Pieśń

Pieśń

Jak łza – bez skazy – trwała pieśń,
zasnuta mglistym świtem,
co skrywa gdzieś nieznaną treść,
unosząc się z błękitem.

Raz w górę w hymn, raz w tren znów w dół,
raz równo – szła – przed siebie,
a w tle jej gra trąb głośny chór,
i flety, wiolonczele.

I głośniej wciąż, i mocniej wciąż
rozbrzmiewa w nowe głosy,
i kroczy w przód, jej słowa lśnią,
jak krople białej rosy,
to w jasny dzień, to w ciemną noc,
nad ziemią w wietrze świszczy,
za pieśnią cień podąża w krok,
zagarnia ton jej w ciszy.
Kołysze się wśród nieba dróg,
wśród mórz nieznanych ludziom,
on zimny – ciepłej pieśni wróg
zawisły ponad chmurą.
Jak ptasi trel i mewy krzyk,
to znów w milczącej pustce,
mkną do kresu, choć cel gdzieś znikł
porwany przez wichurę.

I nagle błysk, w oddali skrzy
latarnia dróg nieznanych,
więc biegnie pieśń doń ile sił,
a cień krok w krok znów za nią.

I jaśniej już, znów głośniej brzmi
harmonią unoszona,
i chmury drżą i niebo grzmi,
a cień, umyka, z pola.

I szła tak pieśń, mocniejsza wciąż
i serca napełniła,
aż błysnął jej latarni krąg,
i jeden krok zgubiła:
Zajaśniał płomień jasny tak,
jak gwiazdy jeno świecą,
i strawił pieśń na zawsze tam,
gdzie tylko ptaki lecą.

I powstał cień, dziś wolny już
nad światem zapanował,
i śpiew zakuty w zimny lód,
milczeniem piękne słowa.

Elfowie też walczyli

Kolejne drabble, tym razem Tolkienowskie.
Jestem pewien, że już ktoś kiedyś nabijał się z tego, ale nigdy na taki tekst nie natrafiłem, więc na wszelki wypadek… Napisałem.
A trzeba przyznać, że wkład elfów w Wojnę O Pierścień był przecież nie do przecenienia. 😀

Elfowie też walczyli

– Ale co media powiedzą? – przekonywała Arwena, trafiając w czuły punkt.
Na wschodzie trwała wojna, Gondorczycy składali ofiarę dla przyszłego świata, tak przynajmniej pisały gazety. Ale elfowie? Elfów była jedna sztuka, niejaki Legolas, z konkurencyjnej Mrocznej Puszczy.
– Wiesz dobrze, że nie chcę odsyłać ludzi – tłumaczył Elrond. – kto miałby tu śpiewać pod ich nieobecność?
– Ale ojcze, to będzie tragicznie wyglądać z punktu widzenia Public Relations.
Elrond zamyślił się. Musiał przyznać, że Arwena ma rację.
– Dobrze! Wyślę tam tych, co najbardziej fałszują. Dołączę do nich tych no, od Elendila, to nikt nie zauważy, że naszych będzie tylko dwóch. I uszyjesz im ładną flagę.

Z kanonu Rivskich opowieści: Nowy rok szkolny

Niewiele to opowiadanie ma może sensu, ale przecież szkoła to nie jest (nawet w wypadku takiej szkoły) tylko Quidditch i machanie różdżkami.
Przy okazji chcę poinformować, że utworzyliśmy grupę na Eltenie, w której rozwijamy całą otoczkę Rivską. Osoby zainteresowane dołączeniem zapraszam do pisania prywatnie, mamy już coś koło trzydziestu tekstów o nauczycielach, uczniach czy różnych ciekawostkach. 🙂

Bardzo dziękuję mojemu liceum, Bukowej, za inspirację. Owszem, początki roku szkolnego wyglądały u nas bardzo podobnie, choć troszkę podkoloryzowałem.

Nowy Rok Szkolny

Skwer Kościuszki rozbrzmiewał pożegnaniami, ostatnimi objęciami i zapewnieniami o regularnym pisaniu. Wszystko to razem sprawiało, że Artur odczuwał niemal pewność, iż w ciągu kilku lat mugole zorientują się wreszcie, że na początku roku szkolnego pojawia się podejrzany statek wycieczkowy. Na razie dzień ten wyglądał jednak na dość odległy. I przyznać tu trzeba, że nie radowało to chłopaka, który całkiem chętnie zacząłby nowy rok szkolny od małego skandalu, najlepiej opóźniającego pierwsze zajęcia. Rozglądał się wokół, w tłumie ludzi jednak nie dostrzegł jeszcze poszukiwanych.
– Cześć, Artur! – zawołała Natalia, machając do niego, jednak już po chwili tłum uczniów, rodziców i przypadkowych przechodniów porwał ją tak, że nie zdążył odpowiedzieć. Miał już się odwrócić, gdy poczuł silne klepnięcie w plecy.
– Artur! – To był oczywiście Konrad, ubrany jak zawsze w (niekoniecznie przystające do uroczystości) dresy, trzymający w ręku rączkę od walizki i uśmiechający się tym rodzajem uśmiechu, na którego widok wszyscy nauczyciele natychmiast wołali "Nawet o tym nie myśl!". – Jak minęły wakacje? – spytał, puszczając oko, jakby wakacje były jakąś podejrzaną i zdecydowanie nielegalną zabawą.
– Byłem we Włoszech. – odparł Artur. – A ty?
– W Londynie! – odparł Kasprzyk konspiracyjnym szeptem. – i zakupiłem tam nieco magicznych dowcip…
Ostatnie słowa Konrada zagłuszył dźwięk dzwonu z pokładu Czarodzieja.
– Potem! – rzucił Artur, wbiegając na trap, by zdążyć zająć swoje miejsce na statku. Statek nie zmienił się od czerwca. Odpryski farby pozostały w miejscach, gdzie były, a trzeci bulaj od prawej dalej miał na sobie ślady po zagubionym expeliarmusie w zeszłym roku.
– Jak to się dzieje, że tyle kasy idzie na remonty, a jakoś ich efektów nie widać? – zastanawiał się, siadając na jednym z wolnych krzeseł.
– Hej, Artur!
To Andrzej dawał mu znak ręką. Chłopiec skierował się szybko w stronę przyjaciela, łokciami i kolanami przeciskając się przez rwącą pod prąd rzekę uczniów. Już po chwili, z jedynym uszczerbkiem w postaci bolącej nogi trafionej przez obcas jednej z mijanych osób, dopadł do Blondyna.
– Jeszcze Ciebie nie wywalili? – Udał zdziwienie, podając rękę Andrzejowi i rozglądając się w pobliżu za dwoma miejscami obok siebie. – Masz mi sporo do opowiedzenia!

* * *

Pięknie zdobione, bogate i umieszczone na dziesiątkach pamiątkowych fotografii odrzwia Rivskiej Szkoły Magii i Czarodziejstwa raz jeszcze udowodniły swoją całkowitą niepraktyczność, gdy ponad tysiąc uczniów napotkało na złoconą, rzeźbioną, ale przez to wcale nie prostszą do przebycia od drutu kolczastego przeszkodę.
– Ustawić się w szereg! – krzyczał Woźny, ale nikt go nie słyszał w zamęcie głosów. Nieokiełznana rzeka forsująca wejście była z resztą nie do opanowania nawet, gdyby krzyczało dwudziestu Białoniów z megafonami w rękach. Kolejka większa niż do gorącej herbaty w trakcie długiej przerwy zimą była niepisanym, ale stałym elementem rytuału otwarcia roku szkolnego. Elementem tyleż niepotrzebnym, co prostym do uniknięcia: wystarczyło otworzyć przecież wszystkie trzy pary tylnich drzwi i rozlać prąd uczniowski na kilka mniejszych. Niestety tak logiczne rozwiązania nie przychodziły do głowy dyrekcji, przynajmniej pierwszego dnia, bo drugiego, oczywiście, będzie już inaczej.
Miałoby to sens, gdyby uczniowie mogli jeszcze podziwiać w całej okazałości szkołę. Nawet Artur przyznać musiał, że Rivia robiła wrażenie ze swoimi witrażami w oknach, zdobionymi portalami i kandelabrami. Rzecz tylko w tym, że obecnie jedynymi widocznymi obiektami były torby, walizki, kufry, plecaki i głowy napierające ze wszystkich stron oraz energicznie i całkowicie bezskutecznie gestykulująca profesor Czarnecka, próbująca przejść między uczniami. Równie dobrze mogła próbować przeniknąć przez litą ścianę. W końcu dała za wygraną, a Artur z niejakim rozbawieniem dostrzegł, jak w uroczystej chwili nauczycielka zamienia się w gęś.
– A niech to gęś kopnie! – zawołał, nim zdążył się powstrzymać, całkiem nieźle parodiując surowy ton pani profesor.
W końcu los się do niego uśmiechnął, dostrzegł wyrwę, w którą natychmiast wraz z Andrzejem zanurkowali i… już stali przed recepcją. Dali się porwać, mniej dzikiej całe szczęście, rzece schodami do góry i już po chwili stali w auli.
– Nie wierzę! – zawołał Andrzej, wskazując na dwa krzesła. Dzikim skokiem dopadli do nich i zajęli miejsca.
Radość była uzasadniona. Jako uczeń szóstej klasy Artur zajął miejsce siedzące podczas szkolnej uroczystości właśnie po raz pierwszy. Projektując aulę jakoś nikt nie pomyślał o tym, że będą tu się gromadzić wszyscy uczniowie, w skutek czego niemal połowa zebranych będzie musiała stać przed drzwiami. A chłopak doskonale wiedział, co ich czeka. Już za chwilę…
– Szkoła, baczność! – Zawołała Oliwia, przewodnicząca Samorządu Uczniowskiego, uświęcone wieloletnią, Polską tradycją hasło. Przez moment na jej twarzy było widać lekkie zawahanie, ale przecież musiało do tego dojść. – Poczet sztandarowy, wystąp! – Prawie udało się jej ukryć niepokój w głosie. Prawie.
Wszystko zaczęło się od drzwi, uczniowie próbujący się rozejść, ale każdy obrał inny kierunek, w skutek czego się zakotłowało, a po chwili Artur dostrzegł pierwsze upadające ciało należące do nieznanej mu uczennicy, która potknęła się o rąbek spódnicy stojącej obok koleżanki. Po chwili też wszedł i poczet, całkiem skutecznie manewrując szkolnymi insygniami, by nie uderzyć nikogo w głowę.
– Może nasze wnuki doczekają się czasu, gdy ktoś tu pomyśli, by wpuszczać ich pierwszych? – szepnął do Andrzeja, z niejakim podziwem patrząc na Piotrka, który wraz z asystą właśnie pokonywał ostatnie stopnie, nie powalając nikogo ciężkim drzewcem flagi.
– Do hymnu! – zawołała Oliwia z nieskrywanym podziwem zerkając na Piotrka.
– Czasem mam wrażenie – szepnął Artur, gdy ostatnie słowa pieśni umilkły, a poczet sztandarowy usunął się ze sceny, – że nie wybierają Piotrka od trzech lat dlatego, że jest taki dobry, a dlatego, że w jego wypadku śmiertelność postronnych jest najniższa.
Najbliżsi uczniowie, którzy dosłyszeli tę uwagę, dzielnie walczyli, ale musieli polec. Nie potrafili powstrzymać śmiechu.
– Drodzy uczniowie! – Zawołała Dorota Osiecka, dyrektor szkoły, stając na scenie, a jej magicznie wzmocniony głos potoczył się echem po korytarzach. – Niezmiernie się cieszę, widząc was wszystkich całych i zdrowych, gotowych rozpocząć kolejny rok nauki w naszej placówce. Pragnę przede wszystkim powitać naszych pierwszoklasistów. Mam szczerą nadzieję, że te lata nauki będziecie wspominać z radością i wzruszeniem. Na początek chciałabym przywitać wszystkich pracowników i nauczycieli.
– Ustawiłeś? – zapytał Artur Andrzeja, dyskretnie wskazując palcem na nadgarstek przyjaciela.
– Jasne! Przecież przebicie dwóch godzin z ostatniego roku byłoby prawdziwym osiągnięciem.
– Można popcorn do tej telenoweli? – zapytała Aneta, nachylając się z tyłu, widocznie nie mogąc się powstrzymać przed dodaniem kilku swoich groszy.
– Tak, ale musi Pani dostać się do recepcji, tam sprzedają. – odparł Andrzej, szczerząc zęby. – A przeciśnięcie się tam może być osiągnięciem większym od słuchania naszej pani dyrektor.
– Ja wiem, kto by się podjął. – szepnęła Natalia, wskazując przed scenę, gdzie Marta bezskutecznie próbowała skłonić Piotrka, by się nachylił. Ten wydawał się nawet tego nie zauważać, słuchając pani dyrektor z uwagą niewiele tylko ustępującą tej, którą wykazywał na lekcjach. Artur był pewien, że jeśli jutro spyta Piotrka, o czym mówiła pani Osecka, ten zapyta tylko: "W której minucie".
– Teraz nie pozostaje mi już nic innego – kontynuowała dyrektorka, której jeszcze pozostało bardzo wiele, zważywszy na stoper Andrzeja w pozycji 47 minut 24 sekundy – jak powitać wszystkich naszych uczniów! To dzięki wam Rivia rozkwita. W szczególności mam zaszczyt powiedzieć, że Piotr Jarzębski z klasy od tego roku siódmej zajął trzecie miejsce w Międzynarodowej Olimpiadzie wiedzy o Teorii Magicznej. Piotrek, wyjdź tu do nas!
Andrzej niemal ze współczuciem spojrzał na Piotrka, który z widocznym ociąganiem skierował się ponownie na schodki. Współczuł koledze nie tylko dlatego, że przyjdzie mu stać teraz przynajmniej 40 minut (czas optymistyczny), aż pani dyrektor wyliczy osiągnięcia wszystkich wybitnych jednostek i poprosi je do wspólnego zdjęcia, ale przede wszystkim dlatego, że nie było chyba szkolnej uroczystości, w której Piotr nie byłby wyszczególniany. A Artur doskonale wiedział, jak ten chłopak tego nienawidzi.
– To właśnie tacy uczniowie jak Piotrek wskazują… – kontynuowała pani dyrektor, ale Artur nie miał najmniejszego zamiaru dowiedzieć się, na co tacy uczniowie wskazują, widząc znacznie ciekawsze zajęcie w postaci planszy "kółka i krzyżyka" podsuwanej mu przez Andrzeja.
– Na koniec – oznajmiła wreszcie dyrektorka, gdy już pokazała całej szkole dwudziestu zdolnych uczniów, przypomniała o Rivskiej tradycji i zrobiła jeszcze kilka rzeczy, których Artur nie słyszał, ogrywając kolegę ósmy raz z rzędu – moim obowiązkiem jest oznajmić, że rok szkolny 2019-2020 uważam za otwarty!
– Godzina 58 minut! – Zawołał Andrzej, zrywając się z miejsca i biegnąc w stronę drzwi. – Widzimy się w kawiarni!

Jak to Hogwart z Polską chciał współpracować

Wiele stron liczy w sobie "Historia Hogwartu", a jednak wśród obszernych rysów pióra pani profesor Bagshot występują liczne luki, niedopowiedzenia. Nie ma z resztą w tym niczego zaskakującego, część historii uległa zamazaniu w pamięci kolejnych pokoleń czarownic i czarodziejów, inne jej odcinki uznała autorka za nieważne, wszak księga i tak już gruba, a próba przedstawienia wszystkich annałów doprowadziłaby prawdopodobnie do tego, że uczniowie pokroju pani Granger nie mieliby już naprawdę czasu na sen, byle zdążyć przeczytać całość powieści w ciągu siedmiu lat edukacji; z resztą obrońcy praw zwierząt natychmiast zawnioskowaliby o zakaz rozprowadzania literatury tych rozmiarów przez sowy – w przekonaniu, że niehumanitarne jest kazać dźwigać żywym stworzeniom takie ciężary. Powszechnie jednak uważa się, że są i takie zdarzenia, które autorka pominęła celowo, a przecież to one odkrywane są często przez ich świadków jako prawdziwą, najciekawszą historię szkoły i jej absolwentów.
Różne opinie krążyły o Minervie McGonagall – o czym z resztą doskonale wiedziała sama zainteresowana. Jedni jej nienawidzili, inni uwielbiali, każdy jednak był przekonany, że to surowa, bezwzględna, choć przy tym bardzo uczciwa nauczycielka. Przyznać tu z drugiej strony należy, że niezależnie od jej prawości czy uczciwości, jakoś nikt Gryfonom opiekunki nie zazdrościł – już chyba lepiej mieć stronniczego Snape’a, który nie przepuści okazji, by dodać tych kilku punktów swym podopiecznym, niż panią profesor, która miała zasłynąć w historii szkoły jako ta, która przez cały okres działania placówki, rok w rok odejmowała swojemu domowi więcej, niż mu dodawała. Niezależnie jednak od tego, bano się jej straszliwie, a marny los tego, kto podjąłby się w jej obecności zrobić cokolwiek stojącego w sprzeczności z regulaminem szkoły. Być może inne byłoby spojrzenie na tę sprawę, gdyby uczniom dane było obserwować profesor transmutacji tego dnia. Niestety albo stety, żaden z uczniów Hogwartu zdarzeń tych nie widział, a więc profesor M na zawsze miała pozostać postrachem Hogwartu.

Historia nasza rozpoczyna się pewnego upalnego dnia. Słońce wisiało jeszcze nisko nad Ziemią, wczesnymi promieniami rozpraszając ostatnie cienie nocy, pierwsi ludzie wychodzili na ulice w pogoni codziennych spraw. Niewiele jednak cudów w roztaczającej się wokół scenerii dostrzegała profesor McGonagall. Nie chodziło tu jednak o to, by nauczycielka nie potrafiła radować się pięknem świata, a raczej o to, że w owej chwili znajdowała się w mało wyjściowym stanie, oględnie rzecz ujmując. Aportowała się w rzece, tak właśnie kończą się niedokładności pokazanych zdjęć. Obecnie, cała mokra, w nadziei, że woda nie przemoczy dokumentów w jej teczce, próbowała wydostać się na ląd, walcząc z własnym odziankiem, uciekającymi jej z rąk przedmiotami i rybkami, które chyba uznały to za całkiem niezły widok. W końcu jako tako oswojona z nietypowymi warunkami, pół leżąc, pół płynąc skierowała się w stronę brzegu, mijając kilka mugolskich łodzi, ale… nic z tym.
– Patrzcie, Sawa! – Krzyczał ktoś, stojąc na nadburciu i machając rękami w jej stronę. Nie wiedziała – z radością czy przerażeniem, nie było to z resztą ważne. Ważne było, by dostać się na brzeg, nim ktoś z czarodziejskiego świata ją zauważy.
Już po chwili, wytrząsając kropelki wody z włosów, stała na lądzie. Upewniwszy się, że nikt nie patrzy w jej stronę – niech błogosławiony będzie ranek, którym wszyscy spieszą się do pracy i na dziwy w stylu kobiety wynurzającej się z wody uwagi nie zwracają – szybkim machnięciem różdżki, wysuszyła się.
Wreszcie miała czas uważniej rozejrzeć się po okolicy. Wszędzie wokół dostrzegała ludzi biegnących za swoimi sprawami, pewnie spieszących do pracy. Po uliczkach sunęły samochody, w dali zajaśniały światła jakiegoś autobusu. Nieco na lewo przez rzekę przerzucony był most, w którego cieniu dostrzegła pomnik trytona. Nie była pewna, w którą stronę powinna się skierować, skoro, aportując się, chybiła. Miała tylko nadzieję, że chociaż miasto się zgadza.
– Nie ma innego sposobu, jak spytać. – Uznała po chwili na mysłu i weszła w jedną z licznych, maleńkich uliczek. Musiała przyznać, że całkiem malowniczo prezentował się ten kraj. Po bokach dostrzegała witryny otwierających się sklepów i restauracji. Na jednej z ławeczek zasiadł grajek i, brzdękając na gitarze, przygotowywał się do występu. Nieco dalej dostrzegła człowieka ubranego w długą, powłuczystą szatę, wyraźnie na coś czekającego. To mogła być jedyna okazja.
– Przepraszam Pana. – Zagadnęła Minerva.
Zatrzymany obdarzył ją długim, przenikliwym spojrzeniem.
– Czy mogę w czymś pomóc? – Zapytał. Chce pani może, bym wyciągnął dla Pani królika z kapelusza?
Miły ten człowiek, bo miły, ale McGonagall była nader uczulona na odchyły od wszelkich zasad. A na pewno odchyłem takim – i to dość znacznym – jest proponowanie pokazów magicznych każdemu napotkanemu człowiekowi. Uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy. Nie była już podziwiającą zagraniczną architekturę Minervą, była profesor McGonagall gotową odjąć punkty każdemu, kto zrobi cokolwiek niezgodnego z prawem – takim czy innym.
– A nie słyszał pan – zapytała ostro – o międzynarodowym kodeksie tajności czarów?
Zapytany spojrzał na nią z dziwnym wyrazem twarzy. Przez chwilę jakby się nad czymś namyślał, a potem wybuchnął:
– A co ja, teraz to mam znać wszystkie prawa i dekrety, wszystkie chore dzienniki ustaw, konstytucyje? – Zapytał. – Nie ja na was głosowałem, to odczepcie się ode mnie i swoje bzdury wygadujcie tam, gdzie chcą was słuchać. To już nawet nie można na ulicy zarobić. – Mamrocząc tak pod nosem, odbiegł, nim oszołomiona Minerva zdążyła go zatrzymać.
– Dziwny jest ten kraj. – Pomyślała, patrząc za zbiegiem.
– Przepraszam, gdzie mogę znaleźć metro? – Zapytała kolejną, pierwszą napotkaną osobę, którą okazał się chłopiec, może w wieku dwunastu lat, który, z plecakiem na plecach, czekał najwyraźniej na autobus.

– A więc tak… – Powtórzył setny z kolei raz Maciej Rewicz, minister, drapiąc się po głowie i przypatrując siedzącej przed nim czarownicy. Wysyła Panią więc ów pan Albus Dumb, Dumbl, coś tam, tak?
– Owszem. – Wycedziła przez zaciśnięte zęby nauczycielka. Wiele widziała dziwactw – prace domowe będące plagiatami, a jakimś cudem zawierające więcej błędów od oryginałów, niezdary zdobywające Wybitne na SUMach, a jednak tym razem jej cierpliwość wystawiona została na dużo większą próbę.
Musiała przyznać, że wiele poznała sposobów ukrywania Ministerstwa Magii. W jej rodzinnym kraju należało spuścić się wraz z wodą w toalecie, tu jednak sprawa była dużo prostsza. Ministerstwo nie było w żaden sposób ukryte – prosta kamienica z napisem ZUS. Jak ją przekonała ochrona, w tym kraju było to lepsze zabezpieczenie, niż wszelkie zaklęcia antymugolskie i iluzje.
W samym ministerstwie spędziła już kilka godzin, co bowiem dziwne, zdawało się, iż nikt nie wie, kto tu rządzi. Oto jednak wreszcie siedziała przed panem Ministrem Rewiczem i zastanawiała, jak to się dzieje, że jeszcze go nie wywalono z posady.
– Doskonale! – Przyklasnął Minister, jakby wreszcie, po powtórzeniu schematu: "zaduma, wypicie łyka herbaty, zapytanie o jakąś bzdurę, wypicie łyka herbaty", wreszcie postanowił się ruszyć i coś zrobić. Bardzo dziękuję profesorowi Dumblodorowicz – tu z trudem profesor McGonagall powstrzymała się od wtrącenia kilku nieprzyzwoitych słów – za zaostrzenie współpracy z naszym państwem, to dla nas zaszczyt pracować z tak wybitną placówką, jak Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Harwardzie. – Otworzył jedną z szuflad biurka.
– Zaraz, zaraz – Wymamrotał do Siebie. – Książka o ogórkach… Podręczny zestaw piromana… O, jest! – Wyciągnął pieczątkę, przykładając ją do jednego z dokumentów.
– Ten dokument zapewnia o mojej przychylności dla Pani sprawy. – Powiedział Minister. – Proszę przekazać go komu trzeba.
– Dziękuję. – Odpowiedziała, nie kryjąc ulgi. – Czy mógłby Pan jeszcze tylko wskazać mi drogę do tej szkoły w Rivii?
– Obawiam się, że nie. – Zmartwił się jej rozmówca. – Nigdy jej nie ukończyłem.
Minerva wstała, bardzo powoli, z krzesła i skierowała się do wyjścia.
– Bardzo Panu dziękuję. – Zawołała na odchodnym.
Już na korytarzu, kojąc swoje nerwy, wyciągnęła otrzymany dokument, by sprawdzić, czy ten człowiek śmiący się nazywać ministrem nie postawił przypadkiem na nim pieczątki ONZ. Oczom nauczycielki ukazały się następujące słowa:
"Drogi Jarku,
Być może wyraziłem się poprzednio nieprecyzyjnie, a więc postaram się tym razem sprawę postawić jasno. Nie wiem nic o żadnym samolocie, nic.
Pozdrawiam cieplutko!"

Jak to było, czyli podejmując wyzwanie

Drabble to opowiadanie na 100 słów – ani jednego mniej, ani jednego więcej. Jedna osoba zaproponowała mi, bym tak się pobawił, a ja przyjąłem wyzwanie.
Przyznam się, że zabawa całkiem przyjemna. 🙂

– Klasyk nad klasyki! – Westchnął, bębniąc palcami po powierzchni biurka. Recepta na każdą banalną powieść przygodową, głupią grę, szablonową bajkę dla dzieciaków. Trzy pierścienie, siedem medalionów, dziewięć diademów…
Ciekawe swoją drogą, Skąd to artystyczne upodobanie w biżuterii? Wydaje się, że obserwujemy wpływ żon na twórców literatury, którzy już nie dawali rady po kolejnym "Kochanie, a może kupisz mi te kolczyki? I tę broszkę? I…"
Czasami, słysząc podobne prośby, zastanawiał się, jak można żyć w domu z taką żmiją.
Żmiją… Zawahał się.
To dość ryzykowne… Ale… Z pewnością niekonwencjonalne… Na to nikt nie wpadł. Nigdy.
– Chodź tu, Nagini! – Wysyczał w mowie węży.

Z kanonu Rivskich opowieści: Gdy nie ma w szkole dzieci, to jesteśmy niegrzeczni

Nic takiego, od, kolejna miniaturka: zwykły wieczór nauczycielski w Rivii.
Raz jeszcze zachęcam do współpracy nad projektem!

Drzwi uchyliły się i do pokoju weszła profesor Czarnecka.
– Dobry wieczór! – Zawołała wyraźnie zmęczonym głosem i usiadła ciężko na najbliższym krześle, odkładając na stole stos książek.
Każdy, kto spojrzał na jej twarz, domyślał się, że ciężki był to dla niej dzień.
– Co się stało, Mario? – Zapytał niski, łysy, ale wesoły przy tym człowieczek – siedzący przy kominku i cierpliwie zakreślający na czerwono stosik prac uczniowskich profesor Wierzbicki.
Pokój nauczycielski Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Rivii był urządzony bardzo przytulnie. Prócz dużego stołu, wokół którego ustawiono wygodne krzesła, wyposażenie uzupełniały regały z dziennikami i książkami, barek z wiadomą zawartością i wesoło trzaskający ogniem kominek ustawiony pod ścianą. Przed kominkiem znajdowało się także kilka staroświeckich, wygodnych foteli, profesor Wierzbicki jednak siedział obecnie w jedynym zajętym. Reszta obecnego grona pedagogicznego zajmowała miejsca przy stole, pogrążona w dyskusji o nauce, uczniach, ich wynikach i plotkach ze szkolnego życia. Teraz jednak, skoro weszła profesor Czarnecka, rozmowy umilkły i wszystkie oczy skierowały się ku niej.
– Darek z trzeciej klasy zamienił ołówek w krowi placek podczas lekcji. – Wyjaśniła wyraźnie zmęczona nauczycielka.
Ryk śmiechu, jaki potoczył się przez pokój, byłby prawdopodobnie słyszany i w uczniowskim internacie, gdyby nie rzucone na drzwi zaklęcia wyciszające. Pióro wypadło z rąk profesora Wierzbickiego, kreśląc za jednym zamachem kilka akapitów, profesor Ossowska postawiła zaś szklankę z herbatą na stole z taką siłą, że napój wyleciał fontanną w górę, zalewając kilka najbliższych osób. Nawet profesor Czarneckiej trzeba przyznać, że wesołe ogniki rozbłysły w oczach.
– Jaki był temat lekcji? – Zapytała profesor Osecka, z trudem próbując zapanować nad wyrazem twarzy. Cóż jednak z tego, skoro jej głos wyraźnie świadczył o obecnym nastroju pani dyrektor – nastroju wyraźnie rozbawionym.
– Wprowadzenie do transmutacji organicznej. – Odparła transmutarzystka.
– Moim zdaniem – zachichotał profesor Wierzbicki – praca pana Dariusza była całkowicie zgodna z poruszanym tematem. Choć trzeba przyznać, że to dość… interesujący pomysł… Może powinniśmy zaproponować takie polecenia Ministerstwu na najbliższych kotach? Zawsze to ciekawsze od obserwowania, jak większość egzaminowanych męczy się nad przywołaniem piórnika, a w trzech na cztery wypadkach kredki pozostają na stoliku, piórnik zaś ma jedną dziurę więcej.
– Pełna zgoda! – Zawołała entuzjastycznie profesor Ossowska. – Ale wyjaw nam, nad czym tak siedzisz, Pawle? Co kazałeś tym biednym uczniom wypisywać? – Zerknęła tu na kolejną pracę przeglądaną przez nauczyciela, na oko liczącą koło dziesięciu stron zapisanych literami tak drobnymi, iż w zdumienie wprawiał fakt zdolności nauczyciela do ich rozczytania bez szkła powiększającego.
– Aaa, to? – Uśmiechnął się profesor. – Nic takiego, magiczne sposoby manipulowania pogodą. Tylko że to praca Piotrka z szóstej.
Na twarzach profesorów pojawił się wyraz zrozumienia. Faktem powszechnie znanym było, że praca Piotrka na dowolny temat będzie czterokrotnie dłuższa od prac innych uczniów i dwukrotnie od dowolnej zakładanej przez nauczyciela długości możliwej.
– No nic. – Zawołał profesor Skrzynecki, podchodząc do barku. – Kto ma ochotę na kremowe piwo?

Z kanonu Rivskich opowieści: transmutacja pozorna

Taka miniaturka, bo naciskają na mnie, by coś napisać. 🙂

– […] Podstawowa różnica między prawdziwą transmutacją jednej formy życia w inną, a przemianą pozorną opiera się na budowie tkanek. Nasze poruszające się kubki nie tyle zyskiwały zdolność życia, co nabywały umiejętność poruszania się. Prawdziwe przekształcenie jednego stworzenia w inne, na przykład żuka w motyla, wymaga dogłębnego zrozumienia tego, co sprawia, że żuk jest żukiem, a motyl motylem. Tym będą się zajmować Ci z was, którzy zdecydują się na specjalizację transmutacyjną i dotrwają do ósmego roku. My jednak tym czasem zastanówmy się, w jaki sposób upozorować, że ten talerzyk nabył umiejętność latania.
Nie było prawdą, że Adriana nie interesowała treść wykładów prowadzonych przez profesor Czarnecką. Starał się słuchać, a czasem nawet coś zanotował. Każdemu, kto go o to pytał, pokazywał swój gruby zeszyt nie wspominając jednak, że jest to zeszyt zgodnie z zasadami oszczędności współdzielony również z kilkoma innymi przedmiotami. Rzecz jednak w tym, iż po prostu zdawał sobie sprawę z faktu, że i tak nie ogarnie, o czym profesor Czarnecka mówi, a do tego miał dużo ciekawsze zajęcia. Po lekcjach zaś uśmiechnie się do Piotrka, który zawsze chętnie odpowiadał na wszelkie pytania.
W tym momencie myślący człowiek zastanawiałby się, dlaczego Adrianowi chciało się tracić wieczór, skoro mógł nauczyć się tu i teraz. Właściwie były trzy przyczyny. Pierwsza to fakt, że chłopaka nie bardzo interesowało kontynuowanie transmutacji po Kotach, a na potrzeby egzaminu musiał umieć zmienić tę głupią szklankę w królika czy tam skowronka, a nie główkować nad tym, czy królik jest szklanką. Druga była znacznie bardziej prozaiczna – o wiele łatwiej było mu się skupić o czwartej po południu, niż o ósmej rano, w dodatku po niemal nieprzespanej nocy. Tak naprawdę jednak chodziło o coś zupełnie innego, bo trzecia przyczyna…
– Łup! – Szyba zawibrowała, gdy trzecia przyczyna objawiła się w całej swojej okazałości.
Przyczyna miała potężną paszczę pełną cienkich, ostrych zębów, parę błoniastych skrzydeł, którymi mogłaby przykryć bez trudu całą powierzchnię okna i ogon dłuższy od Adriana przynajmniej trzykrotnie. Jej grzbiet przecinał rząd ostrych, metalicznych łusek, z pyska zaś dobywał się potężny ryk Spiżobrzucha ukraińskiego. Wszyscy rzucili się do drzwi – wszyscy prócz pani profesor, która wycelowała w zwierzę różdżką i Nikoli, której chyba nawet smok nie mógł przeszkodzić w uzupełnieniu notatek.
– Chodź! – Zawołał Adrian, chwytając Paulinę za rękę i dbając, by znaleźć się z nią w środku uciekającego tłumu – nie na samym przedzie, ale też nie w tyle. Był to jednak środek całkowicie zbyteczny, na korytarzu bowiem wpadli w rwącą rzekę ludzi umykających w popłochu przed ostrymi pazurami i łuskami. Gdy tylko upewnił się, że nikt na niego nie patrzy, dał Pauli znak i zanurkował w splocie ludzkich ciał, usiłując niepostrzeżenie wymknąć się ku najbliższym schodom. Z początku miał nadzieję, że porwie go tam spanikowany tłum, ten jednak skotłował się w korytarzu, pewnie uznając budynek szkoły za miejsce bezpieczniejsze od otwartej przestrzeni wyspy.
* * *
– Wygląda na to, że nie miało żadnego znaczenia, czy to była transmutacja prawdziwa, czy tylko nadanie figurce potraktowanej engorgio zdolności latania. – Zachichotał Adrian, gdy po kolejnym uderzeniu wiosła na horyzoncie pojawiły się pierwsze zabudowania Gdyńskiego portu.