Przesyt pewnym czarodziejem

Nie będę się nad tematem rozwlekał, będzie krótko i treściwie. 😉
Wczoraj znowu na którymś kanale RSS pojawiły się doniesienia, że pani Rowling jest kolejny rok najlepiej zarabiającą pisarką na świecie, to zaś z kolei skłoniło mnie, by wyrazić pewne odczucie, które we mnie jakoś ostatnio tylko narasta. Chodzi o pewien przesyt, absolutny przesyt Harrym Potterem.
Zawsze lubiłem te książki, w dzieciństwie, jak pewnie większość czytelników, zachwycałem się przygodami młodego czarodzieja. Już jako dziecko jednak nigdy nie wskazałbym Pottera jako najlepszej książki na świecie. Jest jednak w nim coś, co dało mu popularność, o jakiej inni pisarze, od Maya przez le Guin po Szklarskiego, mogliby tylko pomarzyć. Nie, nie wiem co to. Może wyrwanie się z zasad, które przecież dzieci na swój sposób pociąga? Że można dać szlachetnego na pozór bohatera, skrzywdzonego przez wujostwo, biednego, a jednak mężnego i odważnego, który w złości może zapewnić świnki ogon kuzynowi (wiem, to był Hagrid) albo wysłać ciotkę pod sufit? Tak, to była ironia.
Nie chcę przekonywać, że książki pani Rowling są pełne zła i ukrytych zagrożeń, głównie dlatego, że ludzie tak twierdzący wkurzają mnie jeszcze bardziej od wspominanych powieści. Nie ma lektur złych, możemy tylko z nich złe wartości wyciągnąć, a historie z Hogwartu uczą nas też wiele dobrego, mamy postać Lupina, dylematy Snapea, piękną przyjaźń (choć akurat wcale nie mówię tu o pierwszoplanowej trójce, a Lunie).
Tylko czasem ludzie zachowują się, jakby innych powieści nie było. Widać to nawet na Eltenie, a co dopiero w sieci? Do czego powstaje 99,99999 procent fanfików? O jakich książkach ludzie potrafią pisać całymi godzinami, zastanawiać się nad różnymi ewentualnościami?
Przyznam, że odczuwam przesyt, absolutny przesyt Potterem, dyskusjami o Potterze, a nawet przeróbkami z Pottera. I coś czuję, że szybko mi ta przypadłość nie minie.

„Lalka”, „Katarynka” i „Pochwała Głupoty” w jednym, czyli o lekcjach polskiego rozważania

Odkąd zacząłem studiować moja styczność z literaturą czy szerzej pojętą humanistyką dotyczy tylko tego, co znajdę we własnym zakresie. Nie mamy na studiach przedmiotów humanistycznych, filozofii czy innych tego typu zapychaczy planu. Obserwuję jednak Kamila, mojego młodszego brata, który obecnie jest w drugiej liceum i kilka dni temu miał pracę klasową z "Dziadów". I choć myśli z tego artykułu wielokrotnie wyrażałem w trakcie nauki, chciałbym je podsumować i raz jeszcze ubrać w słowa już po tym, jak naukę zakończyłem, a więc starając się o możliwą obiektywność.

Zacznę od tego, że lubię czytać i co uważniejsi czytelnicy tego bloga na pewno to spostrzegli. Lubię dużo czytać zarówno w znaczeniu ilości lektur, jak różnorodności gatunkowej. I choć pewnie wielu z was kojarzy głównie mnie z fantastyką, to tylko czubek góry lodowej, a książkę bardziej cenię za to, jak do mnie przemawia, niż za gatunek czy treść.

Przede wszystkim jednak staram się, by książki mnie uczyły. To piękna skarbnica przekazywanych z pokolenia w pokolenie – prawd moralnych, życiowych, społecznych… Czasem wierzę, że nie istnieje takie zdarzenie czy stan, którego już ktoś gdzieś kiedyś nie opisał, trzeba tylko umieć ten opis znaleźć.
Książki lepiej niż jakakolwiek szkoła dają nam wiedzę o życiu i niezbędne w nim umiejętności – każda inne. Jedne ukazują nam prawdy moralne, inne trudne dylematy, jeszcze inne wygląd społeczeństwa w danym miejscu i czasie. Z przeczytanej niedawno powieści "Duma i uprzedzenie" (wydanie w roku 1813) dowiedziałem się więcej o życiu w Anglii na początku XIX wieku, niż ze wszystkich lekcji historii razem wziętych.
Mógłbym pisać tu o tym, jak książki rozwijają naszą wyobraźnie, zdolności pisarskie… Ale podaruję sobie, bo to raczej oczywiste. Ja chciałbym opowiedzieć o polskim. Nie o języku, a o przedmiocie.

W liceum czyta się pozycje takie, jak: "Ballady i romanse", "Dziady", "Pan Tadeusz", "Kordian"… O "Dziadach" Mickiewicza mówiliśmy ponad 4 miesiące, tak, tyle omawialiśmy dwie lektury, bo część czwartą i trzecią.
W trakcie tego omawiania opowiadaliśmy sobie o tym, jaka to Polska była biedna, jak pogardzana, jak poniżana… A nader wszystko jaka to wybitna pozycja!

Moja opinia o "Dziadach" jest jednak zupełnie inna. Można się oczywiście ze mną nie zgadzać i chętnie wysłucham inne strony. Dla mnie jednak "Dziady" trzecie świadczą przede wszystkim o pysze autora i same nie do końca wiedzą, czym są. Jakoś mnie "Wielka improwizacja" nie napawa zachwytem, a adekwatnie wielkim znakiem zapytania połączonym z angielskim "Whaaaat?"
Uważam także, że dzieło to bardzo zaburza postrzeganie czasów zaborów wedle tego, co chce się, by o zaborach myślano. Nie brakowało wtedy bohaterów pragnących walczyć o wolność, Piotr Wysocki niech będzie tu pierwszym z brzegu przykładem. Gdyby jednak tak bardzo tym Polakom na tej Polsce zależało i czuli się zjednoczeni w duchu wolności, zupełnie inaczej wyglądałaby "Wiosna ludów", nigdy nie słyszelibyśmy o "Rzezi Galicyjskiej", a "Legioniści" Piłsudskiego 80 lat potem nie śpiewaliby "Nie chcemy już od was uznania, ni waszych mów, ni waszych łez. Skończyły się dni kołatania do waszych dusz, do waszych kies."
Pod koniec ubiegłego roku odświeżyłem sobie czytane w podstawówce – nie, nie jako lekturę oczywiście – "Wspomnienia niebieskiego mundurka". Historia toczy się ponoć w okolicach połowy XIX wieku. Widzę w niej wiele pięknych prawd etycznych i mądrości. Jakoś jednak tej straszliwej polskości, prześladowań i cierpienia tam nie ma. Bo ludzie jakoś musieli żyć, wiązać koniec z końcem. I choć mogli być patriotami – za co wielki szacunek – to nie dało się 123 lata dzień w dzień, godzina w godzinę użalać się, że Polski nie ma na mapach. Przekornie dodam z resztą, że Polski tej na mapach nie było dzięki dziadkom tych właśnie ludzi.
Rozumiem jednak, że "Dziady" to lektura ważna, że była grupa ludzi wyznających takie właśnie ideały, dla których polskość była najważniejszą i najpiękniejszą myślą. W końcu wybuchały powstania, a my dziś nie mówimy po niemiecku lub rosyjsku. Co więcej, bardzo lubiłem i lubię "Pana Tadeusza" Mickiewicza – epos, którego pewnie wielu z czytelników tego bloga nie trawi. O gustach się nie rozmawia.

W tych licealnych latach użalania się nad Polską, wychwalania pod niebiosa autorów romantyzm u i pozytywizmu brakuje jednak dla mnie jakiejkolwiek nauki rozumienia literatury. Jestem ciekaw, ile osób kończy szkołę i na studiach rozczytuje się w "Sonetach Krymskich". Tak, na pewno są takie osoby, w końcu ile osób uważa za najwybitniejszego polskiego poetę Kochanowskiego albo rozczytuje się w twórczości Karpińskiego? Pewnie prawie nikt, a o to ja przed wami stoję.
Przeciętny, stereotypowy nastolatek ma jednak zupełnie inne preferencje czytelnicze, o ile w ogóle czyta. Jedni lubią fantastykę, inni powieści przygodowe, romanse. Ale bestsellery mówią same za siebie: "Harry Potter" czy inne "Metro".
Nie, nie jestem wybitnym fanem "Chłopca, który prze… raża mnie swoim charakterem", co wielokrotnie tu udowadniałem. Uważam książki pani Rowling za cykl może i dobry, ale mający wiele, bardzo wiele wad. Trudno jednak znaleźć klasę, w której chociaż połowa osób nie czytała książek o "Młodym czarodzieju". Czego jednak się nas o nich uczy? Najlepiej spalić na stosie w Gdańsku, podrzeć albo w inny sposób poddać oczyszczeniu.
Ilu czytelników będzie w stanie dostrzec w czytanych słowach coś więcej, niż fajne dowcipy Weasleyów i wymachiwanie różdżkami? Ilu pochyli się nad problematyką Dumbledorea, Snapea czy Lupina, dostrzeże nauki i przesłania o wykluczeniach, uprzedzeniach czy pragnieniu władzy?
Wmawia się nam, że wszyscy Polacy czytają Sienkiewicza. I owszem, ja bardzo cenię jego twórczość, uwielbiam "Trylogię", "Krzyżaków" czy "Quo Vadis". Wątpię jednak, czy wśród dziesięciu pierwszych spotkanych na ulicy licealistów znajdzie się trzech, którzy znają te książki z innych źródeł, niż streszczenie. W mojej klasie – liczba uczniów 34 – przed maturą uczciwie nas historyk spytał, ilu przeczytało "Potop". Odpowiedź brzmi: sześciu.

A nawet kiedy trafi się uczeń, który kocha się w Kordianach latających na chmurach i Gustawach, którzy zmieniają imię, bo tak, to czego się go nauczy? Czy dostrzegać prawdy w lekturach, korzystać z nich jako ze źródła historycznego i etycznego?
Nie. W szkole nauczy się go tylko pisać długie i nudne eseje o tym, jaka polska była, jest i po wsze czasy będzie biedna.

Nic nigdy nie zniechęciło mnie i wielu znanych mi osób do czytania tak, jak lekcje polskiego. Nie chcę tym wpisem udowodnić, że przedstawiane w szkole średniej pozycje są złe. Nie ma czegoś takiego, jak zła książka moim zdaniem.
Chodzi mi jednak o to, że zarówno dobór lektur, jak poruszanej tematyki czyni z uczniów nie tyle uważnych i rozumiejących czytelników, co, w najlepszym razie, osoby ślepo kopiujące interpretacje nauczyciela i doszukujące się śladu walki o polskość w kotlecie podanym na obiad na n-tej stronie powieści Amerykańskiej, w najgorszym osoby, których jedynymi lekturami po maturze będą zeznania podatkowe i umowy o pracę.

Taka refleksyja

Chwilę temu wyciągałem naczynia ze zmywarki. W kuchni jest pełno misek, kubeczków i innych rzeczy do zmycia, którym to zmywaniem właśnie się zajmuję, jako przerywnik tylko pisząc ten szybki wpis.
Wczoraj jedliśmy upieczone przeze mnie klopsy zwane kotletami mielonymi, a dziś… dziś w piekarniku właśnie teraz piecze się sernik – mój brat robi jutro osiemnastkę i, jeśli to ciasto wyjdzie, zabiorę je do Bolszewa. Choć coś czuje, że nie wyjdzie. 😀
W każdym razie… Gdyby mi ktoś przed dwoma laty ukazał tę scenerię mówiąc, że będzie tak u mnie w domu za dwa lata, pewnie bym go wyśmiał. I myślę sobie, że w ciągu tych dwóch lat, nawet mniej, zmieniło się w moim życiu tak wiele, iż nawet nie ma sposobu, by to spisać.

Nostalgia

Przyznam, że długo miałem problem z opublikowaniem tego wpisu – dobre pół godziny biłem się z myślami i już prawie go skasowałem, po prostu ze strachu, bo nie czuję sie tak jak kiedyś, pisząc na Eltenie. Czuję, że daję tylko broń do ręki tym, którzy chcą mnie zranić, ale… Co tam.

Gdy wracam do domu, tego w Bolszewie, mam wrażenie, że wszystko, na każdym kroku mówi mi: "Już tu nie mieszkasz". Nie, nie chodzi o rodzinę, oni to dostrzegają, ale nie pokazują, starają się nie pokazywać. Ale przedmioty… Gdyby mogły mówić, pewnie by mówiły, że to już nie do końca moje miejsce.
Dziś odczułem to bardzo silnie, szukając kropli do oczu w jednej z szuflad. Gdy przyjeżdżam do domu, widzę, że ktoś, pewnie mama, dba o mój pokój. Nie ma tu kurzu, nie ma zapachu stęchlizny… A jednak wszystko leży tak, jak pozostawiłem to, wyjeżdżając 29 grudnia. No może wszystko wyłączywszy sukienkę, którą Julita miała ubraną na osiemnastce Szymona dzień przed wyjazdem, a którą zostawiła z prośbą, by rodzice przywieźli w wolnej chwili do Warszawy.
Kiedyś narzekałem, że w pokoju mam za mało skrytek na różne rzeczy. Nie szło mi o to, by się nie mieściły, ale by je posegregować. Chciałbym móc w jednym miejscu trzymać płyty, w innym dyski, w jeszcze innym podzespoły komputerowe. Długo marzyłem o półeczce nad biurkiem, na której mógłbym ustawić pewne rzeczy, zwalniając miejsce na szafkach… Nigdy się jej nie doczekałem.
Miałem, mam jeszcze w pokoju taki mebel składający się z sześciu szuflad – jedna nad drugą. Kiedyś martwiło mnie, że tak mało tam miejsca. Teraz postanowiłem go odstąpić. Wszystko, co tu mam, zmieściłem bez nich, bo wiele z tego, co w pokoju trzymałem, dziś jest w Warszawie.
Tak, wiem… Każdy przez coś takiego prędzej czy później przechodzi, odkrywa, że jego dom nie jest już do końca jego domem. I nie jest to wielki ból czy smutek rozdzierający serce, ale jednak nostalgia pozostaje. Bo wraz z tym wszystkim ucieka dzieciństwo, wiele wspomnień: tak szczęśliwych jak smutnych chwil… I ja nie chcę by to uciekło, jeszcze nie.
Miałem nadzieję, że nastąpi to, gdy założę rodzinę. Tym czasem, gdy wracam ze studiów do domu – a przecież już nie dzieje się to nawet co tydzień – czuję, że to miejsce oddala się ode mnie. I tylko pragnę przygarnąć jak najwięcej pamiątek, nim i one znikną.

Era stacjonarek

Są dni, kiedy żałuję, że era komputerów stacjonarnych dobiega końca. Żałuję, choć zdawałoby się, że czasy nadeszły lepsze.
Laptopy są znacznie mniejsze, lżejsze, zużywają mniej prądu. Aby podłączyć dysk zewnętrzny, nie trzeba sięgać pod biurko, bo port USB znajduje się zaraz koło klawiatury; nie trzeba ciągnąć kabla od słuchawek od biurka; nagłe zniknięcie prądu już niestraszne; jest ciszej, przyjemniej… A jednak w tych starych skrzynkach pod biurkami jest coś – coś z nostalgii, wspomnień, ale i… tych czasów, kiedy ludzi nie byli jeszcze tak skwaszeni Internetem…

Komputer u nas w domu był od zawsze, od moich narodzin – tata ukończył studia informatyczne. Była to niezmiernie potężna maszyna z Windowsem 95, procesorem 386 i o porywającej pojemności dysku 1,8GB.
Pierwszy swój własny komputer otrzymałem w zerówce, ze starego programu "Komputer dla Homera". Ten miał już dysk 80GB, procesor Intel Dualcore i 2GB RAM. Cóż to była za maszyna! System pod wpływem moich drobnych udoskonaleń trzeba było reinstalować przynajmniej ze pięć razy, a na koniec udało mi się nieodpowiednią zmianą rejestrów w BIOSie spalić zasilacz. Do dziś nie wiem do końca, jak to zrobiłem.

To były czasy… Gdy kopniak komputerowi nie przeszkadzał, przeciwnie, był jedynym sposobem na odwieszenie odmawiającej posługi stacji dyskietek.
Choć jeśli było jakieś zajęcie ciekawsze od wkładania tych dyskietek do stacji, to było nim kręcenie kółeczkiem na dyskietce, względnie próba odwijania taśmy magnetycznej tak, by nie uszkodzić nośnika, który to akurat cel okazywał się z bliżej niezrozumiałych przyczyn nader trudny do osiągnięcia. Fakt, że dyskietki mogliśmy dostać najbliżej w oddalonej o 25km Gdyni tłumaczyć może niejakie zniecierpliwienie taty, gdy odkrył, że z nowego pudełka z 15 sztukami 5 jakoś tak nie działa.

Lubiłem też otwierać obudowę komputera i oglądać, jak to wygląda, a potem najlepiej wypinać dyski twarde i wpinać w inne gniazda i patrzeć z radochą, jak BIOS przy starcie wykonuje dwa piknięcia, a potem wszystko działa. Do dziś z resztą uważam, że złączka ATA jest dużo lepsza do zabawy we wpinanie pinów i ich wypinanie, niż SATA, w której nie daje to żadnej radości. 🙂 A co dopiero PCI?
Nie lubiłem natomiast wyglądu kości RAM DDR. Uważam, że dopiero standard DDR3 fajnie się zatrzaskuje, niestety w DDR4 już nieco to popsuli.

Pierwszy komputer składałem dla babci, miało to miejsce w pierwszej klasie gimnazjum. Pamiętam, że bardzo przejąłem się wtedy zadaniem, a nim kupiłem odpowiednie części, blisko dwa tygodnie czytałem opinie, recenzje i dokumentacje. I oczywiście i tak sprawę popsułem, bo zapomniałem o tym, że nie wystarczy zasilacz by ruszyć komputer, a potrzebny jest jednak wystarczająco dobry zasilacz. Spoiler: 150W nie mieści się w określeniu "wystarczająco dobry".
Komputerek tamten ma procesor AMD, niestety nie pamiętam numeru, i 4GB RAM, dysk w zapomnianym standardzie mSATA (z przejściówką) i w ogóle jest moją małą dumą nawet, jeśli nie odkryłem, jak podłączyć czytnik kart pamięci z obudowy i tak sobie jest, ale niekoniecznie działa.

I chyba tego najbardziej mi brakuje. Kupujemy laptopa, jest. Możemy co najwyżej wymienić w nim dysk czy pamięć RAM, a i to tylko w droższych modelach.
Chcemy lepszy sprzęt? Kupujemy nowy laptop. Gdzieś tak mi brakuje tego miejsca na małe, majsterkowe szaleństwo.
Złożyłem kilkanaście, może koło trzydziestu komputerów stacjonarnych dla różnych osób. I wiem, że żaden zakup laptopa nie daje takiej radości, jak usmarowanie się pastą silikonową, umieszczanie izolacji na płycie, wreszcie skręcanie śrubek i obserwowanie, jak po dwóch-trzech godzinach skręcania, z tych kartonów, w których przyszło kilkanaście części, powstaje coś, co działa.

Nie bez znaczenia pozostaje też argument, że kiedyś w akcie frustracji na nieudaną kompilację lub kolejny błąd Windowsa mogliśmy przynajmniej solidnie kopnąć skubańca, a laptopa można co najwyżej wysmarować izopropanolem.

Instrukcyja lingwistyczna

Poradnik robienia z siebie pośmiewiska językowego na przykładzie PKP Intercity.

Czy można połączyć pozorną biegłość językową z robieniem z siebie obiektu pobłażliwych spojrzeń? Oczywiście! Dzięki temu poradnikowi dowiesz się, jak brzmieć zaawansowanie dla wszystkich nieznających języka angielskiego, a ze strony pozostałych otrzymywać drwiące uśmieszki. Wszystko zamknięte w dziesięciu przystępnych punktach.

1. Kogo interesuje podział na słownictwo formalne i potoczne? To dla akademików, przecież nikt nie zauważy różnicy.
2. Zdania złożone imiesłowowo to zło wyklęte ogniem palące.
3. Jedyne dozwolone łączniki to "therefore", "moreover", "furthermore" stosowane w ilościach powodujących alergię lingwistyczną.
4. O różnicach składniowych między polskim a angielskim zapomnij, nie ma ich, zniknęły.
5. Kogo interesują poprawnie użyte relatywizatory? Wpychaj who, that, where gdzie tylko się da! Jak się nie da, również.
6. Od nadmiaru the, a, an jeszcze nikt nie umarł!
7. Zapomnij o istnieniu czasu perfect. No chyba że akurat jest najmniej fortunnym wyborem.
8. Jak pomylisz się w kolokacjach… nikt przecież nie zauważy!
9. Jak coś jest synonimem w słowniku, to zawsze, ale to zawsze musi znaczyć dokładnie to samo!
10. A przy powyższych zawsze wybieraj najtrudniej brzmiące słowa. Nawet jak znaczą zupełnie coś innego, niż myślisz.

Za inspirację dla powyższego tekstu dziękuję komunikatom głosowym spółki PKP Intercity odtwarzanym w pociągach Express Intercity Premium.

U nas bez zmian

Siedzę sobie właśnie na dworcu PKP Gdynia Główna, czekając na pociąg do Warszawy, który odjeżdża za godzinę. Jestem więc sobie na ławeczce na hali głównej, korzystając z darmowego (woooow) Wi-Fi o klarownej nazwie _PKP_WIFI.
Ławeczka jest drewniana, ale podbita jakąś skórą, szeroka i bardzo, przyznaję, wygodna.
Z prawej strony słyszę rozsuwające się co chwila drzwi prowadzące na pl. Konstytucji, przede mną zaś kolejkę do kas.
Za mną znajduje się największa restauracja MCDonald w Polsce, na hali ludzi są setki (lekko licząc).
Pod halą główną znajduje się teatr Gdynia Główna, a także bardzo dobra kawiarnia.
W powietrzu czuć zapach kurczaka z rożna ze znajdującej się na galerii budki.
I tylko słucham kolejnych zapowiedzi, słucham i myślę sobie… Jak to się dzieje, że:
1. Na jednym z największych i najważniejszych dworców w kraju,
2. największym w Północnej Polsce,
3. Z którego korzysta rocznie ponad 13 milionów podróżnych,
4. Wyraźniej słychać numery kas i otwieranie się drzwi trolejbusów zatrzymujących się na pętli, niż (czytane przez człowieka) zapowiedzi pociągów.