Aż dziwnie

Nie zliczę, ile razy już jechałem Pendolino na trasie Gdynia-Warszawa, ale całkiem prawdopodobne, że liczba ta składa się już z trzech cyfr. Jeszcze jednak nigdy nie jechałem z Krakowa do Warszawy, ani razu!

To zaskakujące, ile szczegółów zapamiętuje nasz umysł. Ja wiem, jak Pendolino rusza z Warszawy i Gdyni, kiedy staje na semaforze wjazdowym przed Gdynią Główną, jak skręca za Iławą…
Wyjazd z Krakowa zaczyna się górką w dół. Na trasie Warszawa-gdynia nigdzie nie ma górek. Bardzo dziwne uczucie.

Kredyt hipotetyczny na zakup Wisły

Kilka lat temu kolega pokazał mi dość oryginalną literówkę na stronie Internetowej sklepu z artykułami żeglarskimi. Pośród różnego rodzaju elementów takielunku, lin, żywic do naprawy statków, przyrządów nawigacyjnych czy map morskich znalazła się w sprzedaży Wisła, w bardzo przystępnej cenie 250 zł. Pamiętam, że szczególną moją uwagę przykuła jednak nie sama sprzedawana rzeka, a dostępna ilość 75 sztuk. W opisie natomiast nie znalazłem informacji o sposobie podziału.
Może można kupić tylko jedno dorzecze? Albo 1/75 długości? Wikipedia podaje, że Wisła przepływa dokładnie przez 75 miejscowości, to nie może być przypadek! Może po miejscowości na zakup? A może kolejne Wisły są wykonywane na zamówienie, taki rządowy program Wisła Plus?
Uważam, że to zdecydowanie właściwy trop. W czasach, kiedy wielu z nas brakuje kontaktu z naturą, a kurorty turystyczne zapełniają się ludźmi, trudne bywa zachowanie dystansu społecznego. Rozwiązaniem na to mogą być prywatne góry, jeziora, morze czy co kto tam lubi. Kup Śnieżkę i Park Łazienkowski, a Plażę w Dębkach dostaniesz gratis!
Że piszę bzdury? Całkiem możliwe. Jestem po przejechaniu jakoś koło 900 km, w sumie 12 godzin podróży, po czymś takim umysł ma prawo nieco szwankować.

Muszę się wam przyznać, że ostatni miesiąc dla mnie był bardzo ciężki. Wiele stresu, pracy i papierków od Fundacji, do tego kilka zawirowań bardziej prywatnych, Elten i takie tam… Tak więc kiedy usłyszałem propozycję, by "rzucić wszystko i jechać w Bieszczady", nie wahałem się! Co prawda wyjazd to tylko do czwartku, ale jednak jest. Tak więc pozdrawiam was z Polańczyka, w którym stwierdziłem, że podejmę wyzwanie i napiszę wpis na bloga. A że wena mi wraz z wyzwaniem dopisała, nie można zwlekać, wpis piszę już dziś. I to o zgrozo leżąc już w łóżku, co dawno, bardzo, bardzo dawno mi się nie zdarzało: mam złotą zasadę, że pracuję i piszę przy biurku. No cóż, dziś to złoto nieco osnuło się chyba patyną.
Razem ze mną jest tu rodzina, która pozostaje w górach do poniedziałku. Ja jednak… nie lubię gór, uznałem więc, że trzy dni to okres akurat dostateczny do zresetowania się, a nie dostateczny, by mieć gór po dziurki w nosie.

No i tak oto pojechaliśmy… Próbowałem dziś zastanowić się, kiedy ostatni raz taki wspólny rodzinny wyjazd nam się trafił i wychodzi na to, że w lutym 2018 roku. Siedzę więc teraz z Kamilem, moim bratem, w pokoju: ja piszę wpis na bloga, Kamil gra w "Skyrima" i irytuje się, że nie może otworzyć drzwi, w grze oczywiście. W sumie dość symboliczne…

Powtórzę to, co pisałem na blogu niedawno. Ja naprawdę powinienem trzymać się z daleka od muzyki, a przynajmniej od wykonań wokalnych. Okazuje się, że długie podróże przełączają mój umysł w tryb, w którym żadna piosenka nie może się czuć bezpiecznie.
W radiu puścili dziś hit imprezowy zespołu Maanam, mówię oczywiście o piosence "Cykady na cykladach". Mój mózg natychmiast podchwycił obraz z refrenu i stworzył własną wizualizację:
Piaszczysta plaża, ludzie siedzą pod parasolkami, popijając wino czy inne napoje o zawartości alkoholu porównywalnej z lipcowymi temperaturami. Gra orkiestra, niektórzy wychodzą tańczyć. Ogólny obraz sielanki… Wtem… Pierwsza, druga syrena. Nastaje panika, ludzie rzucają się do wyjścia, z głośników padają rządowe komunikaty. Gwiazdy spadają!
Teraz, pisząc powyższy opis, dostrzegam też możliwą drugą, nawet bardziej intrygującą interpretację rzeczonej sceny. Mówiąc "gwiazdy" miałem na myśli Boadiceę czy innego Syriusza. Ale można na tę sprawę spojrzeć inaczej: widzę już, jak na plaży (oby ze spadochronami) lądują: Robert Lewandowski, Kamil Stoch, Michał Bajor… W tym kontekście wersy "Morze i niebo ostro lśni / dobrze, ah jak dobrze mi!" skłaniałyby do jak najszybszego zalecenia porzucenia stosowanych przez podmiot liryczny używek!
Dobrze, może już lepiej w tym miejscu ze względu na psychikę czytelników będzie spuścić na resztę zasłonę milczenia? Wspomnieć sobie tylko pozwolę, że krótko potem w głośnikach zabrzmiało "Cała jesteś w skowronkach"… Możecie sobie wyobrażać, co mój udręczony umysł wyimaginował. W sumie to nawet niezły pomysł na jakieś opowiadanie. Ejj, skoro romantyczni pisarze tworzyli po różnego rodzaju substancjach psychoaktywnych, może ja przed moim programowaniem powinienem po prostu włączać radio? Ja chcę zobaczyć te listy zmian!
Skąd ta skaza charakteru? No cóż, mam pewną teorię.
Kiedy byłem mały, uwielbiałem kolędę "Gdy śliczna panna". Większość czasu mojego dzieciństwa spędziłem w szpitalach w trakcie różnych operacji. By jakoś mi ułatwić to wszystko, tata nagrał w owym czasie kasetę, składającą się (na obydwu ścieżkach) z zapętlonej rzeczonej kolędy. Kaseta ta niestety się nam zgubiła, a bardzo żałuję. Zastanawiam się teraz, na ile miało to wpływ na mój charakter, osobowość, światopogląd… Bo dochodzę czasem do wniosku, że mieć musiało zdecydowanie.

Skoro o szpitalach mowa, byliśmy dzisiaj w Sanoku i mój brat zgłosił ciekawe spostrzeżenie. W Sanoku, ostatecznie duże miasto, mieści się przykra instytucja cmentarza. Z cmentarzem tym jednak sąsiadują: szpital, szkoła oraz zakład fryzjerski.
Pierwsze elementy da się wyjaśnić. Szpital to akurat dobry pomysł, w razie gdyby jednak się nie udała operacja, no, kierowcy mają blisko. Szkołę też umiem zrozumieć: sam czasem jak musiałem wstawać o piątej rano do gimnazjum miałem ochotę wyjść z siebie. Ale zakład fryzjerski? Mają aż tak nieporadnych fryzjerów, że obcinając włosy ścinają całą głowę, czy co?

To mi przypomina inny żart z kategorii czarnego humoru:
W karetce budzi się pacjent.
– Dokąd jedziemy? – pyta.
– Do kostnicy.
– Ale ja jeszcze nie umarłem!
– A my jeszcze nie dojechaliśmy.

Dygresja.
Wiecie, że w Choczewie szpital sprzedał karetki firmie taksówkarskiej? To jest naprawdę dobry pomysł! Skoro na pogotowie czeka się tak długo… Uberze, widzę potencjał! Proponuję do listy dostępnych pojazdów dołączyć kategorię karetka. Albo nie, to musi być z angielskiego, to może… Wiem, Taxi Ambu! Co można rozumieć jako Ambulance, albo… Ambushment!
Koniec dygresji.

W każdym razie ja uważam, że odpowiednie zestawianie budynków użyteczności publicznej może nieść za sobą same korzyści: od oszczędzania drogi, po odpowiednie przygotowanie psychiczne petentów. Poradnia psychologiczna koło Zusu, Urząd Skarbowy zaraz koło lombardu, siedziba NFZ… Hmmm, ta to chyba gdzieś po środku pustyni być powinna.

Jeszcze przy Sanoku pozostając, znaleźliśmy w nim ciekawe ogłoszenie. Oferowane są tam niejakie "kredyty hipotetyczne". I ja wiem, można się naigrawać, że kredyty dają, a nie wiedzą, jak się nazywają. Ale to nie tak, ja wszystko rozumiem!
Cała procedura polega na… No, załóżmy, że budujecie dom. Zatrudniacie architekta, szukacie firmy budowlanej, wykonawcy schodów (sic!) i tych wszystkich innych potrzebnych ludzi. A kiedy już ich macie i pytają, kiedy dacie im zapłatę, udajecie się do biura kredytów hipotetycznych i słyszycie: no hipotetycznie możemy Panu/Pani dać kredyt, ale skończyły się pieniądze! No i tak to działa.
Teraz możecie spróbować przekazać takie same słowa kierownikowi budowy… No i właśnie tutaj przydaje się ten szpital koło cmentarza!

Dni chwały

Wpis ten chciałem napisać wczoraj, ale, przyznaję, zabrakło mi czasu.

Obchodziliśmy kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego. Od wielu lat trwają dyskusje, czy miało ono sens, czy było potrzebne, czy było odpowiedzialne… Nikt nie da dziś odpowiedzi na te pytania, przynajmniej na drugie i trzecie. Bo czy miało sens? Myślę, że odpowiedź mimo wszystko jest, gdy spojrzeć nie surową matematyką, oczywista. 2501 lat temu pod Termopilami doszło do bitwy między symbolicznymi trzema setkami Spartan, a liczącą setki tysięcy żołnierzy armią Persów. Wielu im współczesnych pewnie myślało, że ta beznadziejna obrona Spartan była aktem bezsensownego heroizmu. No cóż, pamiętamy o niej po 2500 latach. To chyba o czymś świadczy.
No więc i u nas była ta iskra, która, może nieco naiwnie, może nieodpowiedzialnie, zapłonęła i setki, tysiące ludzi stwierdziło, że nie będzie siedzieć bezczynnie. I choć dziś wiemy, że Powstanie praktycznie nie mogło się udać, wspominać możemy Warszawę walczącą, a nie Warszawę kulącą się. Czy ten zaszczyt wspominania Polski takiej, a nie innej był wart poświęconej ceny? Na te pytania my, urodzeni wiele lat po tym wszystkim, nie odpowiemy. Skoro jednak ten honor został dla nas wykupiony, może najwyższy czas, by to docenić i poczuć choć trochę dumy z Polski, która nigdy się nie poddała Niemcom, walczyła nie tylko do końca, ale i po końcu.
Wiecie, za co najbardziej uczę się doceniać Powstańców? Nawet nie za poświęcenie, którego my pewnie nigdy nie pojmiemy, nawet nie za patriotyzm daleko głębszy pewnie od naszego… Cenię ich przede wszystkim za to, że zobaczyli przed sobą robotę i postanowili ją wykonać. Nie czekali na cud, nie powoływali komisji do spraw przetargu na rozwiązanie problemu. Była potrzeba, były i ręce do pracy.

Kiedy myślę o tych strasznych czasach boli mnie tylko, że dziś Polacy znów się dzielą. Każdy z nas ma swoje poglądy polityczne, etyczne czy społeczne. Jesteśmy różni. Ale jedno jest wspólne. Przede wszystkim jesteśmy Polakami. Możemy być Polakami w Londynie, Berlinie, Nowym Yorku, Sydney czy Paryżu, bo i owszem, uwarunkowania ekonomiczne są różne. Ale, gdziekolwiek jesteśmy, tymi Polakami powinniśmy zostać.
Powstańcy Warszawscy, ale i żołnierze całej Akcji Burza, walczący w Obronie we wrześniu i październiku 1939, lotnicy broniący Londynu, oddziały spod Monte Cassino i wielu, wielu innych oddali swoje życie za wolną Polskę. I, lepsza lub gorsza, bogatsza lub biedniejsza, jednak ta Polska wolna jest. I o tym nie zapominajmy.

Ponarzekam, bo mogę

Ostatnio jest w nas jakaś niezrozumiała potrzeba pisania o sprawach ważkich, trudnych…
Pisać o codzienności, rozlanej herbacie albo dobrym grillu? No bez przesady, tę umiejętność z blogujących chyba zachowały już tylko Zuzler i jamajka.
Dla jasności, zjawisko, o którym piszę, także i mnie dotknęło. Od dawna chcę tu coś napisać, ale ciągle wydaje się, że brak tematu. Kiedy zaś już usiadłem z silnym postanowieniem napisania czegokolwiek, jedynie poważne refleksje w umyśle mi błyskają. Ale skoro już tak musi być, trudno, napiszę co mi w duszy gra, a może jak zacznę znów regularniej blogować, i pomysły na wpisy lżejsze do głowy zapukają.

Martwi mnie to, co się z nami dzieje. Pandemia trwa już sporo ponad rok. I na początku… Na początku wydawała się na swój sposób dobra.
Tak, pozamykaliśmy się w domach, straciliśmy kontakt. Ale myślałem, że gdy sprawa nieco się rozluźni, tym bardziej docenimy spotkania, a ten wolny czas będzie doskonałą okazją do nadrobienia zaległości w naszych pasjach, zainteresowaniach. I wiecie co? Na początku to działało.
Pamiętam liczne wpisy ludzi, którzy pierwszy raz od dawna mieli czas pobawić się z dziećmi, wrócić do pasji modelarskiej, przeczytać książkę. Ale minął miesiąc, drugi i czar zaczął pryskać.
I tak mamy lipiec 2021. I rzeczywiście po części dzięki temperaturze, po części dzięki szczepionkom, troszkę ten świat skierował się w stronę normy. Wiem, już się mówi o poważnej czwartej fali, ale na chwilę obecną większość miejsc jest otwarta, możemy się spotykać, możemy iść do kina czy teatru.
A co jest z nami? Pewien portal napisał, cytuję: "Z pandemii wychodzimy rozbici, podzieleni i zantagonizowani. Ba, najchętniej wszyscy byśmy sobie skoczyli do gardeł.".
Szczepienia to już w zasadzie temat gorszy od polityki i kościoła razem wziętych. Poglądy w moim otoczeniu zradykalizowały się bardziej, niż kiedykolwiek. Tolerancja dla odmiennego od naszego zdania błyskawicznie dąży do zera, chociaż nie, przepraszam, to zero to już dawno minęła.
I tak tylko zastanawiam się… Co się z nami porobiło? Czemu aż tak?
Tak, ja się zaszczepiłem. Tak, jestem zwolennikiem szczepień. Czy to znaczy, że teraz powinienem wyjść na ulicę, znaleźć wszystkich nieszczepiących się i zakuć ich w dyby na rynku w Wejherowie? Bo wielu ludzi, i o moich, i przeciwnych poglądach chyba tak uważa.
Zastanawiam się, jak długo my jako społeczeństwo będziemy podnosić się po tej zarazie, nie zarazie koronawirusa, ale tej niepojętej nienawiści, zniechęcenia i pogardy wobec siebie.

PS. Wszystkie komentarze o tym, czy się szczepić czy nie i podobne będę usuwał niezależnie, czy popierają, czy negują moje stanowisko w sprawie pandemii.
PPS. Czy ktoś może wie, jak włączyć w chipie 5G tryb oszczędzania energii? Ja wiem, że on pobiera energię z pożywienia, ale w tym upale ja naprawdę do jedzenia się zmuszam i chętnie bym jadł jak najmniej! 🙂

Już nie ma dzikich traktorów

Tak mnie zastanowiło. Jak już ludzie się zaszczepią, przejdzie wariant brytyjski, indyjski, luksemburski, australijski i marsjański, to na co będę najbardziej się cieszył? Maja umieściła na blogu kiedyś wpis pod tytułem "Jedyną stałą jest zmiana". I chyba ja za tym najbardziej tęsknię, bo ostatnio życie stało się bardzo powtarzalne i, właśnie, niezmienne, schemat przemyka za schematem, a w nich wszystko jest już określone i poustawiane. A że nic się nie zmienia, to i nam zmieniać się nie chce.
Od powyższej zasady są rzecz jasna wyjątki. Pierwszy nazywa się Skarbówka, która zawsze, ale to zawsze umie zaskoczyć. Ale ostatnio w konkury ze Skarbówką rzucają się wszystkie inne instytucje, zaś propozycja wynajęcia Fundacji traktora pozostanie prawdopodobnie anegdotką na długie, długie lata.
Przy okazji, jeśli powstanie kiedykolwiek szczepionka przeciw zawałowi serca, dla mnie będzie towarem pierwszej potrzeby. Ja kiedyś panicznie bałem się dzwoniących urzędów. Bo jak dzwoni ZUS czy inne takie, to przecież niczego dobrego nie wskazuje, prawda? Najlepiej od razu zacząć się pakować do więzienia. No ale trudno wyżyć w tym stanie, gdy urzędy ścigają człowieka praktycznie codziennie, a więc albo wykształcę sobie jakąś odporność na skoki ciśnienia (tego we krwi, nie w oku), albo na moim grobie napiszą "Został zamordowany przez Panią z Zusu dzwoniącą z prośbą o dosłanie formularza A38".
Niezmienny pozostaje również rozkład jazdy wejherowskich autobusów, który, w myśl wieloletniej tradycji, trwa absolutnie idiotyczny i zapewnia podróżnym ćwiczenia z aktywności, gwarantując bieg przez pół dworca zakończony albo skokiem do zamykających się już drzwi autobusu, albo momentem na wzięcie oddechu, no, takim 40-minutowym momentem. A nie można dać autobusu 10 minut po przyjeździe pociągu? Albo chociaż, no nie wiem, 5?
Jeszcze jedną zmianą w moim życiu, choć w sumie to jednak stałą, jest ekspres do kawy. Czy ja pisałem na tym blogu, że popsuł nam się ekspres kilka miesięcy temu? Chyba nie. W każdym razie się popsuł. Nie nie, nie kilka miesięcy temu, znowu się popsuł! I mamy już trzeci w tym roku. Miejmy nadzieję, że zadziała słynne "do trzech razy sztuka", bo jak tak dalej pójdzie, to zamienię ten blog w recenzowanie ekspresów do kawy, traktorów i formularzy podatkowych.

Ostatnio często w moich głośnikach gości pani Irena Santor, której, przyznaję, zbyt dobrze piosenek nie znałem, a ku swemu zdumieniu odkryłem, że bardzo wiele tych nuconych przez moją mamę pochodzi z jej właśnie repertuaru. Inna sprawa, że wcale nie jestem pewien, na ile świadczy o mojej poczytalności skojarzenie piosenki "Złoty Pierścionek" z takim jednym panem Sauronem… A od tego już naprawdę niedaleko do "Na lewo most, na prawo most" i walki w Morii, z Gandalfem w roli głównej. Podobnie doceniłem repertuar Studia Buffo i żałuję, że nie znam większej ilości mniej dziś już popularnych wykonawców z tamtych czasów, bo jednak jakoś piosenka przedwojenna i PRL-u bardzo przypada mi do gustu.
Wracając jednak do pani Ireny, ostatnio przyłapałem się, gdy rozmyślając nad kodem Eltena, odruchowo zacząłem do lecącej piosenki dopisywać morały alternatywne i tak oto uzyskałem:
Już nie ma dzikich plaż,
Na których zbierałam bursztyny,
I tylko Windows ten sam,
wciąż sypie błędy, bluescreeny.

A skoro o Windowsach mowa, kilka dni temu mój brat się bardzo zabawnie przejęzyczył, informując, że owego dnia zdążył już przejechać ponad sto kilobajtów. I w sumie ja to całkiem widzę, wyjaśnienie jest proste, przejazd stu kilobajtów to długość trasy, której zarejestrowanie wymaga stu kilobajtów. Dołączam więc następne wyzwania: ile to jest Pascal mleka, kilogram gorączki i rok prędkości?

Kończąc ten wpis o wszystkim i o niczym, pragnę poinformować, że pozdrawiam was z pociągu, zaś domownicy mnie kuszą wieścią, że czeka na mnie beza malinowa, tak więc skoro wam wszystkim narobiłem smaku, mogę was z czystym sumieniem pozdrowić.
Dawid Pieper

Brak wiadomości to dobra wiadomość, czyli wpis kompletnie bez sensu

Kiedy wciskam klawisz F10, słyszę "Nie ma nic nowego". Może jest to dla was żadna nowość, ale sprawdziłem przed chwilą, że baza danych podpowiada: ostatni raz taki komunikat miałem szansę usłyszeć w lutym 2020 roku. Dlaczego? Bo wielu z was zalewa mnie wiadomościami, wzmiankami, wpisami, a ja przyznaję bez bicia, daleki jestem od odpowiadania na wszystko. Przykładowo, jak pisałem na forum, mam zwyczaj ignorować wiadomości głosowe, o ile nie są od moich znajomych, albo wiadomości o tematach typu "Błąd", "Propozycja".
Co więc się takiego stało, że u mnie "Co nowego" zaświeciło pustkami? Nie nie, nic nadzwyczajnego. Po prostu oznaczyłem wszystko jako przeczytane. I aż mi teraz dziwnie.
Ale ale… W żadnym razie nie jest to zachętą, by mi spamu na nowo namnożyć, zdecydowanie nie! 😀
Ciekawostka: odkąd Elten powstał, wysłaliście do mnie 63743 wiadomości.
Skoro już o wiadomościach mowa, żeby ten wpis miał jakąkolwiek treść (bo od napisania go powstrzymać się po prostu nie umiem), w latach 2019-2020 udawało mi się prowadzić z częścią z was… no dobra, trójką z was… pisemną korespondencję. Przyznam, że bardzo mi tego brakuje. Niestety, tu plany krzyżuje pandemia. Maszynę brajlowską mam w Warszawie, a w stolicy bywam teraz tylko sporadycznie.
Zaś wiezienie Perkinsa metrem i pociągiem nie jest pożądaną przeze mnie weekendową zabawą. Więc niestety i ja, i wy musimy uzbroić się w cierpliwość. 🙁
Dobra, kończę ten wpis o niczym, bo nie wiem, co jeszcze mógłbym napisać. Dobranoc!