Kredyt hipotetyczny na zakup Wisły

Kilka lat temu kolega pokazał mi dość oryginalną literówkę na stronie Internetowej sklepu z artykułami żeglarskimi. Pośród różnego rodzaju elementów takielunku, lin, żywic do naprawy statków, przyrządów nawigacyjnych czy map morskich znalazła się w sprzedaży Wisła, w bardzo przystępnej cenie 250 zł. Pamiętam, że szczególną moją uwagę przykuła jednak nie sama sprzedawana rzeka, a dostępna ilość 75 sztuk. W opisie natomiast nie znalazłem informacji o sposobie podziału.
Może można kupić tylko jedno dorzecze? Albo 1/75 długości? Wikipedia podaje, że Wisła przepływa dokładnie przez 75 miejscowości, to nie może być przypadek! Może po miejscowości na zakup? A może kolejne Wisły są wykonywane na zamówienie, taki rządowy program Wisła Plus?
Uważam, że to zdecydowanie właściwy trop. W czasach, kiedy wielu z nas brakuje kontaktu z naturą, a kurorty turystyczne zapełniają się ludźmi, trudne bywa zachowanie dystansu społecznego. Rozwiązaniem na to mogą być prywatne góry, jeziora, morze czy co kto tam lubi. Kup Śnieżkę i Park Łazienkowski, a Plażę w Dębkach dostaniesz gratis!
Że piszę bzdury? Całkiem możliwe. Jestem po przejechaniu jakoś koło 900 km, w sumie 12 godzin podróży, po czymś takim umysł ma prawo nieco szwankować.

Muszę się wam przyznać, że ostatni miesiąc dla mnie był bardzo ciężki. Wiele stresu, pracy i papierków od Fundacji, do tego kilka zawirowań bardziej prywatnych, Elten i takie tam… Tak więc kiedy usłyszałem propozycję, by "rzucić wszystko i jechać w Bieszczady", nie wahałem się! Co prawda wyjazd to tylko do czwartku, ale jednak jest. Tak więc pozdrawiam was z Polańczyka, w którym stwierdziłem, że podejmę wyzwanie i napiszę wpis na bloga. A że wena mi wraz z wyzwaniem dopisała, nie można zwlekać, wpis piszę już dziś. I to o zgrozo leżąc już w łóżku, co dawno, bardzo, bardzo dawno mi się nie zdarzało: mam złotą zasadę, że pracuję i piszę przy biurku. No cóż, dziś to złoto nieco osnuło się chyba patyną.
Razem ze mną jest tu rodzina, która pozostaje w górach do poniedziałku. Ja jednak… nie lubię gór, uznałem więc, że trzy dni to okres akurat dostateczny do zresetowania się, a nie dostateczny, by mieć gór po dziurki w nosie.

No i tak oto pojechaliśmy… Próbowałem dziś zastanowić się, kiedy ostatni raz taki wspólny rodzinny wyjazd nam się trafił i wychodzi na to, że w lutym 2018 roku. Siedzę więc teraz z Kamilem, moim bratem, w pokoju: ja piszę wpis na bloga, Kamil gra w "Skyrima" i irytuje się, że nie może otworzyć drzwi, w grze oczywiście. W sumie dość symboliczne…

Powtórzę to, co pisałem na blogu niedawno. Ja naprawdę powinienem trzymać się z daleka od muzyki, a przynajmniej od wykonań wokalnych. Okazuje się, że długie podróże przełączają mój umysł w tryb, w którym żadna piosenka nie może się czuć bezpiecznie.
W radiu puścili dziś hit imprezowy zespołu Maanam, mówię oczywiście o piosence "Cykady na cykladach". Mój mózg natychmiast podchwycił obraz z refrenu i stworzył własną wizualizację:
Piaszczysta plaża, ludzie siedzą pod parasolkami, popijając wino czy inne napoje o zawartości alkoholu porównywalnej z lipcowymi temperaturami. Gra orkiestra, niektórzy wychodzą tańczyć. Ogólny obraz sielanki… Wtem… Pierwsza, druga syrena. Nastaje panika, ludzie rzucają się do wyjścia, z głośników padają rządowe komunikaty. Gwiazdy spadają!
Teraz, pisząc powyższy opis, dostrzegam też możliwą drugą, nawet bardziej intrygującą interpretację rzeczonej sceny. Mówiąc "gwiazdy" miałem na myśli Boadiceę czy innego Syriusza. Ale można na tę sprawę spojrzeć inaczej: widzę już, jak na plaży (oby ze spadochronami) lądują: Robert Lewandowski, Kamil Stoch, Michał Bajor… W tym kontekście wersy "Morze i niebo ostro lśni / dobrze, ah jak dobrze mi!" skłaniałyby do jak najszybszego zalecenia porzucenia stosowanych przez podmiot liryczny używek!
Dobrze, może już lepiej w tym miejscu ze względu na psychikę czytelników będzie spuścić na resztę zasłonę milczenia? Wspomnieć sobie tylko pozwolę, że krótko potem w głośnikach zabrzmiało "Cała jesteś w skowronkach"… Możecie sobie wyobrażać, co mój udręczony umysł wyimaginował. W sumie to nawet niezły pomysł na jakieś opowiadanie. Ejj, skoro romantyczni pisarze tworzyli po różnego rodzaju substancjach psychoaktywnych, może ja przed moim programowaniem powinienem po prostu włączać radio? Ja chcę zobaczyć te listy zmian!
Skąd ta skaza charakteru? No cóż, mam pewną teorię.
Kiedy byłem mały, uwielbiałem kolędę "Gdy śliczna panna". Większość czasu mojego dzieciństwa spędziłem w szpitalach w trakcie różnych operacji. By jakoś mi ułatwić to wszystko, tata nagrał w owym czasie kasetę, składającą się (na obydwu ścieżkach) z zapętlonej rzeczonej kolędy. Kaseta ta niestety się nam zgubiła, a bardzo żałuję. Zastanawiam się teraz, na ile miało to wpływ na mój charakter, osobowość, światopogląd… Bo dochodzę czasem do wniosku, że mieć musiało zdecydowanie.

Skoro o szpitalach mowa, byliśmy dzisiaj w Sanoku i mój brat zgłosił ciekawe spostrzeżenie. W Sanoku, ostatecznie duże miasto, mieści się przykra instytucja cmentarza. Z cmentarzem tym jednak sąsiadują: szpital, szkoła oraz zakład fryzjerski.
Pierwsze elementy da się wyjaśnić. Szpital to akurat dobry pomysł, w razie gdyby jednak się nie udała operacja, no, kierowcy mają blisko. Szkołę też umiem zrozumieć: sam czasem jak musiałem wstawać o piątej rano do gimnazjum miałem ochotę wyjść z siebie. Ale zakład fryzjerski? Mają aż tak nieporadnych fryzjerów, że obcinając włosy ścinają całą głowę, czy co?

To mi przypomina inny żart z kategorii czarnego humoru:
W karetce budzi się pacjent.
– Dokąd jedziemy? – pyta.
– Do kostnicy.
– Ale ja jeszcze nie umarłem!
– A my jeszcze nie dojechaliśmy.

Dygresja.
Wiecie, że w Choczewie szpital sprzedał karetki firmie taksówkarskiej? To jest naprawdę dobry pomysł! Skoro na pogotowie czeka się tak długo… Uberze, widzę potencjał! Proponuję do listy dostępnych pojazdów dołączyć kategorię karetka. Albo nie, to musi być z angielskiego, to może… Wiem, Taxi Ambu! Co można rozumieć jako Ambulance, albo… Ambushment!
Koniec dygresji.

W każdym razie ja uważam, że odpowiednie zestawianie budynków użyteczności publicznej może nieść za sobą same korzyści: od oszczędzania drogi, po odpowiednie przygotowanie psychiczne petentów. Poradnia psychologiczna koło Zusu, Urząd Skarbowy zaraz koło lombardu, siedziba NFZ… Hmmm, ta to chyba gdzieś po środku pustyni być powinna.

Jeszcze przy Sanoku pozostając, znaleźliśmy w nim ciekawe ogłoszenie. Oferowane są tam niejakie "kredyty hipotetyczne". I ja wiem, można się naigrawać, że kredyty dają, a nie wiedzą, jak się nazywają. Ale to nie tak, ja wszystko rozumiem!
Cała procedura polega na… No, załóżmy, że budujecie dom. Zatrudniacie architekta, szukacie firmy budowlanej, wykonawcy schodów (sic!) i tych wszystkich innych potrzebnych ludzi. A kiedy już ich macie i pytają, kiedy dacie im zapłatę, udajecie się do biura kredytów hipotetycznych i słyszycie: no hipotetycznie możemy Panu/Pani dać kredyt, ale skończyły się pieniądze! No i tak to działa.
Teraz możecie spróbować przekazać takie same słowa kierownikowi budowy… No i właśnie tutaj przydaje się ten szpital koło cmentarza!

Już nie ma dzikich traktorów

Tak mnie zastanowiło. Jak już ludzie się zaszczepią, przejdzie wariant brytyjski, indyjski, luksemburski, australijski i marsjański, to na co będę najbardziej się cieszył? Maja umieściła na blogu kiedyś wpis pod tytułem "Jedyną stałą jest zmiana". I chyba ja za tym najbardziej tęsknię, bo ostatnio życie stało się bardzo powtarzalne i, właśnie, niezmienne, schemat przemyka za schematem, a w nich wszystko jest już określone i poustawiane. A że nic się nie zmienia, to i nam zmieniać się nie chce.
Od powyższej zasady są rzecz jasna wyjątki. Pierwszy nazywa się Skarbówka, która zawsze, ale to zawsze umie zaskoczyć. Ale ostatnio w konkury ze Skarbówką rzucają się wszystkie inne instytucje, zaś propozycja wynajęcia Fundacji traktora pozostanie prawdopodobnie anegdotką na długie, długie lata.
Przy okazji, jeśli powstanie kiedykolwiek szczepionka przeciw zawałowi serca, dla mnie będzie towarem pierwszej potrzeby. Ja kiedyś panicznie bałem się dzwoniących urzędów. Bo jak dzwoni ZUS czy inne takie, to przecież niczego dobrego nie wskazuje, prawda? Najlepiej od razu zacząć się pakować do więzienia. No ale trudno wyżyć w tym stanie, gdy urzędy ścigają człowieka praktycznie codziennie, a więc albo wykształcę sobie jakąś odporność na skoki ciśnienia (tego we krwi, nie w oku), albo na moim grobie napiszą "Został zamordowany przez Panią z Zusu dzwoniącą z prośbą o dosłanie formularza A38".
Niezmienny pozostaje również rozkład jazdy wejherowskich autobusów, który, w myśl wieloletniej tradycji, trwa absolutnie idiotyczny i zapewnia podróżnym ćwiczenia z aktywności, gwarantując bieg przez pół dworca zakończony albo skokiem do zamykających się już drzwi autobusu, albo momentem na wzięcie oddechu, no, takim 40-minutowym momentem. A nie można dać autobusu 10 minut po przyjeździe pociągu? Albo chociaż, no nie wiem, 5?
Jeszcze jedną zmianą w moim życiu, choć w sumie to jednak stałą, jest ekspres do kawy. Czy ja pisałem na tym blogu, że popsuł nam się ekspres kilka miesięcy temu? Chyba nie. W każdym razie się popsuł. Nie nie, nie kilka miesięcy temu, znowu się popsuł! I mamy już trzeci w tym roku. Miejmy nadzieję, że zadziała słynne "do trzech razy sztuka", bo jak tak dalej pójdzie, to zamienię ten blog w recenzowanie ekspresów do kawy, traktorów i formularzy podatkowych.

Ostatnio często w moich głośnikach gości pani Irena Santor, której, przyznaję, zbyt dobrze piosenek nie znałem, a ku swemu zdumieniu odkryłem, że bardzo wiele tych nuconych przez moją mamę pochodzi z jej właśnie repertuaru. Inna sprawa, że wcale nie jestem pewien, na ile świadczy o mojej poczytalności skojarzenie piosenki "Złoty Pierścionek" z takim jednym panem Sauronem… A od tego już naprawdę niedaleko do "Na lewo most, na prawo most" i walki w Morii, z Gandalfem w roli głównej. Podobnie doceniłem repertuar Studia Buffo i żałuję, że nie znam większej ilości mniej dziś już popularnych wykonawców z tamtych czasów, bo jednak jakoś piosenka przedwojenna i PRL-u bardzo przypada mi do gustu.
Wracając jednak do pani Ireny, ostatnio przyłapałem się, gdy rozmyślając nad kodem Eltena, odruchowo zacząłem do lecącej piosenki dopisywać morały alternatywne i tak oto uzyskałem:
Już nie ma dzikich plaż,
Na których zbierałam bursztyny,
I tylko Windows ten sam,
wciąż sypie błędy, bluescreeny.

A skoro o Windowsach mowa, kilka dni temu mój brat się bardzo zabawnie przejęzyczył, informując, że owego dnia zdążył już przejechać ponad sto kilobajtów. I w sumie ja to całkiem widzę, wyjaśnienie jest proste, przejazd stu kilobajtów to długość trasy, której zarejestrowanie wymaga stu kilobajtów. Dołączam więc następne wyzwania: ile to jest Pascal mleka, kilogram gorączki i rok prędkości?

Kończąc ten wpis o wszystkim i o niczym, pragnę poinformować, że pozdrawiam was z pociągu, zaś domownicy mnie kuszą wieścią, że czeka na mnie beza malinowa, tak więc skoro wam wszystkim narobiłem smaku, mogę was z czystym sumieniem pozdrowić.
Dawid Pieper

Chyba już tu byłem! – Czyli o Warszawie, Liptonie i Pizzy

Był upalny, słoneczny, letni dzień. Ludzie, korzystając z ostatnich chwil niedzieli, spacerowali po ulicach Warszawy, ciesząc się pogodą i wspólnie spędzanym czasem. Gdzieś w okolicach Centrum przysiadł sobie grajek i radośnie jął brzdękać na gitarze. Przechodnie przystawali, mimowolnie uśmiechając się na dźwięk radosnej melodii.
Delikatny wietrzyk zakołysał liśćmi krzaków i kwiatów, zniżył swój lot, podziwiając miasto skąpane w promieniach zachodzącego Słońca. Przemknął wokół Wisły, pofrunął za autobusami i samochodami, radośnie się z nimi ścigając. Pomachał ręką dwójce niewidomych stojących przed Dworcem Centralnym i wyraźnie czekającym na tramwaj, po czym pofrunął dalej, kołysząc plakatami i reklamami, śmignął wokół kilku dachów i powtórnie zanurkował ku ziemi… Zobaczył, jak niewidomi wysiadają z tramwaju. Uśmiechnięty, pozdrowił ich lekkim podmuchem, po czym zawrócił, chcąc raz jeszcze przyjrzeć się Centrum, nad którym powoli zapadają mroki nocy.
Na niebie nieśmiało wychylał się Księżyc. W jego świetle wiatr ze zdumieniem dojrzał dwójkę niewidomych wysiadających z metra w Centrum.
– Wrócili już? – Zdziwił się wiatr.

Znacie to uczucie, gdy do opowiedzenia jest tyle rzeczy, że człowiek nie wie, od czego zacząć, a nawet na czym skończyć? Tak ja czuję się właśnie teraz, gdy pamięcią sięgam do zeszłego tygodnia.
Skoro nie wiem, od czego zacząć, spróbuję od początku.

Opowieść ta zaczyna się w zeszły piątek około godziny czwartej, gdy zadzwonił budzik Dawida. Zadzwonił niepotrzebnie, bo Dawid nie dość, że był już na nogach niecierpliwy wrażeń tego dnia, to jeszcze zdążył się ubrać, budzik zaś zastał go w drodze do łazienki, gdzie miał Dawid zamiar właśnie umyć włosy.
W duchu ciesząc się, że melodyjka zastała go w drodze do łazienki, a nie podczas mycia włosów, gdy musiałby wracać z mokrą głową przez pół domu, nim kto inny się zbudzi, wyłączył Dawid iPhonea informującego z zapałem, że już pora wstawać.

Nieco ponad godzinę później był już Dawid wraz z babcią w pociągu z Wejherowa do Gdyni.
– Następna stacja: Gdynia Główna. – Zaszumiał radośnie głośnik w pociągu SKM, a przynajmniej tak Dawid podejrzewał, gdyż, jak to już głośniki w pociągach SKM Trójmiasto mają w zwyczaju, zrozumieć się dało jedynie coś w stylu: szszszszacja szszszzsyniaszszszszówna.
Peron czwarty, tor siódmy twierdziła strona PKP, a więc zszedł Dawid po górce do podziemi dworca, odnalazł laską prowadnicę i, podążając wiernie za nią, po chwili znalazł się za halą główną. Peron drugi, trzeci, jest i czwarty.
Trzy przedziały schodów do góry i, jest i pociąg.

Powiadano później, że Słońce przygasło, temperatura spadła o dziesięć stopni, a na Wiśle zatrzymały się fale, gdy o godzinie 09:40 czasu polskiego z pociągu relacji Gdynia Główna – Warszawa Centralna wysiadał Dawid. Stolica trwała cicha i przerażona, gdy dotarło do niej, iż osobnik ten ma zamiar tu już wkrótce zamieszkać.

Skierował się Dawid w pierwszej kolejności na Politechnikę Warszawską, gdzie miał złożyć papiery mówiące, że, jak następuje:
Tak, nazywa się on Dawid Piotr Pieper,
będzie się, ha ha ha, uczył,
nie ma przeciwwskazań ku studiowaniu,
i tak, zgadza się na przetwarzanie danych ostojowych, znaczy osobowych, przez Policję, chwila chwila, Politechnikę Warszawską na potrzeby rezygnacji, to jest rekrutacji, a także kształtowania, kształcenia.
I tak dalej, i temu podobne.
TU podpisać, tam podpisać, jeszcze tu podpisać, a na dokładkę machnąć jeszcze tu podpisik. I dostał Dawid, jak myślicie, co dostał? Zaświadczenie o podjęciu studiów? Potwierdzenie? Nie! Dostał Dawid skierowanie w celu wyrobienia kolejnych papierów.

Tym jednak Dawid nie martwił się jeszcze, bo oto kolejne wyzwanie przed nim stanęło, odebrać Elanor, która nie wiedziała, gdzie jest, ale nieśmiało przebąkiwała, że miast w Warszawie wylądowała, zdaje się, w Pradze.

Chwila chwila… A co tu robi Elanor? A no to to jest póki co sekret.

Praga okazała się, na szczęście, Warszawą Zachodnią, gdzie też Dawid z babcią się spiesznie udali. Wpierw trzeba było kupić jeno bilety na pociąg, który to proces trwał ze względu na wysoką specjalizację pani sprzedającej, bagatela, pięć minut. Nie mówię o czasie stania w kolejce, tyle spędził Dawid przy okienku.

No więc, odebrawszy Elanor, wesoła gromadka – dwóch niewidomków i babcia – skierowała się obejrzeć przyszłe mieszkanko Dawida.

Przyspieszmy nieco jednak bieg wydarzeń, bo w tym tempie to ja tu zaraz książkę całą napiszę, a więc przejdźmy już do wieczora, gdy babcia już udała się na pociąg powrotny do Gdyni, gdy w domu Julity trwają trzy ponure postacie: Julita, Dawid, Weronika.
Czemu ponure, zapytacie?
Ponure, bo czekają na spóźnialskich, którzy, jakby to rzec, zapomnieli do czego służy zegar.

Ale, dość tych złośliwości, bo trza wezwać głównego bohatera tego przedstawienia, czyli Liptona.

Co się stało z tym Liptonem?
Czy się rozlał gdzie na stole?
Czy pobrudził mi koszulę,
czy Julicie rozdarł suknie?
Czy sprzątania wiele było?
Nie, tu mamy inne dziwo.
Taka bowiem jest historia,
że na nazwę, tak, Liptona,
stan głupawki osiągnięty,
Kamil, Maja, wszyscy biedni,
przez telefon trwa rozmowa,
a zrozumieć tu ni słowa!
Chociaż Monia humanistką,
choć jest Klaudi masażystką,
to w potoku słów i śmiechu,
dostrzec nikt nie może sensu.

Kiedy, jakimś cudem, porozumieć się udało, wreszcie ludzi się zebrało.
Wypadałoby więc właściwie powiedzieć, kto tam był: Elanor, jamajka, Julitka, klaudia27, Monia01, pajper, talpa171.
Spotkanie natury administracyjnej, choć na razie ustalenia pozostaną owiane mgłą tajemnicy.

Muszę tu zgłosić protest.
Julita zrobiła mi czekoladę, gorącą czekoladę, z której nawet zdążyłem upić kilka łyków. Dlaczego kilka, zapytacie?
Bo reszta znalazła się jakoś tak przypadkiem w żołądku Mai!

Przygód na ten dzień koniec to nie jest, bo z powrotem też sporo akcji było, ale o tym już rozpisywał się nie będę. Nie będę także się rozpisywał o tym, że nocowałem u Kamila i jakoś tak zasiedzieliśmy się do trzeciej, w nocy, bo oto wstaje kolejny, Słoneczny dzień.

Jako, że zaczynanie od początku już mnie znużyło, zacznę od środka, czyli od godzin wczesnego po południa, gdy zastała mnie godzina samego na stacji Świętokrzyska. Wsiadłem ja tam w pociąg na stację Ratusz Arsenał. Dlaczego tam?
Nie mam pojęcia, tak Kamil kazał, no to tam jechałem.

Cóż za zaskoczenie, gdy spotkałem tam jego, jak również Majkę, Klaudię i Weronikę. Wpadliśmy na genialny plan, by coś zjeść.
W sumie musiało to dla ludzi postronnych wyglądać bardzo ciekawie – piątka niewidomych, z których żaden nie ma pojęcia, gdzie jest restauracja, ale za to każdy ma pojęcie, gdzie zdecydowanie jej nie ma.
Jakimś cudem w postaci miłej pani udało nam się zjeść obiad.
Jak Polak głodny to zły, jak najedzony to leniwy. Gdy więc przyszło ELanor wracać do Żelaznej Chęci – czy jakoś tak – pozostawiłem z radością obowiązek jej odprowadzenia Kamilowi, sam zaś udałem się z Mają i Klaudią. W pierwszym planie mieliśmy pójść do kawiarni na Młocinach, jednakże plany te zostały bardzo szybko zrewidowane.
Zabawne, jak bardzo ciągnie mnie do Lasek zważywszy na fakt, iż nigdy ich uczniem nie byłem. No więc jakoś tak przypadkiem nagle znaleźliśmy się w Izabelinie.

Przy okazji muszę wspomnieć, że cieszę się tam niemałymi przywilejami, jak widać. Owiewają mnie z każdej strony historie, jak trudno jest tam wejść do internatu dziewcząt, jak to niełaskawie patrzą na to wychowawczynie, a mnie od razu pani spytała czy idę do grupy Klaudii. Jak widać bycie nienormalnym programistą-rakietmistrzem ma i swoje dobre strony.

Klaudi była tak uprzejma, że łaskawie zrobiła nam herbatę, owacje na stojąco!

Jak myślicie, z kim w całych Laskach najlepiej się plotkuje o szkole i niewidomych? Z uczniami? Dyrekcją? Nauczycielami?
A gdzie tam! Z siostrą Agatą!
No więc przeplotkowaliśmy… tak ze, eeee… godzinę czy więcej?

Potem już lecieliśmy z Klaudią i Mają na autobus, bo zaraz miał uciec. Lecieliśmy tak, że byliśmy przeszło kwadrans przed nim, a więc siedząc na przystanku rozmawialiśmy sobie radośnie o tym, jak to niebezpiecznie jest nocą na bezludziu. Dodam, że byliśmy nocą na bezludziu.

Wsiadłem ja do autobusu, pozostawiwszy dziewczyny nocą na wspominanym bezludziu, kierując się na Młociny, gdzie, z kolei, spotkałem się z Angeliką i Grzegorzem (Celtic1002, grzegorzm). Tą noc dane mi było spędzić u nich, wszyscy żyją!

Tu tematem przewodnim rozmów była kultura kaszubska i szanty.

I oto nastała niedziela, a Dawid spotkał się z Kamilem i Mają. Maja już tego dnia wracała do Żyrardowa, bo chodzi do tworu zwanego szkołą, kojarzycie coś takiego?
Najpierw jednak poszliśmy na pizzę, bo czemu nie?

Wróciwszy na dworzec Centralny i odprowadziwszy biedną Majkę do pociągu, zatroszczywszy się, by nie wpadła do gap between the train and the platform, co trudne nie jest zważywszy na fakt, że ta gap jest tak z pięć razy szersza niż Maja wysoka, udaliśmy się z Kamilem kupić bilet.
Tak, drodzy państwo, ja do tej pory nie miałem biletu powrotnego, bo nie wiedziałem, kiedy wracam, a raczej kiedy to wiedziałem, ale o której już nie.

Kupiwszy bilet na po południe następnego dnia, wpadliśmy na genialny pomysł, by odwiedzić Starówkę – jak się jest w Warszawie, trzeba korzystać, nie?

Wsiedliśmy więc do tramwaju.
– Przepraszamy… Czy ten tramwaj dojeżdża na Starówkę? – Zapytał Kamil.
– Tak, dojeżdża. – Potwierdziła jakaś pani.
Był tylko taki malutki problem. Nie dojeżdżał.

No dobrze, to wracamy, weszliśmy do innego tramwaju w przeświadczeniu, że wrócimy na Centrum. Nie wróciliśmy, wylądowaliśmy gdzieś na Stadionie Narodowym.

Skierowaliśmy się na metro, przejechaliśmy z pół drugiej nitki, przesiedliśmy się na Świętokrzyskiej.
Jeszcze tam się zgubiliśmy przy zmianie linii metra, ale to już nieważne, w końcu dotarliśmy do Centrum.
Tu przyszła pora na rewizję planów.

A trzeba wam wiedzieć, że uwielbiam gorącą czekoladę, tym czasem na Pomorzu to prawdziwy rarytas.
Kamil więc zaproponował szaleństwo, to jest wybranie się do oficjalnej Pijalni Czekolad Wedla. Why not?

Jak myślicie, dotarliśmy tam bez problemu? A gdzie tam, ale… nieważne.

Była czekolada? Była.

Wracaliśmy natomiast z bardzo miłą parą, która, jak się okazało, właśnie wybierała się do restauracji bez świateł, a w dodatku mieszka nieopodal Kamila. I kto tu uwierzy w zbiegi okoliczności?

Bez dalszych przeszkód wróciliśmy do domu Kamila. Tym razem zasnęliśmy koło czwartej w nocy.

Jest jeszcze do opisania poniedziałek. Jako jednak, że wtedy także wiele się działo, pozwolę sobie zrobić to w osobnym wpisie, tym czasem zaś pozostawię was poniedziałkowym porankiem na Młocinach, gdzie Dawid i Kamil się rozstali.

I podziękuję wszystkim spotkanym ludziom za wspaniały czas, a więc, lecim nickami, dziękuję: Celtic1002, Elanor, grzegorzm, jamajka, Julitka, klaudia27, Monia01, talpa171!
Dawno nie spędziłem tak cudownego czasu, jak w zeszły weekend!

Wielkie zmiany

Obudziłem się dziś z myślą, że muszę dokonać wielkich zmian w swoim życiu.
Nie wiem i nie wiem czy chcę wiedzieć, co mi się śniło.
Ale, skoro dokonywać wielkich zmian, to dokonywać wielkich zmian.
Jeszcze nie wiem jakich, ale coś się wymyśli.
Jakieś propozycje?

Może wzięło się to stąd, że wczoraj tata powiedział, że skoro wybieram się do Warszawy, może sobie znajdę tam wreszcie dziewczynę?
A na to Radek takim zmartwionym głosem: ale przecież Dawid by wtedy robił wszystko, co ona każe.
Wtedy ja do niego zdziwiony: a to niby źle?
Radek się namyślił, rozważył kwestię i odparł: tak. Bo ty robisz wszystko.
Jak widać, nawet ośmiolatek widzi, że to byłaby tragedia. A w tej chwili wszystkie Warszawianki odetchnęły z ulgą.

No więc, wielkie zmiany. Wielka zmiana. Dobra zmiana. Lepsza zmiana?
Nie, pozostańmy przy wielkiej zmianie.
Po pierwsze proponuję zaktualizować asortyment lodówki. Ja wiem, że o Dawidzie się nie pamięta, bo do szkoły nie chodzi, ale poszedłem rano zrobić sobie śniadanie.
Nawet mi zostawili na stole chleb. (ha, ha, ha, zostawili? po prostu nie chciało im się chować, ale ćsii.) No więc nawet mi zostawili na stole chleb, a i talerze, ale to nieważne. Zostawili chleb, zostawili masło i… tyle.
Otwieram lodówkę… Ani jednego sera. Ani jajek. Nawet majonezu. Tam praktycznie pustka.
Dobrze, pierwsza zmiana zaplanowana.

Druga zmiana?
Awatar.
Przed maturą z języka angielskiego nauczycielka wynalazła takie polecenie gdzieś w sieci.
Podczas pobytu w Wielkiej Brytanii kupiłeś ciągnikowy kultywator sprężynowy z zapasowym kompletem lemieszy półsztywnych i skaryfikatorem. Zauważyłeś, że uszkodzone było łożysko toczne baryłkowe wahliwe w mimośrodzie oraz brakowało połączeń gwintowych ze śrubą pasowaną o trzpieniu stożkowym. Chcesz zgłosić jego reklamację. Napisz na czym polega problem oraz gdzie i kiedy nabyłeś urządzenie i zaproponuj rozwiązanie problemu. Podpisz się jako XYZ.
Możecie sobie wyobrazić nasze miny wyrażające dokładnie te same odczucie, jakie obserwować można na przykład na co trudniejszych lekcjach matematyki, kiedy pani na tablicy rozwiązuje równanie trygonometryczne, a uczniowie tylko się patrzą i zastanawiają, co jest z nimi nie tak.
Skoro więc mają być wielkie zmiany, będą wielkie zmiany, a ja wstawię awatar nierefleksyjny, a coś do śmiechu.
I tak mi się ten awatar skojarzył z tym poleceniem.

Przysięgam Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, i że ci nie dam kanapki z masłem aż do śmierci.

Kiedy pociąg SKM kończy swój bieg w Wejherowie, podawany jest przez głośniki komunikat w języku angielskim, w dodatku błędny:
This train has terminated. Please leave the train.
Dlaczego błędny? Bo pociąg się zatrzyma dopiero, to jest podawane w trakcie jazdy, więc czas present perfect jest tu niepoprawny. Biorąc pod uwagę, że pociągiem tym dwa razy w tygodniu jeździ grupa trzech osób podchodzących do certyfikacji CAE w czerwcu tego roku, nie mogło się to obyć bez komentarza, a raczej serii uszczypliwych komentarzy kończących większość powrotów do Wejherowa.
Stąd też teksty typu:
My english skill has terminated, please leave the school.
Albo
This train is terminating at the next station, but I’ve not heard about present continuous tense yet.
Wczoraj natomiast, może pod wpływem niesłyszenia komunikatu przeszło tydzień, rozważaliśmy korektę do zaproponowania SKM.
Po kilku roszadach i zmianach powstała ostateczna wersja komunikatu:
This conveyance has just accomplished its route and is going to standstill. We cordially entreaty all voyagers to resist procrastination and to disembark.
Muszę przyznać, że bardzo, ale to bardzo chciałbym zobaczyć miny pasażerów po usłyszeniu takiego komunikatu. To jak? Możemy pisać do SKM?

Od dawna nie pisałem luźnego i wesołego wpisu, głównie dlatego, że brakowało mi ostatnio weny czy też dobrego humoru, by takie wpisy sklecić. Dziś jednak należałoby wreszcie to nadrobić.

Co tam u mnie słychać? A no dość sporo, w sumie tyle się tego nazbierało, że nie jestem pewien, od czego chcę zacząć.

Nie każdy błądzi, kto wędruje… Chyba, że nazywa się Dawid Pieper.
Muszę tutaj zameldować, że ostatnio w drodze ze szkoły byłem zmuszony by przejść Bolszewo niemalże dookoła. W jaki to sposób? Wszystko przez, w sumie nie wiem przez co.
Wracałem sobie radośnie ze szkoły przeświadczony, że będę mógł udać się do domu i odpocząć, pogoda była już ładna, ptaki ćwierkały, liście szmerały, wiatr pieszczotliwie gładził Ziemię, przyroda budziła się do życia. Słońce, wreszcie mogące ogrzać nasz świat, pełne energii wysyłało do nas swoje ciepło i światło, jakby pragnąc się powitać po tak długiej rozłące. Szedłem zatem w stronę domu z przystanku, ciesząc się z piękna świata.
Trasa pokonywana przeze mnie niemal codziennie, za przystankiem na pierwszym rozwidleniu w prawo, potem minąć kilka domów i sklepów, skręcić znowu w prawo, w odpowiednim miejscu przejść przez ulicęj, minąć bibliotekę, za nią skręcić w lewo, iść do przodu i w odpowiednim miejscu, jak będzie cicho, przejść na drugą stronę już na moją ulicę.
I w odpowiednim miejscu, jak będzie cicho, przejść na drugą stronę.
Jak będzie cicho.
Cicho.
Kiedy centralnie przed przejściem dla pieszych zatrzymuje się jakaś ciężarówka czy coś takiego, która robi taki hałas, że słychać ją było już przy bibliotece, nie słychać nic, – ani ptaków, ani samochodów, uszy błagają litości, a ty nie wiesz czy przejść przez ulicę czy nie, bo nie masz zielonego pojęcia czy jakiś samochód jedzie, czy nie, czy ruch jest zatrzymany, czy wpakujesz się prosto pod koła, wiec, że jest źle.
Czekałem minutę, drugą, piątą, w końcu stwierdziłem, że tak to być nie może i postanowiłem wejść na naszą ulicę od drugiej strony.
No więc musiałem iść uliczką dalej, przejść przez przejście dla pieszych i prosto, minąć skrzyżowanie, przejść na drugą stronę przez przejście, dwa razy w prawo i byłem już na swojej ulicy.
Co z tą ciężarówką, zapytacie?
A no odjechała, ruszyła w chwili, w której wchodziłem na swoją działkę. I jak tu nie wierzyć w złośliwość losu?
Kiedy zaś wchodziłem do domu odezwała się sroka, a ja miałem nieodparte wrażenie, że to ze mnie rechocze.

Skoro już mowa o sytuacjach Dawidowego nieogarnięcia, warto tu wspomnieć o historii restauracyjno-pokursowej. Po jednych zajęciach z angielskiego Ola zaprosiła nas – mnie i Maksa do restauracji na jedzenie, którego nazwa mi uciekła, ale przypominało to troszkę bułkę z mięsem, przy czym nie było bułką.
Z resztą nieważne, co to było, ważne, jak to się skończyło.
To jadło się plastikowym nożem i widelcem, więc z początku nie obawiałem się żadnych problemów, do czasu.
Większość z was jest bardziej w niewidomkowych sprawach ogarnięta ode mnie, całej reszcie jednak odradzam jedzenie tego czegoś. Mój ambitny plan odkrojenia kawałka nabitego na widelec skończył się wylaniem sosu z tej pseudobułki. Następnym krokiem było wytarcie sossu ze stołu i powrót do konsumbcji tyle, że odwróciłem omyłkowo nóż i w następnym kroku próbowałem odkroić kawałek stroną niezaostrzoną.
Efektem tego było wystrzelenie sałatki na imponującą wysokość i jej awaryjne lądowanie na stole. Tak, zgadliście, znowu pojawiła się potrzeba wytarcia.
W kolejnym kroku dowiedziałem sie, że mój widelec był wadliwy, bo po wbiciu go w ową potrawę, no cóż, wyszły tylko dwie nóżki, jedna została i gdyby jej Ola nie zauważyła, nie wiem jakby się to skończyło, a tak to niebezpieczny odłamek został usunięty.
W całą trójkę popłakaliśmy się ze śmiechu, choć przyznać należy, że w końcu to zjadłem całkowicie. Ale w tej restauracji chyba mnie już zobaczyć nie będą chcieli więcej, ja zaś stwierdzam, że chyba nigdy więcej nie będę pewny, że umiem po prostu coś zjeźć.

Co do bardziej Wielkanocno-zwyczajowych tematów, w lany poniedziałek jak co roku tata z Radkiem mieli zamiar oblać rano wszystkich domowników. No cóż, plan się nie powiódł, przeze mnie.
Uznałem, że tata wstanie z Radkiem koło siódmej, może w pół do ósmej. No więc ja wstałem o w pół do szóstej i się nie myliłem, bo jak godzinę później przyszli zrobić nam mokrą pobódkę, no cóż, ja sobie radośnie na nich czekałem.
Przykro mi tato, robisz się zbyt przewidywalny.

Jeśli chodzi o sprawy związane z awifauną, coraz więcej ptaków śpiewa, odkąd zrobiło się cieplej, zięby są na porządku dziennym, choć pojedyncze już od dawna ćwierkały. Nie brakuje też ci u nas bogatek, mazurków i wróbli, gołębi i sierpówek, sikor modrych i ubogich, jerzyków, ortolanów i innego upierzonego cudu.
Ciekaw jestem czy w Pucku rozćwierkały się już kosy, bo to jakoś w tym okresie tam zaczynają się odzywać. Nic niestety nie zapowiada, bym miał okazję tam zajrzeć w najbliższym czasie.

Jeśli chodzi o tytuł wpisu, oczywiście już wyjaśniam. Chodzi o Olę, bo trzeba wam wiedzieć, że Ola wykazuje dziwną skłonność do nielubienia masła, tak, ona nie lubi masła.
Stąd się śmiejemy, że taką właśnie przysięgę małżeńską bedzie musiał złożyć Mikołaj, jej chłopak.
Mikołaju, już Ci współczuję, składam kondolencje, wyrazy smutku i wsparcia.

Oczywiście to nie koniec wpisu, bo wczoraj miałem niezwykłą przyjemność być na koncercie the Kelly Family.
Czy ja bywam na koncertach często? Gdzie tam. To był mój trzeci koncert w życiu, szczerze do teatru nie pamiętam kiedy ostatnio poszedłem pozaszkolnie, do kina na Gwiezdne Wojny, poprzednio zaś na Gwiezdne Wojny, a wcześniej na Gwiezdne Wojny, co daje bilans raz do roku.
Po prostu nie mam aż tyle pieniędzy, by sobie na takie wypady pozwalać w szczególności w świetle moich informatycznych pasji i Eltena. Tym bardziej więc zawsze podniecony jestem takim koncertem czy kinem, szczególnie zaś koncertem takiego zespołu jak The Kelly Family, na których to występ nie mogłem się doczekać już od początku tygodnia.

Jak było? Cudownie, naprawdę ślicznie. Tak sobie myślę, że The Kelly Family dużo piękniej wykonuje swoje utwory scenicznie, niż studyjnie.
Było pełno wzruszeń i powodów do śmiechu.
Najlepszy tekst Jimmy’ego o Patrici:
Ona jest staroświecka, wredna, męcząca, kłócimy się średnio raz dziennie, właściwie we wszystkim mamy różne zdanie. I co ja na to mogę, że ona jest moją siostrzyczką i nie umiem jej nie kochać?
On to powiedział taaakim załamanym głosem…
Sto Lat też było śpiewane, bo czemu by nie?
Z utworów to mam dylemat, co mnie najbardziej wzruszyło, wiele utworów w ykonaniach dość różnych od tych w studiu pokazano, ale o tytuł najpiękniejszego wykonania mogą konkurować ze sobą "Brothers and Sisters", "An Angel", "Who’ll come with me" oraz "Please don’t go".
Na każdym jednym miałem łzy w oczach i każde było tak śliczne, że nie umiem podjąć decyzji co do najcudowniejszego.
Teraz Maja jeśli to czyta mnie zabije, ale nie podobały mi się występy perkusyjne jakoś, nie mój styl muzyczny, był na koncercie fragment na samą perkusję, nie, zdecydowanie nie mój styl.
Jedyny utwór śpiewany, jaki nie spodobał mi się, tytułu nie pamiętam, ale był już typowym utworem niemal metalowym, a to zdecydowanie nie jest moja kategoria muzyczna.
Miłym akcentem było natomiast wplecenie kilku słów o Polsce do dwóch czy trzech prezentowanych utworów, od razu lepiej na sercu.
Jak mówię, było cudownie, raz jeszcze niezmiernie dziękuję ekipie Sobieszewskiej za tak wspaniały prezent osiemnastkowy.

Dawid (prawie) sam w laboratorium, czyli horror na iście Homerycką skalę. O dwóch takich, co podgrzewali glikol.

"Dawid, a tak właściwie, wiesz, jak to się wyłącza? Bo ten glikol tak jakby cały się spienił i, eeee, zaczyna coś z niego parować." Nie, nie miałem zielonego pojęcia, jak to się wyłącza. Cóż innego mogłem rzec, niźli: "Nie wiem, ale, yyy, może odłączmy korki?"
Takie właśnie rozmowy trwały wczoraj na Akademii Morskiej, gdy dwójka wariatów próbowała obliczyć szerokość pasma wzbronionego w półprzewodniku.

Wszystko zaczęło się dość niewinnie w zeszłym roku szkolnym, kalendarzowo dwa lata temu, kiedy zaproponowano mi udział w programie o nazwie Zdolni z Pomorza, odbywała się wtedy rekrutacja.
Co to za program? A no jest to dzieło łączące ludzi nienormalnych, postrzelonych i zwariowanych na punkcie matematyki oraz fizyki. Zatem dopuszczono mnie w owym słynnym 2016 roku do egzaminu. I był to błąd, ponieważ tak nieszczęśliwie się złożyło, że egzamin ten zdałem, co rzuciło cień na całą przyszłość rozwoju fizyki na Pomorzu.
Na program Zdolnych z Pomorza składają się różne wykłady uniwersyteckie, zajęcia, prelekcje, doświadczenia. Stop! Właśnie, doświadczenia.
Na początku tego roku dowiedziałem się, że trójka bodaj najbardziej postrzelonych uczestników programu uzyskała opiekę mentorską. To znaczy, nie znam pozostałej dwójki, ale podejrzewam, że skoro uznano, że potrzebny tu mentor, to najprawdopodobniej albo nauczyciele fizyki nie chcą ich już uczyć, albo uznano tych osobników za niebezpiecznych dla otoczenia i dla świętego spokoju wysłano ich na uniwersytet. W każdym razie opieka mentorska polega na tym, że mamy indywidualne zajęcia z profesorami uniwersyteckimi, mnie przypadł pan profesor z katedry fizyki Akademii Morskiej.
Jeśli jednak administracja Zdolnych z Pomorza myślała, że w ten sposób dokona minimalizacji defektu moją psychiką na cały program i otoczenie, to się grubo myliła, ponieważ chyba nie zostałem doceniony w swoich uzdolnieniach destrukcyjnych.

Po pierwszych dwóch spotkaniach z panem profesorem, stwierdził on, że mam jakąś tam wiedzę o fizyce i że mógłbym przeprowadzić jakieś doświadczenie. Powyższe jednoznacznie wskazuje na to, że mnie jeszcze na Akademii nie znają. Albo raczej nie znali, ponieważ, hmm, może lepiej po kolei.
Pan profesor poprosił mnie, bym w ramach możliwości znalazł osobę, z którą doświadczenie to będę mógł przeprowadzić, potrzebny jest bowiem ktoś widzący, rozumiejący fizykę przy okazji.
A ja znam kilku nienormalnych ludzi na jego nieszczęście. Zapytałem więc koleżankę, Olę, czy zechciałaby się pobawić laboratorium Akademii Morskiej, na co rzeczona chętnie przystała. Miło było Ciebie poznać, Akademio Morska.

Do Gdyni przybyliśmy niemal godzinę przed umówionym czasem spotkania. Mogliśmy być później, piętnaście minut przed czasem, godzina wydawała się odpowiednia szczególnie, że z peronu Gdynia Stocznia do Akademii jest jakieś dziesięć minut drogi, w sam raz. Ola jednakże zauważyła, że znając nas, na pewno się zgubimy. I wykrakała.
Na Akademii Morskiej znaleźliśmy się około godziny 09:20, czyli 40 minut przed umówionym terminem. Tu jednakże pojawiła się pewna komplikacja, mianowicie, trzeba znaleźć katedrę fizyki.
Myślicie, że nie było z tym problemu? No cóż, nic z tych rzeczy.
Udało nam się wejść do miejsca z pięknym oznaczeniem, iż wstęp wzbroniony, jak również do katedry matematycznej, chemicznej, dziekanatu, sekretariatu, sali pamięci, balowej, świetlicy i kilku innych miejsc, ale katedry fizyki nigdzie nie było ani widu, ani słychu.
W akcie desperacji zapytaliśmy o drogę napotkanych studentów. Usłyszeliśmy, że musimy iść schodami w dół. No cóż, grzecznie się posłuchaliśmy, poszliśmy w dół i, jak kazali, w prawo. Efekt? Wylądowaliśmy na auli, swoją drogą naprawdę sporej i ponoć ładnej.
Jednakże nie zmienia to faktu, iż aula niewiele ma wspólnego z katedrą fizyki.
Jak się później okazało, mieliśmy zejść w dół dwa piętra. W końcu, po tej odysei na iście Homerycką skalę, udało się. Znaleźliśmy katedrę fizyki, a nawet salę, której szukaliśmy.
I byliśmy nawet punktualnie, mało jednak jest tu powodów do dumy, gdyż oznacza to ni mniej, ni więcej, niźli fakt, iż poszukiwania nasze trwały ponad pół godziny, przypominam że na Akademii byliśmy czterdzieści minut przed czasem.

Znalazłszy pana profesora, mogliśmy się zabrać do pracy. Po krótkim przedstawieniu Oli, rozmowie pod tytułem co chce robić w przyszłości i czy rozumie zagadnienia, o których możemy mówić, przyszła pora na odprawę.
Krótkie omówienie teorii, kilka przekształceń wzorów i, tak, dostaliśmy zgodę na rozpoczęcie badań.
Udaliśmy się więc z profesorem kilkoma korytarzami do miejsca będącego rajem dla mych oczu, eeee, miejsca, które byłoby rajem dla mych oczu, gdyby nie było tak ciemno. Mówię mianowicie o laboratorium fizycznym Akademii Morskiej.
I tu pan profesor popełnił błąd wynikający z niedocenienia mojego pomylenia. Powiedział nam bowiem, jak obsługuje się aparaturę pomiarową, poinformował, że w probówce znajduje się glikol, pokazał jak kontrolować pole magnetyczne, temperaturę i powiedział, że zostawia nas samych, jak skończymy, mamy przyjść. Rozumiecie to? Zostawił nas samych, dwie osoby w tym mnie. W laboratorium. Takich rzeczy nie należy czynić chyba, że chce się narazić na to, że będzie to ostatnia rzecz dokonana w życiu.
Ja naprawdę nie chciałem niczego popsuć, Ola także. Jednakże, jak zaraz się przekonacie, mało warte takie postanowienia w naszym wypadku.

Doświadczenie polegało na rozgrzewaniu materiału półprzewodnikowego przy jednoczesnej dyfuzji płynu z użyciem pola magnetycznego w celu zbadania zmian rezystancji.
Teoretycznie nic, a nic nie mogło pójść źle, profesor zaznaczył tylko, że nie mamy tego rozgrzewać powyżej 80 stopni Celsjusza i wyszedł.
Było tylko jedno zarządzenie, czego nie można zrobić. Jedno, proste. Nie rozgrzewać. I tak musieliśmy coś jednak zepsuć, prawda? Ale to nie nasza wina.
Siedzimy sobie bowiem z Olą i mierzymy, zapisujemy kolejne pomiary, a temperatura rośnie, rośnie, i rośnie, i rośnie, i rośnie…
Zalecenie mówiło, że gdy osiągnie 60 stopni Celsjusza, mamy zwiększyć szybkość grzania, no więc robimy jak zalecano i dalej zapisujemy dane. A temperatura rośnie, rośnie, i rośnie, i rośnie, i rośnie…
Tak około 75 stopni Celsjusza, Ola zorientowała się, że nie mamy pojęcia, jak wyłączyć grzanie. Pokrętłem można je zmniejszyć, owszem, ale nie wyłączyć. Nie było żadnego guzika wyglądającego na wyłącznik. Co prawda najpierw pan profesor tę aparaturę włączył, ale ja nie widziałem siłą rzeczy, a Ola nie mogła sobie przypomnieć, jak.
A tym czasem temperatura rośnie, rośnie, i rośnie, i rośnie…
A glikol zaczął wyraźnie syczeć, parować, pienić się i robić inne rzeczy wskazujące na to, że jednak nie bez przyczyny profesor ostrzegł przed tymi nieszczęsnymi 80 stopniami Celsjusza. Przymierzaliśmy się już do wyłączenia korków w laboratorium, bo była tam tablica korkowa, w znaczeniu nie tablicy do przyczepiania kartek, a rozdzielnicy z bezpiecznikami. Całe szczęście profesora chyba coś tknęło, przyszedł bowiem i pokazał nam, jak wyłączyć przyrząd. A wiecie jak? To jest bardzo skomplikowane, trudne, wymaga ogromnej wiedzy, doświadczenia, umiejętności manualnych, inteligencji i tak dalej, nie dziwcie się więc, że na to nie wpadliśmy, iż aparaturę należy odłączyć od gniazdka.
Wadą całej sytuacji jest niestety to, że teraz nie wiem, co by się stało z tym glikolem. A uwierzcie mi, że jestem bardzo, ale to bardzo ciekaw. I co ja mam biedny zrobić?

Opuściliśmy laboratorium i wróciliśmy do gabinetu profesora, aby opracować otrzymane wyniki, Ola narysowała wykresy, wyznaczyła błędy pomiarowe.
Bo są dwa typy błędów pomiarowych, to znaczy, typów jest i więcej, ale w tym doświadczeniu interesowały nas dwa, błędy wynikające z różnicy i błędy wynikające z różniczki.
Kiedy Aleksandra bawiła się ołówkiem, linijką i podobnymi sprawami, ja zająłem się obliczeniami.
Wyniki?
Szerokość pasma wzbronionego: 50,13 zeptodżula,
odchylenie standardowe składnika resztowego: 5,821 razy 10 do minus dwudziestej czwartej,
Współczynnik korelacji liniowej: 0,99299.
Uzyskany przez nas estymator był bardzo bliski jedności, co oznacza, że pomiary były bardzo dokładne, a błędy minimalne.
Mam nadzieję, że wolno nam się tu nieco pochwalić, że profesor przyznał, iż bardzo niewielu studentów na trzecim roku zrobiłoby to doświadczenie tak dobrze i tak poprawnie zapisało wszystkie wnioski i wyliczyło, co należy. Przyznam, że wprawiło mnie to w dobry nastrój do końca dnia.

Tak właśnie zakończyło się badanie szerokości pasma wzbronionego w półprzewodnikach przez Dawida i Olę. Wróciliśmy do Wejherowa już bez żadnych przygód prócz tej jednej, że trzeba było nam iść na dworzec jakieś pół godziny, w Stoczni bowiem nie można kupić biletów, nie pytajcie, po prostu jest dworzec, są kasowniki, możliwości kupienia biletów nie ma, też tego nie ogarniam.
Musieliśmy więc pieszo udać się do Gdyni Głównej. Stamtąd jednak już bezproblemowo dostaliśmy się do Wejherowa.

Wnioski? Profesor nie zrozumiał jeszcze, jak bardzo niebezpiecznym jestem dla otoczenia, zaprosił nas bowiem już na kolejne doświadczenia w laboratorium.
No cóż, ja z zaproszenia skorzystam chętnie. Jeśli Akademia Morska wyleci w powietrze, no cóż. To niechcący.

Pozdrawiam,
Dawid Pieper,
Ś. Prof. I.

Włóż Hamburgera Do Stacji Dysków! Czyli pozdrowienia z Zakopanego

Swojego pierwszego bloga, na Klango, założyłem w 2013 roku. Od tamtego dnia każdym jednym wpisem, jaki popełniam, przekonuję ludzkość o swojej nienormalności.
Tak sobie myślę, że chyba wypadałoby zmienić nawyki, udowodnić wam, że jestem normalny. Jest tylko jeden drobny, malutki, kruszynkowy problemik.
Ja normalny nie jestem ni krztyneczkę.
Miałem taki pomysł, żeby ten wpis zacząć humorystycznym dowodem, że normalny jestem, a potem go obalić. Napotkałem jednak przeszkodę nie do pokonania. Rozważając wszystkie możliwe początki, prologi i preambuły, doszedłem do wniosku, że w mym umyślę nie zrodził się żaden, ani jeden pomysł, jak zacząć cokolwiek normalnie.
Prawdopodobnie wynika to z faktu, iż gruntowna analiza mojego życia prowadzi do jednego wniosku.
Nie ma w mojej historii niczego, powtarzam, niczego co choć trochę przypomina jakąkolwiek normę.
A zatem muszę pożegnać się z formą wpisu, jaką stworzyła moja wyobraźnia i przyznać już od pierwszego akapitu.
Tak, drodzy czytelnicy, drogie czytelniczki, jestem kompletnie nienormalny. Narzuca mi się tutaj cytat:
He was as unusual as it was only possible to be.

Pozdrawiam was z zimowej stolicy Polski, miasta zwanego Zakopanym. Jestem tutaj od soboty, a do domu wracam w czwartek.
Przypomniał mi się taki żart. Lecą turyści nad Polską. Jakich miast nie zobaczyli?
Zakopanego, bo się zakopało, Częstochowy, bo się schowała i Łodzi, bo odpłynęła.
W każdym razie Zakopane się nie zakopało, a zatem mogę tutaj być. No chyba, że mnie wszyscy oszukują, a tak naprawdę jestem na Arktyce. Biorąc pod uwagę temperatury, dziś minus 17 stopni Celsjusza, wcale mnie to nie zdziwiłoby.

Zanim jednak przejdę do opisu samego wyjazdu, muszę się wam pochwalić, swoją nienormalnością oczywiście.
Dzisiaj dowiedziałem się, że klocki Lego kończą 60 lat. Myślicie, że osiemnaście lat życia to wystarczająco, żeby odłożyć takie zabawki? Ha, ha, ha, podziwiam za naiwność.
Jakiś czas temu, ze dwa tygodnie będą, Radek budował z klocków statek. Powiedziałem, że mu pomogę. I wiecie co? Jestem dumny z dzieła, jakie stworzyłem.
Ja zawsze miałem zmysł do maksymalnego komplikowania wszystkiego. A więc owszem, zbudowaliśmy statek.
Kiedy Radek budował sam kadłub i wszystko inne, co taki statek mieć musi, we mnie obudził się zmysł inżyniera, tak więc zająłem się projektowaniem masztu.
Czy możliwe jest z klocków Lego stworzenie żagla z wejściem na maszt, który w dodatku można rozwijać i zwijać, odwracać, refować i tak dalej?
Pewnie powiecie, że nie. Kiedy powiedziałem mamie, która była w pokoju, że mam zamiar to zbudować, też tak sądziła. Do czasu.
Co jest potrzebne? A no potrzebujecie kartki papieru, z której wytniecie odpowiedni kształt, a także sznurka, kilku nitek, sprężynki, metalowej rurki, nie wiem skąd ją wytrzasnąłem, naprawdę, patyczków od lodów, kawałka plastiku i masy klocków Lego.
Instrukcji wykonania tu nie podam, by zachować chociażby resztki pozorów normalności, powiem natomiast, że z masztu jestem dumny. Można go składać i rozkładać, ma piękny podest dla ludzików Lego, dzięki zamontowanym wałkom i wajchom można go refować, odwracać, przechylać, naprężać i robić wszystko inne, co do głowy wpadnie. Sam maszt ma, liczone linijką, 70cm wysokości. Dawid Pieper i jego chore pomysły, pozdrawiam.
Konstrukcja powyższego dzieła zajęła mi blisko cztery godziny, tak, siedziałem cztery godziny nad klockami Lego, Radek już się znudził, a ja kończyłem swoją ideę. Ale, działa, i to się liczy.

To jeszcze nic jednak, kiedy byłem mały, potrafiłem robić bardziej chore rzeczy, wtedy potrafiłem nad jednym projektem spędzić nie tylko kilka dni, ale i kilka tygodni. Najlepsze, co zrobiłem, to, hmmm, statek, tyle że nie taki zwykły statek, co to, to nie.
Kto inny, jak nie ja, wpadłby na pomysł, by z klocków Lego zrobić statek sterowany z silnikiem elektrycznym?
Byłem zbyt mały, czego do dziś żałuję, nie umiałem po prostu zlutować odpowiednich elementów. Dziś, powtarzając tamten projekt, zrobiłbym to inaczej, użył zwykłego serwomechanizmu, jakiegoś mikrokontrolera i zasilania.
Niestety, miałem wtedy jakoś z dziesięć lat i dopiero poznawałem podstawy programowania, nie mogłem nawet marzyć o prawdziwym obwodzie elektronicznym własnego autorstwa.
Na szczęście nigdy nie brakowało mi wyobraźni do rzeczy nienormalnych. Stworzyłem więc swój projekt, wykorzystując, uwaga, części ze zdalnie sterowanego zabawkowego samochodu, tak, drodzy Państwo, samochodu, byłem do tego stopnia pokręcony, że go rozłożyłem, z silnika zrobiłem śrubę, jakieś wirniki się powycinało, zrobiło statek z Lego, wszystko posklejało taśmą klejącą. I pływał, a jakże.
I kto powie, że nie można?

Jak byłem mały, uwielbiałem też wspinać się na wszystko, na co wspinać się tylko dało, a im mniej przychylnie na to patrzono i za dziwniejsze uważano, tym chętniej to robiłem.
Wkrótce nie było chyba żadnego drzewa u nas we wiosce, na którym bym nie stanął. Jak miało kilka metrów wysokości albo kilkanaście, no cóż, tym lepiej.
Ale drzewa to dopiero łatwy poziom trudności. U kuzyna potrafiliśmy się wspinać do domu przez okno po rynnie kiedyś. Lepiej, ale to nadal nie to.
Hmmm. A wspinanie się po sznurkach od huśtawki na górę tej konstrukcji i siedzenie tam sobie? O tak, to zdecydowanie było najlepsze.
Nie powinno więc dziwić, że kiedy przybyliśmy do hotelu w Zakopanym, natychmiast rozpocząłem eksplorację terenu w poszukiwaniu alternatywnych dróg.
Sądzicie, że w moim wieku nie wypada już? Pewnie macie rację, ale, obawiam się, że mało mnie to obchodzi, bo już udało mi się wejść na piętro, nasz apartament jest dwupiętrowy, bez użycia schodów, po prostu wspinając się na półpiętro a potem na górę.
Pokój jest też o tyle skomplikowany, że na dole, że tak to ujmę w tym większym pomieszczeniu, droga do schodów jest kręta, trzeba obejść masę rzeczy, by na nie wejść. Ale z kanapy, na której śpią rodzice, jest łatwiej, bo wyciągając z niej rękę, sięgnąć można półpiętra, nie trzeba obchodzić stołu, łóżka i ścian.
Więc, jasne, że już tą drogę wypróbowałem, serdecznie polecam.

Z innych hotelowych wieści. Łóżka, prócz kanapy na dole, są tutaj ponoć strasznie niewygodne. I ja to widzę, wszyscy narzekają słusznie.
Leży się na sprężynach, wszystko czuć, jest to twarde i niewygodne, ponoć. Bo, nie powiem, że to najwygodniejsze łóżko, na jakim spałem, ale nie przeszkadza mi to.
Drobna niedogodność i tyle, ja tu śpię bardzo dobrze. Nikt tego z rodziny nie pojmuje. Tak prawdę powiedziawszy, to ja też tego nie pojmuję, ale co tam, nie będę narzekał.

Jeszcze odnośnie samego wyjazdu, w sobotę, jadąc tutaj, za moją namową skierowaliśmy się do Wadowic i odwiedziliśmy dom św. Jana Pawła II, bardzo mnie ta wizyta cieszy, bo dawno chciałem tam się udać. Przy okazji nie obyło się bez zjedzenia obowiązkowych kremówek.
W niedzielę zaś byliśmy na Krupówkach, no bo w końcu trzeba. Jak byłem mały, to pamiętam, że usilnie próbowałem przechrzcić tą ulicę na Kroplówki, no cóż, moja pomysłowość nigdy nie miała granic.
Chciałem rodzinę przekonać do wspinaczki na Morskie Oko, ale powiedzieli mi niestety, że w tym śniegu się na to nie piszą. A szkoda.
Natomiast przekonałem rodzinkę, by w czwartek w drodze do domu zajść do Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie. Już od dawna chciałem zobaczyć to miejsce, a nigdy nie było ku temu okazji. Cieszę się więc już na wizytę z nadzieją, że będzie jakkolwiek dostępne dla niewidomych.
Royal Airforce Museum w Londynie mnie zachwyciło, mam nadzieję, że nasze Polskie mu dorównuje albo je nawet przewyższa szczególnie, że słyszałem o tym miejscu bardzo dobre opinie.

Co jeszcze mogę powiedzieć? Jedzenie bardzo, bardzo dobre, naprawdę. Hotel ponoć ładny, jedyny mankament to te łóżka, Internet jest jaki jest, ale cudów się nie spodziewałem.
Temperatury iście biegunowe, śniegu od groma i ciut ciut, co ranek trzeba odśnieżać samochód.
Teraz rodzina uciekła na narty i zostałem sam w hotelu.
Przed chwilą idąc po coś znalazłem firankę, to znaczy, też mi odkrycie, zauważyłem, że na oknie jest firanka.
I przypomniała mi się pewna historia, której chyba jeszcze na tym blogu nie umieszczałem.
Działo się to kilka lat temu, byłem sam w domu i chciałem zrobić mały porządek.
Zauważyłem, że na oknie nie ma firanki, pewnie mama zdjęła, by umyć szybę i zapomniała odwiesić. Po krótkim poszukiwaniu znalazłem firankę tę zwiniętą na szafie.
Ochoczo więc zabrałem się do jej wieszania. Miała dość nietypowy kształt, ale co tam, ja się nie znam tak, może nowe mama kupiła? W każdym razie było, gdzie zamocować te haczyki, nie pamiętam jak się nazywają, wiecie, o co chodzi.
No więc po zawieszeniu owej firanki zauważyłem, że jest trochę krótka, nie zasłania okna.
Uznawszy, że pewnie coś popsułem, jak to ja, poczekam na mamę, która mi powie, co ja tym razem zrobiłem źle.
Teraz wyobraźcie sobie jej minę, jak po wejściu do pokoju zauważyła pięknie wiszącą na oknie, uwaga, uwaga. Sukienkę.
Jak ja to zrobiłem? Nie mam zielonego pojęcia. Zdolny jestem.

Na koniec, standardowo, wypadałoby wyjaśnić tytuł wpisu. A działo się to jakoś ze dwa tygodnie temu. Po włączeniu laptopa, ten nie przemówił, gdy minęło kilka minut, postanowiłem sprawdzić, co się dzieje, mój laptop zwykle startuje w kilka sekund.
Wyciągnąłem więc telefon, uruchomiłem OCR i robię zdjęcie ekranu.
Voice Over chętnie odczytał, co zobaczył. Jak jednak wiadomo, OCR bywa zawodny. Nie dziwcie się więc, że atakiem śmiechu obudziłem Kamila w sąsiednim pokoju, gdy Zosia przeczytała:
"Instalowanie aktualizacji (84 procent). Nie wyłączaj hamburgera."
Od razu przypomniał mi się pewien wirus z jeszcze XX wieku zdaje się, który wyświetlał na ekranie komunikat:
"I'm hungry. Put a hamburger into the disk drive."
Co można przetłumaczyć:
"Jestem głodny. Włóż hamburgera do stacji dysków."
No cóż, jak widać, komputery też mają swoje potrzeby.

Pozdrawiając z Zakopanego,
Dawid Pieper
Śp. Prof. I.