U nas bez zmian

Siedzę sobie właśnie na dworcu PKP Gdynia Główna, czekając na pociąg do Warszawy, który odjeżdża za godzinę. Jestem więc sobie na ławeczce na hali głównej, korzystając z darmowego (woooow) Wi-Fi o klarownej nazwie _PKP_WIFI.
Ławeczka jest drewniana, ale podbita jakąś skórą, szeroka i bardzo, przyznaję, wygodna.
Z prawej strony słyszę rozsuwające się co chwila drzwi prowadzące na pl. Konstytucji, przede mną zaś kolejkę do kas.
Za mną znajduje się największa restauracja MCDonald w Polsce, na hali ludzi są setki (lekko licząc).
Pod halą główną znajduje się teatr Gdynia Główna, a także bardzo dobra kawiarnia.
W powietrzu czuć zapach kurczaka z rożna ze znajdującej się na galerii budki.
I tylko słucham kolejnych zapowiedzi, słucham i myślę sobie… Jak to się dzieje, że:
1. Na jednym z największych i najważniejszych dworców w kraju,
2. największym w Północnej Polsce,
3. Z którego korzysta rocznie ponad 13 milionów podróżnych,
4. Wyraźniej słychać numery kas i otwieranie się drzwi trolejbusów zatrzymujących się na pętli, niż (czytane przez człowieka) zapowiedzi pociągów.

SKM? No SKM.

Szybka Kolej Miejska w Trójmieście znana jest z dwóch rzeczy:
Po pierwsze, jest świetnym środkiem transportu. I mówię to bez ironi. Jeżdżąc na linii S1 co siedem minut w godzinach szczytu, stanowi znakomitą alternatywę dla metra dla Gdyni i Gdańska, w obydwu tych miastach mając po dziewięć stacji (na linii S1).
Po drugie: doskonale nadaje się na przeprowadzanie żywych lekcji historii, a psujące się pociągi, jazda z otwartymi drzwiami, brak okien lub połamane (drewniane) siedzenia są tu raczej normą niż żartem. Nie wspominam już o stanie stacji z jedynymi chlubnymi wyjątkami w postaci Gdyni Orłowa i Gdańska Osowy, nie licząc dworców dalekobieżnych, bo tam z tym lepiej.

Kilka lat temu, jeszcze w gimnazjum napisałem poniższy poradnik. Co przykre, nie stracił na aktualności. Pozwoliłem sobie tylko troszkę przebudować go, zważając na nieco współcześniejsze realia.

Przed pierwszą podróżą kolejką SKM warto zaopatrzyć się w mapę i zorientować w jej właściwym przebiegu. Normą jest bowiem, że Gdynia Główna znajduje się ponad kilometr od właściwego Centrum Miasta, Stocznia z milę (morską) od stoczni, Wielki Kack zaś niemal w Karwinach.
Na wstępie proponuję zapoznanie się z poniższą małą ściągawką:
* Do Riviery znajdującej się na Redłowie najszybciej trafisz ze Wzgórza Świętego Maksymiliana.
* Do Urzędu Miasta znajdującego się w Śródmieściu najszybciej trafisz ze Wzgórza Świętego Maksymiliana.
* Na Skwer Kościuszki najszybciej trafisz ze Wzgórza Świętego Maksymiliana.
* Na Bulwar Nadmorski także najszybciej trafisz ze Wzgórza Świętego Maksymiliana.
* Jeśli szukasz jakiegokolwiek miejsca w Gdyni, prawdopodobnie musisz pojechać na Wzgórze Świętego Maksymiliana.
* Najprawdopodobniej do Poznania także najszybciej trafisz ze Wzgórza Świętego Maksymiliana.
Mimo statusu Wzgórza, nadal dojeżdża tam tylko linia S1, a planowana krzyżówka z linią S10 czeka i czeka, i doczekać się nie może.
Skoro już o przesiadkach mowa, to do pociągów dalekobieżnych Intercity przesiądziesz się w Gdyni Głównej i Chyloni, plus jeszcze do Regio na Orłowie, tak gdyby było to kiedyś komuś potrzebne. O krzyżówkach między liniami pisał nie będę, bo najpewniej tego i dyrektor SKM nie ogarnia. Dość wam wiedzieć, że linii jest dziewięć.
My jednak skupmy się na podstawowej linii S1.
Taka wyprawa będzie wymagała szczególnych środków. Po pierwsze warto jest schować wszystkie portfele, karty bankowe i telefony głęboko w plecaku. Powinno to być wystarczające chyba, że odjeżdżasz ze stacji Gdynia Grabówek.
Jeśli jedziesz z Grabówka, skontaktuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy człowiek na drodze widziany zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu.
Skoro o drogach mowa, to powinieneś wiedzieć, że:
A. Po Gdyni jeździ kilku przewoźników kolejowych, wliczając w to SKM i Polregio,
B. Oczywiście bilety dla nich są różne,
C. Bilet na Regio z Gdyni Głównej do Wejherowa kosztuje dla niewidomych 45 groszy, a w przeciwną stronę 53 grosze. Dlaczego? Nie wiem,
D. Niektóre pociągi SKM kończą bieg w Gdyni Chyloni, inne w Gdyni Cisowej, jeszcze inne w Rumii, Wejherowie lub Lęborku. Nie pytaj,
E. Od kilku lat SKM nie jeździ do Tczewa i Słupska, ale nie zdążyli wymienić wszystkich tablic informacyjnych, więc uważaj.
F. Nie jeździ także już do stacji Gdańsk Orunia, co nie zmienia jakoś faktu, że wciąż można kupić do niej bilet.
G. Na trasie SKM znajduje się stacja na rządanie. Nie, to nie jest żart.
Do tego jeżeli jesteś osobą niewidomą, możesz jechać za darmo, ale wtedy i tylko wtedy, kiedy podróżujesz sam. Tak, dobrze czytasz. Jeśli jedziesz z przewodnikiem, nie ma zmiłuj, płacicie.
Uzbrojony w tą wiedzę możesz przystąpić do zakupu biletu:
1. Wejdź do kiosku ruchu lub budynku dworca na stacji.
2. Podejdź do okienka i bardzo głośno i wyraźnie krzyknij "Dzień dobry"!
3. Czynność powtarzaj trzy razy co 10 sekund.
4. Wyjdź z kiosku.
5. Skieruj się do biletomatu.
6. Wciśnij przycisk.
7. Nie wciskaj już tego przycisku. Zepsuło się, to się nie naprawi. Kupisz u konduktora.
8. Stań przy peronie. Czekaj na pociąg.
9. Nie martw się, że właśnie w chwili wjazdu pociągu raczyli napisać o zmianie peronu. Nie ma czasu na martwienie się, biegnij.
10. To nic, że zgubiłeś but, pociąg Ci odjeżdża.
11. Dwa buty? Przynajmniej nie będziesz wyglądać jak dziwak z tylko jednym.
12. Ufff, zdążyłeś.
13. Następna stacja to Gdynia Redłowo? Szlag. Nie ta strona.
14. Ale przynajmniej możesz wrócić na Wzgórze i zabrać swoje buty.
Kiedy już odzyskasz buty…
Wiem, że pociągi były o 14:03, 14:05 i 14:07, ale niestety następny masz o 14:30. Sory, taki mamy klimat.
Usiądź na ławce. Jak to się rozpada? Aaaa, no bo jeszcze nie wymienili.
To oprzyj się o murek i poczekaj.
Nie moja wina, że wieje, nad morzem jesteś.

I to jest paradoks

Kiedy na stacji metra Politechnika, na linii M1, między Centrum a Polem Mokotowskim, schodzicie na schodach od strony ul. Nowowiejskiej, znajdziecie taką fajną, ładną prowadnicę. Pozorne jednak tylko jest jej piękno, bo w istocie złośliwa jest i niesłowna, jeśli bowiem nie zapracujecie naprawdę dobrze laską, to zaraz będziecie mogli rozcierać kolana i łokcie.
Gdy zaś już się podniesiecie z posadzki, otrzepując się z kurzu, odkryjecie, że przed wami znajduje się plan stacji, naturalnie większy od słupka i postawiony centralnie na prowadnicy.
Po jego dokładnym przestudiowaniu dowiecie się, że znajdujecie się na stacji Politechnika, jakbyście nie byli pewni, czy to przypadkiem nie jest London Bridge, a w dodatku, że z lewej strony jadą pociągi w kierunku na Młociny, z prawej zaś na Kabaty. To nie tak, że to samo napisane jest na poręczy schodów.
To jeszcze jednak nic. Kiedy bowiem wybierzecie się przypadkiem na wycieczkę w moje rodzinne strony, do miasta Gdynia, pójdziecie na klif Orłowski – a konkretnie na sam koniec jego mola – i wyciągniecie rękę, pod palcami natraficie na brajlowską tabliczkę, a na niej odczytacie dwa słowa.
I, wsłuchując się w kwilenie mew i szum fal uderzających o brzeg, wąchając zapach soli, czując bryzę na twarzy, odczytacie…
"Uwaga, morze!"

Pojedziemy na wycieczkę!

Przepraszam, ale… chyba osiągnąłem stan powszechnie zwany głupawką:

Pasażerowie, witajcie na stacji Gdynia Główna! Dziś oprowadzę Państwa po naszym cudownym dworcu.
Dworcu tak sławnym, że odnosił się do niego już słynny pisarz Wyspiański: "nie Poleci orzeł w Gówna"…

Na początku należnym jest podkreślić, iż w trosce o komfort i doinformowanie podróżnych, wybudowaliśmy dla Państwa dwie hale: podmiejską i dalekobieżną.
Z hali dalekobieżnej przejść możecie państwo na perony podmiejskie i kupić bilety podmiejskie, z hali podmiejskiej jednak nie możecie państwo przejść ani kupić biletów dalekobieżnych, co dowodzi, że logika była poważnie traktowana przez projektanta.
My skupmy się na hali dalekobieżnej, gdyż tam macie Państwo okazję usłyszeć zapowiedzi stacyjne lub zorientować się w rozkładzie jazdy, ekrany w hali podmiejskiej bowiem zepsuły się podczas Wojny Trojańskiej i wciąż oczekujemy na zespół techników, który ma to naprawić, ponoć są już na wysokości Efezu.
Być może jak przylecą tu pierwsi Kosmici, zobaczą akurat, jak ekrany odzyskują swój blask.

W głównej hali dworca odnajdziecie Państwo wszystko, czego trzeba we współczesnym mieście, a więc przychodnię pierwszej pomocy, dwa schrony atomowe i, w wypadku naprawdę ekstremalnych trudności, toalety.
Prócz tego znajdują się tu punkty usługowe, jak Roseman, Mc Kaczor Donald, Słup way czy Stary Buc.

Jeśli chodzi o perony, to jest ich sześć, i trzy czwarte:
na pierwszym zatrzymują się kolejki SKM (Stanowczo Kiczowate Maszynerie), no chyba, że się nie zatrzymują. Pociągi planowo są tu co osiem minut, co oznacza, że przewidzieć należy w planach podróży przynajmniej czterdzieści minut oczekiwania, to ten optymistyczny scenariusz.
Jest to jedyny peron, na który wychodzi się górką, nie zaś schodami, po prostu schodów jak go budowano, jeszcze nie znano.
Dodatkowych wrażeń dostarcza tu znajdujący się na samym peronie kiosk, zbudowany w trosce o tych, którym przyjdzie w oczekiwaniu na pociąg spędzić noc albo dwie.
W myśl zasady przejrzystości, umiejscowiono tu tory o numerach 501 oraz 502, co oczywiście jest zrozumiałe…

Peron drugi obsługują pociągi PKM (Przyjedzie, Kiedyś, Może) i autobusy szynowe, które w każdym cywilizowanym mieście nazywają się trommwajami, ale w Gdyni z bliżej nieokreślonych przyczyn wjeżdżają na tory pociągowe za Fikakowem, przepraszamy, ale remont jest już na ukończeniu, tak od Koronacji Chrobrego, plus minus.
Kiedy peron nie jest zajęty przez trombwaje ani kolej PKM, czasem zajeżdżają tu pociągi Regio i Arriva, które są jedynymi składami podmiejskimi, jakie wyglądają, jakby nie jeździł nimi Jagiełło pod Grunwald.

Perony trzeci, czwarty i piąty obsługiwane są przede wszystkim przez ruch krajowy i zagraniczny, można tu więc podziwiać PKP (Poczekaj, kolego, poczekaj) Intercytryna, TLK (Trudnodostępne Linie Kurdotwórcze), KDL (Kiedyś Dojedzie, Ludzie!), LKA (Lepiej Kup Ananasa) i pozostałych przewoźników.
Na szczególną uwagę zasługuje tor siódmy, przy którym nie znajduje się żaden peron, umiejscowiony po środku między torem szóstym przy peronie czwartym a torem ósmym przy peronie piątym, to oczywiście ze względu na aspekty dostawcze, a nie dlatego, że jakiś debi… nie do końca wykwalifikowany architekt zapomniał zbudować nasyp.

Peron szósty jest peronem ruchu towarowego, a więc jest to jedyne miejsce, gdzie można pojechać pociągiem w towarzystwie węgla.
A i czasem się zdarzy, że się dróżnik rozmarzy, bo i dróżnik lata przecie swe ma. Wtedy wjedzie tu coś, co nigdzie indziej nie pasuje.
Informujemy, że pociąg ze stacji Poznań Główny do stacji Warszawa Centralna zatrzyma się wyjątkowo na torze jedenastym przy peronie szóstym, wyjątkowo, bo w ogóle nie powinno być go w Gdyni, ale maszynista trochę wczoraj zabalował i…

Skoro omówiliśmy perony, czas powiedzieć nieco o komunikacji.
Dla zwolenników mocnych wrażeń istnieją tu aż cztery przystanki trolejbusowe: Dworzec Główny PKP, Dworzec Główny PKP Wolności, Dworzec Główny PKP Morska, Dworzec Główny PKP Hala, że o mnogości autobusowych nie wspomnę.
Zasada brzmi, że jeśli udajecie się Państwo na Dąbrówkę i nie zdążycie na linię 24 odjeżdżającą spod Hali, macie Państwo za dwie minuty dogodne połączenie spod Wolności, ale to z drugiej strony Dworca, więc i tak nie skorzystacie, wszystko z uwagi na komfort i wysportowanie podróżnych.

Legendy Gdyńskie

Słowem wstępu

W ostatnich miesiącach coraz częściej na myśl przychodził mi pomysł opracowania legend związanych z Gdynią. Miałem okazję kilkukrotnie z różnymi osobami rozmawiać na ten temat, a, jak się okazuje, na próżno szukać w Internecie zbioru liczącego więcej, niż 3-4 pozycje.
Spis legend Pomorskich na własny użytek prowadziłem od roku 2011, są to jednak bardziej skrótowe notatki, niż streszczenia. Postanowiłem więc zebrać wszystkie te materiały i zredagować do możliwie przystępnej formy.
Jak się okazuje, część podań ziem kaszubskich jest znana również poza Pomorzem, a jednak niekoniecznie kojarzone są z Gdynią. Inne opowieści wyglądają na zapożyczone, przeniesione w nasze realia, zdumiewająco podobne są bowiem do historii spotykanych w innych częściach kraju. W spisie tym umieszczone są więc jedynie te legendy, co do których mam pewność o ich Pomorskim pochodzeniu.
Sortując i porządkując swoje zapiski, zauważyłem, że dość ładnie dzielą się na legendy gdyńskie, gdańskie, wokółwejherowskie, puckie, helskie, krzyżackie i hen-dalekie. Na początek opowiem o tych gdyńskich, kiedyś jednak może, jeśli ten spis kogoś zainteresuje, pokażę więcej.
Zbierając materiały do tej małej antologii, posiłkowałem się zarówno książkami związanymi z historią Kaszub, jak i licznymi witrynami Internetowymi, ale przede wszystkim relacjami ludzi z mojej rodziny i znajomych. W ten sposób odkrywałem też bardzo liczne różnice między poszczególnymi wersjami tych samych legend.
Poniższe historie pozwoliłem sobie samemu opracować. W wypadku wielu znanych mi wersji, wskazałem na różnice. W kilku wypadkach napotkałem na mniejsze czy większe błędy historyczne, które pozwoliłem sobie sprostować. Nie mogę jednak wykluczyć, że jakieś nieścisłości czekają jeszcze, niezauważone. Taka już magia legend.
Najczęstszą niejasnością jest miejsce wspominanych wydarzeń. Przykładowo, w kilku podaniach spotkałem się z grodem o nazwie "Obłuże". O ile mi jednak wiadomo, gród taki nigdy nie istniał, Obłuże pozostawało przez cały czas – aż do przyłączenia do Gdyni w 1933 roku – wioską rybacką. Gród natomiast istniał w oddalonym o kilka kilometrów Oksywiu. Nie umiem ocenić czy jest to ślad po wymienności nazw, czy też błąd przekazu.
Na koniec pozostaje mi już tylko życzyć miłej lektury.

Rys historyczny

Najstarsze ślady osadnictwa na terenie współczesnej Gdyni sięgają epoki neolitu. Istniała tu najpewniej w owym czasie wieś lub grupa wsi rybackich, kulturę ową nazywamy kulturą Oksywską.
Nie da się dziś określić czy i ile razy ludy na terenie Gdyni się zmieniały, można jednak stwierdzić, że za czasów wczesnopiastowskich istniały tu osady, które w przyszłości stać się miały dzielnicami Gdyni, jak chociażby wspominane Obłuże.
Istniał tu także gród, Oksywie, jeden z najstarszych grodów na Pomorzu, założony najpewniej w IV lub V w. N.E.
Najwięcej legend Gdyńskich opowiada właśnie o tych, zamierzchłych, przedpiastowskich czasach. Czy powstały one jednak rzeczywiście już wtedy i przetrwały półtora tysiąca lat, czy też stworzone zostały później,? Nie wiem.
W XIII wieku, dekretem króla Przemysła II, część współczesnej Gdyni przekazana została klasztorowi Norbertanek, okolice Orłowskie oddano zaś do opactwa Cystersów Oliwskich. Tu gasną legendy miejskie.
W latach 1308-1466 ziemie Pomorza należały do Krzyżaków. Nie natrafiłem na żadne historie odnoszące się także do owego okresu – bliższe nam legendy Gdyńskie pochodzą z XVI, XVII i XVIII wieku.

Gdynia wczesnego średniowiecza

Jako, że większość opowieści tu przytoczonych toczy się dawno, dawno temu, za czasów z przed chrztu Polski, myślę, że warto przedstawić ogólny wygląd Gdyni w tym okresie.
Położona w dogodnym miejscu nad morzem, przy klifie tworzącym naturalną przystań, a za razem prostą do obrony linię brzegową, Gdynia była oczywistym miejscem ku budowie grodu, wspominanego Oksywia. Pierwsze umocnienia tego terenu, wały ziemne, datuje się nawet na 1000-2000 lat przed naszą erą. Z tamtych czasów do naszych dni przetrwało niewiele, a największym zabytkiem jest cmentarz Oksywski, na którym odkryto kilkanaście tysięcy grobów, najstarsze z nich datowane na 4000 lat przed naszą erą, najmłodsze na okolice IX wieku naszej ery, swoją drogą jeden z największych tak starych cmentarzy w Europie.
Na terenach Oksywia znajdowało się źródełko solankowe, co pozwalało miejscowym na pozyskiwanie soli. A, ze względu na konserwacyjne właściwości, sól w średniowieczu cenniejsza była od złota.
Stąd bogaty był gród Oksywski, a wokół niego szybko wyrastały kolejne wioski: Obłuże, Redłowo, Orłowo, Chylonia…
Skarby i bogactwa zawsze jednak przyciągały chciwe spojrzenia. Wkrótce do Pomorza przybijać jęły statki ze Szwecji, Danii, a nawet Irlandii, próbując grabieży. W związku z tym pojawiła się potrzeba powołania drużyny wojów, broniących grodu. Za czasów Mieszka I załoga mogła liczyć koło trzystu do pięciuset wojów. Nie da się natomiast określić, jak dużą Oksywie dysponowało flotą. Na pewno statki budowano, gdyż odpowiadał gród pięknym za nadobne, a już wkrótce obawiano się jak morze długie i szerokie korsarzy Słowiańskich, czego ślady odkryć możemy nawet w VII-wiecznych zapisach angielskich.
Oksywie pozostawało największym lub jednym z największych grodów na Pomorzu aż do roku 997, gdy powstaje miasto Gdańsk i roku 1050, gdy wznoszony jest tam o wiele większy gród obronny w widłach Motławy. Od tej pory znaczenie Oksywia szybko malało, gród wkrótce porzucono, a z kilku tysięcy mieszkańców za panowania Mieszka I, podczas rządów Przemysła II w roku 1295 notuje się już jedynie 170 osób.

Gdynia renesansu

Za czasów renesansu niewiele już pozostaje śladów po dawnej świetności Oksywskiej. Gdynia podzielona jest przez wpływy Gdańskie, Helskie i Pruskie, łącznie liczy niecałe pół tysiąca mieszkańców i jest zbiorem wiosek rybackich.
Mimo to stanowi na społy z Helem i Puckiem wciąż najważniejszą rolę na północ od Gdańska, stając się ważnym punktem postojowym pielgrzymów. Z biegiem czasu ludzie podróżujący z Oliwy do Swarzewa czy Wejherowa chętnie zatrzymywali się nad morzem. W rezultacie już w 1224 roku pojawia się w Gdyni pierwsza kaplica,: pod wezwaniem św. Michała Archanioła, a wkrótce później kaplica Matki Boskiej Anielskiej (1340) i nieistniejący już kościół Świętej Rodziny (1382).
Dalej, święta góra św. Mikołaja i cudowne Źródło Marii tym bardziej zaczęły przyciągać pielgrzymów.
W wielu ubogich wsiach, jak chociażby w moim Bolszewie, nie było stać ludzi na ciągłe wyprawy do oddalonej o 20km Gdyni. Stąd też, gdy wyprawę taką podjęto, długo o niej opowiadano. I stąd powstawały legendy Gdyni renesansu. Dlatego też okazuje się, iż wiele z tych opowieści lepiej jest znanych poza samym miastem (Jastarnia, Orle, Gniewino). Paradoksalnie największą ilość ich usłyszałem na Półwyspie Helskim.

Notka o nazwach

Jak to już bywa, nazwy ulegają zmianie wraz z kolejnymi pokoleniami. Dzisiejsze Oksywie było dla przykładu dawniej formą żeńską – mówiono więc o grodzie Oksywia czy wojach Oksywii.
Tak też Chylonia była Kiloną, a sama Gdynia, Gdiną.
Jako, że mogłoby to prowadzić do pewnych niejasności, w niniejszym opracowaniu posłużyłem się współczesnymi nazwami.

Legendy Gdyńskie

Herb miasta Gdyni stanowi wizerunek dwóch żółtych śledzi na tle białego miecza, umieszczonych na czerwonej tarczy.
Śledzie przypominają dawny, rybacki charakter miasta, miecz zaś rolę Gdyni jako miasta, w którym umiejscowiona jest Polska Admiralicja i Marynarka Wojenna. Herb ten nie jest herbem bardzo historycznym, wybrany został podczas plebiscytu w 1946 roku, w dwudziestolecie uzyskania przez Gdynię praw miejskich.
A jednak mógłby stanowić dobrą ilustrację dla legend zebranych w tej antologii, z niemal każdej z nich wyłania się bowiem taki właśnie charakter miasta, z jednej strony spokojnej wsi rybackiej, z drugiej mieszkańców gotowych wojować, pragnących przeżyć niesamowite przygody, dopływających swymi statkami aż do lądów Afryki i Azji.

Legendy grodu Oksywskiego

Poniższe legendy odnoszą się do czasów istnienia grodu Oksywskiego. Pierwszych pięć z nich to legendy typowo Gdyńskie, kolejne trzy różnią się miejscem akcji w zależności od podania.
Przynajmniej jedna z tych opowieści – o Operze Leśnej – powstała długo po czasach, o których mówi, gdyż po prostu opery wtedy jeszcze nie było. Inne, kto wie, może liczą sobie naprawdę i 1000-2000 lat?

Na początku był… Stolem

Nazwa Oksywie pochodzi ponoć od głowy byka wyłaniającej się z fal morskich. Cóż była to za głowa?
Była to głowa olbrzyma, stolema. Nim pierwsi rybacy tu zamieszkali, na całych ziemiach wzdłuż i wszerz spotkać można było stolemów – olbrzymów tak wysokich, że sięgali chmur, tak wielkich, że ich oddech niósł zawieję, tak ciężkich, że tam, gdzie stąpali, ziemia się zapadała. Ukształtowanie Kaszub – tu pagórek, tam dolinka – to nic innego, jak ślady stolemowych stóp.
Najpewniej dawniej któryś z żeglarzy dostrzegł, jak stolem wynurza się z fal, a widząc jego byczą głowę, natychmiast skojarzył obraz ten z miejscowością, w jakiej mieszkał. Tak oto nazwano gród Oksywiem.
Tak przynajmniej twierdzi legenda. Rzecz jednak w tym, że Oksywie nie oznacza głowy byka, a, z języka duńskiego, głowę wołu. Najpewniej w kolejnych podaniach ustnych doszło do zniekształcenia.
W każdym jednak razie, w owym czasie Oksywie było jeszcze wyspą, na której żyli stolemi. Znajdował się tam piękny zamek, a władał nim król stolemów. Nie mogła mu jednak żona urodzić syna, a obawiając się, że kraj pozostawi bez dziedzica, postanowił król znaleźć męża godnego jego córki, Ewy.
Ewa jednak w żadnym razie nie może być nazwana piękną i miłą księżniczką z bajki. Piękna, prawda, była, ale przy tym niezwykle uparta i bezlitosna. Odznaczała się siłą większą od wartowników pełniących służbę w zamku jej ojca i nie zważała na jego prośby, by wyszła za któregoś ze stolemskich książąt. Powiedziała, że wyjdzie tylko za tego, kto kamieniem dorzuci dalej, niż ona.
Ściągano więc z lądu liczne głazy, a z całej krainy stolemi przybywali, by spełnić ten warunek. Nikt jednak nie potrafił osiągnąć tego, czego żądała królewna. Jej złość zaś sprawiała, że, gdy nieszczęśnicy płynęli sprawdzić, jak daleko ich kamień poszybował, ciskała w nich kolejny z głazów, zabijając zalotnika.
Mijały lata, a nikt nie mógł okazać się silniejszy. Z biegiem czasu rzucono już tyle skał, że zasypano przesmyk morski dzielący Oksywie od lądu, a jednak wciąż Ewa była bez męża.
Aż pewnego dnia spod Kamiennej Góry przybył mężczyzna, imieniem Adam. Nie był on stolemem, lecz ludzkim rybakiem. Widząc jednak złość Ewy, postanowił sobie, że może, gdy zobaczy drobnego człowieka, nie zgładzi go, poczuje wyrzuty sumienia i poniecha zła. Przybył więc na zamek króla stolemów i powiedział mu, że chce się zmierzyć z jego córką.
Ewa jednak przyjęła wyzwanie, a Adam zrozumiał, że oto przyszedł czas umrzeć. Nie stracił jednak odwagi, chwycił i rzucił kamieniem.
Neptun, dostrzegając czystość jego zamiarów, poniósł ten kamień przez fale, w dal, ku Gdyni, aż spoczął na skraju lasu i trwa tam do dziś.
Widząc to, Ewa zamachnęła się silniej, niż kiedykolwiek dotąd, ale mimo to jej kamień spoczął jedynie nad klifem Orłowskim. Z biegiem lat, w pamiątce tamtych wydarzeń, ludzie nadali kamieniom tym imiona Adama i Ewy, aż wreszcie postawili na obydwu pomniki.
Ewa zaś przerażona zrozumiała, co musiało zajść, poślubiła Adama, aż w końcu zmieniło się jej serce.
Razem założyli dynastię, która władała później Oksywiem i o której potomkach traktować będą następne historie.
Istnieją również wersje, w których Adam jest także stolemem, jak również taka, w której to Ewa jest człowiekiem. W innych podaniach Ewa żąda trzech prób: przeniesienia lasu, zgaszenia gwiazd i dorzucenia kamieniem dalej, niż ona dorzuci.

Ostatni stolem

Ludzie lękali się stolemów, ich siły i wielkości. Niewielu olbrzymów było tak bezlitosnych jak Ewa, lecz ludzie o tym nie wiedzieli. Wcale nie podobało im się sąsiedztwo stworzeń, które jednym oddechem mogłyby zburzyć wioskę.
Patrzyli więc na stolemów coraz mniej życzliwie, aż wreszcie jęli zakradać się po nocach, podstępnie zabijając śpiących, podpalać ich miasta, rozganiając trzodę… Wreszcie pozostał już tylko jeden, ostatni ze stolemów. Przybył do Gdyni, wszedł pośród tamtejszych rybaków, stanął na środku miasta i opowiedział o swym bólu.
A gdy tak płakał za tymi, których Gdynianie zabili, jego łzy spadały na ziemię. Łzy stolema nie są jednak łzami podobnymi do ludzkich, są kamieniami. Te z nich, które upadły na terenie miasta, stały się pagórkami; te, które wpadły w fale morza, mieliznami.
Przerazili się wtedy ludzie, poznali bowiem, jakiej zbrodni się dopuścili. Nie mogli jednak już za dość uczynić ostatniemu stolemowi tego, co uczynili.
Wreszcie i trwający w środku miasta Stolem sam zmienił się w głaz i trwa tam do dziś na pamiątkę rodu wybitego przez człowieka. Dziś nazywany jest wzgórzem Świętego Maksymiliana.
Nie jest to jedyna legenda o ostatnim stolemie. Zdaje się, że każdy region Kaszub chce po swojemu opowiedzieć, w jaki sposób te olbrzymy odeszły z tego świata.

Historia o Niedźwiedziu

W wiele, wiele lat po tym, jak minęły czasy stolemów, księciem Oksywia był Ragnak, człowiek odważny i waleczny, prawdziwy miłośnik bitew. Pływał na swych okrętach daleko, łupiąc ziemie Danii, Anglii i Irlandii, a każda jego wyprawa przynosiła Oksywiu wielkie bogactwa.
Miał piękną żonę, Rozalię. Niewiele jednak zważał na sprawy domowe, więcej czasu spędzał na morzach niż w grodzie, prosząc o opiekę nad Rozalią swą matkę.
Smutne były to dni dla księżnej, tęskniącej za mężem. Chadzała często po klifie Orłowskim, rzucając chleb mewom i łabędziom. Prócz ptactwa, jedynym jej przyjacielem był niedźwiedź, jakiego niegdyś Ragnak schwytał i trzymał skutego łańcuchem w swym grodzie.
Matka Ragnaka nienawidziła swej synowej. Gdy więc ta urodziła dziecko, które, jak się okazało, porosło futrem, skoro tylko książę powrócił z kolejnej z wypraw, nie omieszkała mu wyjawić prawdy, twierdząc, że dziecko to jest na pewno owocem romansu Rozalii z niedźwiedziem.
Rozgniewany Ragnak nakazał wsadzić matkę i dziecko do czółna i rzucić na fale wraz z odpływem. Tak też się stało.
Neptun jednak zlitował się nad nimi i poniósł łódkę bezpiecznie na wyspę Bornholm. Tamtejsi, Duńscy rybacy przyjęli Rozalię i jej syna z litością i życzliwością. Pod ich opieką, Bjorn, jak nazwano chłopca, dorastał na silnego i odważnego mężczyznę.
Nie odpowiadało mu jednak nudne życie, jakie prowadzili rybacy. Nie cieszyło go rzucanie sieci i bierne czekanie ryb. Był wojownikiem.
Wraz z przyjaciółmi pływał po morzach, chroniąc kupieckie statki, walcząc z piratami, a tak był w tych staraniach zacięty, że wkrótce jego imię słyszano wszędzie, jak Bałtyk długi i szeroki.
Stało się pewnego dnia tak, że dostrzegł w dali piękny okręt otoczony przez korsarzy. Nie bacząc na bezpieczeństwo, pożeglował tam, by ocalić nieszczęśników. Zaczęła się długa bitwa morska, z której jednak Biorn wyszedł zwycięsko.
Okręt ocalony przez Biorna okazał się należeć do Oksywskiego księcia Ragnaka. Ten, poznawszy, że ocalił go wygnany syn, zrozumiał swój błąd, natychmiast go przeprosił i przygarnął na powrót Biorna i Rozalię.
A co z teściową? Widząc, jak znienawidzona synowa powraca, w swej złości rzuciła się w przepaść, od tej pory nazywaną Babim Dołem.
Spotkałem się także z wersją tej opowieści, w której Biorn nazywa się po prostu Niedźwiedź, Ragnak na imię ma Oksyn, syn jego natomiast dorasta pośród wróżek lub też syren, zależnie od podania. W przedstawionej powyżej, najbardziej rozpowszechnionej wersji tych wydarzeń, widać bardzo silne wpływy legend duńskich, Duńczycy rzeczywiście podają opowieść o księciu Ragnaku i synu jego, Biornie, jednak nie ma w nich żadnej wzmianki o Oksywiu czy Słowianach, a całość historii toczy się w Danii, na lądzie. Nie pojawia się także motyw wygnania. Można więc przewidywać, że to dawna, słowiańska legenda przemieszana została z opowieściami z za morza.

O syrenie i rycerzu

Od zawsze opowiadano o syrenach żyjących w odmęcie wód Bałtyku, choć bardzo nieliczni spotkali to plemię. Ci zaś, którzy mieli ten zaszczyt, opowiadają o ich niesamowitej urodzie, która ustępuje jedynie przed pięknem ich śpiewu.
Syreny przychylnie odnosiły się do ludu Oksywia, wskazując drogę zagubionym żeglarzom, ratując tonących, pocieszając tęskniących. Po dziś dzień można usłyszeć ich śpiew, gdy wypłynąć na morze – głos znany każdemu z żeglarzy. Chyba jednak żaden człowiek nie poznał ich tak dobrze, jak Sylwin, rycerz Oksywia.
Pewnego dnia do jego łodzi podpłynęła jedna z nich, wyznając mu swoją miłość, od dawna bowiem pływała przy jego statku i pokochała w tym czasie przystojnego wojownika. Odtąd coraz częściej spotykała się z rycerzem, towarzysząc mu w jego patrolach i żeglugach.
Gdy jednak pewnym razem przypłynęła , nie była wcale radosna, jak dawniej.
– Do Twojego grodu zbliżają się piraci z Irlandii. – Zawołała, skoro wyłoniła się z fal.
Nie zwlekając, Sylwin pożeglował do swego grodu, niosąc ostrzeżenie. Skoro więc Irlandczycy przybyli na Pomorze, zastali Oksywie gotowe do walki. Nie zlękli się mimo to, przystąpili do oblężenia grodu.
W końcu zaczęło kończyć się w Oksywiu jedzenie, a rada zaczęła rozważać kapitulację. Wtedy jednak Sylwin stanął na Orłowie, błagając o pomoc swą ukochaną.
Od tej pory syreny co ranka dostarczały mieszkańcom grodu wory świeżych ryb, które Ci odnajdywali wśród trzcin Redłowa.
Donosiły też o wszystkich planach nieprzyjaciół, które podsłuchiwały, podpływając pod ich obozowiska i okręty.
W końcu, po długim oblężeniu, Irlandczycy uznali swoją porażkę i powrócili do siebie.
Skoro Oksywie ocalało, władca grodu chciał podziękować Sylwinowi za jego pomoc, nadać mu ziemie i tytuły. Ten jednak odmówił, mówiąc, że jego serce nie należy już do lądu. Pewnej nocy pożeglował sam na małej łodzi, aż spotkał się znów ze swą ukochaną. I odszedł na zawsze w fale, by przeżyć z nią do końca swoje dni.
Jest to jedna z najspójniejszych legend Gdyńskich. Choć napotkałem na liczne jej podania, różnią się tylko szczegółami, a największym z nich jest rola Sylwina. Jedni powiadają, że to Sylwin był księciem grodu, inni, że po prostu jednym z rycerzy.

O niewolnicy

Kilka jeszcze razy syreny angażowały się w jawną pomoc mieszkańcom Oksywia.
Żył niegdyś rybak imieniem Leszek, zakochany w pięknej dziewczynie, Milenie. Planowali wspólne życie, a rodzice obydwojga cieszyli się szczęściem młodych, jednak stała się tragedia.
Pewnej nocy, gdy Leszek był na morzu i zarzucał sieci, do brzegu przybił statek piracki. Nim zdążono skrzyknąć wojów, piraci zdobyli, czego chcieli i uciekli pod osłoną nocy.
Byli to Szwedzi, szukający niewolników.
Milena była piękną, młodą dziewczyną, taką właśnie, jakich poszukiwano. Gdy więc powrócił Leszek do grodu, zastał jej rodzinę w rozpaczy po utracie córki.
Nie bacząc na nic, wypłynął Rybak na morze w swojej łódce, pragnąc za wszelką cenę odnaleźć ukochaną. Widząc jego żal, przybyła do niego syrena, oferując pomoc.
Prowadziła go dniami i nocami tropem za statkiem piratów, aż przybił do brzegów Szwecji. Szybko odnalazł miejsce, gdzie trzymano niewolników, zakradł się tam nocą i wyzwolił porwanych, z Mileną zaś wrócił do domu na swej łodzi.
Jest to jedna z legend, które bardzo różnią się między podaniami. Nie wspominając o tym, że imiona bohaterów są najróżniejsze, także inne bywają losy poszukującego. W pewnej wersji trafia Leszek na Milenę po wielu latach, przypadkiem, w trakcie jednej z podróży. W jeszcze innej wchodzi na sam targ niewolników, pragnąc odkupić Milenę, nie stać go jednak. Wtedy w desperacji chce ją choć pożegnać, gdy jednak jej dotyka, topnieją jej łańcuchy, rozgrzane ogniem ich miłości, przerażeni piraci zaś uwalniają porwanych. W jeszcze innych wersjach Leszek w ogóle nie pochodzi z Gdyni, a z Pucka, Helu lub nawet Szczecina.

Gdynia także ma swoich Romea i Julię

Pewnego dnia przybył do Oksywia syn samego Neptuna. Czego tu szukał? – Nie wiadomo.
Może miał przekazać poselstwo od swego ojca? Może ostrzec gród przed niebezpieczeństwem? Może po prostu obejrzeć tak słynny na morzach port?
Nigdy się tego nie dowiemy, w Gdyni bowiem poznał pewną młodą, piękną dziewczynę, natychmiast zapomniał o wszystkim i zapragnął się z nią związać. Także i ona odwzajemniła jego uczucia.
Ich szczęście nie mogło jednak długo trwać. Danusia, bo tak zwała się owa wybranka, należała do rybackiej, ubogiej rodziny. Jako zaś, że głód panował w grodzie, musiała pomagać swym braciom i ojcu w połowach.
Neptun zaś wcale nie pochwalał związku swego syna z człowiekiem – i to nie księżną, nie królową, a rybaczką. Skoro więc Danusia odpłynęła na morze, wezwał sztorm, który rzucił jej łódź daleko od brzegów słowiańskich.
Gdy ukochana nie wracała, syn Neptuna popłynął na jej poszukiwania.
Ona zaś długo błąkała się po wodach, aż wreszcie, z pomocą wielu ludzi, powróciła do Oksywia. Tu jednak powiedziano jej, że jej wybranek najpewniej nie żyje, dawno bowiem już odpłynął na morze i nigdy nie wrócił. Zrozpaczona, rzuciła się w fale z klifu Orłowskiego.
Syn boga mórz zaś wciąż żegluje po oceanach, szukając ukochanej – po całą wieczność.

O operze leśnej

Żyła kiedyś piękna, młoda dziewczyna imieniem Alda, córka jednego z zamożniejszych Oksywskich rodów. Wiele osób się do niej zalecało, ona jednak każdą kandydaturę odrzucała, a przed co uciążliwszymi zalotnikami uciekała do pobliskich lasów.
W trakcie jednej z takich ucieczek odkryła cichą polankę, na środku której rzucony był jeden kamień. Zasiadła na nim i, rozmyślając o swym losie, smutek swój zamieniła w pieśń.
Gdy tak śpiewała, z pośród drzew wychynęły zwierzęta – ptaki, wilki, sarny, króliki i wszyscy mieszkańcy lasu, otaczając dziewczynę i przysłuchując się melodii.
Coraz częściej chadzała Alda do zagajnika, pokochała bowiem jego mieszkańców i chętnie im śpiewała. Jeden jednak z zalotników, śmielszy od innych, śledził ją i, gdy ujrzał, że zasiada na kamieniu, uznał, że właściwa to pora ku jego zamiarom. Wychynął na polanę i zażądał, by dziewczyna go pocałowała.
Alda odmówiła, doszło do szarpaniny. Wtedy jednak zewsząd wychynęły zwierzęta, chcąc uratować swą nową przyjaciółkę.
Zalotnik rzucił się do ucieczki, jednak, spowalniany przez zwierzęta, za późno dotarł na keję, gdzie czekała jego łódź. Zamierzał porwać Aldę, Bestwin jednak – książę grodu – zaniepokojony długą ich nieobecnością, domyślił się prawdy, skrzyknął swą świtę i czekał już na brzegu.
Zalotnika pojmano, Alda zaś z biegiem czasu pokochała księcia Bestwina. Na pamiątkę tamtych wydarzeń wybudowano zaś operę leśną, która, co prawda, należy dziś do Sopotu.

A czym są bursztyny

Dawno, dawno temu morzem Bałtyckim władała potężna królowa imieniem Jurata. Dobra i sprawiedliwa była to władczyni, nie pozwoliłaby skrzywdzić żadnego ze swych poddanych, a i oni kochali ją za to.
Niestety, do czasu. Przybyli kiedyś przed jej tron dworzanie, donosząc o pewnym rybaku z Oksywia, który śmierć niesie setkom ryb. Długo zastanawiała się królowa, w jaki sposób go ukarać. Wreszcie doradziły jej rusałki, aby wywabić śpiewem śmiałka na dno morza i tam utopić. Spodobał się ten pomysł władczyni.
Następnego dnia przybyła wraz ze swą świtą na Oksywie, aby wdrożyć swój plan. Skoro rybak usłyszał śpiew, uniósł wzrok, a wtedy spojrzenie jego spotkało się ze spojrzeniem Juraty. Ta zaś nie zrealizowała swych zamiarów, zaraz bowiem zapałała miłością do człowieka.
Nie podobało się jednak to Perunowi. Pewnego dnia więc w swej złości uderzył piorunem w pałac Juraty, grzebiąc ją w jego głębinach, rybaka zaś przykuł łańcuchami na dnie morza.
Od tej pory w trakcie sztormów słychać zawodzenie męczonego rybaka, na plażach zaś odnaleźć można czasem bursztyny – wyrzucane przez fale ruiny pałacu Juraty.
Ta legenda jest znana powszechnie w dość podobnej formie, lecz niemal każdy obszar przypisuje ją sobie. Gdynianie powiedzą, że rybak pochodził z Oksywia, Pucczanie, że z Pucka, a Jastarnianie, że z Jastarni. Nie sposób dziś określić, gdzie opowieść się zrodziła.

Legendy późnego średniowiecza i renesansu

O biskupie Rzymskim

Pewnego dnia do Oksywskiego (już nie) portu przybił pewien statek, na którym znajdował się nieznany ludziom człowiek, co więcej, nieznający języka polskiego.
Znaleziono jednak przy nim ściętą głowę. Surowe w owym czasie prawo trwało na Pomorzu, a zgodnie z nim każdy rozbójnik stawał się niewolnikiem księcia Świętopełka.
Nakazano to też pracować przybyszowi przy żarnach w młynie.
W jakiś czas później w pobliżu Gdyni znalazł biskup pomorski Jaromir. Gdy tak przejeżdżał, usłyszał, jak przy młynie śpiewa ktoś Magnificat, po Łacinie.
Zapytał więc ludzi, kto to. Ci jednak odpowiedzieli, że to człowiek, który kiedyś przybył do Gdyni, podejrzewany o morderstwo. Biskup nie wierzył jednak, by grzesznik mógł tak pięknie śpiewać pobożną pieśń, kazał więc go postawić przed sobą.
Skoro niewolnik dojrzał biskupa i poznał oznakę pełnionego przez niego urzędu, przywitał go po Łacinie. Tak też okazało się, że był to biskup Rzymski Sanoza, a głowa, którą przywiózł, to relikwia – głowa świętej Barbary, dar papieża Innocentego IV dla księcia Świętopełka.

O świętym Mikołaju, a raczej jego figurce

Pielgrzymi udający się do Kalwarii Wejherowskiej z Gdańska czy Oliwy często zatrzymywali się po drodze, w Gdyni, na Chylońskich wzgórzach. Z biegiem czasu powstała tam niewielka kapliczka poświęcona świętemu Mikołajowi, a skoro zbudowano kapliczkę, to zadbano i o figurkę.
Nie podobało się to jednak Luteranom, których na Pomorzu nie brakowało. Pewnej nocy uprowadzili figurkę z kaplicy. Ta jednak cudownie wróciła.
Jeszcze kilkukrotnie ponawiano próby, bezskutecznie. Wreszcie zdecydowano się, by św. Mikołajowi odciąć nogi.
Niewiele to jednak pomogło, figurka ponownie powróciła, a, co więcej, na miejscu wytrysnęło cudowne źródełko, które przywracało wzrok niewidomym.
W wiele lat później jednak pewien szlachcian Oliwski postanowił wystawić świętych na próbę, przyprowadził więc do źródełka swojego starego, ślepego konia i kazał napić mu się wody. Nie spodobało się to w niebie. Koń, owszem, wzrok odzyskał, ale stracił go rycerz, źródełko zaś w tej samej chwili wyschło.
Kapliczka jak i figurka wciąż jednak trwają na wzgórzu zwanym od tej pory wzgórzem świętego Mikołaja.
Można przewidywać, że w legendzie tej doszło do pomieszania dwóch podań. Owo źródełko może nawiązywać do źródełka Marii.

O Źródełku Marii

Trudno wyodrębnić jedną legendę związaną ze źródełkiem Marii, jest to raczej szereg legend czy też cudów, o jakich podania trwają od renesansu.
Źródełko to miało w renesansie cudownie leczyć chorych podczas wielkich zaraz, przywracać wzrok niewidomym i słuch niesłyszącym.
Historie te dotyczą z resztą i bliższych nam czasów.
W 1923 roku doszło do pewnego wypadku, z pobliskich torów wypadł wagon towarowy, spadając na pracujących koło źródełka robotników. To, że nikomu nic się nie stało, uznano za cud.
Koło źródełka znajduje się kaplica Matki Boskiej, a turyści i pielgrzymi do dziś często kosztują z niego wody.

Dzwonnik z Chwarzna

Po długiej chorobie poznał pewien ojciec, że oto umiera. Wezwał więc do siebie rodzinę i poprosił ją, aby po śmierci odcięli mu głowę. Ci, przerażeni, odmówili, ojciec zaś zmarł.
Wkrótce później go pochowano. Następnej nocy jednak na całą Gdynie rozbrzmiały dzwony, rano zaś rodzina z przerażeniem odkryła, że nie żyje matka. Skoro ją pochowano, znów rozbrzmiały w nocy dzwony, tym razem zmarł pierworodny syn.
Wtedy najmłodszy z braci powiedział do swej najstarszej siostry:
– Gosiu, boję się, że skoro tej nocy uderzą dzwony, umrzesz i ty. Pójdę więc do kaplicy, aby zobaczyć, kto w nie uderza.
Tak też zrobił. Ku swemu przerażeniu ujrzał swego ojca wspinającego się po wieży.
– Cóż czynisz, ojcze? – Zapytał go, przerażony. Ojciec spojrzał na niego i odparł:
– Nie dotrzymaliście mojej prośby, a więc muszę teraz zadzwonić, na Gosię.
Przerażony młodzieniec zrzucił jednak ducha swego ojca z wieży.
– Zadzwonię jutro! – Zawołał tamten, spadając.
Skoro wstał świt, odkopali potomkowie grób ich rodziców, ucięli ich głowy wedle prośby, a dla pewności jeszcze zawiązali ich w sieć. Od tej pory ustały nagłe śmierci w Chwarznie.
Mało przyjemna to legenda, ale i takie się zdarzają. Historycy uważają, że to ślad po zarazie, jaka zapanowała w Chwarznie w owym czasie.

Skarby pod Kamienną Górą

Pewnego dnia do Gdyni przybył konno przerażony człowiek, wioząc ze sobą worki, w których miały mieścić się kosztowności – złoto i srebro, diamenty, rubiny i szafiry. Był wyraźnie przerażony. Jedni powiadali, że wykradł te skarby Krzyżakom, inni, że to złotnik, który uciekł, ścigany przez swych wierzycieli.
Poprosił Gdynian o schronienie, którego też mu udzielono.
Każdej nocy wykradał się jednak pod Kamienną Górą, a gdy wracał, coraz mniej niósł skarbów. Tak i wszystkie kosztowności znikły.
Wkrótce później podziękował za pomoc i odjechał. A gdzie są skarby?
Wielu ich pod Kamienną Górą szukało, ale nikt nigdy nie znalazł.

Podziękowania

Nie jest tych legend może bardzo wiele, ale, jak się mawia, lepszy rydz niż nic.
Czy istnieją inne historie, powyżej niespisane? Oczywiście. Jednych pewnie ja nie znam, inne są zbyt niejasne lub zatarte. To, co tu umieściłem, to historie powszechnie znane.
Mam nadzieję, że była to miła lektura.
Dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi w zebraniu materiałów do tej antologii.

Miasto morza i szkła

Znam wiele pięknych miejsc, każde z nich ma w sobie to coś, co sprawia, że chce się do niego wracać.
Czasem jest to klimat, innym razem ludzie, którzy tam mieszkają.
Pozdrawiam z pociągu relacji Warszawa Centralna – Gdynia Główna.
Po trzech tygodniach spędzonych, bez przerwy, w Warszawie, wracam weekendowo na Pomorze. I przy okazji tej podróży chcę podzielić się z wami pewną refleksją.

Polubiłem Warszawę. Lubię ludzi, którzy każdego dnia biegną za swoimi sprawami, lubię grajków na Patelni lub na stacjach metra, lubię nawet te panie, co stają w tramwaju i od rana narzekają na pogodę…
Warszawa to ogromne miasto pełne ludzi. Ale i to w nim lubię.
Lubię metro, lubię też w tym metrze pomóc zapowiadającemu stacje, gdy wszyscy się pewnie na mnie dziwnie patrzą, a ja radośnie, ciesząc się dniem, wypowiadam wyraźnie:
Następna stacja: Świętokrzyska, możliwość przesiadki do pociągów linii metra M2.

Także lubię Puck. Lubię mewy kwilące w porcie, rybaków, którzy nadają z prędkością karabinu maszynowego po kaszubsku, lubię bryzę, która wieje tam każdego dnia, lubię stadka gołębi siadające na parapetach w bloku, w którym mieszka moja babcia.

Jednak miastem najbliższym memu sercu jest to, które zbudowane jest z morza i szkła – Gdynia.
To jednak w Gdyni istnieje ten niesamowity klimat bramy w świat. I wiem, że piszę teraz za Żeromskim, trudno.
Gdy wsiadłem dop pociągu, pożegnałem się ze wszystkimi dotarło do mnie, że znów znajdę się w tym miejscu.

Klimat ptaków na Orłowie, przechodniów na skwerku Kościuszki czy Bulwarze Nadmorskim, spokój lasów na Redłowie…
Nie wiem, co takiego Gdynia zrobiła, ale zapadła w mym sercu głęboko.
I choć nie bywam tam jakoś szczególnie często, zawsze lubię tam wracać.

Przysięgam Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, i że ci nie dam kanapki z masłem aż do śmierci.

Kiedy pociąg SKM kończy swój bieg w Wejherowie, podawany jest przez głośniki komunikat w języku angielskim, w dodatku błędny:
This train has terminated. Please leave the train.
Dlaczego błędny? Bo pociąg się zatrzyma dopiero, to jest podawane w trakcie jazdy, więc czas present perfect jest tu niepoprawny. Biorąc pod uwagę, że pociągiem tym dwa razy w tygodniu jeździ grupa trzech osób podchodzących do certyfikacji CAE w czerwcu tego roku, nie mogło się to obyć bez komentarza, a raczej serii uszczypliwych komentarzy kończących większość powrotów do Wejherowa.
Stąd też teksty typu:
My english skill has terminated, please leave the school.
Albo
This train is terminating at the next station, but I’ve not heard about present continuous tense yet.
Wczoraj natomiast, może pod wpływem niesłyszenia komunikatu przeszło tydzień, rozważaliśmy korektę do zaproponowania SKM.
Po kilku roszadach i zmianach powstała ostateczna wersja komunikatu:
This conveyance has just accomplished its route and is going to standstill. We cordially entreaty all voyagers to resist procrastination and to disembark.
Muszę przyznać, że bardzo, ale to bardzo chciałbym zobaczyć miny pasażerów po usłyszeniu takiego komunikatu. To jak? Możemy pisać do SKM?

Od dawna nie pisałem luźnego i wesołego wpisu, głównie dlatego, że brakowało mi ostatnio weny czy też dobrego humoru, by takie wpisy sklecić. Dziś jednak należałoby wreszcie to nadrobić.

Co tam u mnie słychać? A no dość sporo, w sumie tyle się tego nazbierało, że nie jestem pewien, od czego chcę zacząć.

Nie każdy błądzi, kto wędruje… Chyba, że nazywa się Dawid Pieper.
Muszę tutaj zameldować, że ostatnio w drodze ze szkoły byłem zmuszony by przejść Bolszewo niemalże dookoła. W jaki to sposób? Wszystko przez, w sumie nie wiem przez co.
Wracałem sobie radośnie ze szkoły przeświadczony, że będę mógł udać się do domu i odpocząć, pogoda była już ładna, ptaki ćwierkały, liście szmerały, wiatr pieszczotliwie gładził Ziemię, przyroda budziła się do życia. Słońce, wreszcie mogące ogrzać nasz świat, pełne energii wysyłało do nas swoje ciepło i światło, jakby pragnąc się powitać po tak długiej rozłące. Szedłem zatem w stronę domu z przystanku, ciesząc się z piękna świata.
Trasa pokonywana przeze mnie niemal codziennie, za przystankiem na pierwszym rozwidleniu w prawo, potem minąć kilka domów i sklepów, skręcić znowu w prawo, w odpowiednim miejscu przejść przez ulicęj, minąć bibliotekę, za nią skręcić w lewo, iść do przodu i w odpowiednim miejscu, jak będzie cicho, przejść na drugą stronę już na moją ulicę.
I w odpowiednim miejscu, jak będzie cicho, przejść na drugą stronę.
Jak będzie cicho.
Cicho.
Kiedy centralnie przed przejściem dla pieszych zatrzymuje się jakaś ciężarówka czy coś takiego, która robi taki hałas, że słychać ją było już przy bibliotece, nie słychać nic, – ani ptaków, ani samochodów, uszy błagają litości, a ty nie wiesz czy przejść przez ulicę czy nie, bo nie masz zielonego pojęcia czy jakiś samochód jedzie, czy nie, czy ruch jest zatrzymany, czy wpakujesz się prosto pod koła, wiec, że jest źle.
Czekałem minutę, drugą, piątą, w końcu stwierdziłem, że tak to być nie może i postanowiłem wejść na naszą ulicę od drugiej strony.
No więc musiałem iść uliczką dalej, przejść przez przejście dla pieszych i prosto, minąć skrzyżowanie, przejść na drugą stronę przez przejście, dwa razy w prawo i byłem już na swojej ulicy.
Co z tą ciężarówką, zapytacie?
A no odjechała, ruszyła w chwili, w której wchodziłem na swoją działkę. I jak tu nie wierzyć w złośliwość losu?
Kiedy zaś wchodziłem do domu odezwała się sroka, a ja miałem nieodparte wrażenie, że to ze mnie rechocze.

Skoro już mowa o sytuacjach Dawidowego nieogarnięcia, warto tu wspomnieć o historii restauracyjno-pokursowej. Po jednych zajęciach z angielskiego Ola zaprosiła nas – mnie i Maksa do restauracji na jedzenie, którego nazwa mi uciekła, ale przypominało to troszkę bułkę z mięsem, przy czym nie było bułką.
Z resztą nieważne, co to było, ważne, jak to się skończyło.
To jadło się plastikowym nożem i widelcem, więc z początku nie obawiałem się żadnych problemów, do czasu.
Większość z was jest bardziej w niewidomkowych sprawach ogarnięta ode mnie, całej reszcie jednak odradzam jedzenie tego czegoś. Mój ambitny plan odkrojenia kawałka nabitego na widelec skończył się wylaniem sosu z tej pseudobułki. Następnym krokiem było wytarcie sossu ze stołu i powrót do konsumbcji tyle, że odwróciłem omyłkowo nóż i w następnym kroku próbowałem odkroić kawałek stroną niezaostrzoną.
Efektem tego było wystrzelenie sałatki na imponującą wysokość i jej awaryjne lądowanie na stole. Tak, zgadliście, znowu pojawiła się potrzeba wytarcia.
W kolejnym kroku dowiedziałem sie, że mój widelec był wadliwy, bo po wbiciu go w ową potrawę, no cóż, wyszły tylko dwie nóżki, jedna została i gdyby jej Ola nie zauważyła, nie wiem jakby się to skończyło, a tak to niebezpieczny odłamek został usunięty.
W całą trójkę popłakaliśmy się ze śmiechu, choć przyznać należy, że w końcu to zjadłem całkowicie. Ale w tej restauracji chyba mnie już zobaczyć nie będą chcieli więcej, ja zaś stwierdzam, że chyba nigdy więcej nie będę pewny, że umiem po prostu coś zjeźć.

Co do bardziej Wielkanocno-zwyczajowych tematów, w lany poniedziałek jak co roku tata z Radkiem mieli zamiar oblać rano wszystkich domowników. No cóż, plan się nie powiódł, przeze mnie.
Uznałem, że tata wstanie z Radkiem koło siódmej, może w pół do ósmej. No więc ja wstałem o w pół do szóstej i się nie myliłem, bo jak godzinę później przyszli zrobić nam mokrą pobódkę, no cóż, ja sobie radośnie na nich czekałem.
Przykro mi tato, robisz się zbyt przewidywalny.

Jeśli chodzi o sprawy związane z awifauną, coraz więcej ptaków śpiewa, odkąd zrobiło się cieplej, zięby są na porządku dziennym, choć pojedyncze już od dawna ćwierkały. Nie brakuje też ci u nas bogatek, mazurków i wróbli, gołębi i sierpówek, sikor modrych i ubogich, jerzyków, ortolanów i innego upierzonego cudu.
Ciekaw jestem czy w Pucku rozćwierkały się już kosy, bo to jakoś w tym okresie tam zaczynają się odzywać. Nic niestety nie zapowiada, bym miał okazję tam zajrzeć w najbliższym czasie.

Jeśli chodzi o tytuł wpisu, oczywiście już wyjaśniam. Chodzi o Olę, bo trzeba wam wiedzieć, że Ola wykazuje dziwną skłonność do nielubienia masła, tak, ona nie lubi masła.
Stąd się śmiejemy, że taką właśnie przysięgę małżeńską bedzie musiał złożyć Mikołaj, jej chłopak.
Mikołaju, już Ci współczuję, składam kondolencje, wyrazy smutku i wsparcia.

Oczywiście to nie koniec wpisu, bo wczoraj miałem niezwykłą przyjemność być na koncercie the Kelly Family.
Czy ja bywam na koncertach często? Gdzie tam. To był mój trzeci koncert w życiu, szczerze do teatru nie pamiętam kiedy ostatnio poszedłem pozaszkolnie, do kina na Gwiezdne Wojny, poprzednio zaś na Gwiezdne Wojny, a wcześniej na Gwiezdne Wojny, co daje bilans raz do roku.
Po prostu nie mam aż tyle pieniędzy, by sobie na takie wypady pozwalać w szczególności w świetle moich informatycznych pasji i Eltena. Tym bardziej więc zawsze podniecony jestem takim koncertem czy kinem, szczególnie zaś koncertem takiego zespołu jak The Kelly Family, na których to występ nie mogłem się doczekać już od początku tygodnia.

Jak było? Cudownie, naprawdę ślicznie. Tak sobie myślę, że The Kelly Family dużo piękniej wykonuje swoje utwory scenicznie, niż studyjnie.
Było pełno wzruszeń i powodów do śmiechu.
Najlepszy tekst Jimmy’ego o Patrici:
Ona jest staroświecka, wredna, męcząca, kłócimy się średnio raz dziennie, właściwie we wszystkim mamy różne zdanie. I co ja na to mogę, że ona jest moją siostrzyczką i nie umiem jej nie kochać?
On to powiedział taaakim załamanym głosem…
Sto Lat też było śpiewane, bo czemu by nie?
Z utworów to mam dylemat, co mnie najbardziej wzruszyło, wiele utworów w ykonaniach dość różnych od tych w studiu pokazano, ale o tytuł najpiękniejszego wykonania mogą konkurować ze sobą "Brothers and Sisters", "An Angel", "Who’ll come with me" oraz "Please don’t go".
Na każdym jednym miałem łzy w oczach i każde było tak śliczne, że nie umiem podjąć decyzji co do najcudowniejszego.
Teraz Maja jeśli to czyta mnie zabije, ale nie podobały mi się występy perkusyjne jakoś, nie mój styl muzyczny, był na koncercie fragment na samą perkusję, nie, zdecydowanie nie mój styl.
Jedyny utwór śpiewany, jaki nie spodobał mi się, tytułu nie pamiętam, ale był już typowym utworem niemal metalowym, a to zdecydowanie nie jest moja kategoria muzyczna.
Miłym akcentem było natomiast wplecenie kilku słów o Polsce do dwóch czy trzech prezentowanych utworów, od razu lepiej na sercu.
Jak mówię, było cudownie, raz jeszcze niezmiernie dziękuję ekipie Sobieszewskiej za tak wspaniały prezent osiemnastkowy.