Czym było dla nas Klango

Klango i Eltena porównywano już pod względem chyba każdej jednej występującej funkcji.
Nie spotkałem się jednak z żadną dyskusją o porównaniu tego, czym te programy były dla nas i jak wyglądały ich fora.
I właśnie o tym chciałbym dziś się rozpisać, bo wiele różnic i podobieństw dostrzegam.

Wiele twarzy tu, na Eltenie, kojarzę z Klango – lepiej lub gorzej. By nie szukać daleko, 6 na 9 użytkowników z polskiej administracji Eltena było niegdyś na Klango bardzo aktywnych. A jednak…

Otwieram archiwum Klango. Zobaczmy, co czeka na nas na dawnych forach "Polskiej Społeczności Klango".
Forum Inne. Idąc od dołu: "Audio zbiory u sieciowca", "Miejsca spotkań Klangowiczów", "przedmioty szkolne", "Nauczyciele", "Niektórzy ludzie są naprawdę źli!!!", "Nasze marzenia!", "wpadki komorowskiego", "Czy fajnie jest mieć rodzeństwo", "Pływanie", "kursy masażu czy warto w nich uczestniczyć"…
To są tematy w większości poruszane przez ludzi młodych, mniej-więcej w moim wieku teraz lub młodszych, stojących przed pierwszymi życiowymi wyborami.
Forum "Komputery i Internet: od dołu da nam: "AQQ, klient Jabbera i kolejny komunikator przyjazny niewidomym", "Symbian i Windows Mobile", "torrenty- z jakich stron pobierać", "odtwarzacze multimedialne", "amis – darmowy i otwarty odtwarzacz daisy", "SuperNova 10.0", "Webbie", "Sieci LAN", "talks", "Gaduair – operator komórkowy Gadu-Gadu", "I phone 3g s czyli nowy telefon dostępny dla nas".
Ciekaw jestem, ilu z was pamięta Symbiana. Pewnie już niekażdy.
A Supernową czy Zoomtexta? Wątpię, by wielu z was kiedykolwiek widziało te czytniki na oczy.
Gadu-Gadu? Ktoś jeszcze tego używa?

Klango rodziło się w czasie, gdy Internet w Polsce dopiero raczkował, dostępność dla niewidomych była krucha, a nieco inne wartości się liczyły w życiu. To wszystko sprawiło, że jego odbiór i społeczność ukształtowały się trochę inaczej.

Nie znam dokładnej daty swojej rejestracji w Klango, choć zdaje się, że był to rok 2008. Nie było jeszcze ani Klango3, a wielu użytkowników dołączało później.
Pamiętam pierwsze zabawy na forach, próby żartobliwego rozszyfrowywania nazwy Klango, dyskusje o charakterze typowo koleżeńskim.
Choć, jeszcze wcześniej, na Klango trwały inne dyskusje. Byli tam ludzie, powiedzielibyśmy, dorośli. Oni jednak w większości szybko się wycofali ze społeczności, pozostała zaś młodzież i pozostały dzieci takie, jak w owym czasie ja.

Czym było dla nas Klango? To już zależy dla wielu z nas.
Audycja o "Końcu Klango", która odbyła się w Tyfloradiu w maju bierzącego roku, wskazała mi wyraźnie, jak wiele wspólnych dla nas rzeczy Klango oznaczało.
Poznawało się tu środowisko niewidomych i innych ludzi. Uczyło blogować czy pisać na forach, prowadzić dyskusje.
W przypadku wielu z nas Klango miało ogromny wpływ na kształtowanie się czy charakter.

By daleko nie szukać, ja na Klango pisałem swojego pierwszego bloga, choć dużą poczytnością się on tam nie cieszył. Gdy usłyszałem o Linuxie, to na fora Klango poleciałem dowiedzieć się, jak zainstalować i uruchomić Orcę i… dowiedziałem się.
Pytałem także tam o programowanie, ale, dla odmiany, nie dowiedziałem się.
Na Klango promowałem "Srebrny Labirynt", poznawałem ludzi, których znam do dziś.

Ci, którzy dołączyli do Klango później lub nigdy się tam nie pojawili, najprawdopodobniej nie zrozumieją tego, co Klango dla nas znaczyło, bo nie widzieli tej atmosfery, która się tam wykształciła. Czym była ta atmosfera, jak ją opisać, nie wiem.
Ci jednak, któzy mniej-więcej w moim wieku odkrywali tą społeczność, z pewnością wiedzą, o czym piszę. Oczekiwanie na nowe wpisy w śledzonych wątkach czy wiadomości prywatne było tam czymś niesamowitym.
Z drugiej strony fora Klango były w dużym aspekcie dziecinne wedle standardów Internetu, toczące się tam dyskusje często po prostu pozbawione sensu, efekt średniej wieku.
Mimo to pamiętam swój ból, gdy nie mogłem być obecny na pierwszym zlocie Klangowiczów, o którym słyszałem przez następne tygodnie od kilku osób.

Nie wiem czy dawni Klangowicze mnie w ogóle kojarzą, bo udzielałem się niewiele w strachu, że zrobię coś źle. Mimo to na koniec ponad 1200 wpisów na forum dobiłem.
Ja jednak pamiętam większość z was, a najbardziej rzucające się mi na forach nicki to monikalisieckao2, Piciok, Julitka i wz91.

I choć Klango się skończyło, zawsze w moim sercu pozostanie dla niego miejsce.

Tego nie ma i nie będzie nigdy na Eltenie, nie dla mnie, nie dla was.
Nie będzie dziecięcego zachwytu, bo i dziećmi nie jesteśmy.
Nie będzie wyczekiwania na każdą większą wersję tak, jak myśmy czekali na Klango 3 ()wcześniej Klango 2.1), w zachwycie, dopytując się codziennie o nowości od betatesterów.
Nie będzie takich jak tam blogów.
Nie będzie tej atmosfery, bo dojrzaliśmy, a jednak okres dziecięcy ma swoje przywileje i prawa.
Tego właśnie mi w Eltenie brakuje najbardziej chyba. Tego, że tym programem, jak dotąd, nie przyniosłem nikomu takiego zachwytu, jaki nam dało Simplito.
Mamy za to dojrzalsze dyskusje i poziom forów jest tu większościowo dużo wyższy, co cieszy.
Ale tej iskierki zapału i szaleństwa póki co nie ma i nie wiem czy kiedykolwiek ją dojrzymy.

Za to Elten ma jedną rzecz, której nigdy Klango nie miało.
Przy swoim szaleństwie i odkrywaniu, przy całej dziecięcej radości przy nim płynącej nigdy nie było tam blogów jak na Eltenie.
Nie było świetnych tekstów Elanor, opisów życia codziennego na poziomie tych obserwowanych u jamajki czy refleksji znanych u Julitki.
Uwielbiam czytać niemal was wszystkich.
A to, że nie komentuję, nie znaczy, że nie czytam. 🙂
I to jest to, co cieszę się na Eltenie obserwować.

Melancholicznie, czyli jak to się zaczęło

Przeglądając stare pliki znalazłem swój pierwszy blogowy wpis w życiu. Nie tutaj, na Eltenie, a na Klango.
Z bloga niewiele przetrwało, a dzięki niezwykłej uprzejmości i słowności firmy Simplito jak klangoblogi nie działały, tak nie działają i raczej działać nie będą, blog tamten więc niestety odszedł do krainy zapomnienia.
Mimo to myślę, że warto przypomnieć ówczesne moje powitanie.
Tak wiele w tym czasie się zmieniło, a przecież nadal jestem tą samą osobą, o tych samych poglądach, tak samo nienormalną.
W sumie choć życie przyniosło różne niespodzianki, nauczyło lepiej pisać chociażby, przyniosło Infinity, wiele doświadczeń tak złych, jak dobrych, niewiele się zmieniłem, choć przewidywałem w owym czasie, że kończąc osiemnaście lat będę zupełnie inną osobą.
Myliłem się.

Witam wszystkich klangowiczów!
Jestem tutaj już od chyba pięciu lat – znam klango od wersji 1.31 -, ale ani jednego wpisu nie dodałem na swym blogu.
Nadszedł czas to zmienić.
Zacząłem pisać bloga za namową koleżanki – Magdaleny Rataj.

Najpierw chcę coś o sobie napisać:

Nazywam się Dawid Pieper. Mam w tej chwilii trzynaście lat.
Interesuję się zwłaszcza astronomią i programowaniem.
Swego czasu stworzyłem grę audio – srebrny labirynt.
Teraz pracuję nad jej rozszerzoną wersją.

W domu mieszkam z dwoma braćmi: Kamilem, który ma jedenaście lat i Radkiem, który ma dwa latka, ale już 18.08 ma urodziny oraz oczywiście rodzicami.
Mieszkam w Bolszewie czyli niewielkiej wiosce w okolicach Wejherowa, w województwie pomorskim.

Jeśli ktoś się chce ze mną skontaktować może pisać na klango lub na jeden z poniższych sposobów:
skype: dawid.pieper
mail: dawdipieper@o2.pl oraz dawidpieper@gmail.com
To narazie tyle
Pozdrawiam wszystkich
Dawid Pieper

Internecie, dokąd zmierzasz?

Zajrzałem dzisiaj na Facebooka. Pośród stu przejrzanych przeze mnie wpisów widocznych na osi czasu, może trzy były warte uwagi, nie były kolejnymi zdjęciami, emotkami, komentarzami o jedynym celu napisania jakże elokwentnego xD, nie wspominam już nawet o udostępnianych linkach Four Square i tak zwanych memach.
Zajrzałem potem na Twittera, ale wyjąwszy kilka newsów ze stron Internetowych, nie było tam praktycznie niczego wartego uwagi.
Zajrzałem dalej na maila, ale znalazłem tam tylko wiadomości z list dyskusyjnych, w dodatku większościowo prezentujących poziom merytoryczny, o leksykalnym nie wspominając, zbliżony do naszych polityków, którzy dużo mówią, a mało w tym treści.
Zajrzałem więc na What’s Appa, po przejrzeniu kilku wiadomości z grup, uznałem, że niczym nie różnią się od tych mailowych, podobny bełkot i bezsens.
Zrezygnowany, wszedłem na Youtube, by obejrzeć coś ciekawego. Pokazało mi się kilka kabaretów, jednakże poziom większości skeczów był może odpowiedni dla ludzi o IQ poniżej pięciu, a szkoda, bo znam dobre naprawdę spektakle komediowe.
Przejrzałem nowinki naukowe, znajdując tam niezwykle inteligentne dyskusje o płaskiej Ziemi, nowych odkryciach astronomicznych, o których jednak Międzynarodowa Unia Astronomiczna ni Europejska Agencja Kosmiczna nie słyszały, a, no i jeszcze kilka bełkotów ludzi, którzy na temacie się kompletnie nie znają.
Wśród zagadnień edukacyjnych znalazłem ciekawe materiały, jakie Youtube podpowiada, dotyczące matematyki, w szczególności rachunku różniczkowego, materiały o ciekawych nazwach dotyczących całki wielokrotnej i przekształceń trygonometrycznych na liczbach Eulera. Zaznaczyłem je do późniejszego obejrzenia, ale, tym czasem, po szkole, potrzebowałem innej formy odprężenia, niż słuchanie o, owszem ciekawych, ale bądź co bądź wyczerpujących rzeczach. Warto tu nadmienić, że były to materiały pochodzące z uniwersytetów, nie od zwykłych ludzi.
Rzuciłem okiem na resztę podpowiedzi Youtubea, ale nie znalazłem tam niczego, co przyciągnęłoby moją uwagę.
Co jeszcze było na ekranie mojego iPhonea?
Voicedream Reader. Już po chwili siedziałem pogrążony w lekturze Silmarillionu, po angielsku swoją drogą, polecam.

Teraz zastanawiam się, dokąd to wszystko zmierza. Możecie mówić, że to jakaś forma sentymentalizmu i wcale nie mam tu na myśli nurtu filozoficznego. Może jest to i sentyment dla dawnych czasów, ale dobrze pamiętam, jak wyglądało to jeszcze kilka lat temu.
Nie miałem wtedy Facebooka, długo wzdragałem się przed jego założeniem, dopiero realia mnie zmusiły.
Mailowo konwersowałem z kilkoma ludźmi, na Klango prócz prywatnych wiadomości biło mocno serce forum, na Twitterze co i rusz pojawiały się ciekawe dyskusje, w których mnogości się wręcz gubiłem.
Nigdy nie byłem szczególnie aktywny społecznie, tak, przyznajmy to, byłem lekkim samotnikiem tak w sieci, jak i w świecie prawdziwym. Lubię rozmawiać z ludźmi, potrafię całe godziny tylko siedzieć i konwersować, ale unikałem i unikam wielkich imprez, spotkań całogrupowych.
Lubię się pobawić na urodzinach, studniówce i tak dalej, ale raz na jakiś czas, a nie notorycznie. Jak wracam ze szkoły, chętnie spędzam chwilę z rodziną, często ta chwila to nawet dwie godziny ciągłego opowiadania, co tam w szkole i świecie.
Ale potem lubię usiąść na spokojnie w pokoju i zrobić lekcje, pouczyć się, pogrzebać przy Eltenie.
Dawniej też tak było.
Wieczorami jednak chętnie siadałem i odpisywałem ludziom, z którymi konwersowałem. Z kim tak zawzięcie pisałem? Z ludźmi z sieci, w ogóle mi nie znanymi?
Nie, nic z tych rzeczy. Z rodziną w Anglii, ze znajomymi w rzeczywistości, a z dawna niewidzianymi ludźmi.
To nie tak, że pisało się do siebie codziennie, nie. Pisało się jednak raz na jakiś czas mail, który bardziej przypominał swą formą list.
Kiedy wam powiem, że maile pozostają bodaj moją ulubioną formą komunikacji, możecie mnie nazwać staroświeckim, konserwatywnym człowiekiem. Tak jednak jest, że nigdy do końca nie przemówił do mnie Facebook, a nawet Twitter. Nie z powodu idei, szczególnie drugiego, która była bardzo dobra. Dlaczego więc?

Dziś często słyszę, że się rozpisuję, rozwlekam to co piszę na masę słów, nawet od czytelników kilku tego bloga słyszałem te słowa.
To, co piszę w tym artykule, można przecież skrócić, pozbawić tej otoczki, napisać trzy, może pięć zdań. I będzie dobrze.
Najlepiej machnąć wielkie selfie jeszcze i pięć miliardów emotikonek.
Wywalić interpunkcję, bo poco, uprościć język, zdania wielokrotnie złożone zamienić pojedynczymi z podmiotem, orzeczeniem, maksymalnie dwoma okolicznikami i od biedy dopełnieniem, jednym. Przydawki to gatunek zagrożony.
Oczywiście teraz przesadzam, jednakowoż. Tak to zaczyna wyglądać.

Faktyczne pisanie zastąpiły skrótowce, wiadomości z serca zwroty na odczepnego.
W dobie Messengera mogę mieć odpowiedź od osoby, do której piszę w ciągu nawet kilku sekund, od razu. Co jednak z tego, gdy wiadomość ta to kilka słów, nawet nie zdanie?
Gdy opublikuję wpis na blogu, mogę otrzymać komentarz typu: fajne, super, podoba mi się. Co jednak z tego, skoro to znowu kilka słów?
Nie mówię, że jestem święty w tym aspekcie. Kiedy jestem naprawdę zajęty, sam w ten sposób często odpowiadam, na szybko.
Czy dobrze się z tym czuję? Nie.
Dlaczego to robię? Dlatego, że nie mam możliwości rozpisać się bardziej.
Dlaczego nie zaczekam? Dlatego, że brak odpowiedzi spowoduje niepokój odbiorcy. A może mój niepokój, że coś robię źle.

Wiele ludzi poszło jeszcze dalej. Wrzucają masę swoich zdjęć na Facebooku: o, patrzcie, jem śniadanie; patrzcie, jadę do pracy autobusem; patrzcie, to spotkany na drodze kot; patrzcie, mam nowe ubranie; patrzcie, nie wiem co sfotografować, ale ważne, że to właśnie ja to wstawiam.
Nie mówię, że dzielenie się zdjęciami jest złe, to świetna forma komunikacji dla widzących. Poco jednak się to robi?
By pokazać coś znajomym? Nie. By zdobyć najwięcej lajków, bo to jest cool.
Czy emotikony są złe? Nie. Emotikony są starsze od Internetu, obecne były w piśmie już w XIX wieku, pozwalają wyrazić swoje odczucia. Oczywiście, można przekazać to, co się czuje w inny sposób, konstrukcją zdań, ale emotikony to ułatwiają. Ludzie jednak poprzestają na samych emotikonach, unikając jak ognia prób, by cokolwiek od siebie napisać.
Czy skróty są złe? Nie, są przydatne, gdy trzeba skompresować wypowiedź lub się spieszymy. Istnieje jednak jakiś umiar, granica przyzwoitości, którą coraz częściej przekraczamy.

Gdy widzę współczesny świat, mam wrażenie, że stał się własną groteską, karykaturą, komedią.
Z jednej strony ludzie coraz rzadziej chcą się widywać, bo jest Internet, jest Facebook, nie ma czasu na to, by normalnie, po przyjacielsku się spotkać i wyjść na miasto. Impreza jakaś? Jasne. Chwila spokojnej rozmowy w cztery oczy? Gdzie tam, jest FB.
Z drugiej strony, ten Facebook też nie jest żadną możliwością poznania drugiego człowieka od tej strony jego wnętrza, serca i duszy, ponieważ usłyszymy zw, xd. Ewentualnie kilka słów dotyczących najważniejszych spraw. Mało kto będzie miał czas na opowiedzenie o tym, którymi strunami wybrzmiewają jego myśli. To, co na zewnątrz? A owszem, miejsce zamieszkania, zdjęcia, wszelkie informacje, których zdobycie wymagało kiedyś więcej wysiłku? Bardzo proszę, udostępniamy je chętnie każdemu, zawsze i wszędzie, byle było o nas głośno, byleśmy dostali kolejnego lajka.

Żyjemy coraz szybciej, nie mając czasu dla drugiego człowieka, ,choć komunikacja jest dziś już tak prosta.
Ścigamy się, by kupić smart zegarek, smart dom, smart pralkę, smart lodówkę, zaraz będziemy pewnie kupować smart kurtki, a potem zrobimy sobie smart paznokcie.
I będziemy wszędzie w zasięgu sieci, w zasięgu innych ludzi.
Tak blisko, a tak daleko.

Quo Vadis, Internet?

Informatyczne szaleństwo, czyli jak to wszystko się zaczęło

Witajcie!

Od rana zasadniczo pracowałem nad Eltenem, przy okazji była mała twitterowa konwersacja nie do końca miiła odnośnie Eltena, ale to nieważne.
Ważne jest to, że siedzę sobie od rana i czuję, że muszę coś napisać.
Zwykle, kiedy mam wenę pisarską, to wiem, do czego chcę usiąść.
A to napiszę wiersz, a to tłumaczenie, a to opowiadanie, a to cokolwiek innego.
Dzisiaj jednak było inaczej, bo naprawdę nie miałem pojęcia, co tu napisać.
Prawdę mówiąc nie najlepiej się dzisiaj czuję, boję się, że jakaś choroba mnie łapie.
A biorąc pod uwagę, że jutro dużą część dnia spędzam na dworze i to dość aktywnie, nie wróży to niczego dobrego.
Dobra, dość narzekania. 🙂
Tak sobie przeglądam tego mojego bloga i zauważyłem, że zapomniałem o tej kategorii.
Kiedyś opisałem tutaj swoje, zupełnie nienormalne, dzieciństwo.
A potem zupełnie zapomniałem, że chciałem się podzielić z wami kilkoma wspomnieniami.

Wczoraj wieczorem przeglądałem swoje stare Klangowe archiwa, dokładniej zaś bloga Angeliki i uderzyło mnie kilka faktów.
Na Klango mieliśmy dużo większą społeczność.
Było mnóstwo ludzi, których nadal marzę zobaczyć tutaj.
Ale nie było tam takiego, hmm, klimatu.
O co mi chodzi?
Mam wrażenie, że każdego z userów Eltena chociaż trochę znam, lepiej lub gorzej, z tego o czym pisze, co mówi.
Na Klango tak nie było.
Chociaż, prawdę mówiąc, za czasów Klangowej świetności byłem dość młody.

Dobra, przejdźmy do rzeczy.
Dzisiaj chciałbym wam przedstawić moją przygodę z informatyką.
Każdy, kto mnie lepiej zna, wie, że uwielbiam się bawić informatyką.
I to nie na zasadzie grania w jakieś gierki, a na zasadzie:
A co się stanie, jak usunę ten plik?
A czy komputer uruchomi się z pomniejszonym napięciem?
Ciekawe, do czego służy ten kabelek, co się stanie, jak go przetnę?
Śmiem zaryzykować twierdzenie, że w wyniku takich eksperymentów, prócz tego, że mnóstwo rzeczy zepsułem, zdobyłem niemałą wiedzę o tym, jak zepsuć komputer. 😀
Ale, co dobre, w wyniku i jak naprawić również. 🙂
Dzisiaj opowiem wam trochę o tym, jak moja komputerowa pasja się zaczęła.

Tata, jak już chyba wspominałem, studiował informatykę, konkretnie programowanie.
Los go pchnął na inną drogę i programistą nigdy nie został, ale czego się nauczył, to pozostało.
W związku z tym miał komputer jeszcze zanim poznał się z moją mamą.
A na tamte czasy było to coś, nie było tak, jak dzisiaj, że w każdym domu stał komputer.
Nic więc dziwnego, że od małego miałem do czynienia ze sprzętem i technologią.
Już jako dziecko w wieku dwóch lat z tatą bawiliśmy się na komputerze.
Pierwsza gra, jaką tata mi pokazał, to było Koło Fortuny.
To był jeszcze stary system Windows 95.
Jedno z moich pierwszych wspomnień przy komputerze to właśnie, jak tata pokazywał mi, na czym to polega.
Żeby było śmieszniej, sama gra nie miała z kołem fortuny nic, a nic wspólnego.
Ale kiedyś usłyszałem ten zwrot i tak mi się podobał, że tak ów twór nazywałem.
I nawet nie pamiętam pierwotnej nazwy.
W każdym razie, chodziło o zgadywanie słowa.
Trzeba było odgadnąć jakieś słowo, zadając pytania o ilość współgłosek, sylab itp.
Gra prosta, ale byłem zafascynowany bardzo, pamiętajcie, że miałem wtedy jakoś ze dwa lata.

Później zaczęło mnie interesować nie tylko granie, ale i to, jak to się dzieje, że ta gra się włącza, co się dzieje po wciśnięciu guzika na obudowie.
No i tata całymi godzinami mi o tym opowiadał, a ja po prostu kochałem te chwile, kiedy odkrywałem te, jak ówczas zdawało mi się, niesamowite tajemnice.
Jedno z moich starszych wspomnień, które pamiętam wyraźnie, jakby to było wczoraj.
Miałem wtedy cztery lata. Tata jeździł wówczas jako dostawca ciężarówką, starem.
Często jeździł ze mną, po prostu lubiłem to, myślę, że zrozumiałe.
Mieliśmy jechać z zamówieniem do Pucka, gdzie mieszka babcia. W drodze powrotnej zgarnęliśmy ją, zabraliśmy do Wejherowa, gdzie tata pracował, a dalej już samochodem taty do domu, z babcią oczywiście.
Pamiętam, jak babcia wsiadła, a ja rozmawiałem z tatą.
I nie zapomnę jej słów: "czy wy mówicie po chińsku"?
Tata akurat tłumaczył mi, jak działają rejestry eax, ebx i ecx w procesorach i różnice w architekturze Intela 486 i świeżej, dopiero ówczas podbijającej rynek, 586.

Pod tym względem zawsze różniliśmy się z Kamilem, moim bratem.
I tak pozostało do dziś.
Ja zawsze kochałem naukę, uczyć się, go to nudziło i do dziś nudzi.
Ale, z drugiej strony, ja zawsze patrzę teoretycznie, szukam, jak coś działa, czemu działa, on natomiast jest zdecydowanym praktykiem.
Babcia się śmieje, że ja się pytam jak, dlaczego, poco, a Kamil co, gdzie i kogo. 🙂

Kiedy miałem cztery albo pięć lat, nie mogę się teraz tego doliczyć, przez komputer dla Homera, taką akcję która wówczas istniała, ściągnęliśmy nowy komputer, pierwszy z systemem Windows XP.
A wraz z nim kupiliśmy Jawsa, w wersji 4.0, to były czasy, gdy jeszcze o NVDA nikt nie słyszał.
I mogłem sam odkrywać tajniki komputera.
Kiedy Kamil lubił grać, ja zawsze szperałem, szukałem.
To nie tak, że nie miałem styczności z grami.
Owszem, grywałem, zwykle z tatą. Uwielbiam sposób, w jaki on opisuje sytuację, często gra wyglądała tak, że on mówił, co się dzieje, a ja mu mówiłem, co ma zrobić.
Ale nieraz i ja tylko siedziałem i słuchałem, tata jest naprawdę w tym świetny.
W każdym razie, więcej energii poświęcałem na naukę, mniej na zabawę, jak chyba przez całe życie. 🙂
Nie mówię, że to dobrze, bo trzeba się bawić, ale taki już jestem.

W tamtym okresie tata miał pełne ręce roboty, bo udawało mi się moimi eksperymentami wysypać system średnio raz na miesiąc.
Jak również spaliłem płytę główną, uszkodziłem kości RAM i tak dalej.

A, bo wiem czego wam nie napisałem.
Kiedy kupiliśmy ten nowy komputer, tata chciał skopiować dane ze starego dysku, zrozumiałe.
No i otworzył te komputery, przełożył dysk i skopiował, proste.
Ale znając moje pasje informatyczne, robił to przy mnie, pokazywał mi, jak wygląda płyta główna, jakie kabelki przepiąć.
I to był chyba błąd, bo odnalazłem w sobie wtedy miłość nie tylko do programowej części komputera, ale i sprzętowej.
Kiedy nikogo nie było w domu, kochałem rozbierać komputer, oglądać, przełączać i sprawdzać.
No i stąd takie przygody. 🙂

Później trafiłem do szkoły, Gdyńskiej Szkoły Społecznej, gdzie zajęcia z informatyki prowadziła pani Helenka Urbaniak.
Pierwsze co, to pokazała mi technikę szybkiego pisania na klawiaturze, bo to, jak ja pisałem, to można opisać wieloma przysłówkami, ale z pewnością nie przysłówkiem szybko. 🙂
Pokazała mi też wiele programów dla osób widzących, dowiedziałem się wtedy, że istnieje już Jaws w wersji 7.10, przypominam, że ja nadal pracowałem na 4.0.
Tak więc dostałem nową wersję Jawsa, jak również poznałem wiele użytecznych programów, Outlook Express na pierwszym miejscu. 🙂
No i tak się uczyłem, rozwijałem moją informatyczną pasję.
Później pojawił się NVDA i zaryzykuję twierdzenie, że byłem jedną z pierwszych osób w Polsce, która się na niego zaczęła przesiadać.
Już za czasów niestabilnej wersji 0.5 używałem go jako drugiego gadacza.
W owym czasie NVDA był dużo gorszy od Jawsa, z resztą Jaws też rozwijał się lepiej, niż dziś.
Jednak jakoś dostrzegłem w NVDA potencjał, nie umiem wyrazić moich odczuć do końca.
Ale po prostu miałem przeczucie, że ten program urośnie, miałem z resztą rację.
A potem odkrycie życia, Klango.
Klango z początku odkrył tata, były to jeszcze gry z Salonu Klango.
Poznałem moją ukochaną Piracką Pamięć, jak i inne gry, w tym Audiopasjansa, którego mimo znajomości od dziesięciu jakoś lat, poraz pierwszy wygrałem w zeszłym roku. 😀
W owym czasie dowiedziałem się też, że powstaje Klango2, w tedy były jeszcze publiczne wersje beta.
Pan Maciej Muszytowski podał nam adres do ich pobrania, ale popełnił literówkę i nie udało się ani mi, ani tacie pobrać Klango.
Szukałem hasła w Google, ale nie było go wtedy tak łatwo znaleźć, jak dziś.
No i Klango ostatecznie dostałem również od pani Helenki, to wtedy była chyba wersja 2.0.4 czy jakoś tak.
Zapomniałem już zupełnie o tym, że miałem znaleźć Klango2, gdy pewnego dnia pani Helenka mi je pokazała.
Tutaj pewne wyjaśnienie, nie raz słyszę pytanie, skąd nazwa użytkownika na Klango dawid22.
A no stąd, że konto założyła mi właśnie pani Helenka nadając taką nazwę, nie wiem, czemu. 😀
A ja go używam do dziś.

Tutaj moja historia różni się od historii wielu ludzi.
Niewidomki, z którymi rozmawiałem, wspominały mi, że Klango odkrywały często bez zdolności obsługi komputera, to przez środowisko Klangowiczów dowiadywali się o screenreaderach i tak dalej.
Ja trafiłem na Klango już ze świadomością tego, co można robić z komputerem.
No i Klango stało się z pewnością ważną częścią mojego życia, chociaż, może to dziwne, mimo wielu lat tam spędzonych nie wyniosłem zbyt wielu znajomości.
Poznałem tam Mikołaja, poznałem Arka. Pisałem troszkę z Mają, coś tam z Angeliką, Klaudią.
Ale, może to dziwne, jakoś nie wyniosłem stamtąd wielu przyjaźni.
Bez wątpienia jednak odkrywałem świat, widziałem, co pisali inni niewidomi.

Wtedy też zacząłem moją przygodę z programowaniem, kiedy byłem w drugiej klasie podstawówki, zacząłem naukę języka HTML, w trzeciej zaś PHP.
Kiedy byłem w czwartej czy piątej, przyszła pora na odkrycie Rubiego, krótko potem też zacząłem naukę języka C++ .
I muszę obiektywnie powiedzieć, że dzięki mojej pasji i mojemu tacie, szczególnie tacie, który cierpliwie mi pomagał w moim zgłębianiu czeluści informatycznej wiedzy, a także dzięki pani Helence i nauczycielowi informatyki z podstawówki, panu Włodkowi, wychodziłem ze szkoły podstawowej z wiedzą, obiektywnie mówiąc, dużą.
Wiedziałem, jak napisać program, jak stworzyć bazę mysql, co siedzi w komputerze, jak złożyć komputer, jak naprawić większość problemów….
I dzięki temu w pierwszej gimnazjum zacząłem swój pierwszy prawdziwy projekt, kojarzony pewnie przez większość z was Srebrny Labirynt.
Nadal rozwijając się w gimnazjum i poznając tajniki informatyki, odkryłem istnienie mikrokomputerów i mikroprocesorów, tak więc zacząłem naukę programowania mikroobwodów i elektroniki.
Przy czym nie zaniedbywałem poprzednich gałęzi, to jest programowania i budowy komputera.
Czy to dobrze?
Sądzę, że tak, aczkolwiek mama była bliska powiedzenia dość, bo byłem nieraz wykończony szkołą i moją pozaszkolną nauką, na szczęście nigdy nie zabroniła mi zgłębiania wiedzy, której zdobywanie stało się dla mnie swoistą pasją.
Ukoronowaniem niejako gimnazjum była napisana przeze mnie w trzeciej gimnazjum sieć neuronowa do przetwarzania rozmowy oraz, stworzona w ramach projektu edukacyjnego, gra dla osób widzących, pisałem ją z dwójką kolegów, ja byłem programistą, jeden kolega grafikiem, a drugi mówił mi, co mam pisać, żeby to fajnie działało itp.
Nie chwaląc się, za projekt dostaliśmy 100% i wyróżnienie. 🙂

No i oczywiście moja trzecia gimnazjum to okres powstawania Eltena, którego pisałem w zasadzie od samej końcówki, to jest maja, klasy drugiej gimnazjum.

No i tak to wyglądało, liceum przyniosło rakietę i nowe programistyczne wyzwania.
A ja się ani trochę nie poprawiłem, nadal pogłębiam wiedzę, gdy tylko mogę. 😀
No i będę pogłębiał dalej. 🙂