Narodziny Nowego Świata

Wiersz napisany został ponad 40 lat przed wydaniem pierwszej części "Władcy Pierścieni".
Dlatego też po wielu latach Tolkien nadał mu właśnie ten tytuł: "Narodziny Nowego Świata".
Samym przesłaniem tego tekstu miało być obudzenie nadziei u tych, którzy obserwowali dramat rozpoczynającej się wojny.

I stanął Erendil, gdzie się rodzi cień
na srebrzystym brzegu morza,
wśród nocy szczytów i Słonecznych lśnień,
które był mrok pochował.
Jak iskrę jasną miał on łódź
trwającą u piasków samotnych,
aż wierząc, że ogrzeje lód,
odpłynął od ziem zachodnich.
I przebył drogę ostrych skał,
płynąc wśród Słońca blasków,
i przez krainę licznych gwiazd
widzianych, jak na obrazku.
Aż ujrzał wiecznej nocy ląd,
co kres zgarnęła nieba,
gdzie światła żagli ciemny mrok
gwieździsty blask rozwiewa.
liczne był minął statków wraki
i choć nie stracił nadziei,
zatęsknił tam za świtem jasnym
zlęknion, że kres to już Ziemi.
Już czeka, jak rozbłyska dzień
i nocy zmierzch rozprasza,
a serce cieni widzi kres
i uśmiech twarz rozjaśnia.
Tak uciekł wtedy od ziem wschodu,
od tarczy Słońca i Księżyca,
a jego burty blask zachodu
światłem srebrzystym powitał.
I wystrzelił żeglarz z pośród chmur
cieniem spowitych wiecznym,
i wzrokiem objął szczyty gór
skrytych przez mrok bezkresny.
Tak oto Erendil odbił z krain,
co jako pierwszy z żywych widział,
aż horyzont zalśnił pod żaglami
lądem jego dzieciństwa.
I tam usłyszał daleki płacz,
i łez deszcz rzęsisty odczuł,
i spostrzegł, że to świata wrak
spływa do przebytych mroków.
Stanął, gotowy płynąć w dal
ku ziemiom, co ledwo pożegnał,
nie zlękł się już nieba bez gwiazd
ni dróg bez jednego człowieka.
Za Słońcem tęskniąc, u steru trwa,
aż wpłynął na bezdroża nieba,
by w zimnym mroku światło dać
i ogień, co zwie się "nadzieja".

Pieśn Sama – kolejny przekład Tolkienowski

Na ziemiach z za słońca
budzić się może świat,
gdy wśród kwiatów na łąkach
zięby nucą o snach;
a wody lśnią czyste,
wiatr śpiewa w konarach,
zaś gwiazdy przejrzyste
klejnotem biel okala.

Lecz inny droga kładła kres,
ciemność mnie pochowała
pod twardym murem licznych wież,
gdzie góry ostra skała.
Na niebie Słońce rozprasza cień
i gwiazdy nadzieje niosą.
Ja więc nie powiem, że przeminął dzień,
ni "żegnam" nie powiem niebiosom.

Opowieści Kanterberyjskie (fragment w przekładzie własnym)

Dobry wieczór.
Dziś przychodzę do was z czymś, co jest chyba najtrudniejszym przekładem z angielskiego, jakiego się podjąłem.
"Opowieści Kanterberyjskie" wyszły spod pióra Chaucera w XIV wieku.
W dużym skrócie, opowiadają one o pielgrzymce do tytułowego Kanterbery i o historiach pielgrzymów.
Pierwszą ich część stanowi tak zwany prolog ogólny (General Prologue), którego fragment przełożyłem na język polski.

Początkowo chciałem dokonać przekładu całego prologu, ale…
To, co wam pokaże, powstało jednego dnia, a później, gdy siadałem do tego przekładu, zabrakło mi kompletnie weny.
Głównie dlatego, że opowieści są ponoć przetłumaczone już. I choć nie widziałem tego przekładu, jest to w pewnym sensie odkrywanie koła na nowo.
Co prawda przekład polski jest oparty o tekst angielski współczesny, a nie oryginalny średnioangielski, ale pewnie niewielka ta różnica.
Siadając do tłumaczenia, a było to już z miesiąc temu jeśli nie więcej, chciałem sprawdzić czy podołam z tak starodawną formą języka. Podołałem, co mnie bardzo uradowało, całość przekładu, który wam pokaże, powstała w oparciu o tekst oryginalny bez posiłkowania się współczesną angielską reedycją, której jeszcze nie widziałem prawdę mówiąc.

Z drugiej strony, w powrocie do przekładu nie ukrywam przeszkadzała świadomość, że i tak prawdopodobnie nikogo nie zaciekawię. 😀
Mimo wszystko, tych przełożonych 286 wersów, około jednej trzeciej prologu, nie żałuję.
I może jednak kogoś nimi zainteresuję.

Za nieregularną długość wersów przepraszam, ale chciałem w nich zachować dokładną treść oryginalną, a więc wers powiedzmy setny przekładu zawiera dokładnie to samo, co oryginalny wers setny.
Oczywiście, nie jest to przekład dosłowny, zrymowałem go, jak również idiomy i podobne określenia spolszczyłem, ale jest tak bliski oryginałowi, jakim tylko potrafiłem go uczynić.
Mam nadzieję, że mimo moich podejrzeń, kogoś zaciekawi. 🙂

Gdy kwietniem pierwsze deszcze wiosenne
korzeniom po suszach marca przyniosą ożeźwienie,
każdą rzyłę skraplając ożywczym strumieniem,
by świat rozkwitnął zielonym kwieciem;
i gdy Zefir swym oddechem słodkim
napełnił wrzosowe gaje i łąki,
a Słońce przez świeże pędy kwiatów
młody świat podziwia w pół drogi do barana znaku,
gdy lasami melodia piskląt ptasich rozbrzmiewa,
których powieka nawet nocą nie zawiera;
wtedy ludzie przejęci, jak piękna natura,
pielgrzymką wyruszają dziękować za jej cuda;
wędrują z palmami zielonymi w rękach
do świątyń sławnych znanych w dalekich ziemiach.
tedy też właśnie z całej okolicy
do Kanterbery wędrują Anglicy,
hołd pragnąc złożyć męczennikowi,
który wstawił się za nimi, uzdrowił z choroby.
I zdarzyło się taką właśnie porą,
gdy w Tabardzie odpoczywałem przed daleką drogą,
nim pobożnie wyruszę
do Kanterbery w podróże,
o zmroku zjawiło się w tej gospodzie
dwadzieścia dziewięć osób, by wspomóc mnie w drodze.
bo, jak już wkrótce się okazało,
każde z nas na pielgrzymkę się wybierało,
by odwiedzić Kanterberyjski klasztor.
W pokojach ni stajniach nie było ciasno,
toteż przyjemnie czas przy wieczerzy nam mijał
i wkrótce gdy Słońce na zachód się jęło przechylać,
zapytałem się z nich każdego,
pytając, czy przyjmą mnie do towarzystwa swego;
postanowiliśmy wstać wcześnie, aby skoro świt
zebrać się i wyruszyć w podróż póki staje sił.
Lecz skoro nie braknie mi czasu ni miejsca,
nim snuć opowieść zacznę o tych zdarzeniach,
rozum podpowiada, że tutaj trzeba
opowiedzieć o każdym, kto ze mną świat zwiedzał,
Jacy w pierwszej chwili mi się wydali,
kim oni byli, jakie zaszczyty piastowali,
a nawet jaką mieli szatę;
Od rycerza przeto zacznę.
Był z nami rycerz, uczciwy i prawy,
co odkąd przez świat tylko był poznany,
fach swój kochając, przemierzał ląd cały,
honorowy, szczery, wolny i wytrwały.
U boku swego pana godnie stawał w walce,
a świata widział więcej, niźli nam jest znane,
poznał pogańskie i chrześcijańskie lądy,
a wszędzie za godność swoją był chwalony.
W zwycięzkim boju walczył w Aleksandrii,
do uczty odtąd zasiadał u boku władcy,
I w Prusach bywał, za naród wojował,
Na Łotwie i nawet w Rosyjskich włościach,
Niewielu Chrześcijan takich, jak on znajdziesz,
w oblężeniu brał udział nawet na Granadzie,
Pod Algezirem i nawet w Belmarii,
walczył pod Lejiszem i w dalekiej Satalii,
zwyciężał on wszędzie, a za środkowym morzem:
bywał goszczony na nie jednym dworze.
W śmiertelnych bojach piętnaście stawał razy,
nawet w Tramisenie dzielnie bronił wiary,
trzy razy w szrankach nieprzyjaciół zwyciężył.
Także ten sam rycerz świetny,
na dworze Palacji kiedyś też bywał,
bo przeciw Turkom wybuchła tam bitwa:
a gdzie tylko wojował, tam zwyciężał w sławie.
Lecz choć silny i dzielny, roztropny był także,
a przy tym skromny jak panienka.
Nigdy niczego złego nie powiedział,
i odkąd się narodził właśnie tak wciąż żył.
Prawdziwie wzorem rycerstwa był.
Lecz teraz opowiedzieć mi trzeba i o stroju,
skromnie był ubrany, choć na szlachetnym koniu.
Prostego kroju lniana jego tunika,
przez zbroję odbarwiona i plamami spowita;
ledwie bowiem powrócił z ostatniej podróży,
gdy do Kanterbery na pielgrzymkę wyruszył.
Jako giermek syn jego mu służył,
śmiały kawaler i kochanek czuły,
loki miał zakręcone jakby gniecione pod tłokiem,
dwadzieścia lat miał prawie, po twarzy tak sądzę.
Co do postury, z wzrostu był przeciętny,
lecz niezwykle agtywny, zwinny i mocą potężny,
Czasem przyłączał się do konnej jazdy,
bywał we Flandrii, w Artois i Pikardii,
mimo wzrostu marnego, zbudowan był świetnie,
wciąż pieszcząc nadzieję, że wygra pani swej serce.
Niemal jak łąka był wyhaftowany,
cały w kwiatach czerwonych był i w kwiatach białych.
Śpiewać lub gwizdać całymi dniami chciał,
był świeży i ciepły – taki, jaki jest maj.
Szata jego krótka, rękawy szerokie,
by mógł na koń wskoczyć i zaraz ruszać w drogę.
Piosenki komponował i wiersze zawijał,
tańczył, rysował i powieści pisywał.
Tak bardzo to kochał, że gdy noc szeptała,
on wstawał skoro piosnka słowika rozbrzmiała.
Uprzejmy był i zdolny, skromny i pomocny,
dania przy stole zawsze swemu ojcu kroił.
Rycerz ze sobą wziął straży dowódcę,
w domu zaś prócz niego zostawił całą służbę,
gwardzista nosił płaszcz z zielonym kapturem,
a kołczan pełen strzał ostrych, każda z pawim piórem,
zawsze trzymał u pasa i dbał onie bardzo,
patrząc na niego nie wątpiłeś, że dowodzi gwardią:
piórom się odchylić z drzewca o cal nie pozwolił,
łuk w ręku zaś dzierżył gestem w bojach wprawionym.
Włosy krótkie lśniły nad ogorzałą twarzą,
która z niebezpieczeństw wielu wyszła cało.
Po ramiona na rękach nosił rękawice,
a u boku miecz w pochwie jako i egidę.
Nie rozstawał się nigdy też ze sztyletem swoim,
który jak grot ostry blaski świetlne rodził.
zawsze świętego Krzysztofa obraz miał na piersi,
a do pasa przypinał róg zdobiony, żołnierski;
człowiekiem był widać w lasach doświadczonym.
Była także mniszka, przeorysza w zakonie,
która nas zawsze darzyła uśmiechem skromnym,
a przysięgę złożyła świętemu Eligiuszowi,
mówiono na nią panii Eglantyna.
Wspaniale Boga śpiewem swym chwaliła,
w intonacji nosowej głos jej brzmiał pięknie;
nawet w języku francuzkim mówić umiała biegle,
choć słowa wymawiała za stratfordzką szkołą,
bo nie poznała się nigdy z paryską wymową.
Przy stole nie gorzej znała etykietę,
nie zdarzyło się nigdy, by z ust wypadło jej jedzenie,
palców do sosu nigdy nie wkładała,
lecz ostrożnie na talerzu żywność układała,
by nic na pierś jej nie upadło.
Dworskie maniery sprawiały jej radość,
jej górna warga zawsze była czysta,
a na jej kubku ni jedna plamka lśniła,
gdy razem z nami wina kosztowała.
Po jadło zawsze z wdzięcznością sięgała.
Wszelkie aktywności uprawiać lubiła,
dla nas zaś miła i uprzejma była.
Dworskim zwyczajom przyklaskiwała,
i gdy tylko mogła, sama się ich trzymała,
Godnie nosiła tytuł wielebnej,
powiedzieć trzeba lecz także, że miała wielkie serce.
Tak miłosierna i troskliwa była,
że wzruszyć ją do łez i myszka potrafiła,
która złapana w pułapce nieżywa leżała.
Kilka małych piesków także mniszka miała,
mięsem, chlebem i mlekiem zawsze je karmiła,
a gdy jeden z nih zginął, całe się dnie smuciła,
lub gdy ludzie kijami pogonili je wściekle,
serce jej pękało i płakała rzewnie.
Schludny zawsze był jej czepiec zakonny,
jej nos był cienki, jak szkło szare jej oczy,
jej usta były małe, pełne i czerwone,
zaś nad nimi czoło dumne i szerokie;
na pięć wysokie, mogę przysiąc,
bo panną nie była ona niską.
Płaszcz nosiła, jak pamiętam, zdobiony kunsztownie,
na ramieniu różaniec w koraliki drobne,
sznur paciorków zielenią oplecionych,
za którym skrzy się krzyżyk złoty,
na którym litera "A" koroną zwieńczona
przechodzi w grawerunek: Amor Vincit Omnia.
Kilkoro towarzyszy ze sobą mniszka miała,
trzech księży i siostrę, co jako prawa ręka jej usługiwała.
Był wśród nich też mnich, choć od wszystkich inny,
jeździec, choć z pasji zapalony myśliwy,
opatem mógłby zostać, gdyby tylko zechciał,
w jego stajniach koni rasa gościła najprzedniejsza:
gdy na nich pędził, uprząż z dala słyszana
dzwoniła na wietrze i czysto dźwięczała,
głośna jak dzwon z kaplicy klasztornej
zakonu, w którym mnich ów był przeorem.
Że Benedykta i Maurycego prawo
surowe było i się zestarzało,
tedy mnich ów pozwolił mu już odejść,
nowego świata przestrzegając porządek.
Nieoskubanej kury nie dałby nikomu,
kto twierdzi, że świętemu nie przystoi łowów;
albo że mnich, co nie żyje w klasztorze,
jest niczym ryba, co porzuca morze;
I mawiał publicznie, że takie gadanie
nawet jednej ostrygi nie jest warte.
A ja się zgadzam z tym, co mówił.
Czemu jak szaleniec miałby wciąż się uczyć,
ślęczeć w klasztorze nad księgami grubymi?
Lub w znoju ciężko pracować rękami swymi,
jak chce Augustyn? Jak tu świat kształtować?
Niech sobie Augustyn swą pracę zachowa.
Tak więc mnich na koniu gnał dniami i nocami.
Harty miał szybkie, niczym w locie ptaki,
pędził więc i zające gonił,
to była miłość, której za żadną cenę by nie odstąpił,
Jego rękawy na dłoniach futerkiem był ozdobił,
drobnym, szarym futrem, w kraju nad inne drogim;
ponadto, by kaptur pod brodą zapinać,
ze szczerego złota na kapturze lśni spinka:
a na jej główce ozdobnych wstążek splot.
Głowę miał łysą, lśniącą jak szkło,
twarz gładką, jakby ledwo namaszczoną.
Posturę dobrze wyżywioną.
Oczami wciąż zerkał żywo do koła,
a płomień w nich lśnił jak w ogniu spod kotła;
buty miał miękkie, szlachetnego rumaka.
Do prawdy nadawał się on na prałata:
Nie był on blady, jak dusza męczona.
W pieczystym z łabędzia mięsiwie się smakował.
A rumak jego był jak jagoda szary.
Był też zakonnik, wesoły i żwawy,
kwestarz, człowiek wielce szanowny.
Nie znajdziesz między wszystkie cztery zakony
drugiego, co w mowie jak on byłby gładki.
Nie jedną panienkę był on wyposażył,
za własne pieniądze męża dla niej znalazł.
Zakonu swojego rolę pełnił posłańca,
przez wszystkich wokół bardzo był lubiany,
tak szlachtę, księży, chłopstwo i mieszczany,
i przez panny, co w jego mieście żyły:
bo spowiednikiem był zawsze cierpliwym.
Właśnie dlatego, jak z słów jego wynika,
w zakonie swym rolę pełnił spowiednika.
Ludu słuchał zawsze spokojnie i cierpliwie,
cierpliwie też rozgrzeszał i nie straszył przy tym.
Pokuty zawsze wymierzał wyrozumiale,
wiedział, jak na życia drogi przyprowadzić prawe;
starczy, by ludzie majątkiem z zakonem się dzielili,
to znakiem jest najlepszym, że z grzechu wyzwoleni byli.
Gdy kto coś braciom z zakonu darował,
on nie wahał się przyjąć tego i rozgrzeszenia darować.
W spowiedzi nie rzecz w tym, by pokuta ciężarem była,
ale by bólem serce nauczyła.
Miast modlitwy, mawiał, lepszym będzie znakiem,
gdy kto srebro daruje zakonowi w darze.
W pelerynie noże zawsze trzymał,
i spinki, gdyby ich młoda potrzebowała dziewczyna.
Na jego twarzy uśmiech gościł ciągle,
a towarzyszy bawił, śpiewając im w drodze.
Nie jedną nagrodę na chórach wygrywał,
gardło jego białe było niczym lilia;
silny był jak każdy zwycięzca.
W mieście znana mu każda tawerna,
każdy właściciel i każda gospodyni –
lepiej niż żebracy, trendowaci i grzesznicy.
Do takich, jak sądził, człowiek jak on godny,
zbliżyć się nie może, zbyt na to szanowny,
chorych i biednych przeto unikał.
Korzyści żadnej w tej kwestii nie widział,
by z ubogimi miał się przyjaźnić;
on widziany był z bogatymi kupcami.
I zasadniczo, gdziekolwiek ślad dostrzegł pieniądza,
tam uprzejmy był i miły w ludzkich oczach.
Nie znajdziesz jak on drugiego cnotliwego,
żebrakiem był najprzedniejszym zakonu swojego;
i pieniędzy zawsze najwięcej przynosił,
żaden z braci jak on nie umiał zarobić.
I nawet gdy butów wdowa nie miała,
gdy "in principio" on rękę podawał,
nim odszedł, zawsze pieniądz był dostał.
i sam wziął część sobie, resztę do zakonu zaś oddał.
Flirtować potrafił jak każdy młodzieniec.
Mediatorem w sporach był zawsze najprzedniejszym.
Ubrany nigdy nie był jak zwykły klasztornik,
w wyświechtane szaty jak uczony ubogi,
ale się nosił jak papierz bądź władca.
Podwójnie szyta była jego kapa,
jak dzwon zaokrąglona, wyprasowana zawsze.
Swawolnie zwykł także seplenić on stale,
by angielskie słowa wymawiać delikatniej;
a gdy zaśpiewał kiedy przy harfie,
oczami mrugał nieustannie dokoła,
jaśniejąc, jak gwiazda na niebie z wieczora.
Szanowny ten zakonnik nazywał się Hubert.
O brodzie rozwidlonej był też z nami kupiec,
w pstrokatych ubraniach wysoko siedział na koniu,
flamancki kapelusz nosił zawsze na głowie;
buty zapinał starannie i elegancko.
Swoje opinie wyrażał uroczyście bardzo,
o czasach, gdy mu się wiodło mówił, nie zaś gdy interes szedł słabo.
Chciał, by chroniono morze na koszta nie bacząc,
by żeglować z Middleborga po Orwel móc bezpiecznie.
Znał dobrze zagranicznych walut wycenę,
i sprytu mu nigdy także nie ubyło;
że w długach klienci nigdy o nim nie pomyślą,
tak dobrze opanował on kupiecki fach,
na pożyczkach, zakupach i akcjach się znał.
I, rzeczywiście, człowiekiem był szanowanym bardzo,
ale, by rzec prawdę, umknęło mi jego miano.

Ostatni Statek (autorskie tłumaczenie)

Przychodzę do was z kolejnym tolkienowskim przekładem, tym razem na celownik wziąłem wiersz "The Last Ship", czyli "Ostatni Statek".
Mam nadzieję, że tłumaczenie jakoś mi wyszło, zapraszam do czytania i komentowania. 🙂

Firiel zbudziła się gdy Księżyc wciąż trwał,
choć szarość nocy zorze rozjaśniały,
a w dali pierwszy kogut piał
i ptaki poranek witały.

Wśród ciemnych drzew blado wstawał świt
witany przez ćwierki i pieśni,
a liść, co się rosą skrzył,
wiatr lekko dotykiem swym pieścił.

Widziała, jak Słoneczny blask
powoli z za wzgórz się wychylał,
a morzem liści i wyspą traw
świat o świcie rozbłyskał.

Przebiegła prędko przez dom cichy,
po schodach aż na ganek,
i źdźbła gładząc, dotykając liści,
tańcem witała poranek.

Jak klejnot rosa się skrzy na sukience,
gdy zbiega ku rzece w dole,
i opierając się na starej wierzbie,
na wody patrzy zamglone.

Zimorodek do rzeki jak kamień spadł,
a woda wesoło zapluskała,
pośród trzcin zaszeleścił wiatr
i lilia zamigotała.

I nagle z dali nadleciał głos,
gdy stała zauroczona,
a kroplami wody lśnił jej włos
i spływał na ramiona.

Grały w dali flety i dźwięczały lutnie,
i śpiew zamorski rzeka niosła,
jakby wiatr młody na powietrznej strunie
sam jeden witał blask Słońca.

Statek o wiosłach błyszczących złotem,
jak biały ptak przez rzekę frunie,
Rozbija fale łabędzim dziobem,
a woda rozpryska na rufie.

Na statku przybysze z elfich ziem
przy wiosłach licznych trwali,
a złotą skrą na skroniach trzech
korony rozbłyskały.

Na harfach grając śpiewali pieśń,
gdy wiosła się kołysały:
"o złotych liściach i trawy źdźble,
wśród których ptaki śpiewały."

"Wiele jeszcze razy Słońce wstanie złote
i zajaśnieje dzień nad Ziemią,
wiele jeszcze razy zakwitną kwiaty na wiosnę,
nim zima spowieli świat bielą."

"Więc dokąd zmierzacie, powiedzcież, żeglarze!
Czy w dół płyniecie rzeki?
Czy tam, gdzie bory się kryją stare,
ukryte dla śmiertelnych?

Czy ku północnych wysp wybrzeżom
na skrzydłach lecicie łabędzich,
gdzie jeno zimne fale ku brzegom
niosą dalekie krzyki mewy?"

"Nie. " – odparli. – jeszcze w dal:
poprzez morza szerokie,
z Szarej Przystani poniesie nas wiatr
na ziemie każdemu z nas drogie.

Tam elfów dawny stoi dom,
tam białe drzewo kwitnie,
Tam gwiazda nad morzem rozświetla mrok,
tam troska i smutek niknie.

Pożegnać nam czas śmiertelnych ląd,
opuścić kraje Śródziemia,
bo w elfim domu dzwonu głos
z najwyższej wieży rozbrzmiewa.

Tu trawa więdnie, liście opadają,
zew morza do powrotu nas wzywa,
bo Księżyc i Słońce kiedyś zgasną,
mrokiem powlecze się kraina."

Żeglarze swą wstrzymali pieśń,
"Córko Ziemi, czy słyszysz wezwanie?
Firiel! popłyń z nami do dalekich Ziem,
gdzie światła nigdy nie braknie.

Możemy ciebie zabrać z sobą,
lecz spiesz się, bo czas mija,
ostatni raz powtarzam, chodź,
dziewico jak elf urodziwa."

Firiel spojrzała na brzeg rzeki,
jeden krok postąpiła,
gdy stopy jej zapadły się,
niepewnie się odwróciła.

Powoli przepłynął elfi statek
i tylko szept pozostał,
"Nie mogę przyjść!" – dosłyszeli żeglarze,
"bo z Ziemi jestem zrodzona."

Już żaden klejnot nie zdobił sukienki,
gdy wracała przez cichy las,
aż stanęła u swoich drzwi ciemnych,
w cieniu zwykłego domu ścian.

Suknię fartuchem zastąpiła,
długie swe włosy związała,
do prac codziennych powróciła,
nim noc dnia nie pożegnała.

I płynie tak za rokiem rok,
a woda rzekami spływa.
Raz w Słońca blask, raz w nocy mrok,
zaszumi wierzba i trzcina.

I nigdy odtąd nie widziano
łabędzich statków na morzach;
historie dawne zapomniano,
a pieśni straciły swe słowa.

Ostatnia pieśń Bilba

Dzisiaj przychodzę do was z kolejnym tłumaczeniem – tekstu, który dotąd nie był nigdzie tłumaczony lirycznie mimo, iż wierszem jest.
Dziełem tym jest pożegnanie Bilba wygłoszone w Szarej Przystani.
W pierwszym wydaniu "Władcy Pierścieni", na którym bazuje polski przekład, pieśń nie została załączona, Tolkien napisał ją dopiero po premierze i umieścił w poprawionym wydaniu. Niestety, jak już wspomniałem, polskie przekłady bazują na wersji pierwotnej.
Tak sobie myślę, że ten wiersz nie jest, a raczej nie tylko jest pożegnaniem Bilba z przyjaciółmi, to swoiste pożegnanie autora z czytelnikiem na zakończenie trylogii.
Jak zwykle zapraszam was do dzielenia się własnymi interpretacjami.
Mam nadzieję, że przekład jakoś wyszedł, starałem się. 😀
Miłej lektury!

Dzień się kończy i mrok świat spowija,
lecz podróż daleka wciąż przede mną czeka,
Żegnajcie, przyjaciele, to morze mnie wzywa,
już cumy spuszczone, wiatr żagle owiewa…
Piana się bieli wśród fal szarej wody,
a droga wiedzie daleko poza zachód Słońca.
Bo piana jest solą, wiatr szepcze o wolności.
Na tym morskim brzegu kończy się przygoda.
Żagle są podniesione, żegnajcie, przyjaciele,
wiatr wschodni nas niesie ku dalekim ziemiom.
Hen za horyzontem kładą się me cienie,
a niebo błękitne dzieli się nadzieją,
bo istnieją wyspy, co leżą za Słońcem,
gdzie historie się snują o latach minionych;
na zachód od zachodu krainy leżące,
tam noc jest cicha, tam sen jest spokojny.
Samotna gwiazda wskazuje nam drogę,
za szarą przystań, gdzie kończy się historia,
tam znajdę niebiosa sprawiedliwe i wolne,
i pełne światła gwieździstego morza.
Na statku raz ostatni w drodze z zachodem Słońca,
gdzie pola i góry rozbrzmiewają pieśnią.
Żegnaj, Śródziemie, opowieść dobiegła końca.
widzę gwiazdę, co nas poprowadzi ku dalekim Ziemiom!

Czy jestem płatkiem śniegu? (Am I the falling snow?)

Nigdy wcześniej nie zwróciłem większej uwagi na ten utwór.
Wiadomo, znałem, słyszałem nie raz, nawet nad interpretacją się zastanawiałem, ale jakoś nigdy na dłużej się przy nim nie zatrzymałem.
Do dzisiaj.
Elanor napisała na Twitterze wpis, który mi jakoś o tej piosence przypomniał.

Napisała, cytat:
To straszne, kiedy po latach odwiedzasz miejsce, które kiedyś wiele dla ciebie znaczyło i nagle odkrywasz, że już zupełnie tam nie pasujesz, nie jesteś jego częścią. Te same twarze, te same głosy, nawet zapach ten sam… ale czujesz się niemal jak intruz.

Jakoś po przeczytaniu tego pomyślałem o utworze Am I the Falling Snow.

W myśl mojej nowej niepisanej i niekoniecznie wcześniej rozważanej zasady, że utwory ENyi wymagają z mojej strony napisania interpretacji dogłębnej, postaram się wam nakreślić troszkę moje przemyślenia z nim związane.

Co jest faktem?
Już kilka razy pisałem, że sposób, w jaki tworzy swoją lirykę ENya, jest dość charakterystyczny.
Mamy jedną sytuację, jeden obraz, a do niego dołączoną symbolikę, wspomnienia.
W China Roses był to zachód Słońca porównany do refleksji o trwaniu i przemijaniu, pięknie i melancholii.
W Exile, bodaj najpiękniejszym moim zdaniem z przepięknych utworów Enyi, mieliśmy wizję statku na oceanie, zagubionego wśród fal.
W Evening Falls obraz wieczoru, gdy marzenia senne pokrywają się ze wspomnieniami i zabierają nas do świata, który już nie istnieje.
I tak dalej.

W Am I the falling Snow obrazy są jednak dwa.
A może to jeden i ten sam obraz, choć w dwóch ujęciach, osobiście tak sądzę, ale, do interpretacji przejdziemy za chwilę, najpierw kilka faktów bez głębszych refleksji.

Cechą wspólną tych obrazów jest zimowa noc, w której na ziemię z wolna opadają płatki śniegu. Odbija się w nich niebo, tworząc swoistą grę cieni i świateł.
Na pierwszym obrazie wszystko to dzieje się za oknem, na którym opadające płatki osadzają się, tworzą taflę, przez którą możemy obserwować oblany bielą świat zimowy.
Jest noc. Jedynym źródłem światła, prócz gwiazd i księżyca, jest rozmigotany, biegający po ścianach blask jednej świecy.
Drugi obraz to poszukiwanie domu.
Znów mamy śnieżną zawieruchę, obraz piękny i przerażający. Jedna postać trzyma tę samą świecę.
Błądzi, szukając domu, którego nie może odnaleźć w tej nawałnicy.
Szuka, choć dawno straciła nadzieję.

Cytat:
"Czasem myślę, że też opadam,
Domu próbując szukać bez nadziei,
Bezszelestnie, w ciszy świata,
Noc rozświetlając blaskiem jednej świecy."

Ale próba zrozumienia poezji, dobrej poezji, bez potrzeby refleksji nad znaczeniami, podążenia śladem uczuć i obrazów autora, jest jak próba opisania koła na kwadracie bez narysowania tego kwadratu.
Trzeba więc puścić wodzę wyobraźni.

Każdy, kto zna biografię Enyi, prawdopodobnie do tego momentu sobie ten utwór już z nią skojarzył.
Ośmioro rodzeństwa, Enya opuszczająca rodzinę, czując się tam traktowana jak dodatek, szukająca własnego szlaku.
Nie będę tutaj wspominał tego okresu jej życia, bo po pierwsze, nie jestem w kategorii Enyi życiorysu specjalistą, a po drugie, zrobiła to już Angelika w opowiadaniu na swoim blogu pod tytułem Enya, zainteresowanych więc tam zapraszam.

Nie jest to jednak jedyna interpretacja Am I the falling snow. Powiem więcej, jest to nadal bardzo powierzchowna interpretacja.

Możemy pójść dalej.
Snucie swojej historii ENya, tak, będę nazywał podmiot liryczny imieniem autora, bo sądzę, że jest tu wydatne utożsamienie.
No więc Enya zaczyna swoją historię tak, wedle mojego przekładu:

Cytat:
"Dziś wspominam te bezsenne noce,
Gdy czytaliśmy przy blasku świec.
A liniami białymi na naszym oknie,
Nowego świata obrazy kreślił śnieg."

Mamy tu wspomnienie Enyi z kimś innym czytającej książkę pewnej nocy, której spadł śnieg.
Kilka wersów dalej słyszymy zaś:
Cytat:
"A cisza trwającej wokół zimowej nocy,
Przypomina mi noc tamtą i księżyc błękitny,
Obraz tak dawny, a wciąż w pamięci ostry,
Blask z nieba na śniegu odbity."

Jeśli pozostać przy takim spojrzeniu na utwór Am I the Falling Snow, jest to pewne powtórzenie myśli z utworu "Evening Falls".
Wspomnienia, tęsknoty za kimś, kto odszedł.
Nie wiadomo czy już nie żyje, czy odszedł w znaczeniu dosłownym, opuścił nas. A może wspomnienie kontaktu, który zanikł.
O ile w "Evening Falls" tłem, na którym ból wspomnień opisała Enya były marzenia senne, tutaj swoją opowieść rzutuje na opadającym śniegu.
Tęskni za kimś tak bardzo, że mówi, że szuka domu bez nadziei.
I przy takiej interpretacji tego utworu pozostawałem do dziś.
Dzisiaj jednak, wczytując się w tekst, głowiąc się nad kolejnymi wersami i ich znaczeniami, zrewidowałem swoją opinię o przesłaniu tego tekstu.

O ile dwie powyższe interpretacje są dość oczywiste po chwili refleksji, choć oczywiście mogą być błędne, wydają się bardzo prawdopodobne.
To, o czym napiszę teraz, no cóż, wydaje mi się słuszne, ale możecie się ze mną naturalnie nie zgodzić.

Cytat:
"Dziś wspominam te bezsenne noce,
Gdy czytaliśmy przy blasku świec."

Chwila, chwila. Czy książki czyta się wspólnie?
Zjawisko występuje, ale. Rzadko.
Raczej, jak coś czytamy, to osobno. Nie mówię tu o audiobookach.
My, niewidomi, naturalną koleją rzeczy nie możemy czytać wspólnie jednej strony w brajlu, co najwyżej możemy drugiej osobie czytać na głos.
Wspólne odczytywanie dla widzących jest prostsze, ale oni napotykają inne przeszkody.
Każdy czyta innym tempem, pochyla się nad czymś innym.
Tak więc, raczej nie czyta się wspólnie książek.
Zastanówmy się więc, kiedy, w jakim razie można czytać książki.
Rodzice, rodzeństwo, rodzina czytają do snu bajki.
Kiedy dziecko jeszcze nie posiadło sztuki czytania, przecież czyta się historie na dobranoc.
A wtedy dziecko takie widzi inny świat, świat wyobrażeń, kreacji płynących z fantazji.
Dla takiego dziecka naprawdę śnieg tworzy nowy świat, coś nowego.

Cytat:
"A liniami białymi na naszym oknie,
Nowego świata obrazy kreślił śnieg."

Rozwijając tą myśl dalej.
Enya kilka razy powtarza, że przypomina sobie słowa, że jest płatkiem śniegu.
I to kojarzy mi się z czymś, co możemy usłyszeć jako dzieci.
Cytat:
"Jak dawniej, jedna tylko świeca
Mówi mi, że jestem opadającym płatkiem śniegu."

Idąc tym tropem dalej, co moim zdaniem potwierdza hipotezę o pewnym zachwycie nowym, pięknym, ale wciąż tajemniczym światem.

Cytat:
"Miliony piór opadających z nieba,
Miliony gwiazd dotykających ziemi,
Tak wiele tajemnic w bieli bezkresach…"

Ostatnie, czym poprę moją tezę, jest wyobrażenie świata.
W taki sposób może wypowiadać się osoba bardzo wrażliwa, a Enya z pewnością do osób wrażliwych na przyrodę należy.
Ale charakteryzuje to przede wszystkim dziecko, które dostrzega nowe zjawisko, odbicie na śniegu.

Cytat:
"A cisza trwającej wokół zimowej nocy,
Przypomina mi noc tamtą i księżyc błękitny,
Obraz tak dawny, a wciąż w pamięci ostry,
Blask z nieba na śniegu odbity."

Tak więc, zaryzykuję tezę interpretacyjną następującą.
Utwór Am I the Fallling Snow opowiada o wspomnieniach z dzieciństwa, pierwszym zachwycie nad światem, który dopiero odkrywamy. Klimat jednej świecy rozświetlającej pokój, gdy za oknem w nocy padał śnieg był przeżyciem, jakie utkwiło w pamięci Enyi na zawsze.
Główną myślą wyrażoną w tej piosence jest tęsknota za dzieciństwem i próba odnalezienia w sobie tego, kim byliśmy dawniej, próba znalezienia w nas dzieci, które wciąż przecież żyją w głębi naszych umysłów.

Ciekaw jestem czy zgadzacie się z taką interpretacją.
Czekam oczywiście na komentarze, a poniżej, jak zawsze, autorskie tłumaczenie.
Swoją drogą, pierwsze utwory Enyi, jakie wrzucałem, były opatrzone raczej krótką wzmianką znaczeniową, bez tak głębokiej interpretacji, jak te, które umieszczam ostatnio.
Stąd pytanie do was.
Czy was takie refleksje interesują i czy chcielibyście poczytać więcej?
Dlaczego pytam. Rozważam napisanie interpretacji do utworów, do jakich tych interpretacji szerokich zabrakło.
Są to przede wszystkim "May it be" oraz "Exile".
No i oczywiście ciekaw jestem wszelkich waszych opinii dotyczących zarówno tekstu, interpretacji, jak i tłumaczenia. 🙂
Z nadzieją zobaczenia jakichś komentarzy, których, prawdę mówiąc pod moimi interpretacjami, często nie widuję, życzę miłej lektury i dobrej nocy. 🙂

Dziś wspominam te bezsenne noce,
Gdy czytaliśmy przy blasku świec.
A liniami białymi na naszym oknie,
Nowego świata obrazy kreślił śnieg.

Miliony piór opadających z nieba,
Miliony gwiazd dotykających ziemi,
Tak wiele tajemnic w bieli bezkresach,
Mówi mi, że jestem, jak rozwiane śniegi.

Czasem myślę, że też opadam,
Domu próbując szukać bez nadziei,
Bezszelestnie, w milczeniu świata,
Noc rozświetlając blaskiem jednej świeczki.

A cisza trwającej wokół zimowej nocy,
Przypomina mi noc tamtą i księżyc błękitny,
Obraz tak dawny, a wciąż w pamięci ostry,
Blask z nieba na śniegu odbity.

I znów myślę, że też opadam,
Domu próbując szukać bez nadziei,
Bezszelestnie, w ciszy świata,
Noc rozświetlić blaskiem jednej świeczki.

Chcę zamknąć okno, w mroku zostawić wspomnienia,
Łzy białe podarować niebu,
Lecz znów jedna jasna świeca,
Przypomina mi, że jestem opadającym płatkiem śniegu.

Jak dawniej, jedna tylko świeca
Mówi mi, że jestem opadającym płatkiem śniegu.

How I remember sleepless nights,
When we would read by candlelight,
And on the windowpane outside
A new world made of snow.

A million feathers falling down,
A million stars that touch the ground:
So many secrets to be found
Amid the falling snow.

Maybe I am falling down;
Tell me, should I touch the ground?
Maybe I won't make a sound
In the darkness all around.

The silence of a winter's night
Brings memories I hold inside;
Remembering a blue moonlight
Upon the fallen snow.

Maybe I am falling down;
Tell me, should I touch the ground?
Maybe I won't make a sound
In the darkness all around.

I close my window to the night.
I leave the sky her tears of white,
And all is lit by candlelight
Amid the falling snow.

And all is lit by candlelight
Amid the falling snow.

Bo sny są ważniejsze (Dreams are more precious)

Utworek zgodnie z zapowiedzią, tak, znowu Enya.

Jest to dla mnie bardzo ważne jej dzieło, co prawda wstawiała je już Małgosia jakiś czas temu, ale nie zaszkodzi go odświeżyć. 🙂

Bo, cytując słowa Weroniki:
"Bo kto marzyć nie umie, ten niechybnie zginąć musi w codzienności szumie."

I jest to prawda.
Interpretacja tego utworu jest jednocześnie prosta i trudna.
Z jednej strony, jest to przesłanie, by śnić, marzyć.
Bo marzenia są ważniejsze od złota.
Utwór zawiera słowo dreams, które przetłumaczyłem jako sny.
Ale pamiętajcie, że w angielskim sen i marzenie to ten sam zwrot.
A zatem, należy umieć marzyć i dążyć do marzeń.
Z drugiej strony, jak zwykle w twórczości Enyi, mamy tutaj odwołanie do piękna przyrody.
W tym konkretnie wypadku jest to odwołanie do nocy i gwiazd.
Kiedy podmiot liryczny, czyli możemy chyba utożsamić, Enya patrzy na gwiazdy, rozmyśla o marzeniach.
I tutaj pojawia się bardziej złożona część, trudniejsza do interpretacji.
Bo pośród gwiazd słyszy słowa, by oddać im swój smutek, a one będą patrzeć z nieba.
Przejrzałem kilka interpretacji tego utworu w sieci, bo owszem, są, na angielskich forach, ale nikt nie powiedział nic o tym fragmencie.
Ja jednak sądzę, że interpretacje są dwie, przynajmniej dwie mi przychodzą do głowy.
Pierwsza to ukojenie, jakie dają sny, sen w ogóle, pozwala zapomnieć.
A druga interpretacja jest Chrześcijańska.
Ktoś komu można pozostawić nasz smutek i uczucia, kto nad nami czuwa na niebie w nocy i blasku dnia…
Przypomina wam to coś?

Ostatnia uwaga ode mnie, czytałem tłumaczenie na tekstowo.
I się załamałem, to jest chyba jeszcze gorsze od China Roses, a przebicie tamtego to nie lada wyczyn.
Mam nadzieję, że udało mi się przełożyć tekst nieco lepiej. 🙂
Miłego słuchania i miłej lektury.

Przyjdź i spójrz w górę, wysoko.
Przyjdź i spójrz na kraniec nieba.
Nowa gwiazda wschodzi ku obłokom,
I ciemność swym blaskiem olśniewa.

Przyjdź tutaj w dziecięcym śmiechu,
Przyjdź tutaj wśród bicia dzwonów,
Bo na tym odległym brzegu,
Echo odbija się wśród dawnych rozdroży tonów.

To jest noc,
Mówią do ciebie,
BO każdy chce śnić.

TO jest noc,
Więc patrz swym sercem,
I naucz się jak żyć.

Przyjdź, spójrz, zamknij swe oczy,
Przyjdź, spójrz, i oddaj mi swój płacz,
A ja będę czuwać patrząc na ciebie wśród nocy,
Z nieba pośród gwiazd,
I dniem gdy Słońce obudzi się na niebie.

Przyjdź, śnij w gwiezdnym blasku,
Przyjdź, śnij nocą i w dnia brzasku,
Nie patrz oczami, lecz sercem.

Bo sny są droższe od złota,
Bo sny są droższe od bogactw,
Bo każdy musi umieć śnić.

Come see, high above.
Come see, high in the heavens.
A new star shining bright.
Out of the darkness, comes a light.

Come here, in a child
Come here, bells that are ringing
And for some distant shore
Sounds of a journey, echo on

This is the night
They say,
Everyone wants a dream.

This is the night
They say
Nothing is as it seems.

Come see, close your eyes.
Come see, give me your sorrow.
And I keep watch for you.
Until the dawn is, breaking through.
Until the morning wakens you.

Da, Da, Da…

Come dream, through the night.
Come dream, and then tomorrow
They'll see who, what will know.

Dreams are more precious than gold
Dreams are more precious than gold
Dreams are more precious than gold