Lektury Świata Dysku, część 3 #wyzwanieczytelnicze2020

Niespodzianka? Nadal pamiętam! 🙂

Lektury Świata Dysku, część 3

Wydaje mi się, że w tych książkach autor bardziej postanowił wyśmiać świat, niż, jak w późniejszych, skrytykować go. Oczywiście jest tu wiele cennych refleksji, ale te najtrudniejsze powieści dopiero przed nami, o, już w następnym wpisie.

40. Muzyka duszy

Na koniec "Morta", Ysabel – adoptowana córka Śmierci, wraz z jego uczniem Mortem postanawiają się pobrać i przeżyć swoje życie na świecie. I wszystko byłoby prawie normalne, gdyby nie to, że przydarzyło im się urodzić córkę i umrzeć krótko później.
Susan Sto Helit jest całkiem normalną, 16-letnią dziewczyną uczęszczającą do Quirmskiej Pensji dla Młodych Panien. No dobra, prawie normalną, bo większość nastolatek nie umie stawać się niewidzialnymi albo zamrażać czasu. Wszystko to jednak wydaje się po prostu osobliwymi zdolnościami, przynajmniej do czasu, gdy dowiaduje się, że jej dziadek jest chwilowo zajęty i wnuczka musi go zastąpić. Normalna sprawa, zdarza się w każdej rodzinie. Choć chyba mało kto ma dziadka, który jest Śmiercią, a tymczasowym obowiązkiem jest skoszenie kilku dusz.
Co do mnie, to bardzo ucieszyła mnie postać Susan. Śmierć to jedna z najtragiczniejszych postaci Świata Dysku. Bo kto lubi, kocha Śmierć? Kto cieszy się na spotkanie z nim? Chyba tylko osoby o problemach psychicznych. Cieszyło mnie w specyficzny sposób, że doczekał się po tych tysiącach lat wnuczki, która może go po prostu kochać, wygadać się, pokrzyczeć i pozłościć, być. Chyba najbardziej o samotności Śmierci świadczy to, że w "Morcie" próbował znaleźć sobie ucznia.
Przede wszystkim jednak ja tutaj widzę próbę odpowiedzi na trudne pytania o życie, wszechświat i całą resztę. Próbę odszukania sensu życia i śmierci, celu codzienności. To dla mnie także była bardzo poruszająca pozycja.
— Cytat:
ZNOWU TO ROBIĘ! CZEMU MNIE INTERESUJE, CO ZNACZYTO PRZEKLĘTE ZDANIE? ALBO TO, JAK MNIE NAZYWASZ? NIEISTOTNE! PLĄTANIE SIĘ W LUDZKIE SPRAWY PRZYĆMIEWA JASNOŚĆ MYŚLENIA. MOŻESZ MI WIERZYĆ. STARAJ SIĘ NIE MIESZAĆ.
– Ale ja jestem człowiekiem.
NIE MÓWIŁEM, ŻE TO BĘDZIE ŁATWE, PRAWDA? STARAJ SIĘ NIE MYŚLEĆ. NIE ODCZUWAJ.
-Jesteś w tym ekspertem, co? – rzuciła gniewnie Susan.
BYĆ MOŻE, W NIEDALEKIEJ PRZESZŁOŚCI POZWOLIŁEM SOBIE NA JAKIEŚ DRGNIENIE EMOCJI, przyznał Śmierć. ALE MOGĘ Z TEGO ZREZYGNOWAĆ, KIEDYTYLKO ZECHCĘ.
Znowu podniósł klepsydrę.
(…)
NIC WAŻNEGO. FRAGMENT MITOLOGICZNYCH ODPADKÓW. SPRAWY SAME SIĘ UŁOŻĄ, MOŻESZ MI WIERZYĆ.
– Co to znaczy, że same się ułożą?
PRAWDOPODOBNIE ZA KILKA DNI BĘDZIE MARTWY.
Susan spojrzała na życiomierz.
– Przecież to okropne!
(…)
ALE WIĘKSZOŚĆ LUDZI JEST RACZEJ GŁUPIA I MARNUJE SWOJE ŻYCIE. PRZEKONAŁAŚ SIĘ JUŻ? CZYNIE PATRZYŁAŚ Z KONIA W DÓŁ, NA MIASTO, I NIE MYŚLAŁAŚ, JAK BARDZO PRZYPOMINA KOPIEC MRÓWEK PEŁEN ŚLEPYCH STWORZEŃ WIERZĄCYCH, ŻE ICH PRZYZIEMNY MAŁY ŚWIATEK JEST PRAWDZIWY? WIDZISZ OŚWIETLONE OKNA I CHCESZ WIERZYĆ, ŻE KRYJĄ SIĘ ZA NIMI CIEKAWE HISTORIE. ALE WIESZ, ŻE TAK NAPRAWDĘ SĄ ZA NIMI NUDNE DUSZYCZKI, ZWYKLI KONSUMENCI ŻYWNOŚCI, KTÓRZY SWOJE INSTYNKTY BIORĄ ZA EMOCJE, A SWE KRÓTKIE ŻYWOTY ZA ISTOTNIEJSZE OD SZEPTÓW WIATRU.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Tylko że… złamałeś właśnie mnóstwo zasad…
MOŻE CZASAMI SĄ TO TYLKO WSKAZÓWKI.
– Ale moi rodzice jednak zginęli.
NIE MOGŁEM IM DAĆ DŁUŻSZEGO ŻYCIA. MOGŁEM TYLKO OFIAROWAĆ IM NIEŚMIERTELNOŚĆ. UZNALI, ŻE NIE JEST TO WARTE TAKIEJ CENY.
-Ja… chyba wiem, o co im chodziło.
OCZYWIŚCIE, ZAWSZE MOŻESZ MNIE ODWIEDZAĆ.
– Dziękuję.
ZAWSZE BĘDZIESZ TAM MIAŁA DOM. JEŚLI ZECHCESZ.
– Naprawdę?
ZACHOWAM TWÓJ POKÓJ DOKŁADNIE W TAKIM STANIE, WJAKIM GO ZOSTAWIŁAŚ.
– Dziękuję.
POTWORNY BAŁAGAN.
– Przepraszam.
PODŁOGI PRAWIE W OGÓLE NIE WIDAĆ. NAPRAWDĘ MOGŁAŚ TROCHĘ POSPRZĄTAĆ.
– Przepraszam.
W dole zajaśniały światła Quirmu. Pimpuś wylądował delikatnie.
(…)
Śmierć odchrząknął. SĄDZĘ…
– Słucham?
WIEM, ŻE TO WŁAŚCIWIE ŚMIESZNE…
– Co takiego?
NIE ZNAJDZIESZ PRZYPADKIEM CAŁUSA DLA SWOJEGO STAREGO DZIADUNIA?
Susan popatrzyła na niego.
Błękitny blask w oczach Śmierci stopniowo przygasał, a znikające światło wsysało jej spojrzenie, wciągało je w oczodoły i leżącą za nimi ciemność… która trwała i trwała bez końca. Nie było dla niej imienia. Nawet "wieczność" jest ludzkim pojęciem. Nadanie jej nazwy daje jej także długość, choć istotnie wyjątkowo wielką. Ale owa ciemność była tym, co pozostaje, kiedy nawet wieczność się podda. Tam właśnie mieszkał Śmierć. Samotnie.
Przyciągnęła do siebie jego głowę i pocałowała w sam czubek. Czaszka była gładka i biała jak kość, jak kula bilardowa.
— Koniec cytatu.

41. Ciekawe czasy
"

Obyś żył w ciekawych czasach", to na Świecie Dysku klątwa. Bo zwykle czasy ciekawe są mało przyjemne dla żyjących w nich. Znowu Rincewind, który tym razem trafia na Kontynent Przeciwwagi, gdzie właśnie trwają przepychanki polityczne i walka o władzę. Wikipedia twierdzi o tej książce, że symbolizuje ona komunizm, ale ja się nie zgodzę. Ona symbolizuje każdy system rządów.
Opłacanie terrorystów, którzy mają zaatakować własny kraj? Przecież USA tak robiły nie raz i nie dwa. Potajemne wspieranie własnej opozycji, by w odpowiednim momencie przejąć nad nią kontrolę? No pierwsza strona podręcznika "Jak zostać politykiem".
I wszystko by prawdopodobnie się udało, gdyby nie fakt, że Cohen Barbarzyńca z grupą przyjaciół postanowili coś ukraść… Konkretnie… Królestwo.
Nie jestem wielkim fanem Rincewinda i dlatego miejscami książka mnie męczyła. Jednak zdecydowanie nie mogę nie docenić genialnej charakterystyki wielu postaci, ukazania ich naiwności i cynizmu, który przejawia świat.
— Cytat:
Edukacja na Niewidocznym Uniwersytecie działała uświęconą przez wieki metodą umieszczania dużej grupy młodych ludzi w pobliżu dużego zbioru książek, w nadziei że coś przejdzie z jednych na drugich. Tymczasem zainteresowani młodzi ludzie najchętniej umieszczali się w pobliżu oberży i tawern – z tego samego powodu.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Nie zaczynałem jako barbarzyńca. Kiedyś byłem nauczycielem w szkole. (…) Ale zrezygnowałem i postanowiłem zarabiać na życie mieczem.
– Chociaż wcześniej przez całe życie był pan nauczycielem?
– Przyznaję, wymagało to zmiany perspektywy.
– Ale… no… przecież… niedostatki, straszliwe zagrożenia, codzienne narażanie życia…
Saveloy ucieszył się wyraźnie.
– Więc pan też uczył kiedyś w szkole?
— Koniec cytatu.

42. Maskarada

Agnes dokładnie wie, co chce robić. A jeszcze dokładniej, czego nie chce. Nie chce być czarownicą. A chce śpiewaczką operową. No więc zapisuje się do opery, w której całkiem przypadkiem straszy upiór.
W między czasie niania Ogg zarabia kilka milionów na wydanej książce, więc udaje się w podróż życia do Ankh-Morpork razem z babcią Weatherwax. I wspólnie przy okazji postanawiają rozwiązać problem "Upiora w operze". Tylko czy naprawdę upiór istnieje?
Ta powieść, moim zdaniem, skupia się na szaleństwie. Ale nie na szaleństwie w potocznym znaczeniu, a znaczeniu psychologicznym.
— Cytat:
Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Iloraz inteligencji tłumu jest równy IQ najgłupszego jego przedstawiciela podzielonemu przez liczbę uczestników.
— Koniec cytatu.

43. Na glinianych nogach

Wybaczcie, ale ja naprawdę uwielbiam powieści o Straży Miejskiej – i to nie za fabułę, ale poruszane przez nie problemy i płynące z nich refleksje. A tym razem tematem przewodnim są roboty, niewolnictwo i problemy moralne z nimi związane.
Nie nie, nikt oczywiście nie zbudował robotów na Świecie Dysku. Ale magiczne istoty powołane do życia przez kapłanów przed tysiącami lat, zmuszone zaklęciami do przestrzegania co do joty słów umieszczonych na zwitkach papieru w ich głowach, wykonujące najtrudniejsze prace w całym mieście… Najlepiej, by nic się nie zmieniało. Golemy jednak, bo tak istoty te się nazywają, decydują, że muszą mieć króla. Więc tworzą nowego golema i umieszczają mu w głowie słowa takie jak "zaprowadź pokój i sprawiedliwość dla wszystkich", "rządź nami mądrze", "naucz nas wolności". Szczytny cel, ale kończący się katastrofą, bo zamiast dobrego władcy dostają mordercę.
W tej sytuacji Marchewa podejmuje niezwykle kontrowersyjną decyzję. Umieszcza jednemu z golemów w głowie słowa "Jesteś panem swojego losu". I w ten sposób zaczyna się rewolucja.
W tle trwa oczywiście, naprawdę pomysłowy moim zdaniem, kryminał o bardzo zaskakującym zakończeniu.
Jest to pierwsza część przygód Straży Miejskiej, w której organizacja ta nie jest już pośmiewiskiem. Liczy już 54 funkcjonariuszy i staje się siłą, z którą trzeba się liczyć.
— Cytat:
– Czy Wolność Jest Przerażająca?
– Ty to powiedziałeś.
– Mówisz ludziom: Zrzućcie Łańcuchy, A Oni Wykuwają Dla Siebie Nowe??
– Owszem, wydaje się, że to podstawowa ludzka działalność.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Jaka Jest Lepsza Praca Dla Tego, Który Ukochał Wolność, Niż Funkcja Strażnika? Prawo Jest Sługą Wolności. Wolność Bez Ograniczeń To Tylko Słowo.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Vimes westchnął bezgłośnie. Miał notes. Zapisywał w nim notatki. Zawsze był mu przydatny. A potem Sybil, niech bogowie ją błogosławią, podarowała mu piętnastofunkcyjnego chochlika, który robił tak wiele rzeczy… Co prawda, o ile Vimes się zorientował, przynajmniej dziesięć funkcji polegało na przepraszaniu za nieskuteczne działanie pozostałych pięciu.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Nie słuchamy cię! – zawołał kapłan. – Nie jesteś żywy!
Dorfl kiwnął głową.
– Stwierdzenie To Jest Zasadniczo Prawdziwe.
– Widzicie? Sam się przyznał!
– Proponuję, Żebyście Wzięli Mnie, Rozbili, Odłamki Roztłukli Na Kawałki, A Kawałki Roztarli Na Proszek, Po Czym Przemielili Je Na Najdrobniejszy Z Możliwych Pył. Wierzę Wam, Że Nie Znajdziecie W Nim Nawet Jednego Atomu Życia…
– To prawda! Tak zróbmy!
– Jednakże, Aby W Pełni Przetestować Tezę, Jeden Z Was Musi Zgodzić Się Poddać Temu Samemu Procesowi.
Zapadła cisza.
– To nie fair – stwierdził po chwili jeden z kapłanów. – Przecież potem wystarczy ulepić cię z tego pyłu i wypalić, a znowu będziesz żywy…
Tym razem milczenie trwało dłużej.
– Czy tylko mnie się tak wydaje – rzekł w końcu Ridcully – czy stąpamy tu po śliskim teologicznym gruncie?
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Vetinari odwrócił się gwałtownie.
– Rada Kościołów, Świątyń, Świętych Gajów i Wielkich, Groźnie Wyglądających Głazów żąda… no, kilku rzeczy, z których pewne wymagają dzikich koni. Na początek jednak chcą, żebym pana zwolnił.
– Doprawdy, sir?
– Otrzymałem łącznie siedemnaście listów żądających pańskiej odznaki. Niektórzy chcieli, żeby dołączyć do niej pewne części pańskiego ciała. Dlaczego musi pan wszystkich irytować?
– Myślę, że to wrodzony talent, sir.
– Ale co pan właściwie chciał osiągnąć?
– No więc, sir, skoro pan pyta, to odkryliśmy, kto zamordował ojca Tubelceka i pana Hopkinsona, i kto podawał panu truciznę, sir. – Vimes przerwał na chwilę. – Dwa z trzech to niezły wynik, sir.
Vetinari znowu zajrzał do papierów.
– Właściciele zakładów, skrytobójcy, kapłani, rzeźnicy… wydaje się, że doprowadził pan do furii większość liczących się osób w tym mieście. – Westchnął. – Doprawdy, nie mam chyba wyboru. Od tego tygodnia podnoszę panu pensję.
— Koniec cytatu.

44. Wiedźmikołaj

Gildia skrytobójców miewała najdziwniejsze zlecenia, ale zabicie Wiedźmikołaja (Dyskowego odpowiednika Mikołaja) zdecydowanie mieści się w czołówce ich listy. Susan, wnuczka śmierci, jest 19-letnią guwernantką. Można sobie wyobrazić więc jej zdumienie, gdy do domu przybywa dziadek przebrany za Wiedźmikołaja i zaczyna rozdawać dzieciom prezenty. Na Niewidocznym Uniwersytecie mają w tym czasie zaś pewien problem. Mianowicie przypadkiem stworzyli potwora pożerającego skarpetki.
W międzyczasie na całym Świecie Dysku dzieci zaczynają dostawać prezenty, o których marzyły. I oto setki Dyskowych matek przeraziły się, odnajdując w domu konia czy miecz kawalerzysty.
Susan postanawia więc zbadać sprawę w towarzystwie boga kaca, zwanego "Obogiem". A skąd takie imię? A no to jasne, że ludzie, budząc się skacowani, mówią tylko "O boże". No i zostało!
Mimo absurdalności całej sytuacji, i tutaj przemycono pewne przesłanie. Pratchett pochyla się tu nad istotą kultury, legend i baśni. Dochodzi do wniosku, że "Gdyby nie było Wiedźmikołaja, Słońce by nie wzeszło". Co najwyżej "ZWYKŁA KULA PŁONĄCYCH GAZÓW ROZJAŚNIŁABY ŚWIAT." Ale to już nie to samo.
— Cytat:
LUDZIE POTRZEBUJĄ FANTAZJI, ŻEBY BYĆ LUDŹMI. ŻEBY BYĆ TYM MIEJSCEM, GDZIE SPADAJĄCY ANIOŁ SPOTYKA SIĘ Z WSTĘPUJĄCĄ MAŁPĄ.
-Wróżki Zębuszki? Wiedźmikołaje? Małe…
TAK. JAKO ĆWICZENIE. MUSICIE ZACZĄĆ OD NAUKI WIARY W MAŁE KŁAMSTWA.
-Żebyśmy potem mogli uwierzyć w wielkie?
TAK. SPRAWIEDLIWOŚĆ. MIŁOSIERDZIE. OBOWIĄZEK. TAKIE RZECZY.
– To przecież całkiem co innego!
TAK MYŚLISZ? WEŹ ZATEM WSZECHŚWIAT I ROZGNIEĆ GO NA NAJDROBNIEJSZY PYŁ, PRZESIEJ PRZEZ NAJDROBNIEJSZE SITO, A POTEM POKAŻ MI CHOCIAŻ JEDEN ATOM SPRAWIEDLIWOŚCI, JEDNĄ MOLEKUŁĘ MIŁOSIERDZIA. A JEDNAK… Śmierć machnął ręką. A JEDNAK DZIAŁACIE, JAK GDYBY ISTNIAŁ JAKIŚ IDEALNY PORZĄDEK ŚWIATA, JAK GDYBY BYŁA WE WSZECHŚWIECIE JAKAŚ… JAKAŚ SŁUSZNOŚĆ, WEDŁUG KTÓREJ MOŻNA GO OCENIAĆ.
– No tak, ale przecież ludzie muszą w to wszystko wierzyć, inaczej nie ma sensu…
WŁAŚNIE O TO MI CHODZI.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Nadzieja jest ważna. Nadzieja, istotna część wiary. Dać ludziom dżem dzisiaj, a siądą i zwyczajnie go zjedzą. Za to dżem jutro podtrzymuje ich bez końca.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
CHŁOP MA GARŚĆ FASOLI, A KRÓL MA TYLE, ŻE NAWET NIE ZAUWAŻY TEGO, CO ODDA. CZY TO SPRAWIEDLIWE?
– No tak, ale gdyby wszystko oddać chłopu, to za rok czy dwa będzie tak samo zarozumiały jak król… – zaczął Albert, cyniczny obserwator ludzkiej natury.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Strasznie ich dużo… – szepnął Bilious.
– Przynajmniej dwadzieścia milionów, jeśli wziąć pod uwagę rozmiar przeciętnego zęba mlecznego – odparła Susan. Ze zdumieniem odkryła, że wynik ten podała automatycznie, bez zastanowienia.
– Skąd możesz to wiedzieć?
– Objętość stożka – wyjaśniła. – Pi razy kwadrat promienia razy wysokość podzielić na trzy. Pani Butts nie podejrzewała nawet, mogę się założyć, że ta informacja przyda mi sie w takim miejscu.
— Koniec cytatu.

45. Bogowie, honor, Ankh-Morpork

Istnieją najróżniejsze, najgłupsze sposoby wywoływania wojny. Od, na przykład pokłócenie się o niewielką wyspę, którą można obejść w ciągu paru minut. Dochodzi więc do konfliktu zbrojnego, a w synach miasta Ankh-Morpork nagle rodzą się wielkie, patriotyczne zapędy. Konflikt jest tak absurdalny, że z początku nikt nie bierze go pod uwagę, a potem jest już za późno.
Komendant Vimes ze swoją Strażą Miejską postanawiają złamać otrzymane rozkazy, odzyskać porwaną Anguę i spróbować jakoś zapobiec konfliktowi. Towarzyszy im pewien magiczny terminarz, który jednak w wyniku błędu, miast przypominać o ważnych zdarzeniach, zaczyna opowiadać o tym, co by się stało, gdyby strażnicy nie wyruszyli na tę wyprawę. Wreszcie wypowiada znamienne "…biip… Zadania na dzisiaj: Zginąć…"
Powieść próbuje odpowiedzieć, gdzie jest granica między prawem a moralnością, kiedy prawa się przestrzega, a kiedy przestrzeganie go jest złe. Kto sądzi sędziów?
— Cytat:
O wiele łatwiej wyobrażać sobie ludzi w jakimś zadymionym pokoiku, obłąkanych i cynicznych od przywilejów i władzy, konspirujących nad kieliszkiem brandy. Tego obrazu trzeba się trzymać, bo jeśli nie, trzeba by się pogodzić z innym faktem: złe rzeczy zdarzają się, ponieważ zwyczajni ludzie, którzy szczotkują psa i opowiadają dzieciom bajki na dobranoc, potrafią potem wyjść i zrobić coś strasznego innym zwyczajnym ludziom.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Veni, vidi, vici. Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem.
Vimes zawsze uważał to za wypowiedź nazbyt gładką. Takich słów nie wymyśla się pod wpływem chwili. Brzmiały, jakby ułożył je sobie wcześniej. Prawdopodobnie spędzał w namiocie długie noce, przeglądał słownik i szukał krótkich słów zaczynających się na V. Veni, verdi, vomui – przybyłem, zzieleniałem, zwymiotowałem? Visi, veneri, vamoosi – odwiedziłem, złapałem wstydliwą chorobę, uciekłem? Na pewno z ulgą odkrył trzy krótkie, sensowne słowa. Pewnie ułożył je najpierw, a potem ruszył, żeby zobaczyć coś i podbić.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Vimes, ty naprawdę oszalałeś – oburzył się Rust. – Nie możesz aresztować dowódcy armii!
– Prawdę mówiąc, panie Vimes, sądzę, że możemy – oświadczył Marchewa. – A także armię. To znaczy, nie widzę powodów, które by to uniemożliwiały. Możemy ich oskarżyć o zachowanie zmierzające do zakłócenia spokoju, sir. Przecież na tym właśnie polega wojna.
Na twarzy Vimesa pojawił się maniakalny uśmiech.
– To mi się podoba.
– Ale uczciwie mówiąc, nasza… to znaczy armia Ankh-Morpork… także…
– Więc lepiej ich też aresztujcie. Aresztujcie wszystkich. Spisek zmierzający do zakłócenia porządku publicznego… – Zaczął odliczać na palcach. – Posiadanie narzędzi przestępstwa, utrudnianie ruchu, groźby karalne, włóczęgostwo złośliwe, włóczęgostwo zbiorowe, ha, wyprawy w celu popełnienia przestępstwa, świadome stawianie oporu i noszenie ukrytej broni.
(…)
– Vimes, rozkazuję ci, żebyś natychmiast odzyskał zmysły! – ryknął lord Rust. – Za długo siedziałeś na słońcu?
– A, to doliczymy jego lordowskiej mości jako obraźliwe zachowanie.
Książę wciąż przypatrywał się Vimesowi.
– Poważnie sądzi pan, że może aresztować armię? A może wydaje się panu, że dysponuje większą armią?
– Nie jest mi potrzebna – odparł Vimes. – Siła przyłożona we właściwym punkcie, jak powiada Tacticus. A to właśnie ten punkt, na samym czubku kuszy Ahmeda. Nie przestraszyłoby to D’rega, ale pan… pan na pewno nie myśli tak jak oni. Proszę polecić swoim żołnierzom, by złożyli broń. Chcę, żeby taki rozkaz padł natychmiast.
— Koniec cytatu.

46. Ostatni kontynent

Rincewind naprawdę nie chce zbawiać świata. Czemu więc tak ten świat usilnie chce być przez niego, akurat niego zbawiony? Tym razem trafia na kontynent XXXX, który większość osób uważa za miejsce mityczne. Grupa akademików z Niewidocznego Uniwersytetu zaś, całkiem przypadkiem, cofa się o kilka tysiącleci w czasie.
Nie lubię… dobra, już to mówiłem tyle razy, że podaruję sobie. 🙂
— Cytat:
Słowo "przyjaciel" wyskoczyło na płaty czołowe mózgu Rincewinda. Istnieje wiele powodów, by się z kimś zaprzyjaźnić. Fakt, że ów ktoś trzyma wymierzoną w ciebie śmiercionośną broń, według Rincewinda zaliczał się do pierwszej czwórki.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Ludzie nie żyją na Dysku, tak samo jak nie żyją na kulach w innych, nie aż tak ręcznie modelowanych okolicach wszechświata. Owszem, planety są może tym miejscem, gdzie ich ciało wchłania herbatę, ale żyją całkiem gdzie indziej: we własnych światach, bardzo wygodnie orbitujących wokół środków ich głów.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
-Jesteśmy uniwersytetem, musimy mieć bibliotekę. Jakimi bylibyśmy ludźmi gdybyśmy do niej nie chodzili?
-…Studentami.
— Koniec cytatu.

Lektury Świata Dysku, część 2 #wyzwanieczytelnicze2020

Niespodzianka! Jednak napisałem część drugą.

Lektury Świata Dysku, część 2

Dziś kilka słów o kolejnych siedmiu powieściach, o ile poprzednie były prekursorami, te nazwałbym wstępem, otwarciem.
Poznajemy tu już konkretne wydarzenia, bohaterów i normy, które rządzą "Światem dysku".

33. Eryk

Pamiętacie, jak pisałem, że nie lubię zbytnio podcyklu o Rincewindzie? Istnieje poziom absurdalności i groteski, który dla mnie jest już zbyt absurdalny i groteskowy. "Eryk" to na tej liście chlubny wyjątek.
Na koniec zamieszania w powieści "Czarodzicielstwo", nasz bohater trafił do piekielnych wymiarów. Nie można więc dziwić się, że "Trzynastoletni demonolog i epicentrum ataku trądziku młodzieńczego", próbując wezwać mroczną siłę, przypadkiem wzywa… Tak, zgadliście!
A jak zabrać się za spełnianie takich życzeń, jak nieśmiertelność, najpiękniejsza kobieta czy królestwo? Zdecydowanie proponuję podróże w czasie do początku świata i udział w Wojnie Trojańskiej.
A przy okazji cała teoria ewolucji bierze w łeb, gdy okazuje się, że życie na świecie powstało nie w wyniku dziwnych przemian kwantowych ani Słowa, tylko… bakterii z papieru po kanapce, pozostawionego przypadkiem na brzegu morza pierwszego dnia.
— Cytat:
– To właśnie pomyślałem. – Rzucił w Bagaż kolejną kanapką. – Skąd jesteś?
Rincewind postanowił mówić prawdę.
– Z przyszłości – oświadczył.
Nie wywarł oczekiwanego wrażenia. Mężczyzna kiwnął tylko głową.
– No no – powiedział. I dodał: – Wygraliśmy?
– Tak.
– Aha. Pewnie nie pamiętasz żadnych wyników wyścigów konnych? – zapytał bez wielkiej nadziei.
– Nie.
– Tak właśnie przypuszczałem. Dlaczego otworzyłeś nam bramę?
Rincewind uznał, że choć to dziwne, jednak twierdzenie, że zawsze entuzjastycznie popierał efebiańską politykę, nie byłoby właściwe. Postanowił raz jeszcze spróbować prawdy. To nowatorskie podejście wydało mu się warte eksperymentu.
– Szukałem wyjścia – powiedział.
– Żeby uciec…
– Tak.
– Zuch. To jedyna rozsądna decyzja, biorąc pod uwagę okoliczności.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Człowieczek podrapał się w nos.
– Na przykład szybko ci się kończą pomysły na płatki śniegu.
– Kończą się?
– Wtedy zaczynasz myśleć, że łatwo będzie przepchnąć dwa identyczne.
– Zaczynasz?
– Myślisz sobie: przecież jest ich bilion trylionów squilionów. Nikt nie zauważy. Ale wtedy liczy się profesjonalizm, mniej więcej.
– Liczy się?
– Niektórzy… – w tym miejscu stwórca obrzucił surowym wzrokiem wirującą dookoła nie uformowaną materię – uważają, że wystarczy zainstalować kilka podstawowych zasad fizycznych, wziąć pieniądze i zwiewać. A miliardy lat potem na całym niebie są przecieki, latają czarne dziury wielkie jak głowa, a kiedy człowiek zjawia się z reklamacją, znajduje za ladą tylko panienkę, która powtarza, że nie wie gdzie wyszedł szef. Osobiście sądzę, że ludzie preferują kontakt osobisty.
– Aha… – wykrztusił Rincewind. – To znaczy… Kiedy kogoś trafi błyskawica, tego… to nie z powodu jakiś wyładowań elektrycznych i najwyższych punktów i w ogóle, ale tego… naprawdę to zaplanowałeś?
— Koniec cytatu.

34. Ruchome obrazki

Mam ogromną słabość do tej powieści. I nie do końca wiem, dlaczego. Może ze względu na dość ciekawie wykreowane postacie? Albo ze względu na fakt, że powieść ta, i nie próbuje tego ukrywać, jest ukłonem w stronę Lovecrafta, którego twórczość bardzo cenię? A może ze względu na cenne refleksje o człowieczeństwie i etyce? W każdym razie "Ruchome obrazki" zdecydowanie zapadły mi w pamięć.
Fabułę można podsumować kilkoma krótkimi zdaniami:
Grupa alchemików odkrywa metodę utrwalania serii obrazów. Powstaję miejsce, w którym zaczyna się masową produkcję tak zwanych "ruchomych obrazków". Nagle okazuje się, że niektórzy ludzie, choć nikt nie wie dlaczego, stają się sławni.
Wszystko dzieje się w tak zwanym Świętym Gaju. A teraz zastanówcie się, jak to będzie po angielsku.
Przy okazji wprowadzane są postacie, które będą nam towarzyszyły do samego końca serii, w szczególności kadra Niewidocznego Uniwersytetu, która, prócz Kwestora i Bibliotekarza, jest nam przedstawiana bliżej po raz pierwszy.
— Cytat:
Wiesz co jest największą tragedią tego świata? Ludzie, którzy nigdy nie odkryli, co naprawdę chcą robić i do czego mają zdolności. Synowie, którzy zostają kowalami, bo ich ojcowie byli kowalami. Ludzie, którzy mogliby fantastycznie grać na flecie, ale starzeją się i umierają, nie widząc żadnego instrumentu muzycznego, więc zostają oraczami. Ludzie obdarzeni talentem, którego nigdy nie poznają. A może nawet nie rodzą się w czasie, w którym mogliby go odkryć.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Wszechświat dopuszcza liczne sposoby straszliwego przebudzenia, na przykład ryk tłumu wyłamującego drzwi frontowe, wycie syren straży pożarnej czy nagła świadomość, że dziś jest właśnie poniedziałek, który jeszcze w piątek wieczorem wydawał się przyjemnie odległy.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Całe życie jest jak oglądanie migawki, pomyślał. Tylko zawsze wygląda to tak, jakby człowiek przyszedł o dziesięć minut spóźniony i nikt nie chce mu opowiedzieć o co chodzi, więc musi się sam wszystkiego domyślać. I nigdy, ale to nigdy nie zdarza się okazja, żeby zostać na drugi pokaz.
— Koniec cytatu.

35. Kosiarz

Patrzę na tę pozycję i nie wiem, po prostu nie wiem, co powinienem napisać. Elanor gdzieś o tej książce umieściła słowa "Nie czytałam chyba jeszcze powieści bardziej absurdalnej i wzruszającej jednocześnie." I trudno mi nie przytaknąć. Człowiek po lekturze może tylko śmiać się przez łzy.
Śmierć ma umrzeć. Nie ma kto odprowadzać ludzkich dusz, nie ma komu pocieszać umierających, przeprowadzać na drugą stronę. Bo Śmierć stał się śmiertelny. I pierwszy raz odkrył, co to znaczy się bać, tak, bać śmierci.
Przychodzi więc do pewnej kobiety, pragnąc spędzić na pracy u niej swoje ostatnie dni. I odkrywa współczucie, strach, ale przede wszystkim poświęcenie i litość.
Nie wiem, co więcej mógłbym napisać. To niezwykle poruszająca historia, nad którą było mi i pierwszy raz, gdy ją czytałem w 2015 roku, i teraz po raz drugi po pięciu latach przejść do porządku dziennego. I to mimo, że znałem zakończenie. A swoją drogą zakończenie jest jednym z najpiękniejszych znanych mi domknięć w literaturze.
— Cytat:
Nikt nie jest ostatecznie martwy, dopóki nie uspokoją się zmarszczki, jakie wzbudził na powierzchni rzeczywistości – dopóki zegar przez niego nakręcony nie stanie, dopóki wino przez niego nastawione nie dokończy fermentacji, dopóki plon, jaki zasiał, nie zostanie zebrany.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Wiara jest jedną z najpotężniejszych sił organicznych w multiwersum. Być może, nie potrafi dosłownie przenosić gór, ale potrafi stworzyć kogoś, kto potrafi.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Wiesz – powiedział Windle.- to było wspaniałe życie pozagrobowe. Gdzie się podziewałeś?
BYŁEM ZAJĘTY.
Windle właściwie nie słuchał.
– Poznałem ludzi, o których nawet nie wiedziałem, że istnieją. Robiłem różne rzeczy. I dowiedziałem się, kim jest naprawdę Windle Poons.
A KIM JEST?
– Windle Poonsem.
— Koniec cytatu.
Ale także w tej powieści nie zabrakło oczywiście specyficznego humoru Pratchetta.
— Cytat:
Stosunki między Niewidocznym Uniwersytetem i Patrycjuszem, absolutnym władcą i niemal dobroczynnym dyktatorem Ankh-Morpork, były złożone i subtelnej natury.
Magowie utrzymywali, że jako słudzy wyższej prawdy nie podlegają przyziemnym prawom miejskim.
Patrycjusz zgadzał się, że tak jest w istocie, ale – do licha – mają płacić podatki jak każdy.
Magowie twierdzili, że jako podążający za światłem mądrości nie są winni posłuszeństwa żadnemu śmiertelnemu.
Patrycjusz przyznawał, że może to być prawda, jednak są winni miastu podatek w wysokości dwustu dolarów od głowy rocznie, płatny w ratach kwartalnych.
Magowie argumentowali, że uniwersytet stoi na gruncie magicznym i jest zatem wyłączony z podatków, a zresztą i tak nie da się opodatkować wiedzy.
Patrycjusz odpowiadał, że da się. I że wynosi to dwieście dolarów per capita, a jeśli per capita stanowi jakiś problem, to można bez trudu zorganizować decapita.
Magowie przypominali, że uniwersytet nigdy nie płacił podatków żadnym cywilizowanym władcom.
Patrycjusz zaznaczał, że nie upiera się przy cywilizowanych zachowaniach.
Magowie pytali, co ze szczególnym złagodzeniem wymagań.
Patrycjusz wyjaśniał, że właśnie mówi o szczególnie złagodzonych wymaganiach. Nie chcieliby się przekonać, jakie są wymagania surowe?
Magowie wspominali, że był taki władca, zaraz, to chyba w Stuleciu Ważki, który usiłował nakazywać uniwersytetowi, co ma robić. Patrycjusz może przyjść i go sobie obejrzeć, jeśli ma ochotę.
Patrycjusz zapewniał, że to zrobi. Naprawdę to zrobi.
W końcu zgodzono się, że chociaż magowie – oczywiście – nie płacili żadnych podatków, dokonywali jednak całkowicie dobrowolnej wpłaty wysokości, powiedzmy, no, dwustu dolarów od głowy, z czystej uprzejmości, mutatis mutandis, bez dodatkowych warunków, do wykorzystania w celach ściśle niemilitarnych i akceptowalnych ekologicznie.
— Koniec cytatu.

36. Wyprawa czarownic

Od dość filozoficznych "Ruchomych obrazków" i "Kosiarza" wracamy do kraju absurdu. Trzy czarownice z Lancre udają się na pewną wyprawę. I, jak zwykle, nie do końca rozumieją normy, a ze wszystkim radzą sobie na swój wiedźmowaty sposób, to jest w jednym miejscu ocalą życie dziecka, w drugim zabiją wampira, a w trzecim, tak przy okazji, wygrają fortunę w karty. A wszystko to przecież wspaniała zabawa!
Książka dla mnie niczego sobie. Może nie jest to najwybitniejsza Pratchettowska pozycja, ale czytało się ją naprawdę przyjemnie.
— Cytat:
Kiedy Dezyderata Hollow była jeszcze małą dziewczynką, babcia udzieliła jej czterech ważnych rad, które miały pokierować jej krokami na zaskakująco krętych ścieżkach życia.
Oto te rady:
Nigdy nie ufaj psu z pomarańczowymi brwiami.
Zawsze zapisuj nazwisko i adres młodego człowieka.
Nigdy nie stawaj między dwoma lustrami.
I zawsze noś absolutnie czystą bieliznę, codziennie, bo nigdy nie wiesz, czy nie przewróci cię i nie stratuje na śmierć spłoszony koń, a kiedy ludzie zobaczą, że masz na sobie brudną bieliznę, umrzesz ze wstydu.
Później Dezyderata urosła i została czarownicą. Jedną z korzyści tego stanu jest, że człowiek dokładnie wie, kiedy umrze, więc może nosić taką bieliznę, na jaką ma ochotę.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Błędna wymowa może mieć fatalne skutki. Pewien chciwy szeryf Yl-Abi został kiedyś przeklęty przez niewykształcone bóstwo i wszystko, czego dotknął, zmieniało się w Zołto, który okazał się niedużym krasnoludem z oddalonej o setki mil górskiej osady. Klątwa magicznie ściągała go do królestwa i kopiowała bezlitośnie. Jakieś dwa tysiące Zołtów później klątwa się wreszcie wyczerpała. Obecnie mieszkańcy Yl-Abi znani są z niezwykle niskiego wzrostu i skłonności do irytacji.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Nienawidzę luster – mruknął Duc.
– Dlatego, że mówią ci prawdę, mój chłopcze.
– Więc to okrutne czary.
— Koniec cytatu.

37. Pomniejsze bóstwa

Terry Pratchett przez większość życia pozostawał ateistą, do czasu, jak to nazwał, "objawienia", które miało miejsce w roku 2008. W jego książkach dość często poruszane są tematy religii, o tyle cennie, że z obydwu perspektyw, i tej dobrej, i złej; widzimy więc uczynki miłosierdzia płynącego z wiary, ale i wiarę służącą jako narzędzie wpływów, bogactwa… "Pomniejsze bóstwa" są książką podwójnie specyficzną.
Po pierwsze, jako jedyna toczy się na przynajmniej kilkadziesiąt lat przed pozostałymi. Po drugie, to jedyne tak bezpośrednie odniesienie do tematyki religijnej w "Świecie dysku".
Mamy więc pewnego Boga, zwanego Omem i kościół Omiański – tysiące wyznawców, własna gwardia, armia… No więc dlaczego okazuje się, że z całego wielo-tysięcznego kościoła w Oma wierzy tak naprawdę tylko jeden uczeń?
A no dlatego, że kościół stał się narzędziem realizacji prywatnych celów. W imię Oma wywołuje się wojny, podpisuje umowy handlowe, zbiera bogactwa…
Księgi wskazują dokładny dzień, którego ma się objawić prorok Oma. Warto tu zauważyć, że hierarchowie kościoła już wiedzą, kto to będzie. Nie, nie dowiedzieli się tego od Oma.
— Cytat:
Ludzie! Żyją w świecie, gdzie trawa wciąż jest zielona, gdzie codziennie wschodzi słońce, a kwiaty regularnie zmieniają się w owoce. A co im imponuje? Płaczące posągi. Zamiana wody w wino. Zwykły kwantowy efekt tunelowy, który i tak by się zdarzył, gdyby tylko ktoś zechciał poczekać parę zylionów lat. Jak gdyby zamiana słonecznego światła w wino, dokonywana przez winorośle, ich grona, czas i enzymy, nie była tysiąc razy bardziej cudowna i nie zdarzała się stale…
— Koniec cytatu.
— Cytat:
W co zawsze wierzyłem?
Że tak w ogóle, generalnie, jeśli człowiek żył jak należy, nie według tego, co mówią jacyś kapłani, ale według tego, co wewnątrz wydaje się przyzwoite i uczciwe, to w końcu wszystko mniej więcej dobrze się skończy.
Nie da się tego wypisać na sztandarach.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Pamiętam, zanim oślepłem, odwiedziłem kiedyś Omnię. To było jeszcze przed zamknięciem granic. Kiedy pozwalaliście ludziom podróżować. I w waszej Cytadeli widziałem tłum kamienujący na śmierć człowieka w wykopie. Oglądałeś coś takiego?
– Tak musiało się stać. By dusza mogła odpokutować i…
– Nie znam się na duszach. Nigdy nie należałem do tej szkoły filozofii. Wiem tylko, że to straszny widok.
– Stan ciała nie…
– Och, nie mówię o tym biedaku w dole. Mówię o ludziach rzucających kamieniami. Oni byli pewni, całkowicie. Byli pewni, że to nie ich wrzucono do jamy. Każdy mógł to łatwo poznać po ich twarzach. Byli tacy szczęśliwi, że to nie oni, że rzucali z całej siły.
— Koniec cytatu.

38. Panowie i damy

Nie do końca wiem, jak pisać o tych powieściach Pratchetta, które nie skupiają się na konkretnym problemie etycznym, są po prostu, powiedzielibyśmy, przygodówkami. A jednak przygodówkami z wyrazistymi i ciekawymi postaciami, nietuzinkowymi pomysłami i z ogromną dozą humoru i przenieconych przemyśleń. A taką powieścią są "Panowie i damy".
"Panowie i damy" to powieść silnie zainspirowana "Snem nocy letniej" Szekspira. Do "Świata dysku" próbują przedostać się elfy. Ale nie miłe i pomocne elfy Świętego Mikołaja, nie wojownicze elfy Tolkiena. Nie, te elfy są złe i pragną z ludzi uczynić niewolników.
A na przeciw im staje znana nam trójka czarownic z Lancre i magowie z Niewidocznego Uniwersytetu.
— Cytat:
Elfy są przedziwne. Budzą zadziwienie.
Elfy są cudowne. Sprawiają cuda.
Elfy są fantastyczne. Tworzą fantazje.
Elfy są urocze. Rzucają urok.
Elfy są czarowne. Splatają czary.
Ich uroda powala. Strzałą.
Kłopot ze słowami polega na tym, że ich znaczenie może się wić jak wąż. A jeśli ktoś chce znaleźć węże, powinien ich szukać za słowami, które zmieniły swój sens.
Nikt nigdy nie powiedział, że elfy są miłe. Elfy są złe.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Nie wolno mówić: gdyby to się nie stało, to tamto by się spełniło, bo przecież nie wiesz wszystkiego, co mogło się stać. Może ci się wydawać, że coś było dobre, ale to dobre może się przecież obrócić na gorsze. Nie mów "Gdybym tylko…", bo nie wiadomo, do czego by to doprowadziło. Chodzi o to, że nigdy nie wiesz na pewno. Chwila przeminęła. Nie warto już o tym myśleć. Więc nie myśl.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Tam jest? Niania przytaknęła.
– Przyciągnęła go tutaj aż z lasu – dodała.
– Przecież ta bestia jest całkiem dzika! Niania potarła nos.
– Niby tak… Ale ona ma kwalifikacje, prawda? Jeśli chodzi o poskramianie jednorożców. Nie ma to nic wspólnego z czarownictwem.
– Nie rozumiem…
– Myślałam, że wszyscy wiedzą o pewnych sprawach dotyczących łapania jednorożców – rzekła z godnością niania. – Usiłuję delikatnie zasugerować, kto konkretnie może je łapać. Przecież nasza Esme zawsze umiała biec szybciej od pana. Potrafiła prześcignąć każdego mężczyznę.
Ridcully stał nieruchomo z otwartymi ustami.
– Bo ja, na ten przykład – mówiła dalej niania – zawsze się potykałam o pierwszy z brzegu korzeń. Czasami całe wieki musiałam jakiegoś szukać.
– Chce pani powiedzieć, że kiedy wyjechałem, ona nigdy…
– Niech się pan nie roztkliwia. Zresztą w naszym wieku to i tak wszystko jedno.
— Koniec cytatu.

39. Zbrojni

Powracamy do mojego ukochanego podcyklu o Straży Miejskiej Ankh-Morpork. Do rąk dostajemy drugi kryminał. Ludzie zawsze wiedzą, jak się najskuteczniej wykończyć. Przykład? Od, wymyślmy broń palną!
Tylko co, gdy ta broń palna trafi w niepowołane ręce? Co, gdy ktoś próbuje zabić patrycjusza miasta, a ten patrycjusz robi wszystko, co w jego mocy, by jednak dać się zabić?
No cóż, nasza Straż Miejska musi znów zacząć działać. A do pomocy dostaje mały bonus od miasta, czyli trolla, krasnoluda i… wilkołaka.
Przy okazji obserwujemy wielką zmianę u Marchewy, który nie jest już naiwnym krasnoludem. Nie znaczy to jednak, że nie żyje w świecie ideałów. Znaczy to, że on tymi ideałami zaraża innych. Tak sobie myślę, że chciałbym znać kogoś takiego jak on.
— Cytat:
Są ludzie, którzy odbierają innym pieniądze. W porządku, to zwykła kradzież. Ale są też ludzie, którzy jednym krótkim słowem potrafią odebrać komuś samo człowieczeństwo. To zupełnie inna sprawa.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Myślałem, że krasnoludy nie wierzą w diabły, demony i takie rzeczy.
– To prawda, ale… nie jesteśmy pewni, czy one o tym wiedzą.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Sądzisz, że istnieje coś takiego jak przestępczy umysł? Marchewa niemal słyszalnie próbował się zastanowić.
– Czy… ma pan na myśli kogoś takiego… jak Gardło Sobie Podrzynam Dibblera?
– On nie jest przestępcą.
– A zjadł pan kiedyś jego pasztecik, kapitanie?
– No niby… niby tak, ale… on jest po prostu geograficznie rozbieżny na półkuli finansowej.
– Słucham?
– Rozumiesz, on tylko nie zgadza się z innymi co do położenia rzeczy. Na przykład pieniędzy. Uważa, że wszystkie powinny być w jego kieszeni.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Mówią do ciebie "sir" – odezwała się Angua. – Zauważyłeś?
– Wiem. Nie powinno tak być. Ludzie powinni myśleć samodzielnie. Tak mówi kapitan Vimes. Ale problem polega na tym, że myślą samodzielnie tylko wtedy, kiedy ktoś im każe. Jak piszesz "możliwość"?
– Wcale.
– Aha. – Marchewa wciąż się nie odwracał. – Chyba utrzymamy jakoś miasto do rana. Wszyscy nabrali rozsądku.
Nie, pomyślała Angua. Oni zobaczyli ciebie. To działa jak hipnoza.
Ludzie przeżywają twoją wizję. Marzysz, jak Wielki Fido, tylko on wymarzył sobie koszmar, a ty marzysz dla wszystkich. Naprawdę wierzysz, że ludzie są w zasadzie przyzwoici. Przez jedną chwilę, póki są blisko ciebie, oni także w to wierzą.
— Koniec cytatu.

C.d.n.

Lektury Świata Dysku, część 1 #wyzwanieczytelnicze2020

Wiecie co? Dochodzę do wniosku, że nie mam szans spełnić wyzwania, które postawiła przed nami Julitka. Dla tych, którzy nie wiedzą, celem wyzwania jest przeczytanie i zrecenzowanie choć w kilku słowach stu książek w roku 2020.
I nie, w żadnym razie nie chodzi mi o to, bym tylu nie przeczytał. Mój licznik przed chwilą osiągnął wartość 95, a jeszcze mam ponad dwa miesiące. Nie, ja obawiam się, że nigdy nie zbiorę się, by to wszystko zrecenzować, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wskaźnik tego bloga zatrzymał się na pozycji 24.
Ale, dobra, spróbujmy nieco nadrobić!

Ziemia jest okrągła i krąży wokół Słońca. Przynajmniej w tym naszym świecie, bo istnieją i takie, w których to Słońce krąży wokół Ziemi niewiele mającej z kulą wspólnego, bo o kształcie dysku. Dysku umiejscowionego na grzbiecie czterech słoni. Cztery słonie, zielone słonie… No dobrze, czy zielone były nie wiem, wiem jednak, że cała czwórka stoi na grzbiecie wielkiego żółwia, Atuina. Można teraz powiedzieć, że coś takiego jest nieprawdopodobne. Ale świat ma dziwną skłonność do wybierania właśnie tych najmniej prawdopodobnych rozwiązań. Bo jaki sens mają jajka z majonezem (produkowanym z jajek) albo pomidor z ketchupem?

Twórczość pana Pratchetta znam i szanuję od dawna. Znałem ją jednak wyrywkowo, jakieś skrawki, pojedyncze wyrwane z kontekstu powieści lub opowiadania. Uznałem, że czas stan rzeczy zaktualizować i od marca do czerwca przeczytałem 41 powieści składających się na "Świat dysku". Dziś chciałbym zacząć ich recenzowanie, kajam się za opóźnienie. Zacząć, bo pewnie wszystkich 41 nie opiszę.
Najpierw jednak Ci, którzy pana Pratchetta nie znają, zasługują na kilka słów wyjaśnienia.

Czym jest "Świat dysku"?

Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Pierwsze pozycje mają być parodią fantastyki:
— Cytat:
– Co teraz będzie? – zapytał Dwukwiat.
Hrun podłubał w uchu i z roztargnieniem obejrzał palec.
– No… – stwierdził. – Pewnie za chwilę otworzą się drzwi i strażnicy mnie zaciągną na jakąś arenę w świątyni. Pokonam tam parę gigantycznych pająków albo niewolnika z dżungli Klatchu mającego z osiem stóp wzrostu. Potem ocalę jakąś księżniczkę, przeznaczoną na ofiarę, zabiję kilku strażników albo co, a ta dziewczyna pokaże mi tajemne wyjście. Zdobędziemy parę koni i uciekniemy ze skarbem.
Hrun wsparł głowę na splecionych dłoniach i zapatrzył się w sufit, pogwizdując fałszywie.
– Wszystko na raz? – zdziwił się Dwukwiat.
– Zwykle tak.
— Koniec cytatu.
Kolejne części jednak bardzo zmieniają tematykę i choć cały świat pozostaje niemal żartem, obserwujemy coraz trudniejsze decyzje, rozwijające się postacie.
— Cytat:
Wybory… Zawsze pojawiały się wybory. ?Był tamten człowiek w Szpachli. ten, który pozabijał te dzieci. Posłali po nią, a ona spojrzała na niego i zobaczyła poczucie winy wijące się w jego głowie niczym czerwony robak. Potem zaprowadziła ich na jego farmę i pokazała, gdzie kopać, a on rzucił się na ziemię i to ją prosił o litość, bo – jak mówił – był pijany i wszystko stało się z powodu alkoholu.
Słowa powróciły w pamięci. Powiedziała wtedy trzeźwo: „Niech skończą to konopie".
Więc wywlekli go i powiesili na konopnym sznurze, a ona patrzyła, gdyż przynajmniej tyle była mu winna. Przeklinał ją, co nie było sprawiedliwe, bo powieszenie to czysta śmierć, a przynajmniej czyściejsza, niż go czekała, gdyby mieszkańcy wioski odważyli się jej sprzeciwić, i zobaczyła cień przybywającego Śmierci, a dalej, za Śmiercią nadeszły mniejsze, jaśniejsze postacie dzieci, i wtedy…
Fotel skrzypiał w ciemności, kołysząc się tam i z powrotem.
Wieśniacy uznali, że sprawiedliwość się dokonała, a babcia straciła cierpliwość, kazała im wracać do domów i modlić do bogów, w których wierzyli, by nigdy im samym sprawiedliwości nie wymierzono. Dumna maska tryumfującej cnoty może być niemal tak straszna, jak oblicze ujawnionej niegodziwości.
(…)
Wspomnienia przeciskały się w umyśle. Inne postacie maszerowały w cieniu wokół świecy.
Robiła wiele rzeczy i bywała w wielu miejscach; znalazła takie sposoby kierowania gniewu na zewnątrz, które nawet ją samą zaskakiwały. Stawała naprzeciw innych, o wiele potężniejszych od niej, gdyby tylko pozwoliła im w to uwierzyć. Tak wiele oddała, ale i nauczyła się wiele…
Nie zaprosili jej. To znak. Wiedziała, że prędzej czy później nadejdzie… (…)
Co właściwie zyskała? Nagrodą za trud jest większy trud. Jeśli ktoś kopie najlepsze rowy, dają mu większą łopatę.
Dają te gołe ściany, tę pustą podłogę, tę zimną chatę.
(…)
Nigdy, ale to nigdy nie prosiła o nic w zamian. Ale problem z tym, że nie prosi się o nic w zamian, polega na tym, że czasem nic się w zamian nie dostaje.
— Koniec cytatu.
Jesteśmy też świadkami nagłej rewolucji przemysłowej, z jej konsekwencjami – dobrymi i złymi.
— Cytat:
Zwykle załogę stanowili mężczyźni, choć na równinach powtarzano żart, że wieżę 181 obsadzają wampiry i wilkołaki. W rzeczywistości, jak w wielu innych wieżach, obsługiwały ją dzieci.
Wszyscy wiedzieli, jak się to dzieje. Może poza nowym kierownictwem, które prawdopodobnie nie wiedziało, ale gdyby nawet to odkryli, nie zrobiliby niczego poza starannym zapomnieniem o tym, że wiedzą. Dzieciom nie trzeba płacić.
Na ogół młodzi mężczyźni w wieżach pracowali ciężko, w każdą pogodę, za ledwie wystarczające pensje. Byli samotnikami, marzycielami, uciekinierami od prawa, o których prawo zapomniało, albo od wszystkich innych ludzi. Dręczył ich szczególny rodzaj ukierunkowanego szaleństwa; podobno stukot sekarów w końcu trafia człowiekowi do głowy, a wtedy jego umysł działa w tym samym rytmie, aż wcześniej czy później potrafi odczytywać przekazywane wiadomości, słuchając jedynie trzaskania przesłon. W swoich wieżach pili herbatę z dziwacznych blaszanych kubków, o wiele szerszych od dołu, aby się nie przewracały, kiedy wichura uderzy w wieżę. Na urlopie pili alkohol z czegokolwiek. I opowiadali bzdury o przykluczu i nieprzykluczu, o komunikatach systemowych i przestrzeni pakietowej, o wybijaniu, o gorącej stopie, o wieży 181
(dobrze) albo zapchaniu (niedobrze) czy totalnym zapchaniu (całkiem niedobrze), kodzie wejścia, kodzie klucza, dzikim kodzie i żakardzie…
Lubili dzieci, które przypominały im o tych, które zostawili, albo tych, których nigdy nie będą mieli, natomiast dzieci uwielbiały wieże. Przychodziły, kręciły się wszędzie, pomagały przy różnych pracach, może też – patrząc tylko – uczyły się sztuki semaforów. Zwykle były inteligentne, jakby z pomocą czarów opanowywały klawiaturę i dźwignie, na ogół miały dobry wzrok. Większość z nich uciekła z domu, choć nie opuściła go naprawdę.
Ponieważ w wieżach mogły wierzyć, że da się spojrzeć aż na skraj świata. Z pewnością w pogodny dzień dało się zobaczyć kilka sąsiednich wież. Można było udawać, że też umie się odczytywać wiadomości ze stukotu przesłon, gdy pod palcami przepływają nazwy dalekich miejsc, których miały nigdy nie zobaczyć, ale tutaj, w wieży, czuły się jakoś z nimi połączone…
Dla ludzi z wieży 181 była Księżniczką, choć naprawdę miała na imię Alice. Skończyła trzynaście lat i potrafiła obsługiwać linię całymi godzinami bez żadnej pomocy. Później czekała ją interesująca kariera, która…
— Koniec cytatu.
Myślę, że tak naprawdę "Świat dysku" stał się odbiciem naszego świata, odbiciem, na które możemy spojrzeć z pewnego dystansu i zastanowić się nad pewnymi kwestiami. Mamy tu bohaterów i złoczyńców, ludzi, którzy próbują zawiązać koniec z końcem i innych, którzy są okrutnymi tyranami. I tyrana, który coś mało tyrański się okazuje.
To też w pewnym sensie miejsce marzeń, tego, jakim nasz świat mógłby się stać, gdyby ludzie nie byli ludźmi.
Pratchetta w wielu opracowaniach nazywa się filozofem XX wieku. I w tym sensie Świat Dysku staje się doskonałą płaszczyzną, na której można rozważać… Rozważać właściwie wszystko. Ten świat, mimo swojej komiczności, pozostawia czytelnikowi w głowie nieokreśloną tęsknotę.

Lektury "Świata dysku", część 1.

Dziś omówię pierwsze książki wydane w tym cyklu, które, w pewnym sensie, mógłbym nazwać prekursorami. Widać tu jeszcze wiele koncepcji, z których część przetrwa, a część zostanie zapomniana. Poznamy przyszłych bohaterów i to, jak działa "Świat dysku".
Po "Świat dysku" sięgnąłem w gimnazjum, zachęcony przez nauczyciela polskiego. Proponował on, by nie zaczynać lektury od części pierwszych, ale gdzieś od środka, gdzie ten dysk już dojrzał. Zrobiłem tak i stwierdzam, że miał rację. Jak zwykle.

25-26: "Kolor magii" i "Blask fantastyczny".

Gdybym trafił na te książki, po ich lekturze prawdopodobnie nie byłbym zbyt chętny, by czytać dalej. Na pewno znajdą się czytelnicy, którzy polubiliby budowaną w nich groteskę, ja jednak do tego grona nie należę. I o ile powieści doceniam, raczej do nich więcej nie wrócę.
Powiedzieć o Rincewindzie, że jest złym magiem, to jak powiedzieć o oceanie, że to kilka kropel wody. Liczba znanych mu zaklęć wynosi jeden. Jest też najlepszym biegaczem na dysku w myśl zasady, że gdy się ucieka, nie jest ważne, przed czym.
Jednocześnie ma jednak kilka interesujących cech. Po pierwsze, umie wyjść cało z nawet największych opresji i uratować przy okazji świat, chociaż wcale nie z własnej woli. Z własnej woli nie ruszałby się z domu, leżał w łóżku do południa i zajadał syte posiłki. Los jednak lubi się bawić ludźmi, a Rincewind jest najlepszym na to przykładem.
Otrzymuje polecenie, by zaopiekować się Dwukwiatem, turystą przybyłym z dalekiego "Kontynentu Przeciwwagi". Zadanie jest tym z rodzaju nie do odrzucenia, to znaczy rezygnacja oznaczałaby w dużym przybliżeniu oddzielenie głowy Rincewinda od reszty ciała. A jako przywiązany do swojej głowy, postanawia spełnić powierzoną misję – z resztą jaki problem zająć się turystą?
No dobrze, problem może i jest, gdy przebywa się w mieście pełnym przestępców, a podopiecznym jest człowiek, który założył nie tylko "rużowe okulary", ale chyba i soczewki, przyłbice i specjalne filtry, bo najwięksi złoczyńcy są dla niego lekko uszczypliwymi panami, a śmiertelne zagrożenia stają się przygodami życia.
Obydwie książki stanowią po prostu parodię fantastyki. Czego konkretnie? Trudno powiedzieć, jeśli jakaś książka fantastyczna została wydana do momentu ukazania się "Koloru magii", najpewniej i dla niej dziesięć minut się znajdzie.
— Cytat:
– Jakie są najwspanialsze rzeczy w życiu mężczyzny? – zapytał wódz nomadów. Należy mówić o takich sprawach, aby zachować szacunek w kręgach barbarzyńców.
Siedzący po prawej wychylił koktajl z kobylego mleka zmieszanego z krwią śnieżnej pantery, po czym przemówił.
– Ostry horyzont stepu, wiatr we włosach i świeży koń pod siodłem.
– Krzyk białego orła na wysokości, śnieg padający w lesie i celna strzała na cięciwie – oświadczył ten z lewej. Wódz pokiwał głową.
– Jest to z pewnością widok twego wroga leżącego bez życia, hańba jego szczepu i lamenty jego kobiet – stwierdził.
Wokół rozległy się pomruki aprobaty wobec tak skandalicznych przechwałek.
Wódz zwrócił się z szacunkiem do gościa, niewielkiej postaci, starannie rozgrzewającej przy ogniu ślady odmrożeń.
– Oto gość nasz, którego imię jest legendą – powiedział. – On nam powie, co jest najwspanialszego w życiu mężczyzny.
Gość przerwał kolejną nieudaną próbę zapalenia papierosa.
– Czo mówiłeś?
– Pytałem, jakie są najwspanialsze rzeczy w życiu? Wojownicy pochylili się. Warto będzie tego posłuchać. Gość zastanawiał się dość długo i w skupieniu. I po pewnym czasie oświadczył:
– Gorącza woda, dobre zęby i miękki papier toaletowy.
— Koniec cytatu.

27: "Równoumagicznienie".

Kobiety stają się czarownicami, a mężczyźni magami. To bardzo proste. A przynajmniej proste pozostaje do momentu, gdy przez pomyłkę pewne niemowlę otrzymuje w spadku laskę maga. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, normalna praktyka, gdyby dziecko nie miało na imię Eskarina.
Babci Weatherwax, wiejskiej czarownicy, nie pozostaje nic innego, jak zabrać małą na Niewidoczny Uniwersytet. A oznacza to dla babci wyruszenie w świat, którego nigdy wcześniej nie znała.
Wszystko rozwija się bezproblemowo, do póki Eskarina przypadkowo nie zamienia wina w mleko. A potem już droga prosta do stworów z piekielnych wymiarów, pojedynku między babcią a nadyrektorem Niewidocznego Uniwersytetu i…
— Cytat:
– Prowadź – rozkazał Cutangle. -I przestań się jąkać, człowieku! Można by pomyśleć, że w życiu nie widziałeś kobiety.
Mag nerwowo przełknął ślinę i z zapałem pokiwał głową.
– Oczywiście. I… to znaczy… Proszę za mną… um…
– Nie miałeś chyba ochoty wspominać o tradycji, co? – spytał Cutangle.
– Ee… Nie, Nadrektorze.
– To dobrze.
Biegli tuż za nim, wymijając zapracowanych magów, z których większość na widok Babci nieruchomiała.
– Sytuacja robi się krępująca – mruknął kącikiem ust Cutangle. -Będę musiał mianować cię honorowym magiem.
Babcia patrzyła przed siebie, a jej wargi prawie się nie poruszyły.
– Spróbuj tylko – syknęła. – A mianuję cię honorową czarownicą.
— Koniec cytatu.
To oczywiście Pratchettowa odpowiedź na dylemat równości płciowej, z resztą od kilku miesięcy zajmujący wszystkie media. A Eskarina nam z kart "Równoumagicznienia" mówi: "To nie takie proste".

28: "Mort".

Normalną rzeczą jest, że mistrz cechowy szuka czeladników, by przekazać im wiedzę o swojej sztuce. Normalną rzeczą na "Świecie dysku" jest także, że każdy mieszkaniec spotka pewnego mistrza, mistrza zwanego Śmiercią.
Mniej normalne jest, że Śmierć postanawia adoptować córkę, ma własnego kucharza (założyciela Niewidocznego Uniwersytetu z resztą) i lubi grać na skrzypcach. A już w ogóle nienormalne, gdy postanawia odnaleźć czeladnika, którego zapozna z fachem i… zatrudnić się w ramach odpoczynku od pracy w restauracji.
Mam ogromną słabość do tej powieści. Zajmuje tak wiele tematów, że nie wiem, na czym się skupić. Z jednej strony pokazuje dojrzewanie, ale i to, poco jest czas, czemu się zmieniamy. Pokazuje też Śmierć, samotnego, mającego za jedyne towarzystwo nieco zbzikowanego maga. Postać Śmierci jeszcze bliżej, i na swój sposób tragiczniej, pokażą nam później powieści "Kosiarz" i, zwłaszcza, "Muzyka duszy".
Widzimy Ysabel, córkę Śmierci, która dostała perspektywę wiecznego życia i wiecznej młodości, ale wcale jej to nie uszczęśliwiło. I to, jak bardzo głupia potrafi być miłość.
I Śmierć, który postanawia zostać kucharzem, ale to już zupełnie inna para kaloszy.
— Cytat:
– On tu nigdy nie przychodzi, wiesz? – odpowiedziała Ysabell, patrząc na rybę. – Zrobił to wszystko dla mojej przyjemności.
– Nie udało mu się?
– To nie jest prawdziwe. Nic tu nie jest prawdziwe. Nie takie naprawdę prawdziwe. On po prostu lubi się zachowywać jak człowiek. Zauważyłeś pewnie, że w tej chwili bardzo się stara. Wydaje mi się, że masz na niego wpływ. Wiesz… kiedyś próbował grać na banjo.
– Mam wrażenie, że jest raczej typem organowym.
– Nie potrafił. – Ysabell nie zwracała na chłopca uwagi. – On nie umie niczego stworzyć. Rozumiesz?
– Mówiłaś, że stworzył sadzawkę.
– To kopia jakiejś, którą gdzieś zobaczył. Wszystko tu jest kopią. Mort poruszył się niespokojnie. Mały owad wspinał mu się po nodze.
– Smutne – stwierdził z nadzieją, że używa odpowiedniego tonu.
– Tak.
Podniosła z alejki garść żwiru i zaczęła z roztargnieniem rzucać kamyki do wody.
[…]
– Jest bardzo dobry […] Tylko tak jakby stale myślał o czymś innym.
– Nie jest twoim prawdziwym ojcem?
– Moi rodzice zginęli w drodze przez Wielki Nef. Wiele lat temu. Chyba wybuchła burza. On mnie znalazł i przyprowadził tutaj. Nie wiem, czemu to zrobił.
– Może było mu cię żal?
– On nigdy niczego nie czuje. Nie ma czym, brakuje mu… jakże się nazywają… gruczołów. Pewnie tylko pomyślał, że mu mnie żal.
Zwróciła bladą twarz do Morta.
– Nie mogę się na niego skarżyć. Stara się jak najlepiej potrafi. Tyle że ma tak wiele spraw na głowie…
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Brzęknął dzwonek nad drzwiami. Keeble wzniósł oczy do góry. Śmierć uznał, że jest mu coś winien. Nie powinien dopuścić, żeby stracił zarobek, rzecz najwyraźniej bardzo przez ludzi cenioną.
Odsunął zasłonę z paciorków i przeszedł do recepcyjnej części biura. Niska, tęga kobieta, podobna do rozgniewanego bochenka chleba, waliła dorszem o ladę.
– Chodzi o tę posadę kucharki na Uniwersytecie – oznajmiła. – Mówił pan, że to dobre miejsce, a to czysty skandal, te studenckie dowcipasy, więc żądam… chciałabym… nie po to…
Jej głos cichł z wolna.
– Ee… – powiedziała, choć dało się poznać, że straciła entuzjazm. – Pan nie jest Keeble’em, prawda?
Śmierć spoglądał na nią. Jeszcze nigdy nie miał do czynienia z niezadowolonym klientem. Wreszcie zrezygnował.
ODEJDŹ STĄD, POSĘPNA CZAROWNICO!
Kucharka gniewnie zmrużyła małe oczka.
– Kogo to nazywasz pan posępną stolnicą? – spytała oskarżycielskim tonem i znowu uderzyła rybą o ladę. – Popatrz pan tylko. Wczoraj wieczorem to był mój termofor, a dzisiaj rano? Ryba. Co to ma znaczyć?
WSZYSTKIE DEMONY PIEKIEŁ ROZERWĄ NA STRZĘPY TWĄ DUSZĘ, JEŚLI W TEJ CHWILI NIE OPUŚCISZ BIURA, spróbował Śmierć.
– Nic o tym nie wiem. A co z moim termoforem? Tam u nich nie ma miejsca dla porządnej kobiety. Próbowali…
JEŚLI SOBIE PÓJDZIESZ, przerwał jej desperacko Śmierć, DAM CI TROCHĘ PIENIĘDZY.
– Ile? – zapytała kucharka z szybkością, która pozwoliłaby jej wyprzedzić atakującą kobrę, a błyskawicy sprawiłaby przykrą niespodziankę.
— Koniec cytatu.

29: "Czarodzicielstwo".

Kim jest ósmy syn ósmego syna ósmego syna? Na "Świecie dysku" czarodzicielem, czyli magiem o niezwykłej mocy. Wszyscy czarodziciele odeszli już dawno temu. Przynajmniej do teraz.
Dochodzi do pewnego zamieszania, gdy w trakcie bankietu z okazji wyboru nowego nadyrektora Niewidocznego Uniwersytetu, przychodzi ośmio-letni chłopiec, informuje, że pragnie fotela nadyrektora, a na koniec pokonuje w pojedynku kilku najlepszych magów. Jego zdaniem przyszedł czas, by zawładnąć światem. I trudno się dziwić, że magowie uznali to za niezwykle wspaniały pomysł.
Kto uratuje nasz świat? No, wychodzi na to, że znany nam Rincewind, złodziejka i… pewien magiczny dywan. Cała trójka zupełnym przypadkiem. I nie zapominajmy o ogromnym wkładzie pewnego kapelusza!
Przyznam uczciwie, że książki o Rincewindzie są chyba w całym "Świecie dysku" moimi najmniej ulubionymi, jak to się mawia. Chyba nie jestem zwolennikiem wielkiej groteski i stu dwudziestu trzech sposobów na koniec świata. Ale czytało się przyjemnie.
— Cytat:
Rincewind usiłował wrzasnąć przez zaciśnięte zęby. Czuł już, że pocą mu się kostki nóg.
– Nie będę latał na żadnym dywanie! – syknął. – Mam lęk gruntu.
– Chciałeś powiedzieć: wysokości – poprawiła go Conena. -I nie bądź głuptasem.
– Wiem, co chciałem powiedzieć. To grunt zabija!
— Koniec cytatu.

30: "Trzy wiedźmy".

Ta pozycja wcale, ale to wcale nie jest parodią "Makbeta".
Są więc trzy czarownice: znana nam babcia Weatherwax, niania Ogg i… I Magrat, która jeszcze jakoś tytułu się nie dorobiła. No i jest morderstwo króla.
Nic nowego, królowie ciągle zabijają i są zabijani, prawda? Tylko że ten nowy król… No jakoś tak… nie jest zbytnio lubiany.
I chyba przydałoby się sprowadzić nowego. Tylko jak tu się do tego zabrać?
Nic prostszego, niż przenieść całą krainę w czasie, zatrudnić następce króla jako aktora i przywołać demona z użyciem przyborów toaletowych.
Jedyne moje prywatne zastrzeżenie dotyczy narracji, która ewidentnie jest parodią stylu Szekspira, ale – nie wiem, czy to tłumaczenie, czy oryginał, ale… Staje się po prostu dość ciężko strawna.
— Cytat:
– Wiesz co, Magrat? Najlepiej się znasz na sabatach. Równie dobrze możemy to załatwić jak należy. Co dalej?
Magrat zawahała się. Raczej nie ośmieli się zaproponować tańca nago.
– Jest pieśń – powiedziała. – W hołdzie księżycowi w pełni.
– Nie jest w pełni – zauważyła Babcia. – On… ten… jak mu… pęcznieje.
– Przybiera – podpowiedziała usłużnie Niania.
– Myślę, że to w hołdzie księżyców w pełni ogólnie – zaryzykowała Magrat. – A potem musimy wznieść naszą świadomość. Obawiam się, że księżyc w pełni jest jednak niezbędny. Księżyce w ogóle są bardzo ważne.
Babcia przyjrzała jej się z uwagą.
– To jest to nowoczesne czarownictwo? – spytała.
– Między innymi, Babciu. Jest tego o wiele więcej. Babcia Weatherwax westchnęła.
– Każdej wedle gustu, jak sądzę. Ale niech mnie rozerwie, jeśli pozwolę tej błyszczącej kuli z kamienia mówić mi, co mam robić.
– Jasne. Do licha z tym wszystkim – zgodziła się Niania. – Rzućmy na kogoś urok.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Przepraszam! – powtórzyła Magrat, tym razem głośniej. – Kto to była Czarna Aliss? I – dodała szybko – żadnych znaczących spojrzeń i gadania tak, żebym nie zrozumiała. W tym sabacie uczestniczą trzy czarownice. Pamiętajcie o tym.
– Żyła długo przed tobą – wyjaśniła Niania Ogg. – Właściwie nawet przede mną. Mieszkała pod Skundem. Bardzo potężna czarownica.
– Jeśli wierzyć plotkom – dodała Babcia Weatherwax.
– Kiedyś zmieniła dynię w królewską karocę – oświadczyła Niania.
– Na pokaz. Komu to pomoże, jeśli zjawi się na balu pachnąc jak ciasto z dyni? A ta sprawa ze szklanym pantofelkiem… niebezpieczna moim zdaniem.
– Ale największe jej dokonanie – ciągnęła Niania, nie zważając na słowa Babci – to uśpienie całego pałacu na pełne sto lat, dopóki… – Zawahała się. – Nie mogę sobie przypomnieć. Chodziło o krzewy róż, a może coś z kołowrotkiem? Zdaje się, że jakaś księżniczka miała ukłuć… Nie, to książę. Właśnie.
– Ukłuć księcia? – zaniepokoiła się Magrat.
– Nie. On miał ją pocałować. Bardzo romantyczna była ta Czarna Aliss. W jej zaklęciach zawsze tkwiła odrobina romansu. Najbardziej lubiła Dziewczę spotykające Żabę.
– Dlaczego nazywali ją Czarną Aliss?
– Przez paznokcie – wyjaśniła Babcia.
– I zęby – dodała Niania Ogg. – Aliss uwielbiała słodycze. Mieszkała w prawdziwej chatce z piernika. W końcu dwójka dzieciaków wepchnęła ją do pieca. Szokujące.
– I zamierzasz uśpić cały zamek? – spytała Magrat.
– Ona nigdy nie uśpiła zamku. To tylko bajki starych bab. -Babcia spojrzała znacząco na Nianię. – Po prostu zakołysała trochę czas. To nie takie trudne, jak się wydaje. Wszyscy to robią. Czas jest jak guma. Można go naciągnąć, jak komu wygodnie.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Magrat unosiła się na miotle kilkaset stóp ponad obrotową granicą Lancre, spoglądając w dół na morze mgieł, skąd z rzadka sterczał czubek jakiegoś drzewa podobny do obrośniętej wodorostami skały w czasie przypływu. Wydęty księżyc sunął nad nią; pewnie znowu przybierał. Porządny wąski rogalik byłby lepszy. Bardziej odpowiedni.
Zadrżała. Zastanowiła się, gdzie jest teraz Babcia Weatherwax.
Miotła starej czarownicy była powszechnie znana i budziła lęk na niebie Lancre. Babcia dość późno poznała lot i po krótkim okresie nieufności polubiła go jak mucha gnijący rybi łeb. Problem jednak polegał na tym, że każdy lot Babcia pojmowała jako prostą linię łączącą punkty A i B; nie mogła pogodzić się z faktem, że inni użytkownicy powietrza też mają jakieś prawa; to proste zjawisko zmieniło trasy lotów migracyjnych na całym kontynencie. Przyspieszona ewolucja wśród miejscowego ptactwa stworzyła generację latającą na grzbiecie, by czujnie obserwować całe niebo.
Głęboka wiara Babci, że wszystko powinno schodzić jej z drogi, dotyczyła też innych czarownic, wysokich drzew, a czasem także gór.
Babcia zmusiła również żyjące pod górami krasnoludy, by z lęku o życie zwiększyły szybkość jej miotły. Wiele jajek zostało złożonych w powietrzu przez niczego nie podejrzewające ptaki, które nagle zauważyły pędzącą ku nim Babcię, spoglądającą groźnie znad kija miotły.
– Ojej – zmartwiła się Magrat. – Mam nadzieję, że nikogo nie trafiła.
— Koniec cytatu.

31: "Piramidy".

Nie mogę powiedzieć o żadnej książce Pratchetta, żebym jej nie lubił. W każdej coś się znajdzie, humor, trudne przemyślenia, inspirujące postacie… Ale nie umiem pojąć, co, jak to się na polskim mawia, "autor chciał powiedzieć". Nie jestem pewien, co dokładnie autor chciał parodiować, ale gdyby nie nikła szansa, by dzieło to znał, podejrzewałbym, iż chodzi o "Faraona". Z całą pewnością jest to jednak parodia starożytnego Egiptu.
Właściwie pomysł na książkę można przedstawić jednym zdaniem: nowy faraon obejmuje władzę, ale w tym czasie jego dawno zmarli przodkowie uznają, że to doskonały moment na odwiedziny w królestwie.
A no i przy okazji jest jeszcze największy matematyk na Świecie Dysku, który okazuje się być wielbłądem.
— Cytat:
Brak palców był kolejnym czynnikiem przyspieszającym rozwój intelektualny wielbłądów. Rozwój matematyczny ludzi zawsze był hamowany przez powszechną instynktowną skłonność, by wobec czegoś naprawdę skomplikowanego – jak choćby wielomiany trój-foremne czy różniczki parametryczne – liczyć na palcach. Wielbłądy od samego początku liczyły na liczbach.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Dios siedział na stopniach tronu i ponuro wpatrywał się w podłogę. Bogowie nie słuchali. Wiedział to. Wiedział to najlepiej ze wszystkich. Tyle że nigdy nie miało to znaczenia. Człowiek wykonywał właściwe ruchy i znajdował odpowiedź. To rytuał był ważny, nie bogowie. Bogowie mieli pełnić funkcję megafonu, bo w przeciwnym razie kogo ludzie zechcieliby słuchać?
— Koniec cytatu.

32: "Straż! Straż!".

W jednym z opracowań twórczości Pratchetta przeczytałem, że seria o Straży Miejskiej stanowi perłę całego Świata Dysku. I trudno się z tym twierdzeniem nie zgodzić. W głosowaniu na najlepszą część w roku 2015 wszystkie trzy pierwsze miejsca zajęły powieści z tego właśnie podcyklu.
Tu nie chodzi tylko o to, że Pratchett zdecydowanie miał smykałkę do kryminałów, bo rzeczywiście kryminały pisał dobre, ale znalazłyby się lepsze. Tu chodzi o to, jak na przestrzeni kolejnych książek obserwujemy zmianę zgniłej, wyśmiewanej formacji w sprawną, stawianą na całym świecie za przykład policję. Tu chodzi o to, jak można bohatera narodowego zmienić doświadczeniami w pijaka, a pijaka we wzorowego męża i ojca. Przede wszystkim jednak chodzi o rozprawienie się z dyskryminacją, nierównością społeczną, niesprawiedliwością. O to, że istnieć mogą ludzie na wskroś uczciwi i prawi. Czytając zwłaszcza ostatnią powieść z tego podcyklu, książkę "Niuch", niemal wyczuwałem poszukiwania właśnie takiego świata.
Nie bez znaczenia w tym wszystkim są doskonale wykreowani bohaterowie dojrzewający z kolejnymi stronami i przebijający z każdej strony Pratchettowski humor.
Pewnie brzmię teraz jak jakiś naganiacz przed sklepem, ale dla mnie powieści dotyczące Straży Miejskiej pozostaną jednymi z najważniejszych książek czytanych w życiu.
To jednak pierwszy element tej układanki, w którym dopiero poznajemy pierwszych bohaterów i po którym nie widać jeszcze tego wszystkiego, o czym pisałem.
Straż Miejska Ankh-Morpork jest cieniem samej siebie. Jak myślicie, ilu ludzi powinna liczyć formacja policyjna liczącego ponad milion mieszkańców miasta? No cóż, tutaj jest ich dokładnie trzech, w tym kapitan znany z pijaństwa, sierżant, który za żadne skarby świata nie chce zostać oficerem oraz kapral, który musi nosić ze sobą pisemny dokument poświadczający, że naprawdę jest człowiekiem, a nie brakującym ogniwem w ewolucji małp.
Do tego w żadnym razie nie można nazwać naszej grupy skutecznymi siłami mundurowymi. Pewnie gdyby spytać kapitana o jakieś udane aresztowanie, przypomniałby sobie jakąś sprawę z przed trzech, może czterech lat. Dziś jedynym celem straży jest chodzenie po ulicach, dzwonienie i mówienie jak najcichszym głosem "Jest dwunasta i wszystko w porządku"! Właściwie nikt nie wie, poco straż miejska jeszcze istnieje, skoro absolutnie nikt nie traktuje jej poważnie, a miasto jest znane na całym świecie ze swojej przestępczości.
Wszystko zmienia się, gdy do kapitana Vimesa zgłasza się ochotnik. I choć nikt nie umie pojąć, kto jest na tyle szalony, by zgłaszać się do Straży Miejskiej jako ochotnik, Marchewa Żelazny Watson nie czuje się tym zrażony i natychmiast, chętnie i z niezwykłym zaangażowaniem przyjmuje nowe obowiązki.
Nowy nabytek straży to ponad 2-metrowy, potężnie zbudowany mężczyzna, co nie przeszkadza mu czuć się krasnoludem (został adoptowany przez rodzinę krasnoludów). A życie w kopalni nie przypomina trudnego, pełnego pułapek i złoczyńców miasta. To jednak żaden problem dla Marchewy, to problem dla Ankh-Morpork!
A, no i jeszcze jest taka drobna sprawa. Mianowicie na miasto napada smok.
— Cytat:
Kapitan Vimes biegł ulicą Krótką – najdłuższą w mieście, co ukazuje słynne z subtelności poczucie humoru w Morpork – a sierżant Colon potykał się za nim i protestował. Nobby stał przed Bębnem, przeskakując z nogi na nogę. W chwilach zagrożenia potrafił się przemieszczać z miejsca na miejsce, na pozór omijając dzielącą je przestrzeń, w sposób, który mógłby zawstydzić prosty transmiter materii.
– On się tam bije! – zawołał, chwytając kapitana za ramię.
– Całkiem sam? – spytał Vimes.
– Nie, ze wszystkimi! – krzyknął Nobby i podskoczył.
– Aha.
Sumienie podpowiadało: Jest was trzech. On nosi taki sam mundur. To jeden z twoich ludzi. Pamiętaj o biednym Gaskinie.
Inna część umysłu, znienawidzona i pogardzana, która jednak pozwoliła mu przeżyć w Straży ostatnie dziesięć lat, mówiła: Niegrzecznie jest się wtrącać. Zaczekamy, aż skończy, a potem zapytamy, czy potrzebna mu pomoc. Poza tym Straż z zasady nie miesza się do bójek. O wiele prościej jest wkroczyć później i aresztować wszystkich nieprzytomnych.
Z trzaskiem wypadło pobliskie okno, a oszołomiony zabijaka wylądował po drugiej stronie ulicy.
– Sądzę – rzekł kapitan – że trzeba działać szybko.
– Słusznie – przyznał sierżant Colon. – Tutaj człowieka może spotkać krzywda.
Przesunęli się ulicą kawałek dalej, gdzie trzaski pękającego drewna i brzęk tłuczonego szkła nie były tak głośne. Starannie unikali patrzenia sobie w oczy. Od czasu do czasu z tawerny dobiegał wrzask, a niekiedy tajemniczy dźwięk, jakby ktoś kolanem uderzył w gong.
(…)
– Chyba nie byłby szczęśliwy w Straży – stwierdził pocieszająco sierżant.
Drzwi Załatanego Bębna wyrywano w bójkach tak często, że niedawno zamontowano je na specjalnie hartowanych zawiasach. Fakt, że następne straszliwe uderzenie wyrwało z muru całe drzwi razem z futryną, dowodził tylko, że zmarnowano sporo pieniędzy. Postać leżąca wśród odłamków spróbowała unieść się na łokciach, stęknęła i opadła.
– Zdaje się, że już po… – zaczął kapitan.
– To ten piekielny troll – przerwał mu Nobby.
– Co? – nie zrozumiał Vimes.
– To troll! Ten, który pilnuje wejścia!
(…)
– Nie myślicie chyba – powiedział sierżant – że on wygrywa? Kapitan mężnie wysunął podbródek.
-Jesteśmy to winni naszemu koledze i funkcjonariuszowi -oznajmił. – Musimy wejść i sprawdzić.
(…)
Było to może najostrożniejsze wejście w całej historii wojskowych manewrów, na samym dole skali, na której szczycie znajdują się takie wyczyny jak Szarża Lekkiej Brygady.
Wszyscy trzej wyjrzeli czujnie zza wyłamanych drzwi.
Kilka osób leżało rozciągniętych na podłodze i tym, co pozostało ze stołów. Ci, którzy wciąż jeszcze zachowali przytomność, byli z tego powodu dość nieszczęśliwi.
Marchewa stał pośrodku sali. Jego zardzewiała kolczuga była porwana, stracił hełm, kołysał się lekko na boki, a jedno oko już zaczynało mu puchnąć. Rozpoznał jednak dowódcę. Opuścił na podłogę słabo protestującego klienta, którego trzymał, i zasalutował.
– Melduję posłusznie trzydzieści jeden przypadków Naruszania Spokoju Publicznego, pięćdziesiąt sześć przypadków Obraźliwego Zachowania, czterdzieści jeden przypadków Utrudniania Funkcjonariuszowi Straży Wykonywania Obowiązków, trzynaście przypadków Rozboju z Użyciem Niebezpiecznego Narzędzia, sześć
przypadków Złośliwego Zwlekania i… i… kapral Nobbs nie pokazał mi, jak działa cokolwiek.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Z pewnością masz rację! Nikt nade mną nie zapanuje! Wonse uniósł dłoń uspokajająco.
– Oczywiście, oczywiście – zgodził się. – Ale istnieją sposoby i sposoby. Tak, sposoby i sposoby. A ryki i płomienie, rozumiesz, nie będą ci potrzebne…
Głupia małpo! A jak mam ich zmusić, żeby robili, co im każę?
Wonse splótł ręce za plecami.
– Zrobią to dobrowolnie – zapewnił. – A z czasem uwierzą, że sami tego chcieli. Stworzą nową tradycję. Możesz mi wierzyć. My, ludzie, łatwo się dostosowujemy.
Smok przyglądał mu się długo.
– Minie trochę czasu – mówił Wonse, starając się powstrzymać drżenie głosu – a kiedy ktoś im powie, że smok na tronie to zły pomysł, sami go zabiją.
Smok mrugnął.
Po raz pierwszy, odkąd Wonse pamiętał, zdawał się wahać.
– Po prostu znam ludzi – wyjaśnił Wonse. Smok przygniatał go wzrokiem. Jeżeli mnie okłamujesz…
– Wiesz, że nie mogę. Nie ciebie. Naprawdę tak się zachowują?
– Oczywiście. Przez cały czas. To typowa ludzka cecha.
(…)
Nie doczekam się potężnych wojowników, chcących mnie zabić? pomyślał smok niemal żałośnie.
– Raczej nie. Ani bohaterów?
-Już nie. Za dużo kosztują.
Przecież będę zjadać ludzi!
Wonse zaskomlał.
Poczuł, jak smok przeszukuje jego umysł, próbując znaleźć wskazówkę umożliwiającą zrozumienie. Na wpół zobaczył, na wpół poczuł migotanie przypadkowych wizji, obrazy smoków, mitycznej ery gadów i – tutaj smok był szczerze zdumiony – pewnych niezbyt chwalebnych okresów ludzkiej historii, stanowiących zresztą większą jej część. A po zdumieniu napłynął gniew. Nie istniało właściwie nic, co smok mógł zrobić ludziom, a czego sami wcześniej czy później nie wypróbowali na sobie nawzajem, często z entuzjazmem.
Macie czelność się skarżyć, pomyślał smok. A przecież my byliśmy smokami. Smoki powinny być okrutne, chytre, nieczułe i straszne. Ale coś ci powiem, małpo…
Wielki pysk zbliżył się jeszcze i Wonse spojrzał prosto w głębie bezlitosnych smoczych ślepi.
Smoki nigdy nie paliły na stosie, nie torturowały, nie rozpruwały na kawałki i nie nazywały tego moralnością.
— Koniec cytatu.

C.d.n.

Lektury lutego #wyzwanieczytelnicze2020

Przymierzamy się do zamontowania na domu fotowoltaiki. Na razie jednak jest z tym więcej problemów, niż pożytku. A wszystko przez jeden program.
Uznałem, że wykażę się matematyczną sztuką i napiszę program, który obliczy optymalne ustawienie i kąty paneli fotowoltaicznych dla najlepszej mocy układu. I wszystko pięknie ładnie, program działa. Wcześniej jednak napisałem podsumowanie lutowej listy lektur, a że dość pospiesznie plik zapisywałem do późniejszej korekty, nazywał się d.txt. Potem zaś, by przejrzeć na spokojnie dane w jakim notatniku, kazałem zapisać mojemu programowi je w tymczasowym pliku, który postanowiłem nazwać… d.txt. I tak oto zestawienie lektur zamieniło się na obliczenia ustawienia paneli fotowoltaicznych, swoją drogą paneli czterdziestu trzech, gdyby to kogoś interesowało.
Nie pozostaje więc nic innego, jak zacząć od nowa.

Lektury przeczytane przeze mnie w lutym

Jak przewidywałem, lista krótsza od styczniowej, pozycji w sumie jest dziewięć.
W lutym trafił mi się dość mroczny zestaw – mroczny przynajmniej o tyle, że niewiele było tu pozytywnych lub pięknych zakończeń. Postanowiłem nadrobić nieco nieznanej mi klasyki, a klasyka ma jakoś taki dziwny zwyczaj bycia lekko demotywującą.

16. Stephen G. Michaud, Beck Weathers, "Everest – na pewną śmierć"

Autobiografia… 10 maja 1996 roku na Mount Evereście doszło do burzy, w której zginęło dziewięciu wspinaczy. Beck, który cudem przeżył te wydarzenia, wspomina zmianę, jaka zaszła w jego życiu. Pochłonięty swoimi pasjami zagubił gdzieś rodzinę. Na całe tygodnie znikał. Perspektywa śmierci stała się dla niego początkiem nowego życia.
Książkę czytałem bardzo szybko i przyjemnie. Tematyka himalaistyczna mnie interesowała, uznajmy, w stopniu umiarkowanym – czasem coś przeczytałem czy usłyszałem. Koleżanką z klasy mojej mamy jest polska himalaistka Kinga Baranowska, więc siłą rzeczy jakoś tam o temat się otarłem. Nigdy jednak nie była to moja pasja. "Na pewną śmierć" nie opowiada jednak o samych górach, a raczej o przemianie w życiu człowieka.
Jest jednak taka jedna rzecz, a nawet dwie rzeczy, które mnie w tej historii zastanawiają.
Po pierwsze, Beck porzucił wspinaczkę. I nie ma czemu się w sumie dziwić – zwłaszcza, że musiano dokonać amputacji. Zastanawia mnie jednak może nie wyrażone bezpośrednio, ale jakoś w tle przeze mnie dostrzegane potempienie dla Himalaizmu – takie słowa "I poco ja, my to robimy?" Nie powiem, że kiedykolwiek to zrozumiem. Wiem jednak, że ludzie mają różne pasje, a choć wspinaczka górska wydać się może ekstremalna i zbędna, dla mnie jest w niej coś bardzo szlachetnego.
Po drugie, wina zawsze leży częściowo po dwóch stronach. Może przesuwać się ciężar odpowiedzialności, można szukać bezpośrednich przyczyn, ale żadne trudne sytuacje rodzinne nie wynikają tylko z jednego ogniwa. I czytając tę powieść utwierdzałem się tylko w przekonaniu, że czegoś tu bardzo brakuje. Czy Beck czynił dobrze, zostawiając tak rodzinę samą sobie? Nie, nie czynił. Czy jednak ta rodzina próbowała mu pomóc, zrozumieć?
Mimo to "Na pewną śmierć" zdecydowanie polecam.

17. Jane Austen, "Duma i uprzedzenie"

Nie umiem pojąć, jak to się stało, że aż do tego roku nie zapoznałem się z tą powieścią – zwłaszcza, że miałem po nią sięgnąć jakoś od końca gimnazjum. Kiedy jednak szukałem następnej lektury, ta wylatywała mi z głowy, a gdy o niej pamiętałem, byłem w połowie cyklu lub w innej, podobnej sytuacji.
Przełom XVIII i XIX wieku. Do pewnej wsi przybywa bogaty człowiek z miasta. Historia pięciu sióstr w tym czasie. Co więcej napisać?
Powieść tak bardzo obyczajowa, że każda próba opisywania fabuły stawałaby się streszczeniem. A jednak bardzo mnie wciągnęła. Tego typu dobrze napisane książki lepiej niż jakiekolwiek podręczniki ukazują psychologie, tradycję i kulturę określonego miejsca i czasu.
Chyba najsmutniejsze jest w tym wszystkim to, że nadal dziś mamy taki problem z tytułowymi dumą i uprzedzeniami. Podobnie jak bohaterki powieści, tak często i my oceniamy ludzi po tym, co nam się wydaje, albo na podstawie plotek, przekazywanych szeptem podczas przyjęć.
Zdecydowanie polecam tym, którzy nie potrzebują wartkiej akcji i licznych przygód, a ze swej strony tylko dodam, że pod pewnymi względami cieszę się, że jednak mamy XXI wiek. Czy to dobrze, czy też źle o nas świadczy nie wiem, ale tamto życie wydawało się takie bardzo poważne i nudne.

18. F. Scott Fitzgerald, "Wielki Gatsby"

O tej powieści wiele napisano i na różne sposoby interpretowano, czym jest. Dla mnie jest przede wszystkim historią o tym, jak bardzo można zagubić się w pogoni za czymś, co nie istnieje.
Stany Zjednoczone kilka lat po I Wojnie Światowej. Główny bohater zamieszkuje w domu nieopodal bogatej posiadłości człowieka imieniem Gatsby, o którym krążą przeróżne plotki, podejrzewa się go nawet o morderstwo. Wszystko ze względu na dość nietypowy styl życia Gatsby’ego, który regularnie wyprawia w swym domu huczne przyjęcia i zdaje się średnio interesować w ogóle tym, kto jest zaproszony, a kto nie – kto tańcuje, a kto leży upity pod drzewem.
Prawda jest jednak, oczywiście, zupełnie inna, a wszystko to, bogactwa, przyjęcia, samochody i domy zdobył w pogoni za iluzją, która nigdy nie była rzeczywista. I wcale nie chodzi tu o iluzję bogactwa.
"Wielki Gatsby" to powieść o niezwykłej podłości, ale i honorze i szlachetności. Pokazuje tak skrajnie różne postawy ludzkie. Bogacz wcale nie musi być zarozumiały i podły, a piękna kobieta dobra i wierna.
Choć niewiele optymizmu płynie z tej lektury, zdecydowanie jakoś tak porusza za serce i zachęca do wielu, bardzo wielu refleksji nad sobą i światem.

19. John Steinbeck, "Ludzie i myszy"

Myśl, że w sumie prawie niczym nie różnimy się często od takich małych gryzoni włażących nam do domów niekoniecznie jest przyjemna, ale trudno się jej oprzeć po przeczytaniu "Ludzi i myszy". I wcale nie jest to powieść fantastyczna o "Mousemanie".
Dwóch przyjaciół poszukuje pracy na farmie, łapiąc się od zajęcia do zajęcia, marząc o kupnie własnej ziemi, choć bez realnych perspektyw. Są jak liście rzucane przez wiatr. I pewnie tyle można powiedziećby o całym ich życiu, gdyby nie pewna przeszkoda. Jeden z nich jest upośledzony umysłowo i pewnego dnia nieświadomie dokonuje morderstwa.
To przede wszystkim powieść o najtrudniejszych decyzjach w przyjaźni. O wiernej przyjaźni, w której wierność wobec druha musi podyktować decyzję o jego zastrzeleniu. Powieść, w której wszystkie wartości wydają się powykręcane ukazane za jakimś bardzo brudnym oknem. Autor pokazuje, że to, co wydaje się złem, czasem może być największym dobrem; a pozornie słuszne czyny prowadzić mogą do katastrofy.
Lekturę zdecydowanie polecam, ale chyba na taki jeden raz w życiu. Bo ja raczej wrócić do niej już nie zdołam.

20. Emily Brontë, "Wichrowe wzgórza"

Jeśli to możliwe, staram się zapoznać z informacjami o powieści i autorze już po skończonej lekturze. Wszystko dlatego, by nie wpływały one na obraz. W wypadku "Wichrowych wzgórz" wystarczyło mi przeczytanie kilku pierwszych stron, by wiedzieć, że mam do czynienia z romantyzmem w najklasyczniejszym z wydań. I, rzeczywiście, "Wichrowe wzgórza" uważa się za jeden z najwybitniejszych tekstów romantyzmu brytyjskiego.
Mamy tu zasadniczo wszystko, co potrzebuje powieść romantyczna. Jest miłość wbrew rozsądkowi, są wydarzenia, które trudno wyjaśnić naukowo, a jednak przecież można, są ludzie o charakterach przerysowanych tak, że książka mogłaby chyba świecić na półce. Ogólnie mamy lekturę, która Dawida Piepera wciągnęła i nie wypuściła do ostatniej strony, choć już od początku domyślał się zakończenia.
"Wichrowe wzgórza" to ukazanie tego, jak bardzo podli mogą być ludzie i że wcale podłość, zło i okrucieństwo nie kreślą ich zdolności do miłości. Szokujące jest dla mnie na kartach tej powieści, ile zła może kryć się w człowieku – chociażby i fikcyjnym, ale także ile miłości i cierpliwości może okazać mu ktoś inny.
Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy mają zamiar poznać romantyzm inny,, niż "ickiewicz wielkim poetą był".

21. Kazuo Ishiguro, "Okruchy dnia"

Świetna powieść o niczym – gdybym miał "Okruchom dnia" ułożyć reklamę, właśnie taki slogan bym stworzył. Choć istnieje także spore ryzyko, że byłby to natychmiastowy koniec mojej reklamotwórczej kariery.
Są to wspomnienia kamerdynera fikcyjnego angielskiego lorda, który pierwszy raz udaje się w podróż po Anglii, a przy okazji wspomina swoje życie. Całe życie służył u lorda, który swoją polityką tylko szkodził Anglii – próby układania się z Hitlerem, chwilowe zainteresowanie antysemityzmem… A jednak wydaje się dobrym człowiekiem. Pojawia się pytanie: czy był człowiekiem dobrym, czy też to przywiązanie głównego bohatera jako dobrego go kreśli?
W książce pojawia się wiele pytań, na które musimy sobie odpowiedzieć, dotyczących godności, tożsamości i lojalności, a przy okazji odkrywać możemy tradycje domów szlacheckich w Anglii międzywojennej.
I choć wydawać się może, że to naprawdę książka o niczym, zdecydowanie tak nie jest.

22. Colleen McCullough, "Ptaki ciernistych krzewów"

"Za późno. Po prostu za późno." – takie były moje refleksje po lekturze tej powieści. Rzecz toczy się w Australii w latach 1915-1969 i zasadniczo jest doskonałym przepisem na wielopokoleniową katastrofę. I to wcale nie dlatego, że bohaterowie są źli, wręcz przeciwnie.
Dla mnie "Ptaki ciernistych krzewów" na pierwszym miejscu są ostrzeżeniem, do czego prowadzi pogubienie się w codzienności – do odkrycia, że się kocha swoją żonę, dzieci, rodziców, gdy jest już zbyt późno.
W wielu opisach możemy przeczytać, że jest to historia tragicznej miłości Australijskiej dziewczyny Meggie i księdza Ralfa de Bricassart. To jednak nie jest pełny obraz wydarzeń. Powieść dotyczy przede wszystkim sytuacji rodziny, w której przy dobrych chęciach, wzajemnej miłości i trosce, o tych chęciach, miłości i trosce zapomniano. W pogoni codziennych spraw, pod wpływem różnych ran, po prostu z czasem roztopiły się uczucia – choć przecież nigdy nie znikły.
Wspomniany romans także wcale nie jest w żaden bezpośredni sposób związany z celibatem, nie w znaczeniu fabularnym. Równie dobrze można przenieść tę historię do średniowiecza i przedstawić miłość chłopki do szlachcica – na to samo by wyszło.
To niesamowita, dobrze napisana, ale trudna powieść opowiadająca o wielu problemach i trudnościach, których przezwyciężyć się po prostu nie da. Skłania do wielu refleksji o tym, ilu cierpień dałoby się uniknąć, gdyby tylko na czas sobie przypomnieć o innych ludziach wokół nas.
Gorąco zachęcam do lektury, choć ze swej strony przyznaję, że cieszy mnie niezmiernie, iż choć kilku bohaterów na końcu ma szanse wyrwać się z rodzinnej sytuacji. Gdyby nie oni, naprawdę nie wiem, na ile bym się po lekturze pozbierał.

23-24. Artur Andrus, "Blog osławiony między niewiastami" oraz "Vietato fumare"

Te dwie książki stanowią zbiór satyryczno-komicznych wpisów z bloga Artura Andrusa – reportera pracującego niegdyś w Radiowej Trójce. Trudno napisać jakiekolwiek streszczenie, bo – jak to na blogu – jest tu po prostu wszystko. Wierszyki, satyryczne komentarze do sytuacji społecznej, a nawet refleksje o znaczeniu metafizycznym znaków drogowych. Prócz wszystkiego miło było wrócić w takiej kapsule czasu i raz jeszcze powspominać, co to w tej Polsce się działo i o czym się mówiło tych 10 lat temu.
Spontaniczne i trudne do powstrzymania wybuchy śmiechu gwarantowane.

Lektury stycznia #wyzwanieczytelnicze2020

Pod koniec ubiegłego roku Julita postawiła przed nami ciekawe wyzwanie polegające na przeczytaniu stu książek, a także opisywaniu tych, które przeczytaliśmy do tej pory. Pozwoliłem sobie nieco formę owego wyzwania zmodyfikować i zbierać przeczytane pozycje miesiącami.
W tym wpisie postaram się podsumować, co też przeczytałem w styczniu, podzielić się subiektywną opinią i krótkim opisem tekstów. A różnorodność gatunkowa była tu dość spora, bo od powieści historycznej, przez antywojenną i obyczajowe po fantastykę. Nim jednak podsumuję dzieła po tytułach, kilka uwag wstępnych.

Jak oceniać literaturę?

Pierwsze recenzje próbowałem pisywać jeszcze na Klango w latach 2011-2013. Wtedy też dawałem książkom oceny w 10-punktowej skali. Dziś także często widzę tę praktykę, tak na blogach recenzentów, jak chociażby na stronach Internetowych księgarni. A jednak nie da się przecież zamknąć książki w 10-punktowej skali, co więcej, nie da się jej do końca obiektywnie ocenić.
Oczywiście, możemy porównywać lub opisywać książki wedle szczególnych kryteriów. Możemy powiedzieć pozytywnie o poziomie poetyckim czy ilustratorskim Ballad Mickiewicza czy doceniać opisy w książkach Sienkiewicza. Już jednak przecież i te Ballady, i opisy mają swoich zwolenników lub przeciwników.
Jeden czytelnik będzie spijał każde słowo ilustracji krajobrazów czy chociażby zwykłej gospody z "Krzyżaków" czy "Ogniem i mieczem" albo rysował w wyobraźni Rzym z "Quo Vadis", drugi zaś tylko znudzony będzie przerzucał po kilka-kilkanaście stron. Gdy jedni zachwycają się Sienkiewiczowskim językiem, drudzy są mu niechętni lub nawet z jego powodu rezygnują z lektury.
Z biegiem lat coraz więcej dostrzegam wad czy błędów w twórczości pani Rowling. Drażnią mnie kolejne nieścisłości czy płytkość wydarzeń, a jednak przygody Harryego Pottera śledzą z zapartym tchem czytelnicy z całego świata, sam chętnie przeczytałem książki o Hogwarcie i czasem do nich wracam, zwłaszcza do ulubionego "Więźnia Azkabanu".
To wszystko sprawia, że nie da się naprawdę ocenić książki, nie w 10-punktowej czy nawet porównawczej skali. Trudno chociażby kłaść przy sobie "Antygonę", "Beowulfa" i "Dekameron" powstałe w trzech tak różnych epokach, różnych kulturach i tradycjach i porównywać kunszt ich napisania.
Ja osobiście przyjąłem nieco inne kryteria i zacząłem oceniać na własny użytek książki tym, w jakim stopniu do mnie przemawiają. Uważam, że jednym z najtrudniejszych wyzwań dla autora jest utożsamienie czytelnika z bohaterem i przeświecanymi przez książkę ideami.
Przez to, jak książka do mnie przemawia swym językiem, stylem czy pomysłem mogę ocenić, na ile się mi podoba – i znów, każdy może odebrać powyższe po swojemu.
Dlatego uznałem, że w podsumowaniu tym i przyszłych będę więcej skupiał się na własnych odczuciach, niż obiektywnej ocenie.

Zbiór ten podzieliłem na nagłówki – taka wskazówka: aby skakać między pozycjami wystarczy wciskać literkę H lub SHIFT+H.

Lektury przeczytane przeze mnie w styczniu

Luty oznacza sesję, a więc pewnie w sporym zakresie ponadrabiałem czytelnicze pozycje za zaczynający się miesiąc. W styczniu miałem przyjemność zapoznać się z piętnastoma pozycjami.

1. "Anioły w czerni", Evan Currie

Są takie cykle, które gdzieś tam już dawno zatraciły swój pomysł i cel istnienia, a jednak wciąż książki się chętnie czyta – nawet gdy lektura powoli zaczyna przypominać oglądanie czegoś, byle oglądać. Powyższe zdanie jest nieco krzywdzące dla twórczości Evana Curriego, ale to właśnie w tę stronę prowadzi czytelników jego pióro.
Cykl "Odyssey One" – do którego Spin-Offem jest powieść "Anioły w czerni" – przyjął się na świecie bardzo ciepło. Przygody kapitana Erica Westona – może nieco szalonego, może mającego zbyt wiele szczęścia, ale człowieka prawego i upartego, o wielkiej charyzmie i charakterze admirała Nelsona, oddanego całym sercem swojej załodze, pierwszego odkrywcy pozaziemskiej cywilizacji nazwanej Pryminae – i jego zmagań z rasą Drassinów może nie były wyjątkowo odkrywczym powiewem w literaturze Science Fiction, ale ze względu na formę ukazania, wartką akcje i w tym wszystkim ukryte trudne dylematy o moralności, roli człowieka i wojny zdobyły także i moje serce.
"Rozgrywka w ciemno" czy "W samo sedno" – pierwsze dwa tomy cyklu – zdecydowanie zasługują na duży szacunek. Niestety wydaje się, że autor podąża za obecnymi tendencjami i nie wie, w którym miejscu postawić kropkę, a kolejne jego powieści stają się schematyczne i niewiele wnoszące do fabuły. Ta z resztą gdzieś tam już się zapodziała z pewnością czytelnikowi, a najpewniej także i autorowi.
Kolejne historie pióra Curriego sprowadzają się ostatnio do kilku stron czczej paplaniny i rzucania się na wroga, odpalając wszystkie działa na okrętach i starając się przeżyć. Nawet schematy kolejnych starć w kosmosie stają się przewidywalne i powtarzalne.
A jednak wciąż autor nie zagubił tej jednej rzeczy, która zachęca do sięgania po kolejne tomy – choć z westchnieniem rozczarowania za każdym razem. Choć złote lata cyklu "Odyssey One" zakończyły się wraz z momentem, gdy ludzkość Curriego wymyśliła broń zwaną działami T, która pozwoliła niszczyć niezdobyte okręty Drassinów całymi setkami, to jednak w opisach kolejnych starć wciąż pozostała ta mała iskierka, która z tak zapartym tchem pozwalała śledzić pierwsze zmagania byłego pilota myśliwca.
I choć wiem, że do "Aniołów w czerni" nie będę wracał, z pewnością lektura dostarczyła zabawy i skutecznie odciągała myśli na nudniejszych wykładach.

2. "Wśród Obcych", Jo Walton

Rzadko to mówię, ale choć od lektury książki minęły ze trzy tygodnie, zupełnie nie wiem, co o niej myśleć. Główna bohaterka ucieka od próbującej zabić ją matki i trafia do dość obojętnego jej ojca. Wysłana jest do szkoły z internatem.
Nikt prawie nie wie jednak, że jej matka jest czarownicą, a i nasza bohaterka utrzymuje kontakty z istotami, które nazwała Wróżkami – prawdopodobnie duchami zmarłych.
Pomysł może nie wydaje się zbyt odkrywczy, ale przecież może rozwinąć się w ciekawą akcję. A jednak wraz z lekturą kolejnych kartek, szczególnie zaś zakończenia odczułem się, jakbym przeczytał kilka pustych stron.
Książka pozostawia nas bez podsumowania. Tworzy wątki, które rozwiązują się jakby dlatego, że autorka postanowiła oddać pozycję do wydawcy. Uczynki – dobre czy złe – nie dają konkretnych skutków. Nawet wątek romantyczny wydaje się utworzony sztucznie.
Uważam, że książka powinna do czegoś prowadzić. Morał wcale nie musi być pozytywny. W tym jednak wypadku wydaje się, że tego morału czy kropki w ogóle zabrakło, choć niby jakieś zakończenie mamy.
Chłopak głównej bohaterki wydaje się bardziej zauroczony magią i spędzeniem z nią kilku chwil w nocy, niż jej problemami czy osobowością. I bardzo proszę, tak też w życiu niestety bywa. Ta jednak tego nie zauważa do samego końca lektury, a wątek rozwinięty nie jest wcale.
Jej ojciec pod mocą trzech sióstr-czarownic jest im całkowicie poddany. Głównej bohaterce jednak wystarczy tyle, że jej nie poddadzą swej kontroli. Jak ojciec był pod ich wpływem, jest pod ich wpływem.
Choć z kolejnymi stronami odkrywamy, że niejakie wróżki wcale nie są tak dobre i troskliwe jak może się wydawać, także i ta kwestia nie jest szerzej omawiana czy domykana.
Do tego dodam światopogląd, który wydaje mi się po prostu niebezpieczny, zwłaszcza dla młodszego czytelnika. I nie idzie mi tu teraz o to, by bić w dzwony mówiące, że magia jest zła, to może pozostawię tym, co palą w Gdańsku książki… Idzie mi o wymiar praktyczny, pewien brak zasad i moralności w uczynkach.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo – ze względu na które to wyróżnienie po nią z resztą sięgnąłem. Nie umiem jednak – przyznaję – pojąć, dlaczego zaliczona została do tekstów, wśród których także znajdują się takie pióra chociażby Ursuli le Guin czy Franka Herberta.
Pozostaje mi tylko nadzieja, że to ja czegoś nie odkryłem, bo dla mnie była to jedna z gorszych pozycji, jakie dane mi było przeczytać.

3. "Lyonesse", Jack Vance

"Lyonesse" to jedna z krain położonych na wyspach Elder – na Zatoce Biskajskiej, której historia przedstawiona jest nam w czasach ok. VI – VII wieku. Pomysł stworzenia fikcyjnych królestw w prawdziwym świecie wydaje się dość nowy. Tak, mieliśmy światy, do których wstęp mają tylko wtajemniczeni, ale zmodyfikowanie historii tak, by na znanych mapach dorzucić kilka kropek to zdecydowanie coś, z czym rzadko się spotykam.
O czym jest ta historia? Nie do końca wiem i prawdopodobnie nikt tego nie wie, bo mnogość wątków jest olbrzymia, a i całość rozciąga się na jakieś dwadzieścia lat. Gdy zaś wydaje się, że odkryliśmy ten główny wątek, rodzi nam się jakiś kolejny. Przyczyna może tkwić w tym, że jest to pierwsza część trylogii, a ja po kolejne nie sięgnąłem.
Na początku chcę podkreślić, że "Lyonesse" nie jest złą książką. Przeczytałem ją dość chętnie i kilka wydarzeń mnie zaciekawiło. Także świat tu wcale nie wydaje się szczególnie bajkowy i szybko się przekonujemy, że na wyspach Elder honor jest – owszem – cenną cnotą, ale niekoniecznie stosowaną.
Powieść rozpoczynają narodziny księżniczki Suldrun, córki króla Casmira. Ten wcale nie cieszył się z potomka płci żeńskiej, przeciwnie, otoczył córę niechęcią i nienawiścią, które doprowadzą ją wreszcie do śmierci. Wcześniej jednak Suldrun zdąży urodzić syna Aillasowi – księciu wrogiego Lyonesse Troicinetu, którego ocali potajemnie jako morskiego rozbitka.
Wyspy Elder nie są zwykłym miejscem. Prócz ludzi mieszkają tu również najróżniejsze potwory i tajemnicze elfy, – tak różne od tych Tolkienowskich – a i nie zabraknie czarowników pałających się magią w niekoniecznie moralnych celach.
Tak fabuła jak świat przedstawiony w "Lyonesse" wydają się ciekawym pomysłem. Problemem jest to, że autor nie do końca wie, co chce napisać.
Raz powieść uderza w ciężki ton tragedii, by przez komedię zamienić się w bajkę. Raz widzimy popełniającą z rozpaczy samobójstwo Suldrun, uwięzionego i głodzonego Aillasa, by po kilku stronach obserwować sceny rodem z bajek, potwory pokonywane po zażyciu eliksiru powodującego rośnięcie, rozpoznawanie mordercy po krzywych kolanach, naiwność wprowadzającą do pierwszej lepszej chaty czarownicy…
Czytając tę książkę nie mogłem powstrzymać się od ciągłego myślenia, że coś takiego mógłby napisać młody człowiek, który przeczytał wiele i próbuje pisać swoje pierwsze teksty, nie odnalazłszy jeszcze ani swojego stylu, ani gatunku. Bo rzeczywiście, do samego końca "Lyonesse" zdaje się błądzić między bajką dla dzieci, historią ze Śródziemia a tragedią antyczną. Widzimy wpływy wielu opowieści, które są tu zupełnie niepotrzebne i wciągnięte niemal na siłę. Pewne rozwiązania fabularne wydają się genialne, podczas gdy inne przypominają gry komputerowe: idź do lokacji X i przynieś mi dziesięć kamieni Y.
I to właśnie owe pogubienie własnego stylu jest przyczyną, dla której nie sięgnąłem do kolejnych części trylogii. Może jeszcze kiedyś w szare dni to zrobię, dziś jednak wiem, że książka nie jest zła, ale pozostaje bardzo zmarnowanym potencjałem.

4. "Gwiazd naszych wina", John Green

Już od dawna przymierzałem się do przeczytania tej dość znanej – zwłaszcza za sprawą filmu o tym samym tytule – lektury.
Tytułowa Hazel, chora na nowotwór, jest przekonywana przez swoich rodziców do brania udziału w spotkaniach grupy wsparcia w lokalnej parafii. Z początku bardzo im niechętna, po jakimś czasie spotyka na jednym z nich Augustusa Watersa, który wkrótce okazuje się jej miłością.
W tle powieści toczy się jeszcze wątek Petera van Houtena, autora ukochanej przez główną bohaterkę powieści "Cios udręki". Marzeniem Hazel jest to, by spotkać się z autorem. Gdy jednak udaje się jej i Augustusowi wreszcie wybrać do Amsterdamu w tym celu, okazuje się, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda.
"Gwiazd naszych wina" to na swój sposób przerażająca historia, ukazująca nie tylko cierpienie w walce z chorobą, ale i może przede wszystkim ludzkie ułomności i słabości. Nie ma tu miejsca na szczęśliwe zakończenia, a raczej na rozczarowania do ostatniej strony. I nie chodzi tylko o to, że czytelnik jakoś tak do samego końca ma nadzieję na ujrzenie cudu, ale raczej o to, że to cały świat wydaje się go w jakiś sposób zawodzić.
Uważam, że jest to jedna z tych powieści, które powinny znaleźć się na listach polskich lektur w gimnazjum, uczy nas bowiem wielkiej wrażliwości i empatii. Zdecydowanie mnie poruszyła i zadała wiele pytań, na które próbujemy odpowiadać całym swoim życiem. John Green z pewnością umie pisać w sposób, który pozwala nam się identyfikować i współodczuwać z kreowanymi postaciami.
A jednak jest tu coś, czego mi brakuje… Brakuje mi jakiejkolwiek iskierki nadziei, której ukazania autor był, mym zdaniem, winny. I nie chodzi tu o nas, czytelników, bo brak tego radosnego zakończenia sprawia, że powieść tym bardziej przejmuje. Wyobrażam sobie jednak wielu ludzi, dzieci rzeczywiście walczących z rakiem, szukających pocieszenia lub ukojenia na tych stronach. Czy je znajdą?

5. "Na zachodzie bez zmian", Erich Maria Remarque

Jakoś długo nie mogłem się zmusić do przeczytania tej powieści. Literatura nauczyła nas patrzenia na wojnę w zupełnie inny sposób – tworząc bohaterów, wskazując drogę do wolności. My, Polacy, często na wojnę patrzymy zawsze jako poszkodowani, wspominając bohaterskie Powstania Narodowe czy walki pod Samosierrą lub Montecassino. Nikt z nas nie da odpowiedzi na pytanie, czy walka musi zawsze być zła. Z jednej strony jest tragedią, z drugiej, podjęta w obronie, pozwoliła nam zachować swoją kulturę i tożsamość, dzięki niej nie piszę dziś tych słów po niemiecku. Ta druga strona medalu jest jednak często zapominana.
Za namową jednego z nauczycieli cała klasa zaraz po ukończeniu szkoły średniej udaje się do wojska, trafiając na front podczas I Wojny Światowej. Książka bardziej przypomina bezuczuciowy reportaż niż pamiętnik, tym jednak sposobem stając się tym straszniejsza. Obserwujemy choroby wybuchające w bunkrach i ludzi, dla których chęć przetrwania przyćmiewa niemal wszystkie instynkty. Z jednej strony opłakują śmierć kolejnych przyjaciół, z drugiej cieszą się już, że wezmą nieboszczykowi dobrej jakości buty.
W krótkich tygodniach przerwy odkrywają, że nie umieją już żyć w społeczeństwie, nie odnajdują się w spokojniej rzeczywistości, w restauracjach czy przy domowych ogniskach. Jak tu opowiadać o okropieństwach wojny w cichych miastach? Jak tu wyjaśnić, że w każdej minucie można wejść na minę, dostać pociskiem z karabinu, wylecieć w powietrze po zrzuconej bombie?
Z kolejnymi stronami obserwujemy, jak z sześćdziesiątki młodych żołnierzy zostaje przy życiu dwudziestu, potem dziesięciu, pięciu… Dowódcy mówią coś o jakimś poświęceniu, nikt jednak nie rozumie ani celu, ani przyczyny tej wojny. Choć pchnęły ich do niej względy patriotyczne, nikt już nie wie, kto i czy ktokolwiek ma racje, a kolejne śmierci stają się tak przypadkowe i bezsensowne, że niemal ich nie zauważamy.
Powieść jest straszna, ale jeszcze straszniejsze wydaje się to, że ta zawierająca przecież autobiograficzny wątek historia – można powiedzieć – nic nie dała. Wydana w 1929 roku szybko znalazła się na celowniku niemieckiej cenzury i nie pozwoliła uniknąć swej własnej – tylko jeszcze straszniejszej – powtórki w roku 1939.
Uważam, że kolejna obowiązkowa, choć straszna lektura, po której bardzo trudno się jest pozbierać mimo, a może przede wszystkim jej niemal zdawkowego tonu.

6. "Zabić drozda", Lee Harper

Lektura szkolna w wielu krajach, chociażby w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych, a u nas prawie nieznana. Akcja powieści toczy się w roku 1935 w niewielkim miasteczku w hrabstwie Maycomb.
Gdy zapoznawałem się dawniej z jej opisami, niejako zniechęcały mnie one do czytania. Mówiły o tym, że jest to powieść antyrasistowska, przytaczając mi skojarzenia z "Mendelem Gdańskim" – nowelą ważną, ale która mego serca nie zdobyła. Dziś mogę powiedzieć, że jest zupełnie inaczej, a wiele recenzji zdaje się niepotrzebnie wypełnianych wzniosłymi słówkami choć, oczywiście, powieść antyrasistowską jest, to w zupełnie innym sposobie i wymiarze.
Główną bohaterkę – Scout – poznajemy, gdy ma siedem lat, a jej i jej brata Jema główną fascynacją jest dom sąsiadów. Mieszkańcy mówią, że zamieszkuje w nim więziony przez swego ojca Arthur Radley. Wkrótce obsesją dzieci staje się obejrzenie tajemniczego sąsiada, który w ich wyobraźni staje się coraz to innymi postaciami.
W tym czasie przez Maycomb przetacza się kolejna fala, bo okazuje się, że jeden z Czarnoskórych mieszkańców – Tom Robinson – zostaje oskarżony o gwałt, a obrońcą w tej sprawie mianowany zostaje ojciec Scout, Atticus Finch.
Choć od samego początku jasnym się staje, że oskarżony jest niewinny, uprzedzenia biorą górę, Tom jest skazywany na śmierć, a rodzinę Finchów spotykają kolejne przytyki i docinki nazywające ich "Obrońcami Czarnuchów". Ojciec próbuje nauczyć swe dzieci, że honorowo jest stać ponad tym, co wokół się dzieje.
A jednak przecież Maycomb nie jest aż tak obojętne, jak może się wydawać, a i Atticus zaczyna się cieszyć krytym, acz narastającym szacunkiem.
"Zabić drozda" jest jednak przede wszystkim powieścią obyczajową. Oczami Scout poznajemy dorosły świat Maycomb, odkrywamy jego blaski i cienie. Na swój sposób niesamowicie jest tak po prostu poznawać dorastanie w tej odeszłej już w przeszłość rzeczywistości, tak różnej, a za razem podobnej do naszej. I choć brzmi to jak nagłówek średniej jakości zapowiedzi okładkowych, rzeczywiście ta nienormalna normalność, odkrywany świat urzekły mnie najbardziej.
Jeśli do czegoś mogę się przyczepić, to tylko do wieku głównej bohaterki. Refleksje i odkrycia, jakich doświadcza, nie pasują dla mnie do dziecka, które poznajemy w wieku siedmiu i obserwujemy przez następne trzy lata. Przez całą lekturę kusiło mnie, by przesuwać ten wiek przynajmniej o dwa lata do przodu.
Nie umiem powiedzieć, dla jakiego czytelnika napisany jest "Zabić Drozda". Wydaje się być skierowany do młodszego czytelnika, a swoją formą bliższy jest powieści przygodowej czy dziecięcej. Wiem natomiast, że autorka uważała go za skierowaną do czytelnika dorosłego. Pozostaje mi chyba uznać, że jest to powieść uniwersalna i każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
"Zabić Drozda" jest nazywana klasyką literatury amerykańskiej i uważana za jedną z najwybitniejszych powieści XX wieku. Choć ja uważam z takimi określeniami, bo – jak mówiłem – porównywanie książek prostą sprawą nie jest, zdecydowanie lekturę polecam każdemu.

7. "Idź, postaw wartownika", Lee Harper

Ta książka nie powinna być nigdy wydana. I nie chodzi mi tu o jakieś wielkie oburzenie czy krytykę, a o fakty. Lee Harper nigdy nie chciała wydać "Idź, postaw wartownika", który reklamowany i oznaczany jest jako drugi tom "Zabić drozda", a w rzeczywistości pozostaje jednym z pierwszych szkiców powyższej powieści.
Gdy Lee Harper wydała "Zabić Drozda" w roku 1960, zapowiedziała, że nigdy więcej nie napisze żadnej powieści. "Idź, postaw wartownika" została wydana w roku 2015 na kilka miesięcy przed śmiercią autorki i wciąż w Stanach trwają batalie przed trybunałem o to, czy autorka rzeczywiście wydała na to zgodę.
Skoro jednak ją wydano, to przeczytać warto. Miła była to lektura, poruszająca częściowo inną tematykę, ale widać w niej, że wymaga sporej obróbki.
Scout poznajemy piętnaście lat po wydarzeniach z "Zabić Drozda", a problematyka utworu związana jest z dorastaniem, odkrywaniem niedoskonałości świata…
To jednak, że powieść jest szkicem, widzimy po składzie: najpierw mamy szczegółowe do przesady opisy jednych zdarzeń, by nad drugimi przejść z niemal reporterskim pośpiechem. Także charaktery wielu osób, szczególnie Atticusa, bardzo się różnią od tych z "Zabić Drozda". Człowiek, który w ostatecznej powieści jest obrońcą Czarnoskórych, tu okazuje się rasistą, inny – przyjaciel głównej bohaterki, tu wykreowany jest na osobę niepoczytalną.
Mimo to lektura była ciekawa i wciągająca, a i interesująco było obserwować, jaką drogą podążały pomysły Harper, które ostatecznie przybrały formę "Zabitego Ptaka".

8. "Koralina", Neil Gaiman

To wszystko przez Julitę, która wspomniała mi kiedyś coś o tej skierowanej dla dzieci powieści, a że twórczość Gaimana bardzo cenię, postanowiłem sprawdzić, co zacz.
"Koralina" miała być thrillerem skierowanym do młodszego czytelnika. Główna bohaterka o tym samym imieniu przechodzi w domu przez pewne drzwi i odkrywa kopię naszego świata, w którym czeka na nią osoba przedstawiająca się "drugą mamą", a w rzeczywistości czarownica, która porywa rodziców dziewczyny.
W trakcie poszukiwań bohaterka odnajduje duchy dzieci, które poprzednio przeszły tę drogę. Nie mogą opuścić tego świata, gdyż odebrano im duszę.
Nie umiem powiedzieć, jak zareagowałbym na tę powieść, gdybym przeczytał ją dawniej. W wieku lat dwudziestu wydała mi się przekombinowana.
Bazując na mało oryginalnych motywach, Gaiman próbował stworzyć… coś. I chyba sam nie do końca wiedział, co.

9. "Ocean na końcu drogi", Neil Gaiman

Po porażce "Koralinowej" postanowiłem dać autorowi drugą szansę. "Ocean na końcu drogi" jest uważany za jedną z lepszych powieści autora obok "Gwiezdnego pyłu", a jakoś nie miałem okazji się z nią bliżej zapoznać. Uczucia mam po lekturze tak splątane, że nie do końca wiem, co chcę napisać.
Głównego bohatera poznajemy w jako starszego, zmęczonego życiem mężczyznę, który właśnie zakończył rozprawę rozwodową. Przyjeżdża do miejsca, w którym niegdyś żył i tam spotyka się z babcią poznanej w dzieciństwie koleżanki.
Z biegiem czasu przypomina sobie to, co naprawdę się wydarzyło, gdy tam przebywał – odebrano mu pamięć. Właściwym wątkiem powieści jednak wcale nie są tamte przygody, a niezmienność. Nasz bohater znów odejdzie, ponownie nie pamiętając o tym, co zaszło… A czytelnik tylko ze smutkiem może się zastanowić, kiedy wróci.
Z pozoru powieść dla młodszego czytelnika, jest dla mnie niezwykle smutną ilustracją ludzkiego życia i jego losów.

10. "Yankes na dworze króla Artura", Mark Twain

To z kolei przez Elanor. Tyle się naczytałem jej pomysłów wokół-Arturowskich, że uznałem, iż czas sięgnąć do klasyki gatunku. Co by się stało, gdyby XIX-wieczny Amerykanin trafił do Camelotu?
A no, że zdradzę, sporo. To jedna z tych chwil, gdy żałuję, że nie widzę, bo filmów powstało na podstawie tej powieści wiele, a ja tak pragnę ujrzeć rycerzy w zbrojach reklamujących pastę do zębów lub szampon do włosów…
I choć na końcu powieści – dość smutnym – autorowi ewidentnie zabrakło weny i ostatnie rozdziały poprowadzone są metodą "wytłuczemy wszystkich, byle szybko", to jednak bawiłem się przy lekturze wyśmienicie.

11. "Moreta, pani smoków z Pern", Anne Mccaffrey

Cykl Pernijski Anne Mccaffrey odkryłem w gimnazjum i wtedy pochłonąłem te najważniejsze powieści praktycznie jednym ciurkiem, jednak w jego bogactwie wiele tych pobocznych pominąłem w owym czasie, stopniowo od czasu do czasu nadrabiając którąś z nich. "Moreta" była najważniejszą z tych, które mi pozostały.
Na planecie Pern pojawiła się zaraza, która w ciągu kilku dni doprowadza do pandemii i masowych śmierci. W tym czasie jeden z władców Weyrów, unosząc się pychą, odmawia pomocy w rozniesieniu wytworzonych w oparciu o dawne kroniki szczepionek.
Główna bohaterka podejmuje się tego zadania osobiście w imieniu kilku mieszkańców Weyru, które to poświęcenie doprowadzi do jej śmierci.
Przyznam, że trudno napisać wiele więcej, nie rozpisując się na pięć stron lub nie zdradzając fabuły. Myślę jednak, że kto czytał "Jeźdźców smoków", potrafi wyobrazić sobie styl napisania powieści, którą serdecznie polecam. I tylko żałuję, że nie przywiązałem się zbytnio do tytułowej Morety i czułem się, jakbym na wydarzenia patrzył z boku. Autorka chyba do tego stopnia skupiła się na ukazaniu szerszej perspektywy wydarzeń, że zapomniała przedstawić nam ich uczestników.

12. "Godzina smoka", Robert E. Howard

Powiedziałem wreszcie dość i uznałem, że taką klasykę, jak Conana Barbarzyńcę, po prostu muszę znać albo nie będę mógł siebie uważać za miłośnika fantastyki.
Grupa ludzi pragnących obalić rządy króla Conana przywraca do życia potężnego a zmarłego 3000 lat temu czarnoksiężnika, który z resztą nie zawodzi ich oczekiwań. Conan – obecnie Władca pozbawiony królestwa dowiaduje się, że jedynym sposobem na odzyskanie swych ziem jest pokonanie wskrzeszonego Xaltotuna, czego można dokonać, odzyskując jedyny znany artefakt o mocy potężniejszej od złowrogiego maga.
To zadanie nie okazuje się jednak aż tak proste, bo Conana wydaje się prześladować pech, a ilekroć talizman zdaje się na wyciągnięcie ręki, to ktoś go ukradnie, to z nim odpłynie, to zostanie zamordowany…
Przyznam uczciwie, że odkryłem, iż Conan Barbarzyńca nie jest bohaterem literackim w moim stylu. Jakoś niekoniecznie przypada mi do gustu rozwiązywanie wszystkich problemów poprzez siekanie mieczem na lewo i prawo i bycie niezwyciężonym.
Pod tym względem powieść Howarda do złudzenia niemal przypomina mi naszego polskiego "Wiedźmina", ale Geralt i Conan podobni są tylko z pozoru. Tak, obydwaj praktycznie nie mają godnych siebie przeciwników, ale gdy Conan jest, jak jego przydomek wskazuje, barbarzyńcą, w Geralcie gdzieś tam tli się ten kochający i na swój sposób melancholiczny człowiek.
Nie chcę przez to powiedzieć, że Conan jest złym bohaterem, przeciwnie. Jest na swój sposób dobrym rycerzem, dobrym władcą, nawet dobrym mężem. Ale rozwiązywanie wszystkich problemów życiowych z użyciem miecza i topora nie jest moim mottem.
Jednocześnie bardzo poszanowałem tę postać i umiem zrozumieć, dlaczego zdobyła tyle nagród i serc czytelników z całego świata. A schematyczność? Conan powstawał w okresie, w którym Tolkien tworzył swoje Śródziemie. Trudno mówić o schematyczności tam, gdzie jeszcze nie było żadnych schematów.

13. "Oczy smoka", Stephen King

Wiedzieliście, że King napisał bajkę dla dzieci? Po "Koralinie" uznałem, że zobaczymy, jak do sprawy zabrał się autor "Zielonej mili". I powiem wam, że całkiem nieźle.
Książę Piotr – przyszły król – ma wiele zalet, jest prawy, uczciwy, honorowy… Ma też jednak jedną poważną wadę, mianowicie nie jest uległy, a tej właśnie cechy poszukuje u władcy czarnoksiężnik Flagg. Skoro zaś zapowiada się, że przyszłego monarchy kontrolować się może nie dać, bezpieczniej przecież będzie usunąć go z drogi?
Mniej-więcej do tego sprowadza się fabuła "Oczu Smoka". Wątek może prosty, ale powieść jakoś tak przyjemnie się czytało. Nie zabrakło tu ani charakterystycznego humoru Kinga, ani przemyconych kilku rozważań o ludzkiej naturze.
I choć trudno udawać, by powieść była czymś innym, niż bajką, to przecież i w bajkach nie jedno się kryje.

14. "Imię róży", Umberto Eco

Rzecz toczy się w okresie panowania papieża Jana XXII – tego, który dzięki zmyślnym odpustom, płatnym pokutom i innym narzędziom przeszło 50-krotnie powiększył skarbiec stolicy apostolskiej. Przy tych bogactwach spływających do kościoła, nie uśmiecha się Następcy Piotra idea zakonów ubogich, na przykład Franciszkanów. W usilnie przekazywanej wierze, że Chrystus w rzeczywistości był bogaczem, do pomocy proszona jest inkwizycja. Widząc jej działania mające więcej z polityką niż wiarą wspólnego, opuszcza ją Franciszkanin brat Wilhelm, a teraz po przeciwnej stronie będzie się starał o ustrzeżenie Franciszkanów, Benedyktynów, Braciaszków i innych ubogich zakonów od papieskiej ekskomuniki.
Kiedy ze swym uczniem imieniem Adsu przybywa do opactwa, w którym ma dojść do mediacji, lokalny opat prosi go o pomoc w rozwiązaniu tajemnicy podejrzanego zabójstwa. Wokół sprawy, która z początku wydaje się samobójstwem, nagromadzają się mroki, gdy kolejni zakonnicy giną w podejrzanych okolicznościach.
Nie umiem zdecydować, czy to powieść kryminalna, teologiczna czy historyczna… Wszystkiego mamy tu po trochu. Przez kolejne strony przedziera po trochu każdego aspektu.
Dostrzegamy tu więc trudne rozliczenie z grzechami kościoła, problemy teologiczne, rozważania o nauce i rozwoju, ale także o trudnościach i grzechach, których nie udaje się uniknąć nawet głównemu bohaterowi. Muszę też przyznać, że finalne zakończenie – wyjaśnienie morderstwa wcale nie jest oczywiste i nawet przez moment nie domyśliłem się prawdziwego przebiegu wypadków, choć postać mordercy wskazałem trafnie.
To trudna lektura – nie tylko ze względu na poruszaną tematykę, ale i język przepełniony sentencjami łacińskimi, a o ile nie jesteście lekarzami czy kimś podobnym, pewnie za mną będziecie średnio kilka razy na rozdział prosić o pomoc wujka Google, choć zrozumienie książki nie będzie tego od was wymagało.
"Imię Róży" zdecydowanie polecam wszystkim czytelnikom, bo znaleźć tu można niemal wszystko. Najważniejsze, że autor oddał w nim nastrój zakonu XIV-wiecznego na tyle dobrze, że trudno czasem pamiętać, iż nie czytamy rzeczywistego manuskryptu spisanego ręką jakiegoś mnicha w dawno zapomnianym klasztorze.

15. "Wisznia ze słowiańskiej głuszy", Aleksandra Katarzyna Maludy

Na koniec coś z naszego podwórka, czyli niedawno wydana polska powieść "Wisznia ze słowiańskiej głuszy". Akcja toczy się w VII wieku i przedstawia losy rodziny, która zostaje zniewolona przez Awarów. Gdy wszyscy mężczyźni prowadzeni są przez zdobywców na nieudane oblężenie Konstantynopola, kobiety muszą jakoś sobie radzić. Przewodzi im tytułowa Wisznia, budując silny i liczący się gród.
W powieści nie zabraknie wątków historycznych, kulturowych, nawiązań do znanych legend ani trudnych rozważań. W dodatku, co cenię, główna bohaterka wcale nie jest tak krystalicznie czysta, jak byśmy tego chcieli, potrafi okazać nienawiść wobec własnej córki, stosować podstęp, gniewać się i odwracać od bliskich.
Nie jest to dla mnie najwybitniejsza powieść, nie dorasta tym Elżbiety Cherezińskiej, ale lektura była przyjemna i kilka razy mnie zaskoczyła. Szczególnie cenię umiejętność splecenia legend, historii całego świata i tradycji słowiańskich w taki sposób, że wydają się niemal naturalnie dopełniać całość.
I mógłbym się tu przyczepić nieco kilku faktów historycznych, ale chyba oszczędzę i na koniec nie będę zakwaszał, zaś dla ewentualnych czytelników pozostawię zagadkę, w którym miejscu autorka się pomyliła i przesunęła pewne wydarzenie tak ze 200 lat wstecz.