Wygnani – Część I

Słowem wstępu

„Wygnani” to pierwsze napisane przeze mnie opowiadanie, a i jak dotąd najdłuższe. Dlatego też zdecydowałem się podzielić je na kilka części.

Co skłoniło mnie do sięgnięcia po gatunek, jakim jest fantastyka naukowa?

Po pierwsze, fakt, że to, co wydaje się wciąż nam bajką lub – w najlepszym razie – mglistą przyszłością następnego tysiąclecia dzieje się dokoła nas, a loty w kosmos, jak i związane z nimi trudne decyzje, będą tylko powszechnieć. Niezależnie od tego czy będzie to „Deep Space Gate” NASA, baza kosmiczna Space X czy projekt nieistniejącej jeszcze firmy, powstanie stacja jak Artemis, a my (bądź nasze dzieci) staniemy w obliczu nie jednej katastrofy i nie jednego dylematu takiego, jak przedstawiony w tym opowiadaniu.

Prócz tego chciałem w „Wygnanych” poruszyć problemy nam bliższe, nie tylko te związane z lotami kosmicznymi, ale i naszą codziennością.

I, wreszcie, chciałem tchnąć trochę życia we wszystkich odpowiedzialnych za programy Apollo, STS, ISS i każdy inny program kosmiczny, który jest dziś realizowany tak, byśmy pamiętali, że za tym stoją ludzie: niektórzy to pewnie marzyciele, inni realiści twardo stąpający po ziemi. Jedni spojrzą ku wielkiej przyszłości, gotowi poświęcić dla niej ofiary jak admirał Johanson, inni pozostaną idealistami jak Sanders.

Niniejszy tekst doskonałym nie jest, ale jest za to dokładnie takim, jakim zrodził się w myślach człowieka, który pewnej mroźnej nocy spojrzał w niebo i zastanowił się, co tam na nas czeka. I nie ma znaczenia, że żadnych gwiazd nie widział. Tak jest nawet lepiej, bo mógł je sobie wyobrazić takimi, jakimi chciałby je oglądać.

Za redakcję, jak i do owej redakcji cierpliwość, dziękuję Weronice Wołoszyn.

 

Wygnani

Część 1.

 

Dzisiaj, kiedy głosy ucichły na powierzchni Księżyca, gdy w niegdyś tak często przemierzanej równinie Arthemis nie odbijają się już żadne kroki, gdy ostatnie światła zgasły na zawsze, chciałbym opowiedzieć naszą historię.

Historię piątki szczęśliwców, którzy mieli postawić nowy krok dla rozwoju ludzkości, krok, który pchnie wszystkich na przód.

Dzisiaj, z perspektywy czasu, nie odczuwam żalu do nikogo z ludzi, którzy odpowiadali za tamtą sytuację.

To nie ich wina, wszystko, co się wydarzyło, to nieszczęśliwy wypadek.

I chociaż czasem zastanawiam się czy nie mogli podjąć lepszej decyzji, rozumiem, że nie mieli wyboru.

Wiem jednak, że do końca życia, każdej nocy spoglądając na księżyc będę wspominał to, co działo się podczas misji Arthemis 1, zastanawiając się, czy nie przeoczyłem jakiejś możliwości, jakiejś innej ścieżki.

Przepraszam was, bo zawiodłem.

Tim Manor, kapitan.

 

Arthemis, Orbita okołoksiężycowa

 

Statek wynurzył się z cienia Księżyca i przystąpił do wejścia na orbitę. Cichy szum silników manewrowych musiał ustąpić narastającemu powoli rykowi głównego napędu, gdy dochodziło do gwałtownego hamowania z prędkości niemal dwudziestu kilometrów na sekundę do niespełna dwóch. Odczuwaną przez załogę misji Arthemis nieważkość zastąpiło przyspieszenie niemal pięciu G, wbijając całą piątkę w fotele podczas, gdy Kathleen precyzyjnie kierowała pojazd na niską orbitę. Właśnie do tego była stworzona, kochała wolność, jaką oferował jej kosmos, wolność niemożliwą do osiągnięcia w jakimkolwiek locie atmosferycznym.

– Jesteśmy na orbicie o peryselenium 14 km i aposelenium 86 km. – Przekazała załodze. – Za 10 minut osiągniemy perycentrum. Odpalenie silników hamujących zgodnie z harmonogramem.

W napiętym oczekiwaniu pięć par oczu śledziło zmniejszające się cyfry na głównym ekranie podczas, gdy pod nimi przesuwały się obszary Srebrnego Globu aż znaleźli się nad tym, który miał się stać ich domem przez najbliższe dwa tygodnie.

– … 3, 2, 1. Osiągnęliśmy perycentrum. – Powiedziała Kate nieco trzęsącym się od emocji głosem. – Odpalam O.M.S.

Statkiem dosłownie zatrzęsło, gdy O.M.S. (silniki kontroli orbity) rozpoczęły swoją pracę, inicjując obniżanie pojazdu.

– Deorbitacja za dwie minuty. – Tym razem głos trząsł jej się już wyraźnie.

Pozostałe cztery pary oczu wbijały się w konsolę nawigacyjną, w ciszy interpretując pojawiające się ciągi liczb, skupiając się na każdej wartości, każdym znaku, wspomagając Kate, by nic nie uciekło jej uwadze.

Gwałtowny wzrost ciążenia działającego na astronautów był niechybnym znakiem deorbitacji. Arthemis powoli opadała nad powierzchnią Srebrnego Globu, utrzymywana przez silniki RCS. Grawitacja Księżyca jest około sześć razy mniejsza od Ziemskiej, co pozwoliło na znaczną oszczędność ciągu i paliwa podczas manewru lądowania. Liczby podawane przez wysokościomierz malały, odliczając ostatnie sekundy lotu.

Osiem kilometrów… Pięć… Dwa… Półtorej… Jeden…

I wtedy właśnie wszystko poszło źle.

Wokół rozbrzmiały syreny alarmowe, wbijając się w uszy, nie pozwalając nie zwrócić na siebie uwagi i odciągając na moment wzrok załogi od ekranów. I to było zgubne.

Poczuli nagłe szarpnięcie, gdy silnik się wyłączył. Przez chwilę statek pozostawał niemal w bezruchu. Potem jednak zaczął gwałtowny, niekontrolowany lot ku powierzchni Księżyca.

Kathleen zdążyła tylko wcisnąć guzik awaryjnego zapłonu silnika, nie żeby wiele mogło to teraz dać.

Poczuła gwałtowne zahamowanie statku, uderzającego w powierzchnię Księżyca z ogromną prędkością, usłyszała kolejne alarmy.

A potem już niczego nie widziała, gdy pogrążyła się w ciemności.

 

Europejskie Centrum Operacji Kosmicznych

 

– utrata kontaktu. – Powiedział Josh. W zasadzie nie było potrzeby, by o tym informować, każdy w sali, a i prawdopodobnie większość ludzi na całym świecie, wiedział już, że wystąpiła utrata kontaktu.

Nie. – Poprawił się Christopher Rowle, dyrektor misji Arthemis. – Nie strata kontaktu. Każdy na całej planecie widział katastrofę podawaną przez statek kosmiczny do ostatnich sekund przed zderzeniem. Każdy mógł na własne oczy ujrzeć powierzchnię Księżyca zbliżającą się z prędkością kilkuset metrów na sekundę, by zginąć w rozbłysku światła, najpewniej eksplozji.

Każdy członek ESA widział to w ostatnich zapisach telemetrii. Każdy rozumiał, co się stało.

I wszyscy wiedzieli, że kontakt nie zostanie już odzyskany. Nie przy takim zderzeniu.

Arthemis, duma Europejskiej Agencji Kosmicznej, statek wielokrotnego użytku, tak wiele razy testowany, zawiódł w momencie, kiedy Chriss był taki dumny ze swojego zespołu i z załogi, kiedy wierzył, że będzie to kolejny wielki krok człowieka, stacja Księżycowa.

A teraz szczątki najwspanialszego pojazdu zbudowanego przez Ziemię leżały gdzieś na Mare Tranquillitatis, na powierzchni Księżyca, a załoga nie żyła.

Dziesięć lat testów bezpieczeństwa okazało się warte tyle, co nic.

Na morzu spokoju rzeczywiście zapanował spokój.

 

Morze spokoju, powierzchnia Księżyca

 

Wokół wyły chyba wszelkie alarmy, jakie zaprogramowano w systemach statku Arthemis. Jednak to alarm o utracie atmosfery przywrócił Kate do przytomności. Lata treningów nie poszły na marne.

Statek był wystawiony na działanie atmosfery Księżyca, co w praktyce oznaczało, że niewiele dzieliło ją od przebywania w otwartej próżni.

Żyła tylko dzięki procedurom bezpieczeństwa ESA, które nakazywały przebywanie w skafandrach kosmicznych podczas startu i lądowania.

Rozejrzała się po wnętrzu pojazdu. Widziała obraz katastrofy. Pozostała czwórka ludzi z jej załogi nadal była nieprzytomna. I tak cudem było, że pojazd wytrzymał. Sama widziała, że prędkość zderzenia wyniosła niemal czterysta metrów na sekundę. Nie powinni tego przetrwać.

Chciała odruchowo spojrzeć na ekran, ale ten był ciemny. Prawdopodobnie temperatura Księżyca mogła doprowadzić do jego uszkodzenia. Wiedziała jednak, że elektronika statku nadal działa, w przeciwnym wypadku nie wyłyby alarmy.

Spojrzała w kierunku włazu. Nie był otwarty, co oznaczało, że wyciek występuje w innym miejscu.

Podeszła chwiejnie do swojej konsoli. W chwili zderzenia została wyrzucona z fotela i wylądowała kilka metrów dalej.

Odruchowo wpisała odpowiednie polecenie.

Uzupełnianie powietrza natychmiast ustało, nie marnując już cennych gazów.

Usłyszała za sobą ruch. Odwróciła się. Thomas, lekarz wyprawy, wstawał, rozglądając się oszołomiony.

– Dlaczego żyjemy? – Zapytał nie do końca przytomny.

Kate również zadawała sobie to pytanie, nie miała jednak powodów do narzekania.

Cokolwiek zamortyzowało upadek, ocaliło im życie.

– Nie wiem. – Odpowiedziała. – Musimy znaleźć miejsce, w którym rozhermetyzował się statek, straciliśmy już całkiem sporo atmosfery.

 

* * *

 

– Silnik jest całkowicie niesprawny. – Powiedział cicho Paul, inżynier napędu misji Arthemis.

Przywrócenie statku do jako takiego porządku zajęło załodze prawie trzy godziny. Odnaleźli dość łatwo przeciek i załatali go, ale to nie było wszystko. Złożenie mostka, naprawa stanowisk, wymiana ekranu.

Całe szczęście – Pomyślała Kate, – że dostaliśmy tyle części zapasowych.

Arthemis miała być misją trwającą przez 15 dni. Ich celem miało być założenie stacji Księżycowej, punktu lądowania dla przyszłych misji. Z tej też przyczyny dostali całkiem sporo części zapasowych i systemów awaryjnych. Kate czuła, że tylko dlatego jeszcze żyją.

Kiedy statek był już uporządkowany i wyglądał prawie tak dobrze, jak w chwili, w której opuszczał kosmodrom Kourou, Paul zasiadł do konsol, by ocenić uszkodzenia.

Wieści nie były pomyślne, chociaż i tak cudem było, że załoga jeszcze żyła.

Jak wynikało z analizy logów przeprowadzonej przez Paula i Tima, ocalił ich silnik Arthemis, odpalony awaryjnie w ostatniej chwili przez Kate. Nie miał dość siły, by zatrzymać upadek, ale z niewielkim ciągiem rozruchowym zdołał zamortyzować ich lądowanie.

Niestety, zarówno silnik, jak i systemy łączności były całkowicie niesprawne.

Wystające ze statku anteny zostały dosłownie starte na proch w zetknięciu z powierzchnią srebrnego globu. A gwałtowny wstrząs najprawdopodobniej uszkodził komorę spalania napędu.

Niezależnie od przyczyn, misja Arthemis była teraz uwięziona na ziemskim satelicie, bez szans na ratunek, gdyż Ziemia pewnie sądzi, że statek się rozbił.

 

* * *

 

Tim nie umiał tak po prostu przyjąć do świadomości, że to koniec. Każdy astronauta był odważny, to prawda, każdy gotów do ryzyka. Taki zawód. Ale Tim nie był tylko astronautą, nie był tylko dowódcą misji. Był programistą, nauczono go kiedyś, że zawsze musi istnieć inne wyjście, zawsze jakieś rozwiązanie.

Kiedy tak patrzył na załogę siedzącą w milczeniu wiedział, że nadeszła pora na jego działanie.

Jeśli on nic nie zrobi, umrą tutaj, na Księżycu, z daleka od domu. I nikt się nie dowie, jak rzeczy się faktycznie miały.

Tim wiedział, że ich podstawowym obowiązkiem jest teraz poinformowanie Ziemi o obecnej sytuacji.

Nawet, jeśli załodze przeznaczona była śmierć na Ziemskim Satelicie, ostatnie zapisy z lotu mogą być niezwykle użyteczne dla ziemskich inżynierów, którzy prawdopodobnie nie wiedzieli, co się stało.

Po prawdzie, Tim też nie znał jeszcze przyczyny katastrofy. Ale miał do dyspozycji gigabajty danych ze wszystkich systemów i sensorów. W ESA pracuje wielu ludzi, na pewno zdołają to zinterpretować.

Trzeba to jedynie wysłać.

By wysłać wiadomość na Ziemię, trzeba mieć radio.

Tim wiedział, gdzie może takie znaleźć.

– Kto idzie ze mną? – Zapytał, przerywając ciszę. – To całkiem niedaleko stąd.

 

* * *

 

Odnalezienie miejsca historycznego lądowania misji Apollo 11 nie było takie proste, jak przypuszczał Tim. Wraz z Lucy długo przeszukiwali obszar, w którym, jeśli wierzyć szacunkom Kate co do miejsca lądowania Arthemis, powinien znajdować się Eagle, lądownik misji.

Podobnie, jak w przypadku misji Apollo 11, tak i w misji Arthemis miejscem lądowania stało się Mare Tranquillitatis, morze spokoju. ESA uznała, że dobrze będzie powrócić na Księżyc tak, jak ludzie przybyli na niego po raz pierwszy.

Zresztą, teren był niezmiernie ciekawy z perspektywy geologicznej, dostarczał wielu informacji o historii srebrnego globu. Tym czasem misja Apollo 11 przygotowywana w pośpiechu nie mogła przeprowadzić wielu eksperymentów, które były niezwykle ważne dla nauki. Te cele miała zrealizować Arthemis.

O ile miejsce lądowania Eagle nie było sekretem, jego określenie udało się z dokładnością metrową, o tyle problem był inny. Tak naprawdę załoga Arthemis nie miała pojęcia, gdzie wylądowała.

Wiedzieli, że punkt lądowania nie był zbyt daleki od tego planowanego, gdyż silnik zawiódł w ostatnich chwilach misji. Nie znali jednak swojej dokładnej pozycji.

Dlatego też Timowi i Lucy zlokalizowanie historycznego miejsca zajęło niemal cztery godziny – cztery godziny, podczas których nie mieli kontaktu z załogą. Tim wolał nie myśleć o tym, jak bardzo martwią się ich współtowarzysze.

Apollo 11 wyglądał tak, jak Tim go zapamiętał z filmów z odlotu. Niewielki pojazd, dolny stopień lądownika, który pozostał na Księżycu, nadal stał po środku terenu, na którym swoje ślady poczynili pierwsi wysłannicy ludzkości na Srebrny Glob.

Nieco dalej stało to, o co Timowi chodziło. EASEP, aparatura naukowa pozostawiona tutaj przez Armstronga i Aldrina w 1969 roku.

Od lądowania pierwszych ludzi na Księżycu minęło ponad pół wieku. EASEP stracił łączność z Ziemią 27 sierpnia 1969 roku z powodu nieznanej usterki.

Tim miał jednak nadzieję, że uda im się naprawić tę aparaturę. Bo EASEP miał radio.

Pojawił się jednak problem, którego nie przewidział żaden z członków załogi. Masa aparatury, która wynosiła 48 kg.

Co prawda w pomniejszonej grawitacji Księżyca było to, jak 8 kg na Ziemi. Ale nawet 8 kg to dość sporo, jak na niesienie tego przez 16 km oddzielających ich od statku kosmicznego.

A nie mogli sobie pozwolić na przerwę. W ich skafandrach kosmicznych pozostał tlen na jakieś pięć, może sześć godzin.

– No cóż. – Powiedział cicho Tim. – Nikt nie mówił, że praca astronauty jest prosta. Będziemy musieli go rozebrać.

EASEP składał się z sejsjometru i czujnika pyłów. Mimo, że mogłyby przynieść ważne dla ESA informacje, gdyby aparaturę udało się naprawić, Tim z żalem zdecydował o ich odłączeniu.

Podczas, gdy Lucy rozpinała przewody, Tim ostrożnie odkładał na bok odpięte elementy.

Nie chciał ryzykować uszkodzenia któregoś z nich. Nigdy nie wiadomo, co się przyda.

Pracowali szybko, ale uważnie. Na koniec odpięli również zasilanie, mające postać dwóch paneli Słonecznych.

Tim bez żalu odpiął ten akurat element zestawu.

Nie sądził, by po ponad połowie wieku panele dawały chociaż najmniejszą ilość prądu. A nawet gdyby, to misja Arthemis miała cały zapas własnych, zabranych na potrzebę budowy stacji księżycowej.

Teraz EASEP był znacznie lżejszy. Brali zasadniczo tylko jednostkę centralną i, tak ważny dla załogi, moduł radiowy.

Sądził, że wymieniając się ciężarem z Lucy zdoła chyba to donieść do statku.

 

Kompleks komunikacyjny Canberra Deep Space

 

Julie Leran, dyżurująca w centrum łączności NASA, zamrugała, gdy na ekranie jej komputera pojawił się sygnał nowej transmisji. To się zdarzało od czasu do czasu. W kosmosie pełno było sygnałów, które komputery NASA mogły odebrać jako transmisję z jednej z ich sond.

Nie było to jednak znowu tak częste zjawisko, by wpaść w monotonię. Julie widziała to trzy, może cztery razy.

Natychmiast poleciła komputerowi zlokalizować miejsce nadania sygnału i zamrugała raz jeszcze.

Komputer wskazał Księżyc. Natychmiast kazała wykonać triangulację, by oszacować dokładną pozycję. Obszar znajdował się niecałe 3 km od planowanego miejsca lądowania nieudanej misji Arthemis przeprowadzonej przez Europejską Agencję Kosmiczną poprzedniego dnia.

– Czy to możliwe, że któryś z Esowskich systemów przetrwał lądowanie i zaczął nadawać status? – Zamyśliła się Julie.

Wiedziała, że każdego dręczy brak jakiejkolwiek wiedzy o tym, co się stało. Co więcej, jak dotąd nie udało się określić miejsca rozbicia się misji, a więc nie było gdzie pokierować sondy w celu sfotografowania statku.

Jeśli jednak sygnał pochodził z któregoś z rozbitych komputerów, ESA mogła odtworzyć przebieg zdarzeń.

Julie przez chwilę pomyślała ze smutkiem o załodze. Było tam dwóch astronautów NASA, Paul Robens i Lucy Auris. Znała obydwoje. Wiedziała jednak, że o ile elektronika może przetrwać naprawdę wiele, o tyle delikatne ludzkie ciała nie miałyby szans przy takim upadku.

Podeszła do telefonu, by zadzwonić do kierownictwa NASA z pytaniem o dalsze postępowanie. To oni powinni zająć się poinformowaniem ESA, że ich statek zaczął odpowiadać.

Wstrzymał ją pisk wydany przez komputer. Dokonał identyfikacji źródła sygnału.

Spojrzała zdziwiona. Ich systemy nie mogły wykryć układów diagnostyki ESA. Oczywiście przekazano im awaryjnie protokoły komunikacji diagnostycznej, ale nigdy ich nie wgrano na komputery.

To była misja ESA, a więc do komunikacji pełne prawo miała ESA, NASA zaś miała zadziałać tylko w wypadku konieczności.

Komputer nie powinien rozpoznać sygnału z Arthemis, więc dlaczego to zrobił?

Wtedy spojrzała na ekran, zamrugała, przetarła oczy, ale napis nie znikał.

Early Apollo Scientific Experiments Package, Apollo 11. Łączność odzyskana po ponad połowie wieku. Ale EASEP nie znajdował się już tam, gdzie go pozostawili astronauci Neil Armstrong i Buzz Aldrin. Znajdował się w miejscu, w którym mogliby go pozostawić członkowie misji Arthemis.

 

Morze spokoju, powierzchnia Księżyca

 

Gdy ekran na statku Arthemis potwierdził wykryty sygnał radiowy skierowany w kierunku Ziemi, wszyscy członkowie misji zaczęli wiwatować.

Wiedzieli, że łączność nie oznacza dla nich ratunku. Nie łudzili się, nikt po nich nie zdoła przylecieć.

Jednak fakt, że Ziemia się dowiedziała, przynajmniej oznaczał wypełnienie obowiązków.

Podłączenie modułu EASEP okazało się banalnie proste.

Po przeczyszczeniu styków i podpięciu zasilania 5 woltów, moduł automatycznie się włączył i zaczął nadawać.

Prawdopodobnie przyczyną utraty kontaktu były zatem niedziałające już poprawnie panele słoneczne.

Tim siedział teraz i zastanawiał się, jak podłączyć moduł komunikacji do ich własnych systemów.

Gdyby to się udało, mogliby porozumieć się z Ziemią, powiedzieć im dokładnie, co się stało, przesłać diagnostykę.

Ale osiągnęli przynajmniej tyle, że poinformowali Ziemię, że nadal żyją i, co ważniejsze, gdzie żyją. Teraz ESA będzie mogła wykonać zdjęcia powierzchni Księżyca. Dlatego też Lucy i Kate wyszły chwilę wcześniej, by wykonać notkę z użyciem skał. W zasadzie przekaz był prosty, z wykorzystaniem kodu awaryjnego opracowanego właśnie na takie okoliczności.

Zaw RCS H 800m awaryj zapł wsz żyją Arth spr napęd niespr radio niespr

Co należało czytać: zawiódł silnik RCS na wysokości 800 metrów. Wszyscy żyją, statek jest sprawny prócz napędu i radia.

Niewiele więcej mogli obecnie zrobić chyba, że Tim wymyśli, jak podłączyć układy z EASEP do ich komputera.

Chwilę wcześniej zjedli śniadanie, ponieważ spędzili na Księżycu już jeden ziemski dzień. To zdumiewające, że czas tak szybko mijał. Został im miesiąc, nim skończą się zapasy.

A załoga zamierzała wykorzystać ten czas jak najlepiej.

Byli astronautami, zdawali sobie sprawę z ryzyka, gdy lecieli.

Rozpacz, która zapanowała po katastrofie, nie trwała zbyt długo. Wszyscy wzięli się w garść. Postanowili zrobić dla Ziemi tyle, ile jeszcze zdążą.

 

Centrum kosmiczne Houston

 

Stephen Sanders, kierownik misji załogowych w NASA, zasiadł w sali konferencyjnej. Wszedł tutaj jako ostatni. Wszyscy inni już byli, w tym sam admirał NASA, którym był Alex Johanson.

– Przepraszam za spóźnienie. – Powiedział Stephen. – Byłem w JPL w celu oceny gotowości naszych statków.

– Nie ma sprawy. – Powiedział admirał Alex. – Czy mogę spytać o raport?

– Kapsuła Orion jest w zasadzie gotowa. – Odparł Stephen. – Miała wykonać lot na Marsa za dwa tygodnie. Lądownik sprawdzi się przy lądowaniu na Księżycu tym bardziej. Korzystając z masy, którą zaoszczędzimy na paliwie niezbędnym przy tak dalekim locie, możemy zapakować do środka materiały, którymi, jak sądzimy, uda się naprawić Arthemis. Oczywiście, nie znamy dokładnego stanu statku, ponieważ nadal nie mamy łączności z załogą. Możemy jednak przypuszczać, że uszkodzony został napęd OMS, jako najbardziej wysunięty ze statku, być może również główny silnik. Wysłalibyśmy im też drugie radio.

– Chcesz poświęcić pierwszą ludzką misję załogową dla wysłania elementów, które nie wiemy czy zadziałają, przy uszkodzeniach, których skali nie znamy? – Zapytał Daniel Holens, dyrektor operacji Marsjańskich. – Nie zdaje Ci się, że to nieco zbyt wysoka cena? Orion był przygotowywany przez dwa dziesięciolecia. Mamy tylko jednego. A ty go wykorzystasz jako statek bezzałogowy??

– Nie widzę innego wyjścia. – Odpowiedział twardo Stephen. – Może tobie jest obojętny los tych astronautów, ale mi nie.

– Wydaliśmy na Oriona miliardy dolarów. – Powiedział cicho admirał. – Obiecywaliśmy lot na Marsa. Celowo wybraliśmy okres lotu Arthemis, by pokazać, że NASA też umie tworzyć historię. Tym czasem zamierzasz zmarnować ponad dwudziestoletnie przygotowania. Czemu nie możemy użyć innej kapsuły?

– Pytałem o to. – Odpowiedział spokojnie Stephen. – W JPL twierdzą, że żadna inna rakieta nie zdoła na czas dostarczyć zapasów. Po prostu nie będzie na czas gotowa odpowiednia kapsuła. Nie spodziewaliśmy się, że będziemy musieli wysyłać tak ciężką misję na Księżyc.

– No właśnie. – Niemal krzyknął Daniel. – Ale my nie musimy niczego wysyłać. To misja Europejskiej Agencji Kosmicznej, a zatem i zmartwienie Europejskiej Agencji Kosmicznej. Czemu oni się tym nie martwią?

– Dlatego. – Odpowiedziała Serena, odpowiedzialna za współpracę z innymi instytucjami zajmującymi się eksploracją kosmosu, -, że nie mają gotowej sondy. Nikt nie przewidywał takiej możliwości. Przygotowana została flota awaryjnych sond na wypadek uszkodzeń, ale nikt nie przewidział zniszczenia silnika. Każdy rozważany scenariusz takiego zjawiska kończył się śmiercią załogi. W tej sytuacji nie miało sensu rozważanie tego typu konstrukcji.

– Nie odpowiadamy za niekompetencję pracowników Europejskich. – Wykłócał się Daniel.

– Muszę Ci przypomnieć, – odezwał się, jak zwykle cicho Stephen, -, że nasi inżynierowie również brali udział w tych dysputach i poparli zdanie pracowników ESA. To, co się stało, jest tak mało prawdopodobne, że nikt nie brał tego pod uwagę.

– Zdajecie sobie sprawę, jak to będzie wyglądało przed rządem? – Zapytał admirał. – Żebraliśmy o te pieniądze przez lata, by misję wartą miliardy dolarów posłać na Księżyc? Zmarnować miliardy w wypadku misji, której w normalnych okolicznościach budowa nie przekroczyłaby kosztów kilkudziesięciu milionów? To ponad stukrotnie większa cena, niż ta misja jest warta.

– To prawda. – Lisa Gray, główny inżynier NASA skinęła głową. – Policzyłam już to. Gdybyśmy mieli przyzwoitą ilość czasu, budowa odpowiedniej sondy kosztowałaby nas nie stukrotnie, ale czterystukrotnie mniej, niż wysłanie tam Oriona.

– Rzecz w tym, że nie mamy sensownej ilości czasu. – Odparł Stephen. – Czy naprawdę nie jest dla was ważne życie tej piątki?

– Powiedz mi, – Odpowiedział Daniel -, dlaczego twoim zdaniem powinniśmy tyle dać za ratowanie akurat tej piątki? Są astronautami gotowymi na śmierć. Nie stać nas na zorganizowanie ratunku. Zresztą, pieniądze, za które badamy kosmos, mogłyby ratować życie, powiedzmy, w Afryce. Czemu nie wypominasz nam tego? Czemu rozwijamy naukę, miast ratować ludzkie życie? Zważ, że kwestia toczy się o to samo. Stoimy przed dylematem ogromnego skoku w przód w nauce, przełomowego dokonania, lotu na Marsa i ocalenia życia piątki ludzi. Czy naprawdę sądzisz, że cała ludzkość zyska więcej, jeśli rzucimy w kąt szansę na rozwój astronautyki i polecimy ratować misję, która nawet nie jest naszą misją?

– Ale tam są nasi astronauci. – Chciał już powiedzieć Stephen, lecz ugryzł się w język. To, co przyszło mu do głowy, mogłoby być ważnym argumentem. Ale nie miał zamiaru użyć go, o ile nie było to konieczne. Czy astronauci NASA byli w jakimkolwiek stopniu ważniejsi od tych, których wysłała ESA.

– Podczas dołączania naszych astronautów do misji ESA zobowiązaliśmy się udzielić wszelkiej możliwej pomocy, zwłaszcza w wypadku zagrożenia życia. – Powiedział miast tego.

– Jak sam zauważyłeś, możliwą. – Admirał odezwał się tonem nie znoszącym sprzeciwu, jakim zwykł mawiać w dawnych czasach, gdy służył w lotnictwie armii USA, nim, z racji wieku, został przeniesiony do NASA z honorami i zaszczytami. – Przykro mi to stwierdzić, ale zgadzam się z Danielem. Nie poświęcimy Oriona dla misji, w której nawet nie wiemy, jakie materiały dostarczyć. Istnieje spora doza prawdopodobieństwa, że wyślemy im zapasy, a mimo to załoga Arthemis umrze. Bo wyślemy im nie to, co trzeba. Dyskusję uważam za zamkniętą.

Zapomniany Horyzont

Kiedy słyszę, jak wielu ludzi potrafi utożsamiać Polskę ze wszystkim, co najgorsze, zapominać lub wręcz wyśmiewać ofiarę tych, którzy oddali życie, bym ja mógł te słowa pisać w naszym ojczystym języku, odnoszę wrażenie, że już w ogóle nie rozumiem współczesnego świata.

Nigdy nie twierdziłem, że Polska to kraj bez skazy, nie przekonywałem też, że wszystkie decyzje i postawy tu panujące są słuszne – myślę jednak, iż powinniśmy potrafić docenić ofiarę, jaką za ten kraj złożono, a prócz tego… kto może poprawiać sytuację społeczną w Rzeczpospolitej, jeśli nie my – Polacy?

Krytyka jest dobra, ale prócz wygłaszania swoich mądrości, trzeba umieć działać.

„Zapomniany Horyzont” napisałem wzburzony takimi właśnie postawami wyzywania Polski i Polskości na każdym kroku.

Nie było moim celem odniesienie się do jakichkolwiek sytuacji politycznych, proszę więc, by nie interpretować treści tego opowiadania w związku z żadnym krajem czy kulturą prócz naszej, Polskiej. Zachęcam do refleksji nad tym czym jest dla nas Ojczyzna.

Redakcja: Weronika Wołoszyn.

Zapomniany Horyzont

Las zaszumiał, poruszony lekkim, niemal pieszczotliwym dotykiem wiatru, który przemknął nad koronami drzew, obniżając na chwilę swój lot, by zakołysać liśćmi, zatańczyć wśród gałęzi, śmignąć kilka razy wokół krzewów i ponad trawą. Cisza, która jeszcze przed chwilą panowała, zamieniła się w jednostajny, uspokajający szum. W tym samym czasie na niebie zalśniły pierwsze promienie Słońca, przeganiającego powoli mroki nocy. Z początku niepewne, jakby chwiejące się w swej intencji, ostatecznie postanowiły rozświetlić kolejny dzień. Tarcza gwiazdy, jakby obawiając się czegoś, nieśmiało wyjrzała z pomiędzy lekkich, małych obłoków płynących wysoko na bezchmurnym prócz tego niebie, na którym widać było ostatnie światła gwiazd chowających się powoli za horyzontem, by powrócić następnej nocy. Księżyc, zdawałoby się, mignął na pożegnanie (a może to tylko gra świateł na niebie), nim zniknął za linią widnokręgu. Pierwsze ptaki te, które wstają wraz ze wschodem Słońca, wyleciały z pomiędzy drzew, chórem ogłaszając kolejny poranek, wzbijając się w masie piór, dziobów i skrzydeł, każde próbując przekrzyczeć resztę we własnym zachwycie nad otaczającą je przyrodą. Chór, który po raz kolejny ogłaszał światu, że wstaje nowy, piękny dzień, chcąc podzielić się radością jutrzenki. Rosa Zebrana nocą, powoli spełzała z liści, zanikała w coraz cieplejszych promieniach Słońca, które, już pewne swych zamiarów, postanowiło ogrzać tak wiele zawdzięczającą mu planetę.
Gdybyś tam stał, usłyszałbyś symfonię przyrody, szum wiatru stanowiący tło dla setek ptasich głosów, najwspanialszego chóru, jaki kiedykolwiek powstał na tej planecie. Niestety… Nigdy nie mogłeś tego usłyszeć. Urodziłeś się w czasach, w których tylko najstarsi pamiętają lasy i Ziemię.
Zbigniew Czerwiński, porucznik Armii Rzeczpospolitej zamknął album z fotografiami, odcinając się od tych obrazów tak żywych w jego wspomnieniach. Był jednym z ostatnich Polaków, którzy pamiętali ojczyznę. Los nie szczędził mu trosk. Stary weteran rozejrzał się po tym, co było jego nowym domem. Nie mógł narzekać na brak miejsca. Dla byłego żołnierza przeznaczono jedną z największych kajut na statku.
Za wzmocnionym pancernym szkłem oknem ujrzał setki gwiazd. Wielu konstelacji nie rozpoznawał. Z resztą, nie interesowało go to. Choć piękne, nie potrafiły w jego wyobraźni zastąpić poranku w lesie, zwierząt budzących się do życia. Patrzył na znane mu konstelacje. Wielka niedźwiedzica, Orion, Kasjopea. Te wszystkie obrazy, które nauczył się rozpoznawać w dzieciństwie, gdy długie noce spędzał z ojcem wykładającym mu wiedzę o niebie.
– Chciałbym tam kiedyś polecieć – powiedział wtedy Zbigniew.
Jak teraz żałował tego życzenia, nigdy nie przewidywał, w jakich okolicznościach będzie musiał udać się w nieznane. A teraz stał w kajucie tego, co pozostało z jego narodu, na pokładzie Zawiszy, statku kosmicznego Rzeczpospolitej Polskiej, uciekając od dawnego domu, uciekając od wspomnień. A jednak to tutaj właśnie je odnalazł.
Usłyszał dzwony wzywające na zbiórkę. I przypomniały mu one inne dzwony i ten ostatni dzień, który spędził w domu. To nic, że jego prawdziwy dom już nie istniał, spłonął trafiony przez granat zapalający jednego z żołnierzy. Jego prawdziwym domem była Polska i świat. Teraz o tym wiedział.
Zamknął oczy, z których pociekły łzy, gdy przypomniał sobie Warszawę, w której prowadził swoją ostatnią misję.
Ludzie biegnący ulicami, uciekający w popłochu przed żołnierzami wkraczającymi do miasta. Wraz z ostatnimi towarzyszami ze swojego oddziału, Zbigniew próbował osłaniać ich ucieczkę jak najdłużej. Dwudziestka gotowych na wszystko, stojących na dachach budynków, kryjących się w zaułkach. W rękach karabiny, a wzrok utkwiony w dal. Pamiętał tę chwilę, w której ich ujrzeli.
Kilkuset ludzi, nawet nie zdążyli ich policzyć. Wpadli, strzelając z broni palnej. Nie dbali o życie ludzi, za którymi biegli. Nie zależało im na zdobyciu miasta, zależało im tylko na mordowaniu i rabowaniu. Zbigniew wraz z Piotrkiem, najmłodszym chłopakiem z jego oddziału, który ledwo opuścił szkołę, wybiegli, zastępując im drogę.
Dalsze wspomnienia były zbyt straszne, by o nich mówić. Chaos, krzyki rannych, salwy padające z obydwu stron. Zbigniew wiedział, że nie mają szans. Wiedział, że nie może tego przeżyć. Chciał tylko dać ludziom jak najwięcej czasu, jak największą szansę na przeżycie.
Pierwsza kula trafiła go w ramię, na szczęście lewe. Nawet nie poczuł bólu, choć zachwiał się, nadal strzelał ze swojego karabinu, jak długo w magazynku była amunicja.
Zastanawiał się czy tak samo wyglądało to podczas jego dawnej służby w Azji. Przekonywał samego siebie, że jego oddział nigdy nie postępował w ten sposób. Kiedy przedzierali się, walcząc wraz z oddziałami USA, jak sami twierdzili pomagając w wyzwoleniu państw Azjatyckich, nie spodziewał się, że kiedyś ujrzy napastników biorących szturmem kolejne miasta jego ojczyzny tak, jak on zdobywał kolejne miasta w Azji. Zbigniew miał tylko nadzieję, że nigdy nie stał się takim potworem, jak jego obecni wrogowie. On oszczędzał przecież cywili… Ale nie był już tego taki pewien.
Przez całe życie rozstawiał sprawnie pionki na szachownicy, tak naprawdę realizując cele innych. Chciał się przypodobać dowództwu, musiał to przed sobą przyznać. Lata wojny nie mogły go przygotować do tego.
Takie właśnie myśli kołatały się w jego głowie, gdy obok usłyszał jeden, tylko jeden krótki krzyk. Potem nie usłyszał już nic więcej, gdy trafiony śmiertelnie Piotrek osunął się na ziemię obok.
Wokół swoje żniwo zbierała śmierć. Zbigniew widział jeszcze czworo swoich ludzi, desperacko próbujących zatrzymać nieprzyjaciela.
Było jednak jasne, że zostały im najwyżej minuty.
Każdy z jego oddziału chciał zginąć tu, na posterunku, w przegranej sprawie. Wszyscy byli gotowi dołączyć do przodków, którzy właśnie w taki sposób ginęli za ojczyznę, za ojców tych ludzi, których teraz próbował ocalić Zbigniew.
Też chciał umrzeć.
Czuł się tak, jakby wszystkie jego idee umarły, stał tu, wyzuty ze wszelkich emocji i odczuć prócz wszechobecnej grozy tego, co się działo. Nie pomogły sojusze ani umowy, gdy nieprzyjaciele wkroczyli na terytorium Polski. Inne państwa bały się ingerować, chociaż w istocie na rękę było im zmazanie z mapy kraiku w środkowej Europie, którego rynek stawał się zdecydowanie zbyt konkurencyjny.
Nie było wszak lepszego sposobu na pozbycie się polskich inżynierów i programistów, fizyków i polityków, niż zezwolenie na masowy mord, który rozwiąże za resztę świata problem. Czysto, prosto i skutecznie. A to przecież dla ludzi trzy najważniejsze słowa definiujące najlepsze decyzje.
Zbigniewowi nie było jednak dane zginąć na tej ulicy. Żałował tego do dziś, nadal budził się z koszmarów i pytał, czemu nie zginąłem tam, jak Piotr trafiony kulą.
Gdy przyleciał helikopter by ewakuować jego oddział, wzbraniał się, nie chciał uciekać. Ale rozkaz to rozkaz. Wiedział, że w tym miejscu i tak już nic więcej nie zdziała.
Było ich trzech, on i dwójka szeregowych, z których jeden później i tak zginął z powodu odniesionych ran.
Dalsze obrazy rozmazywały się w jego pamięci. Lot do stacji sił powietrznych, ucieczka w popłochu. Decyzja o ewakuacji.
Pokład jedynego polskiego statku kosmicznego, Zawiszy. Tysiąc ludzi, tylu z wielomilionowego społeczeństwa mogło wejść na pokład, tylu pozostało świadkiem dumy dawnego narodu. Krótki komunikat admirała, szarpnięcie przyspieszenia, gdy, eskortowany przez myśliwce chroniące ostatniej nadziei Zawisza poleciał w niebo. Zbigniew widział z mostka przez okna, jak myśliwce, jeden po drugim stawały w ogniu, gdy nieprzyjaciel próbował zniszczyć statek w obłąkańczej wizji wybicia całego narodu Polskiego.
Ale nie zdążył, bo odwaga i poświęcenie pilotów zapewniły im prosty korytarz.
Opuścili orbitę bez chwili wahania. Obraz Warszawy w płomieniach, gdy ostatni cywile i żołnierze kryli się lub stawali mężnie do walki, był tym, co Zbigniew widział opuszczając Ziemię, udając się na wieczne wygnanie.
A teraz był 10 lat świetlnych od Ziemi, wraz z ostatnimi, którzy przetrwali z dumnego narodu Polskiego, szukając nieznanego z nadzieją, że odnajdą świat, na którym będą mogli zamieszkać, uciekając z pod spojrzeń Ziemi, która okazała się tak niełaskawa. A raczej, poprawił siebie Zbigniew, której dzieci udowodniły, że zdradziły ideę swojej matki, woląc szukać własnych korzyści, niż dbać o swych braci.
A Polacy teraz szukali miejsca, w którym będą mogli przekazać młodym pokoleniom historię ludzkiej nienawiści i strachu. I narodu, który nie ugiął się do samego końca.
Tym czasem, 10 lat świetlnych dalej, jak dzień w dzień, nie zdając sobie sprawy z tego, co się stało, Słońce wychynęło z za horyzontu, oświetlając swoimi promieniami Błękitną Planetę, słuchając chóru ptactwa, jak co ranek wzbijającego się do lotu.

Zgaszona Nadzieja

To chyba najsmutniejsze opowiadanie, jakie kiedykolwiek napisałem. Zimą przyśnił mi się sen, w którym wraz z innymi, nieznanymi mi ludźmi w niewielkiej łodzi błąkaliśmy się po przestworzach morza. Musieliśmy opuścić nasz rodzinny ląd, nie wiem, dlaczego. Cały sen od momentu przebudzenia kojarzył mi się z utworem Enyi pod tytułem „Exile” („Wygnanie”).

Sen ten stał się inspiracją do napisania niniejszego tekstu.

Opowiadanie, choć krótkie, jest jednym z niewielu moich dzieł, po których napisaniu stwierdziłem, że wyszło dokładnie takie, jakim chciałem je ujrzeć. Zapraszam do lektury.

Zgaszona Nadzieja

Szum morza zawsze mógł wyrazić wszystko i nic. Kiedy Latarnik patrzył na bałwany rozbijające się na wysokim klifie, zastanawiał się, jak czuje się dziś ocean, jakie emocje nim targają.
Czy były one emocjami tych wszystkich ludzi, jakich odebrał? Co niesie bryza? Nadzieję, jaka nie miała szans się ziścić? A może ponurą rezygnację?
Od dziesiątek lat patrzył na morze i zastanawiał się, kiedy i jak to wszystko się skończy. Nie wiedział, poco, dlaczego i jak, dokąd prowadzi ta droga, na którą wkroczył?
Co z tego, że co wieczór rozpalał latarnię, która płonęła niczym jasne światło, przewodnik dla żeglarzy, skoro nie było żadnych żeglarzy? Co z tego, że ludzie do dziś patrzyli na niego z szacunkiem, skoro on sam szacunku do siebie nie czuł?
Kiedy fale wyrzuciły frak niewielkiej łodzi, stał długo, patrząc za horyzont, próbując wzrokiem przeniknąć to, czego nie potrafiły dojrzeć jego oczy. Nie zobaczył jednak niczego, żadnej wskazówki, żadnej odpowiedzi, tylko chłodne, niewzruszone obliczę, twarz, którą pokazywało morze każdemu, kto na nie patrzył. I wspominał.
Znów stał na szczycie latarni, starymi, znużonymi i pamiętającymi wiele lat rękami podsycił ogień. Już po chwili czuł bijące ciepło, słyszał trzaskające płomienie, a ciemność nocy rozjaśnił jasny punkt.
Gdy schodził na dół, w sercu pielęgnował nadzieję: „Błagam, nie tej nocy, nie dam rady”.
Los jednak i tym razem nie chciał go oszczędzić, śmiał się pewnie, patrząc w jego twarz i widząc, jak bardzo zmęczył tego człowieka. Kolejni już na niego czekali. Setni, równo setni, Latarnik pamiętał ich wszystkich. Twarze tych, których odprawił prześladowały go każdej nocy, widział je, patrząc na linię widnokręgu, słyszał ich głosy.
Tylko imion nie znał, nigdy o nie nie pytał, nie zniósłby świadomości miana tych ludzi, których widział jako ostatni z żywych.
Tym razem było ich dwoje. Dwoje marzycieli, których musi pożegnać.
On był wysoki, miał ciemne włosy i niezwykle żywe, błękitne oczy, w których malowała się ta siła i desperacja, jaką Latarnik widział w tylu spojrzeniach. Na jego twarzy malowało się postanowienie i nadzieja, nadzieja, którą biło serce wyspy. Był młody, Latarnik wątpił, by ukończył szesnaście lat. Ona była od niego niższa, choć biła z niej ta sama siła. Wydawała się jego przeciwieństwem, miała jasne, ,rude włosy, malutką twarzyczkę, oczy brązowe, wciąż mokre od łez po pożegnaniu. Jeszcze młodsza od swojego towarzysza ledwo wyszła z wieku dziecięcego. Patrząc na nią Latarnik poczuł, że jego serce pragnie skruszeć raz jeszcze, rozerwać się na odłamki. Byli chyba najmłodsi ze wszystkich, których danym mu było odprowadzić.
Nie był Latarnikiem dającym światło i nadzieję zagubionym żeglarzom. Był łgarzem, który w imię nadziei odbierał światło życia. Nienawidził tego.
– Jesteście tego pewni? – Zapytał po prostu. Wiedział, że żadne tłumaczenie nic nie da, a tylko zwiększy ból i jego, i ich. Wiedział, że żadnymi słowami nie przygasi nadziei, która w nich się tliła. Ale musiał spróbować ich zatrzymać, te proste słowa były jedynym, na co miał siłę.
– Tak. – Odpowiedź była równie prosta, pewna, choć pełna bólu. Latarnika to nie dziwiło.
Wskazał im łódź, gotową do wyruszenia w kolejną drogę.
Tylko gwiazdy i Latarnik byli świadkami tego, jak dwójka odpływała, niesiona przez silny prąd. Obydwoje podnieśli ręce, żegnając się z nim i zniknęli za widnokręgiem.
Księżyc był tej nocy w nowiu, nawet on nie chciał widzieć tragedii, jaka się rozegrała. Tylko Latarnik i gwiazdy byli obserwatorami niemego pożegnania.
Teraz stał, patrząc na wrak łodzi wyrzuconej przez falę. I poczuł, że nie da rady, sto załóg wyprawił na śmierć, sto pierwsza będzie ostatnią.
Nie czuł nadziei, gdy wchodził na pokład łodzi, gdy tylko ją naprawiono. Czuł, że tym razem to on śmieje się z losu. Tym razem nikt nie żegnał odpływającej łodzi prócz gwiazd. I Księżyca. Księżyca, który tym razem był w pełni.