Internecie, dokąd zmierzasz?

Zajrzałem dzisiaj na Facebooka. Pośród stu przejrzanych przeze mnie wpisów widocznych na osi czasu, może trzy były warte uwagi, nie były kolejnymi zdjęciami, emotkami, komentarzami o jedynym celu napisania jakże elokwentnego xD, nie wspominam już nawet o udostępnianych linkach Four Square i tak zwanych memach.
Zajrzałem potem na Twittera, ale wyjąwszy kilka newsów ze stron Internetowych, nie było tam praktycznie niczego wartego uwagi.
Zajrzałem dalej na maila, ale znalazłem tam tylko wiadomości z list dyskusyjnych, w dodatku większościowo prezentujących poziom merytoryczny, o leksykalnym nie wspominając, zbliżony do naszych polityków, którzy dużo mówią, a mało w tym treści.
Zajrzałem więc na What’s Appa, po przejrzeniu kilku wiadomości z grup, uznałem, że niczym nie różnią się od tych mailowych, podobny bełkot i bezsens.
Zrezygnowany, wszedłem na Youtube, by obejrzeć coś ciekawego. Pokazało mi się kilka kabaretów, jednakże poziom większości skeczów był może odpowiedni dla ludzi o IQ poniżej pięciu, a szkoda, bo znam dobre naprawdę spektakle komediowe.
Przejrzałem nowinki naukowe, znajdując tam niezwykle inteligentne dyskusje o płaskiej Ziemi, nowych odkryciach astronomicznych, o których jednak Międzynarodowa Unia Astronomiczna ni Europejska Agencja Kosmiczna nie słyszały, a, no i jeszcze kilka bełkotów ludzi, którzy na temacie się kompletnie nie znają.
Wśród zagadnień edukacyjnych znalazłem ciekawe materiały, jakie Youtube podpowiada, dotyczące matematyki, w szczególności rachunku różniczkowego, materiały o ciekawych nazwach dotyczących całki wielokrotnej i przekształceń trygonometrycznych na liczbach Eulera. Zaznaczyłem je do późniejszego obejrzenia, ale, tym czasem, po szkole, potrzebowałem innej formy odprężenia, niż słuchanie o, owszem ciekawych, ale bądź co bądź wyczerpujących rzeczach. Warto tu nadmienić, że były to materiały pochodzące z uniwersytetów, nie od zwykłych ludzi.
Rzuciłem okiem na resztę podpowiedzi Youtubea, ale nie znalazłem tam niczego, co przyciągnęłoby moją uwagę.
Co jeszcze było na ekranie mojego iPhonea?
Voicedream Reader. Już po chwili siedziałem pogrążony w lekturze Silmarillionu, po angielsku swoją drogą, polecam.

Teraz zastanawiam się, dokąd to wszystko zmierza. Możecie mówić, że to jakaś forma sentymentalizmu i wcale nie mam tu na myśli nurtu filozoficznego. Może jest to i sentyment dla dawnych czasów, ale dobrze pamiętam, jak wyglądało to jeszcze kilka lat temu.
Nie miałem wtedy Facebooka, długo wzdragałem się przed jego założeniem, dopiero realia mnie zmusiły.
Mailowo konwersowałem z kilkoma ludźmi, na Klango prócz prywatnych wiadomości biło mocno serce forum, na Twitterze co i rusz pojawiały się ciekawe dyskusje, w których mnogości się wręcz gubiłem.
Nigdy nie byłem szczególnie aktywny społecznie, tak, przyznajmy to, byłem lekkim samotnikiem tak w sieci, jak i w świecie prawdziwym. Lubię rozmawiać z ludźmi, potrafię całe godziny tylko siedzieć i konwersować, ale unikałem i unikam wielkich imprez, spotkań całogrupowych.
Lubię się pobawić na urodzinach, studniówce i tak dalej, ale raz na jakiś czas, a nie notorycznie. Jak wracam ze szkoły, chętnie spędzam chwilę z rodziną, często ta chwila to nawet dwie godziny ciągłego opowiadania, co tam w szkole i świecie.
Ale potem lubię usiąść na spokojnie w pokoju i zrobić lekcje, pouczyć się, pogrzebać przy Eltenie.
Dawniej też tak było.
Wieczorami jednak chętnie siadałem i odpisywałem ludziom, z którymi konwersowałem. Z kim tak zawzięcie pisałem? Z ludźmi z sieci, w ogóle mi nie znanymi?
Nie, nic z tych rzeczy. Z rodziną w Anglii, ze znajomymi w rzeczywistości, a z dawna niewidzianymi ludźmi.
To nie tak, że pisało się do siebie codziennie, nie. Pisało się jednak raz na jakiś czas mail, który bardziej przypominał swą formą list.
Kiedy wam powiem, że maile pozostają bodaj moją ulubioną formą komunikacji, możecie mnie nazwać staroświeckim, konserwatywnym człowiekiem. Tak jednak jest, że nigdy do końca nie przemówił do mnie Facebook, a nawet Twitter. Nie z powodu idei, szczególnie drugiego, która była bardzo dobra. Dlaczego więc?

Dziś często słyszę, że się rozpisuję, rozwlekam to co piszę na masę słów, nawet od czytelników kilku tego bloga słyszałem te słowa.
To, co piszę w tym artykule, można przecież skrócić, pozbawić tej otoczki, napisać trzy, może pięć zdań. I będzie dobrze.
Najlepiej machnąć wielkie selfie jeszcze i pięć miliardów emotikonek.
Wywalić interpunkcję, bo poco, uprościć język, zdania wielokrotnie złożone zamienić pojedynczymi z podmiotem, orzeczeniem, maksymalnie dwoma okolicznikami i od biedy dopełnieniem, jednym. Przydawki to gatunek zagrożony.
Oczywiście teraz przesadzam, jednakowoż. Tak to zaczyna wyglądać.

Faktyczne pisanie zastąpiły skrótowce, wiadomości z serca zwroty na odczepnego.
W dobie Messengera mogę mieć odpowiedź od osoby, do której piszę w ciągu nawet kilku sekund, od razu. Co jednak z tego, gdy wiadomość ta to kilka słów, nawet nie zdanie?
Gdy opublikuję wpis na blogu, mogę otrzymać komentarz typu: fajne, super, podoba mi się. Co jednak z tego, skoro to znowu kilka słów?
Nie mówię, że jestem święty w tym aspekcie. Kiedy jestem naprawdę zajęty, sam w ten sposób często odpowiadam, na szybko.
Czy dobrze się z tym czuję? Nie.
Dlaczego to robię? Dlatego, że nie mam możliwości rozpisać się bardziej.
Dlaczego nie zaczekam? Dlatego, że brak odpowiedzi spowoduje niepokój odbiorcy. A może mój niepokój, że coś robię źle.

Wiele ludzi poszło jeszcze dalej. Wrzucają masę swoich zdjęć na Facebooku: o, patrzcie, jem śniadanie; patrzcie, jadę do pracy autobusem; patrzcie, to spotkany na drodze kot; patrzcie, mam nowe ubranie; patrzcie, nie wiem co sfotografować, ale ważne, że to właśnie ja to wstawiam.
Nie mówię, że dzielenie się zdjęciami jest złe, to świetna forma komunikacji dla widzących. Poco jednak się to robi?
By pokazać coś znajomym? Nie. By zdobyć najwięcej lajków, bo to jest cool.
Czy emotikony są złe? Nie. Emotikony są starsze od Internetu, obecne były w piśmie już w XIX wieku, pozwalają wyrazić swoje odczucia. Oczywiście, można przekazać to, co się czuje w inny sposób, konstrukcją zdań, ale emotikony to ułatwiają. Ludzie jednak poprzestają na samych emotikonach, unikając jak ognia prób, by cokolwiek od siebie napisać.
Czy skróty są złe? Nie, są przydatne, gdy trzeba skompresować wypowiedź lub się spieszymy. Istnieje jednak jakiś umiar, granica przyzwoitości, którą coraz częściej przekraczamy.

Gdy widzę współczesny świat, mam wrażenie, że stał się własną groteską, karykaturą, komedią.
Z jednej strony ludzie coraz rzadziej chcą się widywać, bo jest Internet, jest Facebook, nie ma czasu na to, by normalnie, po przyjacielsku się spotkać i wyjść na miasto. Impreza jakaś? Jasne. Chwila spokojnej rozmowy w cztery oczy? Gdzie tam, jest FB.
Z drugiej strony, ten Facebook też nie jest żadną możliwością poznania drugiego człowieka od tej strony jego wnętrza, serca i duszy, ponieważ usłyszymy zw, xd. Ewentualnie kilka słów dotyczących najważniejszych spraw. Mało kto będzie miał czas na opowiedzenie o tym, którymi strunami wybrzmiewają jego myśli. To, co na zewnątrz? A owszem, miejsce zamieszkania, zdjęcia, wszelkie informacje, których zdobycie wymagało kiedyś więcej wysiłku? Bardzo proszę, udostępniamy je chętnie każdemu, zawsze i wszędzie, byle było o nas głośno, byleśmy dostali kolejnego lajka.

Żyjemy coraz szybciej, nie mając czasu dla drugiego człowieka, ,choć komunikacja jest dziś już tak prosta.
Ścigamy się, by kupić smart zegarek, smart dom, smart pralkę, smart lodówkę, zaraz będziemy pewnie kupować smart kurtki, a potem zrobimy sobie smart paznokcie.
I będziemy wszędzie w zasięgu sieci, w zasięgu innych ludzi.
Tak blisko, a tak daleko.

Quo Vadis, Internet?