Komputerowe wspominki

Składam ja na zlecenie komputer kolejny do firmy taty… Zamawiałem więc dziś części, a jedną z nich był napęd optyczny. Z niejakim uśmiechem odkryłem, że choć dynamika rynku nagrywarek spadła, wciąż wybór jest dość duży. Za to nikt już niestety nie pamięta o tak niegdyś popularnym i dla niewidomków użytecznym standardzie Lightscribe.

Miałem ja kiedyś zwyczaj nagrywania płyt niezliczonych ilości – głównie dlatego, że po nagraniu jednej kopii, natychmiast taki nośnik gubiłem, w efekcie czego w trakcie wielkiej segregacji po maturze odkryłem siedem krążków z Hirenem, pięć z Windowsem 7, 8 z Windowsem PE… I tak dalej.
Nagrywanie płyt miało jednak i bardziej sensowny wydźwięk. I to wydźwięk dosłowny, bo wszak tak się przegrywało książki na podróż. To była podstawówka, kiedy byłem szczęśliwym użytkownikiem tworu zwanego Discmanem. Przyznam, że jestem bardzo ciekaw, ilu młodszych czytelników tego bloga pamięta, czym był discman. I paradoks poprzedniego zdania polega na tym, że ja sam za starego uważany być w żadnym razie nie mogę.
Faktem w każdym razie jest, że płyt u mnie w domu zawsze przewalało się sporo, a i teraz mam ich w szufladzie przynajmniej ze dwie setki. Znaleźć tam można kolejne kopie książek, systemów operacyjnych, ale i perełki takie, jak oryginalny dysk z programem Nero 6, Officem 2003 czy starą dobrą Ivoną 16kHz.

Pamiętam, że na początku programem, który najbardziej ceniłem przy nagrywaniu był DeepBurner. Nie lubiłem Nero, który potrafił się wieszać, systemowy kreatorek zaś daleki był od doskonałości. Zmieniło się to dopiero w Windowsie 7, który udostępnił całkiem fajne i, jak na wbudowane, rozbudowane narzędzia, ale przede wszystkim moduł do wypalania plików ISO.
Mimo to już wtedy mówiłem i podtrzymuję zdanie, że nagrywanie płyt CD w Windows Media Playerze tak usilnie proponowane przez poczciwego XP było jedną z największych prób charakteru, cierpliwości i wytrwałości, jakim mnie poddano. 🙂

Na koniec mam ochotę dopiero poruszyć wspomnienia i rzucić hasło klucz "dyskietka".
A wiecie, że w domu mam jeszcze oryginalne dyskietki z Windowsem 95 i mniej oryginalną z NVDA w wersji trunk 0.5?

Pisarska historia

Słonko już dawno skryło się za horyzontem, wszystkie grzeczne dzieci położyły się spać… No cóż… Nigdy nie udawałem, że jestem grzecznym dzieckiem.
Z resztą nie jestem w tej kwestii osamotniony, za oknem bowiem właśnie ktoś wysiadł z samochodu i, zanosząc się kaszlem, szuka kluczy.

Zainspirowany wpisem na "Grajdołku Elanor", postanowiłem opowiedzieć wam o mojej drodze pisarskiej. Kto wie, może komuś przypadkiem z czymś pomogę.

Tajemnica Srebrnej Katastrofy

Ja zawsze połykałem książki. Oczywiście, nie będę tu wyjątkiem wśród Eltenowiczów, fantastykę przede wszystkim, ale także i wiele innych gatunków. Jak to bywa wśród młodego czytelnika, wydawało mi się, że także potrafię coś napisać. I, także jak to u młodego czytelnika bywa, wymyśliłem sobie napisanie powieści.
Przyznać wam muszę, że moje umiejętności pisarskie na poziomie klasy czwartej pozostawiały bardzo wiele do życzenia. Na szczęście miałem na tyle rozsądku, by nigdzie tej swojej twórczości nie publikować.
Zaczęła więc powstawać książka o wielce orginalnym tytule "Tajemnica Srebrnego Kryształu".
Dość szybko projekt porzuciłem i nikomu go, szczęśliwie dla mnie, nie pokazałem wtedy. Przyznać jednak mi wypada, że chyba nigdy później nie napisałem tak wielu stron poświęconych jednej historii.
Wiele lat później, gdy odkryłem ów dokument na swym komputerze, przeczytałem i oczom nie wierzyłem.
"Czy naprawdę da się aż tak popsuć każdy opis, naiwnie zbudować fabułę, niepoprawnie napisać zdania?" – Zastanawiałem się, ze zgrozą wertując kolejne strony, a stron tych było 19.
Niektórzy znajomi z owych czasów mieli wątpliwy zaszczyt czytać te wypociny, przekazane już im jedynie w celach komediowych – do dziś mi wypominają co inteligentniejsze inaczej ustępy.
Do jednego tylko książka się przydała. Oczywiście, niezwykle inteligentne było, by ukryć tytułowy srebrny kryształ w labiryncie przed Cieniami, a potem go szukać, bo się oczywiście zapomniało, jak ten labirynt jest zbudowany, co? No dobra, fabuła na książkę idiotyczna, ale do prostej gry nadała się całkiem nieźle.
I tak powstał "Srebrny Labirynt".

Promień Nadziei

Nie wiem, jak dalej potoczyłyby się losy niedoszłego pisarza Dawida, być może nigdy już nie wyszłoby spod mego pióra żadne opowiadanie, gdyby nie Kuba Nowicki (Ambulocet). Kuba mianowicie, podobnie jak ja, zaczął pisanie w podstawówce książki.
Podobnie jak w "Tajemnicy Srebrnego Kryształu", także i w "W Poszukiwaniu Jednorożców" poziom złożoności fabularno-narracyjnej powalał na kolana (z bezsilnej rozpaczy i niemego zapytania do Księżyca, "jak można coś aż tak zepsuć"). Różnica jednak była taka, iż powieść Kuby nie zamknęła się na kilkunastu stronach, a raczej przerodziła się w coś dłuższego, co dorastało razem z twórcą.
Dość ochoczo zabrałem się do współpracy nad omawianiem fabuły powstających rozdziałów i korekty rozdziałów poprzednich. Przy okazji, jak mam nadzieję, całkiem nieźle zamieszałem w głowach czytelnikom, wymyślając kilka scen, które zostały wprowadzone, a za które pewnie niektórzy zechcą skręcić mi kark.
Z biegiem lat Kuba przepisał te pierwsze, nieszczęsne rozdziały tak, iż teraz powieść już prawie nabrała kształtu. Już prawie, bo w ostatniej jej korekcie, jaką otrzymałem kilka tygodni temu, już mam całą listę błędów, które radośnie prześlę na dniach.
Jednak, musiałem i muszę przyznać, że "Promień Nadziei" (tytuł po pewnych zmianach globalnych), choć nie jest arcydziełem, spokojnie może być uznany za dobrą książkę przygodową, dotykającą ciekawych zagadnień i trudnych tematów.

Ognie Reviny

Niejako zachęcony sukcesem przy doradzaniu Kubie, jak tu jeszcze bardziej zagmatwać zagmatwane wątki (wspomnijcie mnie przy Graczymirze i Tereliusie), postanowiłem raz jeszcze spróbować szczęścia. Były to te lata, w których miałem jeszcze sporo czasu.
Wtedy zaczął się rozwijać zawieszony niestety projekt, jakim była gra komputerowa "Ognie Reviny, Forteca Cieni".
Choć jej fabuła nie grzeszyła błyskotliwością ani wielkimi odkryciami, nawet dziś muszę przyznać, że jestem dumny z kilku pomysłów, jakie wtedy zakiełkowały. Mam więc i szczerą nadzieję, że do projektu powrócę.
Równolegle zacząłem jeszcze na starym Klangoblogu kolejne pisarskie próby, jakich przedmiotem była powieść, która stać się miała prequelem dla gry.

Przyznam, że gra wyszła mi lepiej od tej powiastki – zarówno na poziomie złożoności wydarzeń, jak i języka. Długo także projekt nie przetrwał, gdyż zaraz doszło do awarii blogów.
Do dziś co prawda czasem mnie kusi, by odgrzebać notatki, dokonać korekty i zacząć od nowa…
Jest tylko jeden problem. Nie marzyłem nigdy o karierze pisarza, głowieniu się nad wydawaniem książki, a przede wszystkim związywaniu się z tego typu projektem.
Jednak ten mały twór niejako zachęcił mnie do dalszych prób – prób, jakich efektem są (gorsze czy lepsze) opowiadania na tym blogu.

Co lubię, czego nie?

To trudne pytanie.
Lubię opisywać, szczególnie miejsca. W tym aspekcie zawsze miałem dość duże pokłady wyobraźni, tak więc – gdy tylko potrzebna była sceneria, tło dla wydarzeń – bez trudu je tworzyłem i dostrzegałem: od pojedynczych drzew po góry.
Za tym idzie także i tworzenie całych historii kształtujących dany obszar czy kraj.
Lubię także, choć trochę mniej, opisywanie przeżyć bohaterów, ich myśli czy refleksji.
Czego zaś nie lubię, a czego nie umiem?
Są przede wszystkim dwie takie rzeczy.
Nie lubię, nienawidzę pisać dialogów. Teraz już mniej, ale kiedyś potrafiłem rezygnować z pomysłu wyłącznie ze względu na ilość sekcji dialogowych, jakie się pojawiały.
Nie lubiłem także opisów przemieszczania się, podróży, przemijających dni. Łatwiej mi pisać opowieść jako zbiór obrazków, klatek z filmu, niż ciągłą linię przechodzącą z jednego wydarzenia do drugiego.
Może też ze względu na powyższe dwie trudności chętniej sięgam po krótsze teksty, gdzie nie gra to aż tak dużej roli?

Dobra, a teraz autoreklama

Pewnie wiele osób czytających tego bloga zna większość moich tekstów epickich. Pozwolę sobie jednak tutaj podsumować je w kolejności pisania zarówno po to, by zachęcić do lektury, jak przybliżyć okoliczności ich powstania, może komuś to pomoże w jakimś prywatnym projekcie pisarskim?

Wygnani

To jest pierwsze opowiadanie, jakie w życiu napisałem tak dla siebie, nie jako pracę domową z polskiego na zadany temat. I choć widzę pewne niedoskonałości, a czasem mierzi mnie, by coś skreślić, coś dopisać… Zostawię je takim, jakie jest.
"Wygnani" opowiadają historię załogi misji kosmicznej, której statek rozbija si na powierzchni Księżyca. Choć NASA jest w stanie wysłać ratunek, nie jest gotowa tego uczynić z powodu ogromnych kosztów, jakie pochłonęłoby takie przedsięwzięcie.
Do napisania tekstu skłoniły mnie właśnie refleksje nad tym, czy w przedstawionej sytuacji bylibyśmy gotowi – jako ludzie – pomóc. Historia ta jest niejako efektem odpowiedzi, jakich sam sobie udzieliłem, a także… nadziei.

Zapomniany Horyzont

To dość dziwne opowiadanie, przyznaję bez bicia. Nie wiem dziś, czy opublikowałbym je powtórnie. Być może zniknęłoby w koszu, gdybym miał się czas nad tym zastanowić. Ale czasu nie miałem, bo powstało pod wpływem emocji.
"Zapomniany Horyzont" tak po prawdzie nie ma fabuły, niemal całe (z wyjątkiem kilku pierwszych i ostatnich słów) jest retrospekcją o wojnie, zniszczeniu i ucieczce garstki ocalałych.
A źródło? Do powstania tej historii skłoniły mnie emocje dotyczące Dnia Niepodległości.

Zgaszona nadzieja

To mój ulubiony z moich tekstów. Kolejne opowiadanie, w którym niewiele jest akcji, a wiele przemyśleń. Ale chyba w takim stylu odnajduję się najlepiej.
Nie mogę powiedzieć, o czym jest to opowiadanie, nie streszczając jego fabuły. Dość powiedzieć, że jest jedną, wielką alegorią, a inspiracją był pewien sen.
Choć ostateczny kształt opowiadania z tym snem bardzo niewiele ma wspólnego.

Uwięzieni w Bibliotece

Tak, jak powyższe było moim ulubionym opowiadaniem, "Uwięzionych" po prostu nie lubię. To chyba moja największa porażka – coś, co samo nie wie, czym chce być. Praca powstała pod wpływem zachęty napisania opowiadania konkursowego, choć nigdy go na konkurs nie wysłałem.
Nigdy nie umiałem pisać historii pod dyktando, co niestety widać w tym wypadku. Ale, skoro wrzuciłem…

Błękitny ogień

Lubię to opowiadanko, choć nie jest jakoś strasznie odkrywcze. Jest to mała zabawa motywami.
W obliczu zniszczenia całej planety przez wrogie wojska, jednemu z oficerów przekazana jest misja przewiezienia dwójki niemowląt na jakiś zakamarek galaktyki, w którym nikt ich nie znajdzie – tak, by ludzkość mogła przetrwać z dala od wojny i przemocy.
Inspiracja? Zastanawiałem się, jak wiele razy nasi przodkowie łudzili się, że już nigdy więcej nie będziemy popełniać zła, że nie powtórzymy dawnych błędów…

Melodia

Ostatnie, jak dotąd, z mych opowiadań, choć nie wiem, czy w pełni jest opowiadaniem.
Bardziej obrazem, jaki zainspirowało spotkanie skrzypaczki na deszczu w okolicach stacji metra Politechnika – skrzypaczki, której, jak mi się wydawało, prawie nikt nie dostrzegał.

Coś jak podsumowanie

Nie mam żadnego morału, podsumowania. Po prostu, wyjaśniłem swoją pisarską historię.
Może tym kogoś zainspirowałem, kogoś zachęciłem? Chyba tyle. 🙂

Jak Dawid z laską wyszedł

Nie wiem, na ile wpis ten dotyczy Eltenowiczów, ale… może… A więc go napiszę.
Dziś chciałbym cofnąć się w przeszłość ze wspomnieniami i opowiedzieć o tym, jak to było, gdy wychodziłem pierwszy, drugi, trzeci raz na ulicę, z laską w ręku. Tak wiele osób boi się postawić te pierwsze kroki, a może komuś swą historią pomogę? Nikt wszak nie jest nieomylny, a z błędów najlepiej się uczyć, miast z ich powodu płakać. A już zdecydowanie najlepiej uczyć się z błędów cudzych, a więc dzielcie się moimi do woli.

Czy miałem lekcje orientacji w szkole? Tak i nie. W skrócie ujmijmy tak: nauczono mnie technik posługiwania się laską (dwupunktu, stałego kontaktu, wchodzenia i schodzenia ze schodów). Niewiele jednak więcej. Nigdy w szkole nie wsiadałem do autobusu, nie radziłem sobie w nieznanych mi miejscach, nie wpadałem na koparki (pierwsze dni w Warszawie, pozdrawiam) ani zaparkowane po środku chodnika samochody. To wszystko dopiero na mnie czekało. Mogę więc powiedzieć, że po szkole znałem w stosunku dobrym stopniu teorię, ale praktyki to mi bardzo brakowało.
Pierwsza moja przygoda laskowej natury miała miejsce w piątej klasie szkoły podstawowej. Mama była u babci, dosłownie ulicę dalej, a ja postanowiłem się tam wybrać. I, uwierzcie, wielka to była wyprawa.

Założyłem kurtkę, zamknąłem za sobą drzwi, klucz włożyłem do kieszeni, laskę rozłożyłem i… w drogę!
Czy bałem się? Oczywiście, że tak, szczególnie, gdy przyszło do przejścia przez ulicę. Stanąłem bowiem na skrzyżowaniu, z prawej strony samochody prostopadle do mnie, przede mną równolegle. Instrukcja z lekcji brzmiała: poczekać aż nic nie będzie jechać i przejść. Ale dla mnie ciągle coś jechało. I skąd miałem wiedzieć czy zaraz tu nie skręci?
Pewnie stałbym tak następną godzinę czy coś, gdyby nie stał się cud i samochody przede mną się nie zatrzymały. Nie wierząc w swe szczęście, przeszedłem przez tę ulicę, dotarłem do babci, gdzie przyprawiłem wszystkich o palpitacje serca.

A potem? Potem coraz częściej chodziłem już czy to po bułeczki do piekarni, czy w innych sprawach po okolicy, choć wiele, wiele lat minąć musiało, bym się odważył wejść do autobusu.

Zdarzało mi się i w gimnazjum jeździć pociągami, ale zawsze na zasadzie takiej, że ktoś pomagał mi wejść, a potem ktoś mnie odbierał, przez długi czas bowiem nie poznałem wejherowskiego dworca, właśnie ze względu na niejeżdżenie autobusami. Jednak sama nauka wsiadania czy wysiadania z laską, choć teorii nigdy nie poznałem, stała się błyskawiczna i odruchowa. Podobnie z resztą po latach było i z autobusami.

Gdy już tymi autobusami jeździć zacząłem, jąłem i zwiedzać okolicę na własną rękę – chodzić po rynku w Wejherowie, odkrywać sklepy, a nawet drogę do naszej fary. Oczywiście, poznawałem także Gdynię.

Nie obeszło się jednak bez błędów. Czy to okrągły murek fontanny nieczynnej, który wziąłem za płot jakiś i trzymałem się jego, robiąc N okrążeń, aż zupełnie zgubiłem orientację, nie wiedząc, czemu ten płot taki długi., czy autobusy zatrzymujące się w środku pola, czy wreszcie remonty drogowe, brak betonu na chodnikach, niespodziewana ciężarówka z dostawą… Wiele się zdarzało.

Ważne jednak, by gdy coś szło nie tak, nie poddawać się. A najważniejsza zasada brzmi: "koniec języka za przewodnika".

Pierwsze moje podróże po miejscach nieznanych, tak zupełnie nieznanych, to Gdynia. Choć kilka tras wcześniej w niej znałem, na własną rękę odkrywałem zakamarki mi obce, prosiłem o pomoc w docieraniu do sklepów i tak dalej. Na jeszcze wyższy poziom wskoczyło to w Warszawie, tu bowiem nie mam już możliwości zapytać chociaż mniej-więcej o trasę, gdyż rodzice po prostu trasy tej nie znają.
Gdy się więc jedzie do jakiegoś miejsca, orientuje się gdzie jest najbliższy przystanek czy stacja i próbuje się tam dojść, a potem się dopytuje ludzi o to, gdzie się kierować i tak – od punktu do punktu – dociera się.

Dlatego, pamiętajcie, każdy z nas się bał i boi za każdym razem. Ale trzeba umieć przezwyciężać ten strach, a nic nam się nie stanie, jeśli tylko pozostaniemy ostrożni.

Drugi dom

Tata pochodzi z Pucka, niewielkiego, choć dość ważnego miasteczka położonego nieopodal Półwyspu Helskiego nad zatoką Pucką.
Niewielkiego znaczy niecałe 12000 mieszkańców, co przy Wejherowie pięciokrotnie ludniejszym zawsze wydawało mi się niemal wioską.
Kiedy byliśmy mali z Kamilem, bardzo często jeździliśmy tam do babci, ja częściej od Kamila, ale i w dwójkę bywaliśmy tam notorycznie.
Po śmierci dziadka babcia prawie na stałe zamieszkała w Anglii i do Polski przyjeżdża praktycznie tylko na wakacje z Vincentem (kuzynem), a więc byłem tam ostatnio jakoś z pół roku temu, kiedyś jednak praktycznie każdego miesiąca pojawialiśmy się tam choć raz.
Dlatego też chciałbym opisać kilka wspomnień związanych z tym miejscem, bo było dla mnie wyjątkowo ważne.

Tak, ja mieszkam na wsi. Dziś Bolszewo staje się niemal miasteczkiem, mamy już ponad 8000 mieszkańców (prawie tyle, co cały Puck). Jeszcze kilka lat temu tak to nie wyglądało, była to wioska w ściślejszym znaczeniu tego słowa: pola, las i pełno zbóż.
Dziś pól zostało tylko kilka, a ogólnie całość miejscowości przypomina już niemal dodatkową dzielnicę Wejherowa.
Ale nawet w czasach bardziej wiejskiego charakteru Bolszewa, kojarzę wiele przejeżdżających samochodów, ludzi wołających na szosie. Dlaczego? A no dlatego, że mieszkamy na przeciw piekarni, w owym czasie jedynej, a ponadto przy głównej ulicy, co w sumie oznaczało, że ruch był tu ogromny.
W tym aspekcie Puck wydawał mi się bliższy wiosce od Bolszewa.

Babcia mieszkała w bloku, mieszkanko miała naprawdę niewielkie, ale przytulne. Kuchnia, w której trzy osoby z trudem się mieściły, dwa pokoje i przedpokój.
No i oczywiście łazienkę.
Całość mieszkanka wyglądała tak, że po wejściu do domu zaraz na przedzie był jeden pokój, a obok niego drugi.
Żeby obrazowo to przedstawić. Kiedy wchodzicie do mieszkanka przez drzwi, z lewej strony macie ścianę, z prawej zaś szafę, o której zaraz więcej.
Idąc z metr do przodu, otworzy się z lewej strony przestrzeń.
Teraz, gdy dalej iść do przodu, traficie do głównego pokoju, z lewej strony zaś znajdziecie bardzo króciutki korytarz.
Gdy ustawicie się do niego twarzą, z lewej strony będziecie mieli łazienkę, z prawej zaraz drugi pokój, a przed sobą kuchnię.
Mam nadzieję, że jakoś to wyjaśniłem.

Przestrzeń, jak pisałem, malutka, ale przytulna.
Zawsze lubiłem też wspominaną szafę, na której prócz wieszania kurtek znajduje się biblioteczka zbierana najpierw przez prababcię, potem przez babcię i tatę.
Wybór książek jest spory, a wszystko stare, choć przeczytać ich siłą rzeczy nie mogę, jak byłem mały lubiłem jakąś sobie brać i przekładać kartki.
Znaleźć tam można wydania Sienkiewicza datowane na okres przed II Wojną Światową czy pierwsze polskie wydania Tolkiena, jest nawet "Solaris" Lema.
A więc zakres tematyczny dość spory.

Kiedy byliśmy z Kamilem mali, często, bardzo często u babci nocowaliśmy. We wakacje spędzaliśmy tam nieraz i dwa tygodnie bez przerwy, w trakcie których (bywało) nawet rodzice w niedzielę przyjeżdżali na kawę.
Choć, jak już wspominałem na wstępie, ja chyba jednak bywałem tam częściej, bo jakoś chętniej tam przebywałem.

To, co mi się zawsze będzie kojarzyło z domem babci, to stary, bijący zegar, który wciąż tam stoi.
Ma tarczę z wypukłymi cyframi, to na niej uczyłem się czytać czarnodrukowe cyferki, jak również to na niej poznałem to, jak właściwie jest z tymi wskazówkami.
Zegar ma dwie dziurki do nakręcania ich kluczem. Jedna odpowiada za sprężynkę do bicia, druga do przesuwania się tych wskazóweczek.
Odkąd dziadek nauczył mnie go nakręcać, a miałem wtedy chyba jakoś ze trzy latka, moim honorem zawsze było dbać o to, gdy tylko bywałem u babci.
Pamiętam, że często mnie musiał dziadek podsadzać tylko po to, abym mógł przekręcić klucz nawet, jeśli dziadek już to zrobił poprzedniego dnia przed mym przyjazdem.
Ten zegar dziś jest najlepszym dowodem na to, że coś się skończyło. Gdy jestem u babci, zwykle nie tyka. Zawsze o jego nakręcanie dbał dziadek, a babcia, nawet gdy do Polski przyjedzie, zapomina o tym.
Wtedy zawsze, rok w rok, biorę kluczyk i, jak dawniej, nakręcam ten zegar i nastawiam na prawidłową godzinę. I zawsze wtedy, gdy zacznie bić, gdy mogę pokręcić tymi wskazóweczkami, czuję się trochę tak, jakbym wciąż był tym dziesięciolatkiem, który był szczęśliwy, że już mógł do niego sam sięgnąć i nie musiał prosić dziadka o podsadzanie.

Jest też u babci pianino, choć niestety rozstrojone. Bardzo pragnąłem je nastroić, ale strojnik z Pucka wycenił tą robotę na blisko 4 tysiące. Nie wiem, ile normalnie kosztuje taka usługa i na ile to standardowa cena, ale niestety nie w naszym zakresie budżetowym.

Lubiła też babcia robić na drutach. Miała, w sumie dalej ma taki otwierany puf, w którym znajdowało się pełno włóczek wełny w przeróżnych kolorach.
Próbowała mnie czegoś nauczyć, nawet zrobiliśmy z nią na tych drutach szalik, mówiła mi jak czym ruszać, a ja powtarzałem i, proszę, szalik wyszedł.
Tyle, że w życiu nie umiałbym tego powtórzyć.
Natomiast, z Kamilem mieliśmy z tej wełny inny użytek.
Braliśmy kilka krzeseł, takich prostych, drewnianych taboretów, ustawialiśmy je obok siebie, związywaliśmy wełną i twierdziliśmy, że to lada. A potem zaczynała się porywająca zabawa w sklep.

Jeśli chodzi natomiast o nieco poważniejsze zajęcia, dziadek, który był złotą rączką do wszystkiego, uczył mnie między innymi odlewania z wosku.
Miał takie długie, cienkie świeczki. Pokazywał mi, jak nad kartką papieru trzymać tą świeczkę i jak przechylać, by rysować. Sam był w tej sztuce mistrzem.
Lubiłem to o tyle, że w owym czasie nie wiedziałem o rysownicach czy podobnych wynalazkach, a taki wosk mogłem po prostu wyczuć. Gdzieś jeszcze mam rycerza odlanego tak przez dziadka na kartce brajlowskiej, nadal nie mogę wyjść z zachwytu nad tym, jak równo dziadek potrafił odlać na kartkę to, co wymyślił. I to tylko świeczką, bez żadnych innych narzędzi.

O tym, jak ważne było dla mnie to mieszkanko świadczy fakt, jaki był chyba najlepszy prezent sprawiony mi przez dziadka.
Miałem wtedy osiem lat, gdy dziadek przyjechał do nas do domu i dał mi klucze, które wyrobił u ślusarza.
Jako, że drzwi do ich mieszkanka zamykane są na trzy zamki, plus zamek do bloku, dziadek na każdym z nich wydrążył dłutkiem odpowiedni wzorek, bym mógł je odróżnić.
Pamiętam, jaki byłem szczęśliwy.

W Pucku jednak nie tylko mieszkanko babci się mieściło.
Lubiliśmy wychodzić na dwór, a miejsc do odwiedzania w samym mieście było wiele.
Były place zabaw, na których bardzo lubiliśmy się z Kamilem bawić, ja zawsze pozostawałem fanem huśtawek.
Był port, w którym zawsze dziadek opowiadał mi o tym, jak wyglądają cumujące i odbijające statki.
Na molo była nieistniejąca już restauracja, Bursztynia, do której zawsze chodziliśmy na pyszne lody w pucharkach.
Był też las, w którym dziadek uczył mnie rozpoznawać pierwsze gatunki ptaków, a pamiętam doskonale, że pierwszym z nich był gołąb.
Potem już w mieszkanku siedziałem, a on opowiadał mi wiele o gołębiach miejskich, sierpówkach i cukrówkach.
Za najpiękniejszy głos parku uważał kosa.

W Pucku też zrodziło się wiele moich pasji, choć nie wiem dlaczego akurat tam.
Kiedy miałem sześć lub siedem lat, babcia dostała swój pierwszy komputer, którego używała głównie dla Skype.
Komputer ten złożył jej tata i służył długo aż do momentu, gdy ja, w owym czasie gimnazjalista, złożyłem jej nowy i jednocześnie pierwszy złożony przeze mnie komputer.
Teraz tata się śmieje, że przejąłem po nim zajęcie, pierwszy komputer był jego, drugi mój.

Na tym złożonym przez niego komputerze zainstalowałem już dawno temu NVDA i jestem chyba jedną z najdłużej używających tego czytnika osób.
Była to jeszcze stara wersja 0.5, która między innymi miała swoje okno główne nie chowające się do traya.
Instalowałem tam również Klango, najpierw Klango 2.
I tak się złożyło, że na tym właśnie komputerze odkryłem swoją pasję astronomiczną, czytając o gwiazdach.
I na tym też komputerze pisałem swoje pierwsze programy desktopowe, najpierw w języku Pascal.

Kiedyś babcia stwierdziła, że siedzieć przed komputerem na taborecie jest krztynkę niewygodnie.
Jak postanowiła, tak zrobiła, poszliśmy z dziadkiem do pobliskiego sklepu z meblami, kupiliśmy porządny fotel, a potem pamiętam nieśliśmy go pół miasta do bloku. Musiało wyglądać cudownie.

Zawsze też tam, od mojego drugiego roku życia, spędzaliśmy Sylwester aż do śmierci dziadka.
Dziadek kupował zawsze różne petardy i wychodziliśmy wieczorem je odpalać.
Co miłe, dziadek zawsze szukał takich pirotechników, które wydawały z siebie lecąc w górę dźwięk i nie chodziło tylko o huk.
Były więc motylki syczące podczas lotu, świszczące race, wszystko bym mógł sobie wyobrazić, jak to wzbija się w powietrze.
Kultowy tekst Kamila z jednego z Sylwestrów, który do dziś bawi babcię do łez.
Dziadek odpala petardę i nagle Kamil się wydziera, a miał lat wtedy pięć:
"Kryć się! Dziadek strzela!"

Ogólnie, poza tym, że to babcia, a często do babć nas ciągnie, myślę, że to, co zawsze fascynowało mnie w Pucku to takie spokojniejsze życie.
Tata prowadzi sklep, więc nigdy nie braknie jedzenia. U babci trzeba było pamiętać, by kupić chleb, wędliny i co tam jeszcze.
Chyba, że babcia sama chleb piekła, a bywało.
U nas za oknem ciągle coś jeździ, tam raz albo dwa dziennie, bo okolica bardzo spokojna.
Także nie ma babcia prawa jazdy, a autobusów w Pucku nie było, a więc wszędzie chodziło się pieszo.
I, co ciekawe, byłem nawet z tego rad, bo przyjemne były takie godzinne albo i dłuższe spacery po zepsutą suszarkę.

A no i nie na samym Pucku się sprawa zamykała.
Babcia była w naszej SKM ważnym dyrektorem do, w sumie nie wiem do czego, ale po prostu była ważna i odpowiadała za różne rzeczy na tym regionie.
Często więc, gdy w służbowych sprawach jeździła do pobliskiej Jastarni czy na Hel, zabierała nas z sobą. Wtedy babcia załatwiała swoje rzeczy, a myśmy z dziadkiem chodzili na miasto, nad morze czy do fokarium.
Potem zaś zawsze babcia do nas dołączała i jedliśmy obiad w restauracji.

Bywało też, że zwiedzaliśmy różne zabytki, a trochę ich w okolicach Pucka jest.
Oglądaliśmy ruiny zamków, skanseny.

Przypominam sobie, że w zdaje się pierwszej klasie gimnazjum, odbywała się szkolna wycieczka do grot Mechowskich, które znajdują się nieopodal Pucka.
Poprzedniego dnia przyjechałem do babci i spotkałem się z grupą na samych grotach.
Było to o tyle radosne dla mnie, że pierwszy raz to ja mogłem dłużej spać od mojej klasy, bo jednak zwyczajowy dojazd do Gdyni swoje wady miał.

Pamiętam też, że przed babci blokiem był sobie taki wysoki trzepak, naprawdę wysoki, nie wiem dokładnie jak, ale ze cztery metry mógł mieć.
Dziadek więc od razu nauczył mnie się na niego wspinać, a potem trzymając się go zjeżdżać.
I to się nazywa wybitnie bezpieczna zabawa i wzór od starszego pokolenia. Mama dostała zawału niemal, jak jej to pokazałem.

Zawsze przez całą podstawówkę powtarzałem w klasie pamiętam, że mam dwa domy, a drugi jest w Pucku.
I rzeczywiście związałem się z nim dużo, dużo silniej niż Kamil, Radek czy Vincent.

Wystrzałowy głośnik poleciał do dev nulla, czyli Dawidowa wyobraźnia w gimnazjum

Na Gwiazdkę w pierwszej lub drugiej gimnazjum, nie jest Dawid już pewien, dostał on głośnik bluetooth. Całkiem użyteczne urządzenie. Nie mniej jednak okres gimnazjalny dla Dawida był okresem, gdy miał on chęci i cierpliwość do grzebania wszędzie tam, gdzie grzebać nie powinien.
Głośnik ów, Philips SBT30 o ile Dawid dobrze pamięta, kształtem przypominał granat. A w każdym razie przypominał go autorowi niniejszego wpisu.
W dodatku powleczony był gumą, prawdopodobnie w celu uchronienia przed upadkami z wysokości. Nieważne jednak jakie były zamiary twórców, ponieważ głośnik dość szybko przestał zamierzoną przez nich rolę spełniać.
Rada na przyszłość: nigdy, przenigdy nie twórzcie głośnika, który jednym gniazdem jest zasilany i sterowany. A przynajmniej nie dawajcie go Dawidowi, gdy w domu ma troszkę zabawek, takich jak mikrokontroler Atmel AVR AtMega 32U4 oraz gdy grozi mu głupawka.
Czym jest AtMega 32U4? Jest to 8-bitowy mikroprocesor posiadający zastraszające 2,5kB pamięci flash i cały 1kB pamięci operacyjnej. To jednak Dawidowi wystarczyło, by udowodnić jego nienormalność.
A przynajmniej to, plus moduł pamięci e-MMC, plus bateria wyciągnięta z jakiegoś starego zegarka.
I oto nudny głośnik bluetooth stał się pełnoprawną zabawką może niekoniecznie godną gimnazjalisty, ale z pewnością będącą dla niego przyczyną niezdrowej radości.
A jak ten głośnik teraz działa?
On miał na obudowie taki fajny przycisk, z założenia play.
No cóż, teraz słowo play nabrało nowego znaczenia.
Wciśnięcie tego przycisku uruchamia całkiem prosty programik napisany w języku asemblera.
Program ten najpierw odtwarza zapisany na pamięci E-MMC dźwięk piknięcia.
Następnie, zaczyna odliczanie. Jeśli przycisk wciśnięto, od trzech, jeśli przytrzymano, od losowego przedziału między 1 a 60 sekund.
Po zakończeniu zaś odliczenia odtwarza z maksymalną głośnością radosny dźwięk wybuchu znaleziony przez Dawida na stronie freesound.org .
Haczyk tkwi w tym, że dźwięk ten jest tak głośny i tak wybuchowy, że wszyscy w pomieszczeniu odtworzenia skaczą aż pod sufit. Dzięki ci za tak piękne wzmocnienie, Philipsie.
Zastosowania praktyczne tworu są różnorakie. Od bardzo dojrzałego krzyczenia "uwaga! granat" połączonego ze wciśnięciem guzika i wrzuceniem rzeczonego obiektu do pokoju podczas urodzin Kamila przez niezwykle dojrzałego w owym czasie siedemnastolatka (reakcje bezcenne), po zabawę obozową podczas jednej z wycieczek Dawida, w której druga funkcjonalność zabawki (tej z losowanym czasem) stworzyła grę w niezwykle inteligentne przytrzymywanie przycisku, podawanie obiektu z rąk do rąk – w czyich rękach huknie, ten odpada, aż do ostatniego pozostałego na placu boju.
Zastosowanie chyba nie do końca planowane przez Philipsa, ale za to bardzo interesujące.