nowy owoc, na pochwałę Grecji,
na uczczenie odwagi Termopilskiej Sparty.
Nie umniejszam przecie osiągnięć dawnych mistrzów,
jeno dodaję skrawek swojej myśli,
by nową pieśnią zabrzmiały Greckie liry,
by chwaliły Perskich i Helleńskich synów.
Wpierw Orfeusz, syn Kaliope,
rozwarł wrota lirą i swym pięknym głosem,
po nim przyszedł Terpander, urodzony w Antisssie na Lesbos,
zachwycił same muzy swą cudowną pieśnią.
Dzisiaj Timoteos otwiera dawny skarbiec,
by dodać nowy, choć nieznaczny podarek:
kulturę Miletu, jedenastu strun,
dwunastu murów, gdzie Achai ród.
Pobłogosławcie bogowie dobrobytem te domy,
uprzejmymi ludźmi, bogatymi zbiory.
Miejcie na względzie pieśń tą i poetę
i nie zapomnijcie nigdy o Milecie.

Ostatnia pieśń Bilba w Szarej Przystani

Kolejny Tolkienowski przekład, tym razem nawiązujący nawet do nazwy tej strony. 🙂

Tak zwana „Ostatnia Pieśń Bilba” została przez niego odśpiewana w Szarej Przystani przed odpłynięciem do Valinoru. Nie została załączona jednak w pierwszym wydaniu „Władcy Pierścieni”, co zaowocowało jej nieobecnością także w polskim przekładzie.

W czasie, gdy pisałem to tłumaczenie, nie natknąłem się na żadne inne w Internecie.

Redagując wiersz do publikacji postanowiłem to zweryfikować i oto znalazłem przekład na stronie AGH.

Możliwości są zatem dwie – albo wcześniej nie zauważyłem tej translacji, albo powstała ona później.

Myślę jednak, że wolno mi zaryzykować tezę, iż byłem pierwszy. 😀

Ostatnia Pieśń Bilba w Szarej Przystani

Dzień się kończy i mrok świat spowija,
lecz podróż daleka wciąż przede mną czeka,
Żegnajcie, przyjaciele, to morze mnie wzywa,
już cumy spuszczone, wiatr żagle owiewa…
Piana się bieli wśród fal szarej wody,
a droga wiedzie daleko poza zachód Słońca.
Bo piana jest solą, wiatr szepcze o wolności.
Na tym morskim brzegu kończy się przygoda.
Żagle są podniesione, żegnajcie, przyjaciele,
wiatr wschodni nas niesie ku dalekim ziemiom.
Hen za horyzontem kładą się me cienie,
a niebo błękitne dzieli się nadzieją,
bo istnieją wyspy, co leżą za Słońcem,
gdzie historie się snują o latach minionych;
na zachód od zachodu krainy leżące,
tam noc jest cicha, tam sen jest spokojny.
Samotna gwiazda wskazuje nam drogę,
za szarą przystań, gdzie kończy się historia,
tam znajdę niebiosa sprawiedliwe i wolne,
i pełne światła gwieździstego morza.
Na statku raz ostatni w drodze z zachodem Słońca,
gdzie pola i góry rozbrzmiewają pieśnią.
Żegnaj, Śródziemie, opowieść dobiegła końca.
widzę gwiazdę, co nas poprowadzi ku dalekim Ziemiom!

Obcy

Ten wiersz napisałem w kwietniu tego roku pod wpływem pewnych refleksji związanych z tym, jak często my, ludzie, widzimy innych, rozmawiamy z nimi, a jednak ich nie znamy.

Obcy

Szelest wiatru pośród liści,
świergot ptaków pośród drzew,
szmer deszczowych z nieba nici,
cichy to poranka szept.
Rosa, która w słońcu błyska,
zielony liść, co z drzewa spadł,
tęczowych barw na niebie iskra,
szeleszczący pośród deszczu wiatr.

Słońce nieśmiało wychyla się z za chmur,
Księżyc zerka na Ziemię ten ostatni raz,
nim Kasjopeja skryje się wśród wzgórz,
nim Orion na łów odejdzie w nieba las.
Już centaur pędzi głosić swe nauki,
feniks leci do gniazd na śnieżnobiałym szczycie,
Perseusz cicho brzdęka na swej starej lutni,
by Andromedzie zagrać o kolejnym świcie.

Ty tylko ciszę słyszysz w szeleszczących liściach,
łez nie umiesz dojrzeć w padających kroplach,
w ptaków śpiewie nie widzisz porannej pieśni życia,
a na płótnie nieba dostrzegasz czarny obraz.
Oczu nie otworzysz, słuchu nie wysilisz,
bo jak dostrzec chcesz przyrodę skoro nie widzisz człowieka?
Żyjąc w pośpiechu i nie mając chwili,
by poznać nas lepiej niż tylko z imienia.

Pieśń o Boromirze

„Pieśń o Boromirze” („Lament For Boromir”) nieobca jest czytelnikom „Władcy Pierścieni”. Została odśpiewana przez Aragorna i Legolasa podczas pogrzebu tego Gondorczyka.

Boromir zawsze był dla mnie postacią wzbudzającą wiele sprzecznych uczuć. Choć zwykło się go krytykować za jego postawę i próbę wejścia w posiadanie pierścienia, z drugiej strony to niezwykle honorowy człowiek, dla którego najwyższą wartością jest jego ojczyzna, Gondor.

Gdy czytałem „Władcę Pierścieni” w języku oryginalnym, zauważyłem pewne różnice w stosunku do przekładu polskiego, między innymi w rzeczonej pieśni. Stąd też postanowiłem spróbować własnymi siłami napisać nowy przekład.

Pieśń o Boromirze

Przez Rohan nad morzami traw, przez bagna i ponad łąkami,
z zachodu z szumem przybył Wiatr i zawiał nad murami.
“O jakież wieści, Wędrowny Wietrze, przynosisz mi tej nocy?
Czyś dojrzał w gwiazd, księżyca lśnienie, gdzież wielki jest Boromir?”

“Syn Denetora strumieni siedmiu przekroczył szare wody,
dojrzałem także, jak sam jeden przez puste ziemie kroczył.
lecz nie ujrzały go me oczy, gdy wszedł w północne cienie,
Zapytaj, może Wiatr Północy usłyszał rogu brzmienie.”

O Boromirze, każdego dnia spoglądam z murów grodu,
lecz ty nie wracasz, a cisza trwa wśród pustych ziem zachodu.


Nadleciał Wiatr z południa ziem, znad wydm i skalnej plaży,
przynosząc z mórz kwilenie mew, zajęczał wokół bramy.
“O jakież wieści, Tęsknoty Wietrze, przynosisz mi w jutrzenkę?
Gdzież Prawy jest Boromir, powiedz, bo żal mi ściska serce.”

“Nie pytaj mnie o jego szlak, zbyt wiele kości leży,
wśród białych, ciemnych morskich skał, o szkwale i zamieci.
Tak wielu Anduiny nurtem spływa, by zimne odnaleźć morze,
Północnego Wiatru o tych los pytaj, których przynosi do mnie!”

O Boromirze, dawny szlak od bram po morze wiedzie,
lecz głosy mew z południa plaż niosą jeno wspomnienie.


I oto wprost z królewskich wrót sam Wiatr Północy bieży;
czysty i zimny jego róg zagrzmiał pośród wieży.
“O jakież wieści, Potężny Wietrze, dnia tego mi przynosisz?
Czyś słyszał – rzeknij – jakie wieści gdzie śmiały jest Boromir?”

“Gdzie Amon hen, słyszałem jęk, tam wrogów wielu pokonał,
nim tarczę skruszoną, pęknięty miecz nurt Anduiny porwał.
Dumną głowę, mężną twarz złożyli, by odpoczął,
dziś Rauros niesie go już w dal, hen, ku dalekim morzom.”

O Boromirze, odtąd zawsze z Wieży Czat zwrócone będą oczy,
na północ, kędy w cieniu skał spływają Wodogrzmoty.

Zwierciadło Czasu

Na Szarej Przystani póki co widać falę poezji; wynika to przede wszystkim z faktu łatwiejszej jej redakcji, niźli opowiadań.

Już wkrótce jednak pojawi się tutaj dłuższy tekst rodzajowo epicki.

Tym czasem zaś zapraszam do lektury „Zwierciadła Czasu”, kolejnego z moich najstarszych i najkrótszych tworów rymowanych.

Zwierciadło Czasu

Gdy patrzysz na nie, wzroku oderwać nie możesz
od fali z dawnych czasów, co zalewa jak morze.
Na skraju umysłu widzisz dawne wspomnienia
i te, których się tak boisz – utracone marzenia.
Nie widzisz wielkości, nie widzisz bogactw świata,
widzisz obrazy radości, przyjaciół w dawne lata.
Myśli tak obce i tak bliskie zalewają twą świadomość,
patrząc w zwierciadło czasu czujesz się, jakbyś miał spłonąć.
Chcesz ich dotknąć, chcesz się odezwać, chcesz poczuć dawną siłę w swych rękach,
patrzysz w przeszłość, jak w pustkę, jak w zwierciadło Aineingarp.

Zorza

Wiersz ten powstał pod wpływem inspiracji utworem Enyi „Astra et Luna”, którego można posłuchać na przykład na Spotify.

Zdecydowana większość mojej twórczości powstaje wieczorami lub nocami, wtedy najwięcej pomysłów się rodzi, ten jest wyjątkiem, gdyż – jak można się domyślić – napisany został wczesnym rankiem.

Zorza

Na nocnym niebie, wśród cieni świata,
w czystym błękicie bez chmur,
usłyszeć można, jak grana pieśń dawna
niesiona przez wiatr pośród pól.

Niesiona nad morzem w falistym błękicie,
nad Ziemią, gdy nadchodzi zmierzch;
nad światem płynąca w niemym zachwycie,
wśród fal, w których skrywa się dzień;

a wśród świateł na niebie, gdzie ciemności świata
ustępują pięknu z za mórz,
rozbłyska promyczkiem pierwsza błękitna gwiazda,
czekając, by dzień powitać wśród zórz.

Wśród świateł płynących z bliska i z daleka,
płynących, by ujrzeć nasz dom,
zastygłych pod błękitem nocnego nieba,
ujrzyj obraz świata – podnieś swój wzrok.

Niech ten statek, co płynie po niebie,
wskaże ci piękno, co leży wśród pól,
pokaże ci błękitną nadzieję,
co budzi się rankiem wśród zórz.

Iskierka

Chciałbym ten wiersz pozostawić bez komentarza, do refleksji własnej.

To jeden z moich najstarszych tekstów lirycznych, nic jednak nie stracił na aktualności.

Iskierka

Jesteśmy iskrą, malutkim płomieniem,
słabym – zalewanym przez cienie.
Jesteśmy najmniejszym strumyczkiem światła
oświetlającego nieprzeniknione ciemności świata.
Zawieszeni na pyłku kurzu w kosmosu nieskończoności,
a tak skorzy do uczuć: smutku, gniewu, radości…
Jesteśmy tym, co zakłóca porządek dawnego zegara,
ale i tym, co ład wszechrzeczy po chaosie przywraca:
drobna iskierka błyszcząca w ciemności,
mały płomyczek ledwo się tlący –
światło zbyt ciemne, by rozbić nienawiść,
ciepło zbyt chłodne, by światu miłość sprowadzić.
Nie mogąc iść na przód, lecz i bojąc się cofnąć,
nie mamy dość siły, żeby jaśniej zapłonąć.
Więc lekko się tlimy, niemal niedostrzegalni:
zbyt biedni, zbyt samotni, zbyt słabi, zbyt mali…
Lecz każdy ogień daje światło i ciepło,
nawet najmniejszy blask pomaga rozbić ciemność.
Skoro nie możemy rozświetlić świata wszystkim,
postarajmy się być światłem dla tych nam najbliższych.
Iskierka urośnie w iskrę, płomyczek rozgorzeje płomieniem,
by rozgrzać świat wspólnie sprowadźmy światło na Ziemię.

Wiosenna nadzieja

Do tej pory publikowane przeze mnie treści były starymi tekstami.

Nadal wiele ich pozostaje zagubionych w indeksach systemu plików na dysku twardym mojego biednego komputera, wciąż więc będę tutaj publikował moje twory archiwalne, dziś jednak mały wyjątek i wiersz stosunkowo świeży, bo napisany w zeszłym miesiącu na powitanie wiosny.

Dzisiaj na Pomorzu pierwszy prawdziwie wiosenny dzień nastał, pora więc pokazać twór ten światu. 🙂

Wiosenna Nadzieja

Wśród szumu fal i krzyków mew
na morskiej stojąc kei,
zapytaj wody, z jakich ziem
przypłynął statek nadziei.

Choć nie usłyszysz żadnych słów,
posłuchaj cichego śpiewu łabędzi;
i choć nie dojrzysz zamorskich wzgórz
wśród piany mieniącej się bieli;
tam, dokąd wzrok nie sięga
i cichną historii tej słowa,
za horyzontem czeka nadzieja,
którą przynosi dziś wiosna.

 

Wśród szeptu drzew i ptaków śpiewu,
słowika spytaj o melodię;
czy przyniósł ją z za morzy siedmiu,
skąd wiatr zawiewa tęsknotę.

Choć słowa jednego tobie nie daruje,
spójrz na kwiatów kwitnących zielenie,
na baldachim gałęzi, na których strunie
wiatr gra swą odwieczną piosenkę.
A tam, dokąd wzrok nie sięga
i milknie tej pieśni melodia,
z dalekich krajów przybywa nadzieja
którą przynosi nam wiosna.

 

I wreszcie kędy tylko wiatr
skały sam jeden oplata,
na górskim szczycie wysokim stań
i spytaj o wieści ze świata.

A w jego szepcie usłyszysz słowa,
nowiny, które przynosi:
że dzisiaj widziano, jak przyszła wiosna,
by w sercach ludzkich zagościć.