Kto wie, ten wie…

Gdzie w Słońcu skrzy Wiślana nić
i złote trwają arkady,
marzenia swe pragnęła śnić
sprzątaczka na Dworcu Centralnym.

Bo gdzie horyzont kładzie cień
na kres niebieskich przestworzy,
najpiękniejsza czekała z wież,
nie sprzątają tu amatorzy!

I spoglądała skoro dzień
z za wzgórz się tylko wychylał,
i spoglądała kiedy zmierzch
gwieżdzistą kopułą rozbłyskał.

I śniła o wieżowcu tym,
co Varso będzie nazwany,
a w snach tych z mopem biegnie w zwyż,
szorować podłogi i ściany.

Lecz pragnień nie chciał ziścić czas,
wciąż na pociągi zerkała,
i czy to Kraków, czy to Gdańsk,
to łzami się zalewała.

Choć nawet o marzeniach jej
I Zegarynka słyszała,
tylko z uporem skalnych wież,
wciąż – która godzina – gadała.

I oto nowa błyska myśl,
jak fata zimne przebłagać,
by Zegarynki złamać szyfrr,
dyplom doktora ukazać.

Nie przeszkadzał jej nawet wiek,
ni niska emerytura;
wiedziała, że ją czeka cel:
Varso architektura…

Lecz ciepła los sprzątaczce tej
ukazać choć krztyny odmawiał,
tak więc już na obronie swej
umarła, biedaczka, na zawał.

Smutna Warszawę obiega wieść,
aż Varso się całe wzruszyło,
w ciszy płacząc, że marzeń kres,
kwiaty na grobie złożyło.

I płakał piekarz, co co dnia
jej chleb i masło sprzedawał,
płakał listonosz, co zaszczyt miał
sprzątaczce listy dostarczać.

Chyba już tu byłem! – Czyli o Warszawie, Liptonie i Pizzy

Był upalny, słoneczny, letni dzień. Ludzie, korzystając z ostatnich chwil niedzieli, spacerowali po ulicach Warszawy, ciesząc się pogodą i wspólnie spędzanym czasem. Gdzieś w okolicach Centrum przysiadł sobie grajek i radośnie jął brzdękać na gitarze. Przechodnie przystawali, mimowolnie uśmiechając się na dźwięk radosnej melodii.
Delikatny wietrzyk zakołysał liśćmi krzaków i kwiatów, zniżył swój lot, podziwiając miasto skąpane w promieniach zachodzącego Słońca. Przemknął wokół Wisły, pofrunął za autobusami i samochodami, radośnie się z nimi ścigając. Pomachał ręką dwójce niewidomych stojących przed Dworcem Centralnym i wyraźnie czekającym na tramwaj, po czym pofrunął dalej, kołysząc plakatami i reklamami, śmignął wokół kilku dachów i powtórnie zanurkował ku ziemi… Zobaczył, jak niewidomi wysiadają z tramwaju. Uśmiechnięty, pozdrowił ich lekkim podmuchem, po czym zawrócił, chcąc raz jeszcze przyjrzeć się Centrum, nad którym powoli zapadają mroki nocy.
Na niebie nieśmiało wychylał się Księżyc. W jego świetle wiatr ze zdumieniem dojrzał dwójkę niewidomych wysiadających z metra w Centrum.
– Wrócili już? – Zdziwił się wiatr.

Znacie to uczucie, gdy do opowiedzenia jest tyle rzeczy, że człowiek nie wie, od czego zacząć, a nawet na czym skończyć? Tak ja czuję się właśnie teraz, gdy pamięcią sięgam do zeszłego tygodnia.
Skoro nie wiem, od czego zacząć, spróbuję od początku.

Opowieść ta zaczyna się w zeszły piątek około godziny czwartej, gdy zadzwonił budzik Dawida. Zadzwonił niepotrzebnie, bo Dawid nie dość, że był już na nogach niecierpliwy wrażeń tego dnia, to jeszcze zdążył się ubrać, budzik zaś zastał go w drodze do łazienki, gdzie miał Dawid zamiar właśnie umyć włosy.
W duchu ciesząc się, że melodyjka zastała go w drodze do łazienki, a nie podczas mycia włosów, gdy musiałby wracać z mokrą głową przez pół domu, nim kto inny się zbudzi, wyłączył Dawid iPhonea informującego z zapałem, że już pora wstawać.

Nieco ponad godzinę później był już Dawid wraz z babcią w pociągu z Wejherowa do Gdyni.
– Następna stacja: Gdynia Główna. – Zaszumiał radośnie głośnik w pociągu SKM, a przynajmniej tak Dawid podejrzewał, gdyż, jak to już głośniki w pociągach SKM Trójmiasto mają w zwyczaju, zrozumieć się dało jedynie coś w stylu: szszszszacja szszszzsyniaszszszszówna.
Peron czwarty, tor siódmy twierdziła strona PKP, a więc zszedł Dawid po górce do podziemi dworca, odnalazł laską prowadnicę i, podążając wiernie za nią, po chwili znalazł się za halą główną. Peron drugi, trzeci, jest i czwarty.
Trzy przedziały schodów do góry i, jest i pociąg.

Powiadano później, że Słońce przygasło, temperatura spadła o dziesięć stopni, a na Wiśle zatrzymały się fale, gdy o godzinie 09:40 czasu polskiego z pociągu relacji Gdynia Główna – Warszawa Centralna wysiadał Dawid. Stolica trwała cicha i przerażona, gdy dotarło do niej, iż osobnik ten ma zamiar tu już wkrótce zamieszkać.

Skierował się Dawid w pierwszej kolejności na Politechnikę Warszawską, gdzie miał złożyć papiery mówiące, że, jak następuje:
Tak, nazywa się on Dawid Piotr Pieper,
będzie się, ha ha ha, uczył,
nie ma przeciwwskazań ku studiowaniu,
i tak, zgadza się na przetwarzanie danych ostojowych, znaczy osobowych, przez Policję, chwila chwila, Politechnikę Warszawską na potrzeby rezygnacji, to jest rekrutacji, a także kształtowania, kształcenia.
I tak dalej, i temu podobne.
TU podpisać, tam podpisać, jeszcze tu podpisać, a na dokładkę machnąć jeszcze tu podpisik. I dostał Dawid, jak myślicie, co dostał? Zaświadczenie o podjęciu studiów? Potwierdzenie? Nie! Dostał Dawid skierowanie w celu wyrobienia kolejnych papierów.

Tym jednak Dawid nie martwił się jeszcze, bo oto kolejne wyzwanie przed nim stanęło, odebrać Elanor, która nie wiedziała, gdzie jest, ale nieśmiało przebąkiwała, że miast w Warszawie wylądowała, zdaje się, w Pradze.

Chwila chwila… A co tu robi Elanor? A no to to jest póki co sekret.

Praga okazała się, na szczęście, Warszawą Zachodnią, gdzie też Dawid z babcią się spiesznie udali. Wpierw trzeba było kupić jeno bilety na pociąg, który to proces trwał ze względu na wysoką specjalizację pani sprzedającej, bagatela, pięć minut. Nie mówię o czasie stania w kolejce, tyle spędził Dawid przy okienku.

No więc, odebrawszy Elanor, wesoła gromadka – dwóch niewidomków i babcia – skierowała się obejrzeć przyszłe mieszkanko Dawida.

Przyspieszmy nieco jednak bieg wydarzeń, bo w tym tempie to ja tu zaraz książkę całą napiszę, a więc przejdźmy już do wieczora, gdy babcia już udała się na pociąg powrotny do Gdyni, gdy w domu Julity trwają trzy ponure postacie: Julita, Dawid, Weronika.
Czemu ponure, zapytacie?
Ponure, bo czekają na spóźnialskich, którzy, jakby to rzec, zapomnieli do czego służy zegar.

Ale, dość tych złośliwości, bo trza wezwać głównego bohatera tego przedstawienia, czyli Liptona.

Co się stało z tym Liptonem?
Czy się rozlał gdzie na stole?
Czy pobrudził mi koszulę,
czy Julicie rozdarł suknie?
Czy sprzątania wiele było?
Nie, tu mamy inne dziwo.
Taka bowiem jest historia,
że na nazwę, tak, Liptona,
stan głupawki osiągnięty,
Kamil, Maja, wszyscy biedni,
przez telefon trwa rozmowa,
a zrozumieć tu ni słowa!
Chociaż Monia humanistką,
choć jest Klaudi masażystką,
to w potoku słów i śmiechu,
dostrzec nikt nie może sensu.

Kiedy, jakimś cudem, porozumieć się udało, wreszcie ludzi się zebrało.
Wypadałoby więc właściwie powiedzieć, kto tam był: Elanor, jamajka, Julitka, klaudia27, Monia01, pajper, talpa171.
Spotkanie natury administracyjnej, choć na razie ustalenia pozostaną owiane mgłą tajemnicy.

Muszę tu zgłosić protest.
Julita zrobiła mi czekoladę, gorącą czekoladę, z której nawet zdążyłem upić kilka łyków. Dlaczego kilka, zapytacie?
Bo reszta znalazła się jakoś tak przypadkiem w żołądku Mai!

Przygód na ten dzień koniec to nie jest, bo z powrotem też sporo akcji było, ale o tym już rozpisywał się nie będę. Nie będę także się rozpisywał o tym, że nocowałem u Kamila i jakoś tak zasiedzieliśmy się do trzeciej, w nocy, bo oto wstaje kolejny, Słoneczny dzień.

Jako, że zaczynanie od początku już mnie znużyło, zacznę od środka, czyli od godzin wczesnego po południa, gdy zastała mnie godzina samego na stacji Świętokrzyska. Wsiadłem ja tam w pociąg na stację Ratusz Arsenał. Dlaczego tam?
Nie mam pojęcia, tak Kamil kazał, no to tam jechałem.

Cóż za zaskoczenie, gdy spotkałem tam jego, jak również Majkę, Klaudię i Weronikę. Wpadliśmy na genialny plan, by coś zjeść.
W sumie musiało to dla ludzi postronnych wyglądać bardzo ciekawie – piątka niewidomych, z których żaden nie ma pojęcia, gdzie jest restauracja, ale za to każdy ma pojęcie, gdzie zdecydowanie jej nie ma.
Jakimś cudem w postaci miłej pani udało nam się zjeść obiad.
Jak Polak głodny to zły, jak najedzony to leniwy. Gdy więc przyszło ELanor wracać do Żelaznej Chęci – czy jakoś tak – pozostawiłem z radością obowiązek jej odprowadzenia Kamilowi, sam zaś udałem się z Mają i Klaudią. W pierwszym planie mieliśmy pójść do kawiarni na Młocinach, jednakże plany te zostały bardzo szybko zrewidowane.
Zabawne, jak bardzo ciągnie mnie do Lasek zważywszy na fakt, iż nigdy ich uczniem nie byłem. No więc jakoś tak przypadkiem nagle znaleźliśmy się w Izabelinie.

Przy okazji muszę wspomnieć, że cieszę się tam niemałymi przywilejami, jak widać. Owiewają mnie z każdej strony historie, jak trudno jest tam wejść do internatu dziewcząt, jak to niełaskawie patrzą na to wychowawczynie, a mnie od razu pani spytała czy idę do grupy Klaudii. Jak widać bycie nienormalnym programistą-rakietmistrzem ma i swoje dobre strony.

Klaudi była tak uprzejma, że łaskawie zrobiła nam herbatę, owacje na stojąco!

Jak myślicie, z kim w całych Laskach najlepiej się plotkuje o szkole i niewidomych? Z uczniami? Dyrekcją? Nauczycielami?
A gdzie tam! Z siostrą Agatą!
No więc przeplotkowaliśmy… tak ze, eeee… godzinę czy więcej?

Potem już lecieliśmy z Klaudią i Mają na autobus, bo zaraz miał uciec. Lecieliśmy tak, że byliśmy przeszło kwadrans przed nim, a więc siedząc na przystanku rozmawialiśmy sobie radośnie o tym, jak to niebezpiecznie jest nocą na bezludziu. Dodam, że byliśmy nocą na bezludziu.

Wsiadłem ja do autobusu, pozostawiwszy dziewczyny nocą na wspominanym bezludziu, kierując się na Młociny, gdzie, z kolei, spotkałem się z Angeliką i Grzegorzem (Celtic1002, grzegorzm). Tą noc dane mi było spędzić u nich, wszyscy żyją!

Tu tematem przewodnim rozmów była kultura kaszubska i szanty.

I oto nastała niedziela, a Dawid spotkał się z Kamilem i Mają. Maja już tego dnia wracała do Żyrardowa, bo chodzi do tworu zwanego szkołą, kojarzycie coś takiego?
Najpierw jednak poszliśmy na pizzę, bo czemu nie?

Wróciwszy na dworzec Centralny i odprowadziwszy biedną Majkę do pociągu, zatroszczywszy się, by nie wpadła do gap between the train and the platform, co trudne nie jest zważywszy na fakt, że ta gap jest tak z pięć razy szersza niż Maja wysoka, udaliśmy się z Kamilem kupić bilet.
Tak, drodzy państwo, ja do tej pory nie miałem biletu powrotnego, bo nie wiedziałem, kiedy wracam, a raczej kiedy to wiedziałem, ale o której już nie.

Kupiwszy bilet na po południe następnego dnia, wpadliśmy na genialny pomysł, by odwiedzić Starówkę – jak się jest w Warszawie, trzeba korzystać, nie?

Wsiedliśmy więc do tramwaju.
– Przepraszamy… Czy ten tramwaj dojeżdża na Starówkę? – Zapytał Kamil.
– Tak, dojeżdża. – Potwierdziła jakaś pani.
Był tylko taki malutki problem. Nie dojeżdżał.

No dobrze, to wracamy, weszliśmy do innego tramwaju w przeświadczeniu, że wrócimy na Centrum. Nie wróciliśmy, wylądowaliśmy gdzieś na Stadionie Narodowym.

Skierowaliśmy się na metro, przejechaliśmy z pół drugiej nitki, przesiedliśmy się na Świętokrzyskiej.
Jeszcze tam się zgubiliśmy przy zmianie linii metra, ale to już nieważne, w końcu dotarliśmy do Centrum.
Tu przyszła pora na rewizję planów.

A trzeba wam wiedzieć, że uwielbiam gorącą czekoladę, tym czasem na Pomorzu to prawdziwy rarytas.
Kamil więc zaproponował szaleństwo, to jest wybranie się do oficjalnej Pijalni Czekolad Wedla. Why not?

Jak myślicie, dotarliśmy tam bez problemu? A gdzie tam, ale… nieważne.

Była czekolada? Była.

Wracaliśmy natomiast z bardzo miłą parą, która, jak się okazało, właśnie wybierała się do restauracji bez świateł, a w dodatku mieszka nieopodal Kamila. I kto tu uwierzy w zbiegi okoliczności?

Bez dalszych przeszkód wróciliśmy do domu Kamila. Tym razem zasnęliśmy koło czwartej w nocy.

Jest jeszcze do opisania poniedziałek. Jako jednak, że wtedy także wiele się działo, pozwolę sobie zrobić to w osobnym wpisie, tym czasem zaś pozostawię was poniedziałkowym porankiem na Młocinach, gdzie Dawid i Kamil się rozstali.

I podziękuję wszystkim spotkanym ludziom za wspaniały czas, a więc, lecim nickami, dziękuję: Celtic1002, Elanor, grzegorzm, jamajka, Julitka, klaudia27, Monia01, talpa171!
Dawno nie spędziłem tak cudownego czasu, jak w zeszły weekend!

Majka, ogarnij się, trochę trudniejsza była. – Co Dawid na Mazowszu porabiał.

Kilkukrotnie wspominałem na tym blogu o pewnym weekendzie, który należy uznać za ósmy cud świata, przede wszystkim za to, że w ogóle go przeżyłem.
Jak to już w moim wypadku bywa, napisanie o czymś w terminie w miarę aktualnym jest czynem prawdopodobnie nieosiągalnym, a zatem doceńcie, że minął mniej, niż miesiąc.
Bo na przykład takiej wymiany do Bad Marienberg wciąż nie opisałem, choć opisać ją obiecałem… 6 marca zeszłego roku.

Pewnego piątku wsiadł Dawid do pociągu odjeżdżającego z Gdyni Głównej w kierunku Warszawy. I tak zaczęła się podróż w nieznane.

O tym, że będzie ciekawie, przekonałem się jeszcze przed stacją docelową. Doszło bowiem do katastrofy na przynajmniej narodową skalę.
Mianowicie, jedna z pasażerek była Brytyjką.
Zdawałoby się, że w świecie nazywanym globalną wioską nie powinno stanowić to ani problemu, ani zaskoczenia. Stanowiło i jedno, i drugie, przynajmniej dla konduktora.
Zaistniała w następstwie scena była godna skeczu kabaretowego.
– Przepraszam panią, ale ja nie mówię po angielsku. – Powtarzał jak mantrę pan konduktor.
– I’m sorry, I don’t speak polish. – Powtarzała przyczyna zamieszania.
Już miałem zamiar się wtrącić, ale zostałem uprzedzony przez jadącego w tym samym wagonie nauczyciela języka angielskiego.

Kolejny dialog z pociągu? Ponownie z owym nauczycielem.
– Przepraszam, nie woleliby Pana uczniowie siedzieć z panem? – Zapytała jakaś kobieta.
– Proszę pani. – odparł nauczyciel, – Oni błogosławią PKP za to, że sprzedano mi tak dalekie miejsce i tylko modlą się, bym jakimś cudem z nimi nie usiadł.
I kto tu mówi, że nauczyciele nie wiedzą nic o swoich uczniach?

W końcu, po trzech godzinach i siedmiu minutach, pociąg zatrzymał się na stacji Warszawa Wschodnia. I tu koszmar się zaczął.

Niektórzy mogliby zastanawiać się, po kiego licha jechałem do Warszawy. W sumie, dobre to pytanie.
Licho to jest dziewczyną starszą ode mnie trzy dni (nigdy mi nie przestanie tego wypominać) wzrostu, no właśnie. Niski to za mało, by to opisać.
Kiedyś mama zapytana o jej wygląd przez Ginia odpowiedziała tymi słowy: "Małe, drobne, prawie jej nie ma".
Bardzo mi się spodobało.
Mowa oczywiście o Mai, znanej tu jako jamajka.

W Warszawie spotkałem się z jej babcią, poznaną mi już wcześniej, która pomogła mi kupić bilet i skierowała mnie na dalszy pociąg w strony zamieszkania owego licha.
Tu bardzo za tą pomoc dziękuję.

Oczywiście, pociąg, choć jechał jakoś ze dwadzieścia minut po moim przyjeździe, był dla mnie nieosiągalny, ponieważ kolejka była tak długa, że zdążył odjechać, nim kupiliśmy bilet.
Wreszcie, po kolejnych czterdziestu minutach, dotarłem na stację docelową.

Oczywiście, moja wizyta musiała zacząć się w sposób bardzo zorganizowany i typowy, a więc od próby kupienia pizzy od człowieka, który pizzy nie sprzedawał, ale to drobiazg.

Trzeba wam także wiedzieć, że dom Mai nawiedzają dwa stworzenia zwane z łacińskiego Nymphicus hollandicus, po polsku nimfy, powszechniej znane jako papugi.

Kiedyś miałem papugę nimfę, później lorę i falistą, więc troszkę gatunków się tu przewinęło. To są jednak już czasy dawne, jeszcze podstawówkowe, a od szóstej klasy niestety owych stworzonek już nie ma. Nimfa nam niestety uciekła, lora zginęła (do dziś nie wiemy, co się stało), a falistą oddaliśmy, ponieważ mama nie mogła się już nią zajmować z braku czasu.
Miłością do papug zaraził mnie dziadek, który był ornitologiem. I, jak mogła zobaczyć Maja, nie przeszło mi.
Owe dwie papużki (Ozzy i Kuba) to naprawdę przymilne stworzonka. Nawet jeśli przyczepiły się mnie i dały się głaskać, ja tu myślałem, że takie miłe, a one tylko przyczajały się na pizzę. Ale to nieważne.
Nieważne jest także, że, co było przewidywalne, natychmiast zapałały miłością do mojego wisiorka. Emila, siostra Mai, poradziła mi go zdjąć. Ale nic z tych rzeczy, ja go naprawdę rzadko zdejmuję.
No więc papużki miały zabawkę.
No chyba, że po prostu próbowały mnie udusić.
Maju, przyznaj się, co im o mnie naopowiadałaś.

Co jeszcze o tym pierwszym dniu mogę wam opowiedzieć? Większość minęła na niezwykle inteligentnej zabawie godnej osiemnastolatków.
Siostra Mai, Emila, ma zestaw magnesów. Składa się z takich metalowych kulek i rurek i można z nich budować różne dziwne rzeczy.
Zaczęło się od tego, że Emila rozłożyła ja na podłodze, a myśmy z Mają siedzieli na łóżku i rozmawiali.
Potem Emila pokazała mi swoją konstrukcję, myśmy z Mają po chwili do rozmowy wrócili.
W następnym etapie ja już siedziałem z Emilą na podłodze, rozmawiając wciąż z Mają i coś tam budując.
Kilka minut później Maja siedziała obok.
A w ciągu kwadransa budowaliśmy wspólnie rakietę.
Fajna była, miała korpus, głowicę i nawet sensowne ustatecznienie.
Polecam się na przyszłość.

Podczas tej konstrukcji Maja wyraziła irytację nad moimi niezwykłymi zdolnościami artystycznymi.
Dialog wyglądał mniej-więcej tak.
– tutaj załóż ten prostokątny klocek, bo to się rozleci.
– No to zakładam.
– Ale nie tak, pokaż mi to.
Po chwili.
– Widzisz? Tak.
– Dzięki, rozumiem.
Kilka sekund, po czym Maja ogląda i nieskończenie cierpliwym głosem.
– Daaawiiidzieee, tuuutaaaj teeen prooostooookąąątnyyy kloooceeeek.
A ja nadal mówię Maju, że gdybym wiedział, iż my rakietę będziemy budować, to bym świsnął silnik z Focusa i byśmy to odpalili. TO by dopiero była gwiazda wieczoru. Nie wiedziałem, następnym razem się poprawię.

Poza tym było dużo rozmawiania, mówienia bardziej lub mniej sensownych rzeczy i ogólnie przekonwersowaliśmy naprawdę sporo, ale to nie materiał na ten wpis, więc proponuję zrobić przeskok do dnia następnego.

Dnia następnego zaplanowaliśmy z Mają wypad do tak zwanych Lasek, gdzie chciałem się spotkać z kilkoma osobami.
Pociągowych przygód ciąg dalszy.
– Przepraszam, jaka to stacja? Pytam ja albo Maja, już nie pamiętam.
– Warszawa Centralna.
Dziękujemy, kierujemy się do wyjścia.
– Państwo tu wysiadacie? Bo to Zachodnia.
Tak, coraz lepiej, dobrze, że nie peron 34. Następnym razem skierują nas na ekspres do Hogwartu.
Swoją drogą, ten pociąg był starego typu. Mała dygresja: dlaczego Mazowieckie pociągi starego typu są w lepszym stanie niż Pomorskie nowego?

Bez dalszych przygód. Ha, ha, ha, kogo ja oszukuję? Jasne, że z masą przygód dotarliśmy do Izabelina.
Okazało się tu, że droga jest rozkopana. Oczywiście, Maja poprzedniego dnia pytała telefonicznie Klaudię, jestem świadkiem, czy powinniśmy o czymś wiedzieć. Widocznie zdaniem Klaudii o remoncie wiedzieć nie powinniśmy. No widzicie, ta też chciała nas zabić.
Dodatkowo, żeby było jeszcze ciekawiej, tego dnia w Laskach odbywały się biegi, co oznacza masę ludzi biegnących przed siebie i nie patrzących, gdzie lecą.
I, jak zauważyła Maja, wcale nie niewidomych trzeba się tu bać najbardziej.

W końcu trafiliśmy pod internat dziewcząt, gdzie czekała na nas, jak mieliśmy nadzieję, pierwsza osoba na liście tych do odwiedzenia.
Mówię tu o Klaudii, na Eltenie klaudia27 .
Dlaczego mieliśmy nadzieję? A no dlatego, że w rozmowie telefonicznej poprzedniego dnia mówiła, że przed jedenastą nie wstanie. Fakt, było po jedenastej, ale wcale nie byliśmy pewni marginesu błędu.
A jedną z pierwszych rzeczy jakich się o Klaudii dowiedziałem swego czasu jest to, że, jakby wam to powiedzieć.
Wyrzucenie jej z łóżka bez węża ogrodowego i zimnej wody może okazać się bardzo trudnym zadaniem.
Tak trudnym, że jak w końcu wam się uda, to sami będziecie mieli już tylko ochotę się zdrzemnąć.

Po tym, jak Klaudia zaprowadziła nas, a raczej mnie, ponieważ Maja już tam bywała, do swojego pokoju, mój mózg został przełączony z trybu standardowego poboru mocy na przetaktowanie przynajmniej trzykrotne, połączone z obudzeniem rdzeni logicznych i funkcji turboboost.
Mam wrażenie, że szyna FSB podskoczyła przynajmniej do wartości terahercowych, a płyta główna tylko jęknęła "ratuj".
Kiedy poprzednio widziałem się z Klaudią w towarzystwie Mai, to obciążenie wyniosło jedynie jakieś marne 100 gigaherców, ale tym razem tamto to był pikuś.
Po czym rozpoznać dwie przyjaciółki znające się od jedenastu lat? Po tym, że rozumieją się w półsłówkach i występuje tu najprawdopodobniej już jakieś splątanie kwantowe, bo procesy przekazu danych odbywają się z prędkościami zdecydowanie nadświetlnymi.
W każdym razie, najłatwiej rozpoznawalne zdanie brzmiało "Majka, ogarnij się". Powtórzone, liczyłem, czterokrotnie w ciągu jakoś dziesięciu minut.

W następnym kroku program przełączył się na tryb 1024-bitowy, w którym stała się mniej-więcej możliwa jako tako spójna rozmowa.
Kolejnym, niezwykle trudnym krokiem, było przekonanie Klaudii, by się z nami gdzieś ruszyła, podziwiam Maju za zdolności perswazyjne.

Następnym spotkanym człowiekiem, już przez naszą trójkę, był Arek znany tu jako żywek, także pozdrawiam.

Dalej? Bardzo proszę.
Dalej to zadzwoniliśmy do siostry Moniki, z którą obiecaliśmy się spotkać.
W pierwszej minucie się witaliśmy.
W drugiej wywiązał się dialog:
– Siostra coś robi?
– Nie, a czemu pytacie?
– To siostra już robi.
W trzeciej wyciągnęliśmy ją do McDonalda. Nie, to nie był mój pomysł, TO był pomysł Mai.
I tak sobie w czwórkę: ja, Maja, Klaudia, siostra Monika poszliśmy na mało zdrowy, ale za to zdecydowanie ciekawy obiad.
Mówiliśmy o wszystkim, od nauczania w Laskach, przez maturę, po rozmowy o wspomnieniach szkolnych i zakonie.
Tu padły słowa, które najprawdopodobniej staną się moim cytatem roku. Obawiam się, że by zrozumieć, trzeba było usłyszeć na żywo ton, ale spróbuję opisać.
O maturze z matematyki…
Siostra, lekko zdumionym tonem, jakby nie rozumiała, skąd nasze załamanie – "Fakt, trochę trudniejsza była." Chwila namysłu, przetwarzanie danych, przełączanie poziomu myślenia z doktoranckiego na licealny… I, zupełnie już innym głosem. "No tak, trudna była, naprawdę trudna."
Aż żal, że nikt tego nie nagrał.

Po krótkim obiedzie i zdecydowanie dłuższej rozmowie o wszystkim, powróciliśmy do Lasek, gdzie z siostrą musieliśmy się pożegnać, bo, jak mówiła sama, w sumie to w zakonie nikt nie wiedział, gdzie jest.
Zmywała naczynia, gdy dzwoniliśmy. To też rzuciła zmywanie naczyń, powiedziała tylko komuś, że idzie. I tyle ją widzieli. Przez kilka godzin.
Bardzo siostrze dziękuję za poświęcony czas i niezwykle przyjemne spotkanie.

Jako, że wcale nam z powrotem się nie spieszyło, a wciąż Słoneczko świeciło, tak przynajmniej podejrzewam, skierowaliśmy się w trójkę do internatu, by spotkać się z kolejną znaną mi już osobą, siostrą Agatą.
I znowu do przegadania tematów zakres był ogromny, od matur, przez samodzielność i wybór szkoły po zabawy internatowe.
I cały szereg innej tematyki.
Po tym, gdy siostra musiała nas opuścić, Klaudia zaprosiła nas raz jeszcze do siebie do grupy w internacie.
Co prawda nieco zaniepokoiła mnie w pierwszej chwili, mówiąc coś o ciasteczkach, do których zamiast cynamonu kazała dodać cyjanku, ale… Nieważne.
TU poznałem kolejną niezwykle ciekawą osobę, Mirelę, która najprawdopodobniej tego wpisu nie czyta, ale pozdrowić nie zaszkodzi.

Tu mogłem zaobserwować troszkę internatowego życia w postaci:
– A co to jest?
– Nie wiem.
– A to?
– Też nie wiem.
– A tamto?
– Cukier. Albo sól. W sumie nie wiem.
Czułem się po prostu jak w domu, a nawet jak w pracowni.
– Dawid. Nie ruszaj się, spróbuję tu postawić herbatę. I wolałabym na ciebie nie wylać.
I to się nazywa pocieszyć człowieka.

Tam przesiedzieliśmy, prześmialiśmy i przegadaliśmy już resztę dnia, aż w końcu nadeszła ta pora, gdy trzeba było już wracać do Mai do domu.
Po powrocie nasz stan był, oględnie mówiąc, ciekawy. Chcieliśmy pograć na klawiszach, poogarniać Eltenowe sprawy. Gdzie tam, myśmy tam prawie zasnęli ledwo wróciliśmy do Mai pokoju.
Na szczęście po chwili stan zmęczenia minął, ja z Mają ogarnęliśmy kilka Eltenowych spraw administracyjnych, a potem jeśli mnie pamięć nie myli do pierwszej w nocy dyskutowaliśmy o szkolnictwie i osobach niewidomych. Pokłosiem tych rozmów jest wpis na blogu.
I tyle z naszego zmęczenia.

Następny dzień był już dniem ostatnim, gdyż Maja jechała na badania, na których stwierdzono, że nie ma mózgu, a ja wracałem do domu, no prawie.
Najpierw pojechałem z rodzicami Mai do Warszawy centralnej, gdzie spotkaliśmy się z Kamilem (tu Talpa171).
Kolejna osoba do pozdrowienia.
Tam przegadaliśmy o komputerach, Warszawie, politechnice i poruszaniu się kolejną godzinę, po czym Kamil poprowadził mnie na pociąg, na szczęście się nie zgubiliśmy i z powodzeniem trafiłem do Gdyni.
W owej mieścinie z kolei dokonałem niemożliwego. Nie wiem, w jaki sposób zdążyłem na pociąg SKM do Wejherowa, który odjeżdżał trzy minuty po moim przyjeździe, ale jakimś cudem udało mi się w te trzy minuty przelecieć niemal całą długość dworca, a po drodze ani siebie, ani nikogo innego nie zabić. Kolejny sukces.

I tak minął mi pobyt w Warszawie.
Z tego miejsca bardzo dziękuję szczególnie rodzicom Mai za gościnę.
Emili za to, że, choć bywa denerwująca, naprawdę bardzo ją lubię i jest niezwykle inteligentna jak na swój wiek.
Klaudii, Kamilowi, Arkowi, Mireli, siostrze Monice i siostrze Agacie za bardzo ciekawe rozmowy i miło spędzony czas.
Oraz, przede wszystkim, Mai za cały ten czas, za to, że przyjęła u siebie szaleńca i za to, że jednak nie pozwoliła Klaudii dać mi tego cyjanku.
Dziękuję.

Dawid w wielkim mieście, czyli baaaardzo spóźniony wpis

Pewnego dnia informatyk złowił złotą rybkę. Ta, jak zawsze, zgodziła się spełnić jego życzenie, jeśli tylko ją wypuści.
Informatyk – jako, że serce miał złote – zaraz poprosił o pokój na świecie.
Rybce jednak na to zrzedła mina. Poprosiła o pokazanie jej mapy.
Informatyk zrobił, jak kazała.
Rybka, przyjrzawszy się zarysowi świata, niepewnie rzekła:
– Ten świat jest tak duży, a ja jestem jeszcze małą złotą rybką. Przepraszam, ale nie dam rady. Nie możesz poprosić o coś prostszego?
Informatyk, dobrze ją rozumiejąc, zwinął mapę, po czym przez chwilę się zamyślił i w końcu powiedział:
– W takim razie, złota rybko, spraw proszę, by Windows się nie wieszał.
Rybce oczy niemal z orbit wyszły, zamrugała, uroniła kilka łez i w końcu poprosiła, by… raz jeszcze pokazał jej mapę.

Powyższe chyba doskonale ilustruje odbicie moich emocji w stosunku do produktu Microsoftu. Co ciekawe, moja frustracja i irytacja rośnie w stosunku przynajmniej kwadratowym do czasu – od stadium, w którym mam ochotę wirusa zwanego Windowsem usunąć, do tego, w którym już zaczynam pakować się z wycieczką do Redmont.
Gdyby nie fakt, że istnieje jednak odtrutka zwana Linuxem, istnieje pewna doza prawdopodobieństwa, że laptop, z którego to piszę, dawno wyleciałby przez okno.
Ja jestem w stanie zrozumieć, nie, przepraszam. Ja mogę wytrzymać wieszanie się od czasu do czasu, ale kiedy kolejna aktualizacja sprawia, że nie działają narzędzia programistyczne, także od Microsoftu, krew mnie zalewa.
Kiedy ta sama aktualizacja z bliżej nie określonej przyczyny czyści mi kilka wartości poustawianych w group policy, mam zamiar wyć jak pies do Księżyca.
A kiedy na dokładkę just intime debugger, jedno z najważniejszych narzędzi do analizy wykonywania aplikacji, powoduje bluescreena, już tylko bezsilnie pragnę usiąść i rzewnie się rozpłakać nad losem informatyka.

Pewnie bym tak nie narzekał, gdybym nie miał dostępu do dwóch doskonałych przykładów, że to można zrobić dużo, dużo, dużo lepiej. A przykłady te to Mac i Linux.
A zatem, by czegoś za chwilę nie doprowadzić do stanu, w którym znajdzie się w kilkudziesięciu kawałkach, lepiej będzie dla mnie napisać wpis na bloga.
Obecnie jestem gdzieś między Mazurami a Wejherowem i błogosławić chcę dyski półprzewodnikowe za to, że mogę pisać ten tekst w samochodzie bez obaw o rozpadnięcie się talerza w laptopie na kruszynki wszystkich znanych ludzkości elementów elektronicznych.

Oględnie mówiąc, do opisania mam wiele.
W czasie okołomaturalnym zabrakło mi weny, co oznacza, że teraz będzie wiele nadrabiania.
Na pierwszy ogień biorę moją wyprawę Warszawską.

Czy sens ma wybieranie się przez pół Polski do miasta stołecznego, na kilka godzin? Prawdopodobnie nie. Nie zmienia to jednak faktu, że ja jak najbardziej coś takiego zrobiłem tylko poto, by spotkać się z kimś.
Żeby ode mnie dostać się do stolycy, najpierw należy pojechać autobusem do Wejherowa, stamtąd pociągiem do Gdyni, a z Gdyni już pendolino do Warszawy. W sumie zależnie od połączenia od czterech do pięciu godzin całość trwa, więc, szczerze, niewiele.

Całość szła całkiem nieźle do momentu, gdy znalazłem się w Gdyni Głównej. Zaczepiłem jakąś kobietę.
– Dzień dobry. Czy wie Pani może, skąd odjeżdża pociąg do Warszawy?
– Z peronu trzydziestego czwartego.
Grzecznie podziękowałem, ruszyłem dalej, gdy nagle uderzyła mnie myśl, iż… W Gdyni Głównej nie ma trzydziestego czwartego peronu. W sumie to nawet dziesiątego nie ma.
Jak się później okazało, chodziło o peron trzeci. Do dziś nie wiem, jakim cudem Pani stworzyła z niego trzydziesty czwarty ani, tym bardziej, w jaki sposób ja nie zauważyłem od razu, że coś jest nie tak.
Po drodze w ogóle niejaki Kamil napisał mi przez Messengera, że skoro siedzę pod oknem, powinienem podziwiać widoki. Tak, on także nie widzi.
Nie rozumiem w ogóle jego zdziwienia, gdy wysłałem mu zdjęcie zrobione przez szybę. A co, nie chciał popodziwiać ze mną?
W końcu dotarłem do Warszawy, a tam już na mnie czekała… Powiedziałbym:
Dziś spotka Was maleńka, zwinna pszczółka Maja,
śmiała, sprytna, rezolutna Maja
mała przyjaciółka Maja.
Hmmmm, śmiała to ona raczej nie jest. Ale maleńka z pewnością.
Chyba właśnie przybiłem gwóźdźdź do swojej trumny. Więc, jakby był to ostatni mój wpis na tym blogu, wiecie, co się stało.

Z Mają udaliśmy się cudem techniki zwanym metrem najpierw na Młociny, chyba tak to się nazywało. Spotkał tam nas człowiek, który dopytywał się czy wybieramy się do Lasek.
W zasadzie mógłbym tylko podziękować mu za chęć pomocy z tego miejsca, gdyby po pierwszej odpowiedzi, że nie wiemy, pożegnał się. Albo po drugiej. No może trzeciej.
Maja, z początku grzecznie i kulturalnie, potem jakby troszkę mniej cierpliwie odpowiadała, że nie wiemy, musimy do kogoś zadzwonić. W sumie… sześć razy.
Potem, rzeczywiście, wreszcie zadzwonić mogła. No więc stanęliśmy sobie, dwóch niewidomych, przed stacją metra za umową, że Maja będzie rozmawiała przez telefon, a ja w tym czasie będę wszystkim odpowiadał, że nie, naprawdę nie potrzebujemy pomocy.
Swoją drogą, szokuje mnie ilość takich pytań w Warszawie, u nas w Wejherowie raczej nie obserwuję tego zjawiska tak notorycznie.
Skoro się Maja dowiedziała, że na razie siostry Agaty, z którą bardzo chciała mnie zapoznać, w Laskach nie ma, wybraliśmy się na plac Wilsona, gdzie pierwszy raz w życiu zamówiłem obiad z inną osobą niewidomą.
Ja wiem, śmiesznie to brzmi, ale dziwnie się czułem. Wiadomo, ja nie raz w sklepach byłem chociażby po coś do jedzenia, nie raz z kimś, ale z drugim niewidomym? Śmieszne uczucie.
Wiecie w jaki sposób się lokalizuje restauracje w Warszawie? Po zapachu.
Bardzo skuteczna metoda, polecam.

Po owym posiłku, ponownie wybraliśmy się do Lasek, gdzie ja, jak to ja, wykonałem masę nagrań ptaków, które już na tym blogu znajdziecie. W przerywnikach między nagraniami zaś męczyłem Maję zupełnie niepotrzebnymi jej informacjami o każdym gatunku.
I ona mnie jeszcze nie zabiła. W ogóle w ciągu ostatnich kilku miesięcy zdążyła mi zapowiedzieć, że zrobi mi krzywdę tak ze tysiąc razy, ale coś niesłowne z niej dziewczę.

W samych Laskach poznałem kolejną osobę z kadry, siostrę Agatę. W ogóle zaczynam się obawiać, że jak dalej tak pójdzie, więcej osób z Lasek poznam, niż z własnej byłej szkoły.
No cóż, lubię atmosferę tego ośrodka. I chociaż nie chciałbym się tam uczyć na stałe, żałuję, że nie miałem okazji spędzić tam na przykład w gimnazjum kilku tygodni.

Kiedy wróciliśmy na dworzec, kolejna przygoda. Widzicie, bo Maja to taka Warszawianka, hmmm, dobra to odmiana?
Warszawiak… Warszawianka? Warszawiaczka? Eeee, Maja to taka mieszkanka Warszawy, że radośnie się ze mną zgubiła.
I zaufajcie tu ślepotce.
A że z pomocą zaoferowała się dwójka ludzi, chyba jakieś młode małżeństwo, chętnie z niej skorzystaliśmy, po czym zgubiliśmy się… W czwórkę.
W ogóle komplementem dla mnie ogromnym było, że jakoś po piętnastu minutach znajomości z owymi ludźmi, bardzo miłymi swoją drogą, zapytany zostałem, czemu jestem dla Mai tak złośliwy.
No cóż, ja zwykle jestem złośliwcem dla przyjaciół, musicie się przyzwyczaić.
I tak właśnie minął mój bardzo spontaniczny wyjazd do Warszawy.