Co się robiło?

Kiedy byliśmy mali, każdy jeden Sylwester z bratem spędzaliśmy u dziadków w Pucku. Tradycja trwała do śmierci dziadka, a ja sobie nie mogłem w ogóle wyobrazić, by spędzać ten dzień w innym miejscu i innym gronie.
Rozkład dnia był praktycznie niezmienny. Najpierw odbieraliśmy babcię z pracy, jedliśmy kolację. Wieczorem wychodziliśmy na rynek, obejrzeć, co tam się dzieje i odpalić kilka fajerwerków.
O północy już nie wychodziliśmy, ale zawsze słuchaliśmy z mieszkania otaczającej nas ofensywy artylerii zimno-ogniowej, oglądaliśmy też początek roku w różnych miastach, w telewizji. Odpalaliśmy także kilka petard z balkonu.
I tak było przez 11 czy 12 lat rok w rok, z tą różnicą, że pierwsze te Sylwestry spędzałem sam, potem dołączył do nas Kamil, a wreszcie i Radek. Lepiej tego dnia nie dało się spędzić, a tradycja ta pięknie domykała okres przerwy świątecznej.

Mam jeszcze jedno, bliższe wspomnienie Sylwestrowe. Był to koniec roku 2017. Właśnie ukończyłem 18 lat, byłem w szkole, projekt Infinity szedł pełną parą… Pamiętam, że kończąc ten rok, mimo licznych przeszkód, patrzyłem w przyszłość z ogromnym i, prawdopodobnie nieco naiwnym, optymizmem. Obudziłem się wtedy wcześnie rano i napisałem wpis na bloga, do dziś możecie go tu znaleźć, ukrywa się pod tytułem "To wszystko wina Arycytotelesa".
Tamten dzień kojarzy mi się jak żaden inny z domem, poczuciem rodzinnego ciepła i bliskości, choć nie wiem, dlaczego.

Od tej pory minęło jeszcze kilka lat, a spędzaliśmy je w najpiękniejszych gronach i miejscach. Ale jakoś żaden z Sylwestrów nie pozostawił mi takiego śladu w pamięci. Z resztą wraz z liceum skończyło się wiele i już nie wróci. Choć też wiele innych, pięknych rzeczy zaistniało, nie bądźmy tacy ponurzy.

Rok 2021 był rokiem Fundacji, przenośnie i dosłownie. 11 marca złożyliśmy dokumenty, 8 kwietnia nasza Fundacja została zarejestrowana. Od tej pory uczymy się ją prowadzić, a także, co chyba teraz najważniejsze, oddzielać życie prywatne od służbowego.
Powiem wam, że najpiękniejsze, co mogło się zdarzyć, to przechodzić przez jej sukcesy i porażki, radości i smutki w tak cudownym gronie. Chciałbym w tym miejscu za wszystkie spotkania, jeżdżenia na podpisywania umów, wielogodzinne rozmowy, opracowywanie skali UT, wymuszone sytuacją zakupy obuwnicze i wspólne wypełnianie dokumentów podziękować wam, Moniu, Julito, Maju! Jesteście niezastąpione!

Rozkwitł też nam Elten. I to mimo, że konferencje okazały się przepisem na doskonałą katastrofę, mimo kilku burz i deszczowych dni, znów Eltena progi tętnią życiem. Może nie jest to już ta aktywność i entuzjazm z roku 2018, ale jest dobrze, a to najważniejsze.

Nie da się też podsumować tego roku bez wspomnienia o projekcie koncertu – "Ścieżka do Betlejem". To nie byłoby to samo bez wstawania na próby o szóstej rano wśród ćwierkających ptaków. To nie byłoby też to samo bez grania tych samych prób wśród huku gromów i błyskawic w pobliskim lesie. To nie byłby ten sam rok wreszcie, gdyby nie pewna nieco awangardowa infolinia.
Dziękuję też więc z tego miejsca bardzo wszystkim, którzy tworzą ten dobiegający w najbliższych tygodniach finału projekt, w szczególności tym, których mogłem dzięki niemu poznać, a więc Natalii Kaczor, Piotrowi Żołądkowi i Adrianowi Wyce.

Natalio, po pierwsze chciałem Ci powiedzieć, że znalazłem poduszeczkę.
Dziękuję Ci, że mogliśmy się poznać. Jak spojrzysz na utworzoną przez daszka ankietę, to zauważysz, że niektórzy wskazali Ciebie jako to, co Eltenowi dobrego przyniósł mijający rok. Myślę, że nie bez przyczyny.
Dziękuję za wspólne sesje RPG, rozmawianie po nocach i bycie naszą dyżurną skrzypaczką, flecistką, wokalistką i Kopciuszkiem!

Piotrze, Tobie chciałbym podziękować za wspólne granie na 4/4 "Lulajże, Jezuniu". Myślę, że to wydarzenie na długo pozostanie w mej pamięci.
Dziękuję także za analizowanie tego, dlaczego w gamie As-dur znajduje się Cis, rozmowy o tym, co powinno się, a czego nie grać w kościele i montowanie prymitywnego systemu nagłośnienia, który, co bardzo ważne, zadziałał!
Stajesz mi przed oczami, kiedy tylko podane zostaną naleśniki.

Adrianie, wiem, że pewnie tego nie przeczytasz, ale nie oznacza to, że nie powinienem czegoś napisać i do Ciebie.
Dziękuję, że zawsze potrafiłeś nas zmotywować, poprawić nastrój, zaszaleć i tak cudownie odnaleźć się w każdym nienormalnym projekcie.
Dziękuję za rozmowy o cudownych pomysłach na udogadnianie niewidomym życia i szukanie winnego "ruszania stołu"!

Dziękuję też całej, już znanej mi wcześniej, reszcie zespołu: Mai i Julicie za to, że po prostu są i wspierają we wszystkich działaniach Fundacyjnych i pozafundacyjnych, Darii za bycie duszą towarzystwa, Zuzie za wspieranie nas niezastąpionymi rogalami świętomarcińskimi oraz Kindze za wspólne nocne podróże po Warszawie i okolicach!
Mógłbym o koncercie pisać jeszcze długo, ale że planuję osobny szerszy wpis na ten temat, i tak już bardzo się rozpisałem.

Drobnym, ale też ślicznym, całkiem spontanicznie urodzonym projektem jest nasze małe, Eltenowe koło gier RPG.
Dziękuję więc naszej niezastąpionej drużynie: Diego, Radmirowi, Bartłomiejowi, Adrianie, Elli, Beziemu, Lubie, Patrianowi, Mirkowi, Karolinie i Niabi.
Kiedy tylko będę miał jakieś problemy z odkurzaczem albo wyjściem z pociągu, będę wiedział, do kogo się zwrócić!

Dziękuję też całkiem prywatnie naszej ustępującej ze stanowiska moderacji Polskiej Społeczności Eltena. Dziękuję, że dbaliście o ten chaos i zdejmowaliście nam z ramion ciężar. Gdyby nie wy, wiele innych projektów by się nie urodziło.

I wam wszystkim, drodzy Eltenowicze, dziękuję za całe wsparcie okazane Prowadnicy i Eltenowi, udział w zabawie pisankowej (pamiętacie to jeszcze?), licytacji charytatywnej i wszystkich innych projektach.

Wiele było w tym roku pracy, a mało czasu. Po prawdzie praktycznie nie widziałem się z ludźmi prócz spotkań służbowych. Mam silne postanowienie poprawić to w roku przyszłym, bo wiem, że wielu z was, w tym także czytelników tego bloga, czeka na obiecane z dawna odwiedziny!

Z czego zapamiętam ten rok?
Przede wszystkim z Fundacji, pierwszych prowadzonych działań, podpisywania umów i podejmowania trudnych decyzji.
Ale także z bliskości ludzi. Powiem wam, że nie ma piękniejszej rzeczy nad prowadzenie projektów, najróżniejszych projektów, w gronie przyjaciół i najbliższych.

Chciałbym w nadchodzącym roku 2022 życzyć wam tej bliskości. Byście we wszystkim mieli wsparcie i oparcie w rodzinie, przyjaciołach, znajomych.
Życzę, by ta pandemia już powoli dobiegała końca, byśmy znów mogli zdjąć maski i spojrzeć sobie w twarze.
Życzę wreszcie nadziei, inspiracji i motywacji do zmieniania tego naszego małego zakątka świata w coś pięknego!

Służbowa aktualizacja statusu

Zawsze, gdy opuszczam mieszkanie w Warszawie na dłuższy czas, gaszę metaforyczne światła i wiem, że przez następne dwa tygodnie tam nie zagoszczę, muszę stanąć na chwilę w progu i się pożegnać. To miejsce kojarzy mi się z wieloma niesamowitymi radościami i wieloma niesamowitymi smutkami, ale to własne gniazdko. Teraz jednak mam już te myśli za sobą i z prędkością 200 kilometrów na godzinę gnam w stronę Gdyni, by spędzić z rodziną święta.
Ostatnio nie miałem wielu okazji odetchnąć tym naszym, nadmorskim powietrzem. Podejrzewam, że gdyby zsumować wszystkie moje wizyty w domu z ostatnich trzech miesięcy, nie dałoby to tygodnia.
Muszę wam szczerze wyznać, że chyba jeszcze nigdy w życiu, a już z całą pewnością od czasów projektu Infinity, nie byłem aż tak zajęty. Kiedy myślę, że główne zajęcia się kończą lub zmniejszają intensywność, a ja mam przed sobą tydzień na odpoczynek… Ha, ha, ha, wierzycie w to? Trzeba napisać sprawozdanie roczne, zamknąć sprawy z Ministerstwem, zebrać faktury, ogarnąć sprawy Eltena… Ale mimo wszystko będzie tego mniej i mam nadzieję choć na ten tydzień wyhamować z biegu do, no powiedzmy, szybkiego marszu.
Mimo to mam bardzo silne poczucie owocności ostatnich wydarzeń. I teraz, jadąc pociągiem (EIP 4500), uznałem, że czas naskrobać coś na blogu.

W Fundacji rozpoczęliśmy w październiku projekt, który nazwaliśmy "Właściwe drzwi". Jego celem jest darmowe wykonanie tabliczek z brajlowskimi napisami na drzwi dla różnych budynków użyteczności publicznej. Nabór trwał do listopada (obecnie trwa nabór dodatkowy). W jego ramach zgłosiło się ponad 30, a my wyłoniliśmy 10 instytucji, które te tabliczki rzeczywiście otrzymają.
Wiązało się to dla naszego Zarządu z, prócz samych prac przy wydruku, podpisaniem właściwych umów. W tym celu w 2-osobowych grupkach jeździliśmy ostatnimi tygodniami po całej Polsce: od Lublina, przez Kraków, po Chojnice. Było to dla mnie niesamowitą okazją, by pojawić się w miejscach, w których jeszcze nigdy nie byłem. Żałuję tylko, że prawie nigdzie nie miałem okazji nic zwiedzić, no chyba że za zwiedzanie uznamy oglądanie różnych dworców i urzędów.
Poznaliśmy w rezultacie masę wspaniałych ludzi, rozmawialiśmy z różnymi lokalnymi władzami powiatów, gmin i miast, urzędnikami do spraw obsługi osób niepełnosprawnych, prezesami i dyrektorami. Przyznaję też, że była to dla mnie pierwsza okazja tak gruntownego przedyskutowania problematyki osób niewidomych od zupełnie innej strony: nie z perspektywy rodzin czy samych niewidomych, a administracji publicznej. Zaproponowano nam tyle projektów, że do ich podjęcia potrzebnych byłoby chyba ze pięć Fundacji dodatkowo prócz samej Prowadnicy.
Smutne jest jednak, że w wielu miejscach, w których byliśmy, spotykaliśmy się z wizytówką niepełnosprawnego – roszczeniowego. Ja doskonale wiem, skąd to się bierze, ale jednak przykre jest, że problem nie jest lokalny i wydumany, a znany jak kraj długi i szeroki.
Jestem w sumie ciekaw, ilu z nas wpadłoby na wiele zadawanych nam, często naprawdę inteligentnych, pytań. Powiem wam też, że te ostatnie tygodnie pozwoliły mi lepiej zrozumieć pewne procesy prowadzące do absurdalności pewnych rozwiązań. Nie chcę tu się o tym zbytnio rozpisywać, bo jedna połowa informacji jest tajemnicą służbową, a druga połowa materiałem na przynajmniej pracę akademicką, ale wystarczy powiedzieć, że urzędy skarżą się na to, że często przez firmy są im wciskane najróżniejsze rozwiązania, a brakuje informacji, co tak naprawdę jest użyteczne, a co zbędne. Jest też trudno im uzyskać rzetelną informację od samych niewidomych, bo, jak się okazuje, nawiązanie kontaktów z faktycznymi, samodzielnymi i świadomymi niewidomymi jest dużo trudniejsze, niż może się nam wydawać.

Prócz umów, przygotowywaliśmy zapowiadaną na Eltenie trasę koncertową. Wraz ze wspaniałymi wokalistami i instrumentalistami, którzy odpowiedzieli pozytywnie na moją prośbę (raz jeszcze bardzo, bardzo wam dziękuję: everlastingdream, lwica, Piotr, wiolinistka, Zuzler i osoby na Eltenie nieobecne), przygotowaliśmy serię koncertów kolęd. Ostatnie miesiące były więc intensywnymi próbami i ćwiczeniami, ja mam zaszczyt pełnić w zespole rolę pianisty i głównego fałszerza. 🙂 Jest też z nami perkusistka jamajka i wokalistko-skrzypaczka Julitka, a więc Prowadnica jest bogato reprezentowana.
Pierwszy koncert odbył się w sobotę w Wolskim Centrum Kultury, a następne będą miały miejsce w styczniu w Warszawie, Żyrardowie, Zgierzu i Gdyni. Tak więc atrakcji jeszcze nam nie zabraknie.
O koncertach, próbach i zespole na pewno jeszcze tu pojawi się szerszy wpis, bo jest wiele, bardzo wiele do podziękowania, wspomnienia i podsumowania, ze wstawaniem na próby z płaczliwym okrzykiem "Nie ma kolebeczki ani poduszeczki" o godzinie szóstej rano na pierwszym miejscu.

Czy to wszystko? Oczywiście, że nie. Rozkręcamy w Prowadnicy jeszcze dwa projekty, które już nas bardzo zaangażowały czasowo, a o których na razie nie puszczę pary z ust, bo nie lubimy psuć niespodzianek. Ale będzie się działo, to możemy obiecać.
Powiedzcie nam tylko, gdzie pojawi się ten piękny punkt, w którym Fundacja zacznie na tym cokolwiek, no, jakby to powiedzieć, zarabiać? 😀

A co się dzieje u mnie w życiu prywatnym? No, chyba jakby… nic? Troszkę nie ma na to czasu.
Ale nie, nie, muszę wam powiedzieć, że ostatnio miałem okazję odwiedzić Natalię (wiolinistkę) w Krakowie. Zostaliśmy ugoszczeni pyszną herbatką i kebabem. Oczywiście było to przy okazji próby do koncertu, ale ten detal można przemilczeć.
Właśnie, właśnie. W ostatnim roku byłem w Krakowie trzykrotnie! Ja uwielbiam to miasto, naprawdę, ono ma w sobie jakiś taki klimat, który od dawna mnie pociąga.
Więc… trzy bytności w Krakowie… A wiecie, ile miałem okazji się po nim przespacerować, odetchnąć jego świeżym smogiem i posłuchać hejnału? No… Jak to zsumować, to będzie może 40 minut.

Na razie z tym wybitnie służbowym podsumowaniem was zostawię, ale obiecuję napisać luźniejszy wpis – albo luźniejsze wpisy, bo materiału wiele, na dniach. Teraz muszę sporo tu ponadrabiać.

Kto wie, ten wie…

Gdzie w Słońcu skrzy Wiślana nić
i złote trwają arkady,
marzenia swe pragnęła śnić
sprzątaczka na Dworcu Centralnym.

Bo gdzie horyzont kładzie cień
na kres niebieskich przestworzy,
najpiękniejsza czekała z wież,
nie sprzątają tu amatorzy!

I spoglądała skoro dzień
z za wzgórz się tylko wychylał,
i spoglądała kiedy zmierzch
gwieżdzistą kopułą rozbłyskał.

I śniła o wieżowcu tym,
co Varso będzie nazwany,
a w snach tych z mopem biegnie w zwyż,
szorować podłogi i ściany.

Lecz pragnień nie chciał ziścić czas,
wciąż na pociągi zerkała,
i czy to Kraków, czy to Gdańsk,
to łzami się zalewała.

Choć nawet o marzeniach jej
I Zegarynka słyszała,
tylko z uporem skalnych wież,
wciąż – która godzina – gadała.

I oto nowa błyska myśl,
jak fata zimne przebłagać,
by Zegarynki złamać szyfrr,
dyplom doktora ukazać.

Nie przeszkadzał jej nawet wiek,
ni niska emerytura;
wiedziała, że ją czeka cel:
Varso architektura…

Lecz ciepła los sprzątaczce tej
ukazać choć krztyny odmawiał,
tak więc już na obronie swej
umarła, biedaczka, na zawał.

Smutna Warszawę obiega wieść,
aż Varso się całe wzruszyło,
w ciszy płacząc, że marzeń kres,
kwiaty na grobie złożyło.

I płakał piekarz, co co dnia
jej chleb i masło sprzedawał,
płakał listonosz, co zaszczyt miał
sprzątaczce listy dostarczać.

Chyba już tu byłem! – Czyli o Warszawie, Liptonie i Pizzy

Był upalny, słoneczny, letni dzień. Ludzie, korzystając z ostatnich chwil niedzieli, spacerowali po ulicach Warszawy, ciesząc się pogodą i wspólnie spędzanym czasem. Gdzieś w okolicach Centrum przysiadł sobie grajek i radośnie jął brzdękać na gitarze. Przechodnie przystawali, mimowolnie uśmiechając się na dźwięk radosnej melodii.
Delikatny wietrzyk zakołysał liśćmi krzaków i kwiatów, zniżył swój lot, podziwiając miasto skąpane w promieniach zachodzącego Słońca. Przemknął wokół Wisły, pofrunął za autobusami i samochodami, radośnie się z nimi ścigając. Pomachał ręką dwójce niewidomych stojących przed Dworcem Centralnym i wyraźnie czekającym na tramwaj, po czym pofrunął dalej, kołysząc plakatami i reklamami, śmignął wokół kilku dachów i powtórnie zanurkował ku ziemi… Zobaczył, jak niewidomi wysiadają z tramwaju. Uśmiechnięty, pozdrowił ich lekkim podmuchem, po czym zawrócił, chcąc raz jeszcze przyjrzeć się Centrum, nad którym powoli zapadają mroki nocy.
Na niebie nieśmiało wychylał się Księżyc. W jego świetle wiatr ze zdumieniem dojrzał dwójkę niewidomych wysiadających z metra w Centrum.
– Wrócili już? – Zdziwił się wiatr.

Znacie to uczucie, gdy do opowiedzenia jest tyle rzeczy, że człowiek nie wie, od czego zacząć, a nawet na czym skończyć? Tak ja czuję się właśnie teraz, gdy pamięcią sięgam do zeszłego tygodnia.
Skoro nie wiem, od czego zacząć, spróbuję od początku.

Opowieść ta zaczyna się w zeszły piątek około godziny czwartej, gdy zadzwonił budzik Dawida. Zadzwonił niepotrzebnie, bo Dawid nie dość, że był już na nogach niecierpliwy wrażeń tego dnia, to jeszcze zdążył się ubrać, budzik zaś zastał go w drodze do łazienki, gdzie miał Dawid zamiar właśnie umyć włosy.
W duchu ciesząc się, że melodyjka zastała go w drodze do łazienki, a nie podczas mycia włosów, gdy musiałby wracać z mokrą głową przez pół domu, nim kto inny się zbudzi, wyłączył Dawid iPhonea informującego z zapałem, że już pora wstawać.

Nieco ponad godzinę później był już Dawid wraz z babcią w pociągu z Wejherowa do Gdyni.
– Następna stacja: Gdynia Główna. – Zaszumiał radośnie głośnik w pociągu SKM, a przynajmniej tak Dawid podejrzewał, gdyż, jak to już głośniki w pociągach SKM Trójmiasto mają w zwyczaju, zrozumieć się dało jedynie coś w stylu: szszszszacja szszszzsyniaszszszszówna.
Peron czwarty, tor siódmy twierdziła strona PKP, a więc zszedł Dawid po górce do podziemi dworca, odnalazł laską prowadnicę i, podążając wiernie za nią, po chwili znalazł się za halą główną. Peron drugi, trzeci, jest i czwarty.
Trzy przedziały schodów do góry i, jest i pociąg.

Powiadano później, że Słońce przygasło, temperatura spadła o dziesięć stopni, a na Wiśle zatrzymały się fale, gdy o godzinie 09:40 czasu polskiego z pociągu relacji Gdynia Główna – Warszawa Centralna wysiadał Dawid. Stolica trwała cicha i przerażona, gdy dotarło do niej, iż osobnik ten ma zamiar tu już wkrótce zamieszkać.

Skierował się Dawid w pierwszej kolejności na Politechnikę Warszawską, gdzie miał złożyć papiery mówiące, że, jak następuje:
Tak, nazywa się on Dawid Piotr Pieper,
będzie się, ha ha ha, uczył,
nie ma przeciwwskazań ku studiowaniu,
i tak, zgadza się na przetwarzanie danych ostojowych, znaczy osobowych, przez Policję, chwila chwila, Politechnikę Warszawską na potrzeby rezygnacji, to jest rekrutacji, a także kształtowania, kształcenia.
I tak dalej, i temu podobne.
TU podpisać, tam podpisać, jeszcze tu podpisać, a na dokładkę machnąć jeszcze tu podpisik. I dostał Dawid, jak myślicie, co dostał? Zaświadczenie o podjęciu studiów? Potwierdzenie? Nie! Dostał Dawid skierowanie w celu wyrobienia kolejnych papierów.

Tym jednak Dawid nie martwił się jeszcze, bo oto kolejne wyzwanie przed nim stanęło, odebrać Elanor, która nie wiedziała, gdzie jest, ale nieśmiało przebąkiwała, że miast w Warszawie wylądowała, zdaje się, w Pradze.

Chwila chwila… A co tu robi Elanor? A no to to jest póki co sekret.

Praga okazała się, na szczęście, Warszawą Zachodnią, gdzie też Dawid z babcią się spiesznie udali. Wpierw trzeba było kupić jeno bilety na pociąg, który to proces trwał ze względu na wysoką specjalizację pani sprzedającej, bagatela, pięć minut. Nie mówię o czasie stania w kolejce, tyle spędził Dawid przy okienku.

No więc, odebrawszy Elanor, wesoła gromadka – dwóch niewidomków i babcia – skierowała się obejrzeć przyszłe mieszkanko Dawida.

Przyspieszmy nieco jednak bieg wydarzeń, bo w tym tempie to ja tu zaraz książkę całą napiszę, a więc przejdźmy już do wieczora, gdy babcia już udała się na pociąg powrotny do Gdyni, gdy w domu Julity trwają trzy ponure postacie: Julita, Dawid, Weronika.
Czemu ponure, zapytacie?
Ponure, bo czekają na spóźnialskich, którzy, jakby to rzec, zapomnieli do czego służy zegar.

Ale, dość tych złośliwości, bo trza wezwać głównego bohatera tego przedstawienia, czyli Liptona.

Co się stało z tym Liptonem?
Czy się rozlał gdzie na stole?
Czy pobrudził mi koszulę,
czy Julicie rozdarł suknie?
Czy sprzątania wiele było?
Nie, tu mamy inne dziwo.
Taka bowiem jest historia,
że na nazwę, tak, Liptona,
stan głupawki osiągnięty,
Kamil, Maja, wszyscy biedni,
przez telefon trwa rozmowa,
a zrozumieć tu ni słowa!
Chociaż Monia humanistką,
choć jest Klaudi masażystką,
to w potoku słów i śmiechu,
dostrzec nikt nie może sensu.

Kiedy, jakimś cudem, porozumieć się udało, wreszcie ludzi się zebrało.
Wypadałoby więc właściwie powiedzieć, kto tam był: Elanor, jamajka, Julitka, klaudia27, Monia01, pajper, talpa171.
Spotkanie natury administracyjnej, choć na razie ustalenia pozostaną owiane mgłą tajemnicy.

Muszę tu zgłosić protest.
Julita zrobiła mi czekoladę, gorącą czekoladę, z której nawet zdążyłem upić kilka łyków. Dlaczego kilka, zapytacie?
Bo reszta znalazła się jakoś tak przypadkiem w żołądku Mai!

Przygód na ten dzień koniec to nie jest, bo z powrotem też sporo akcji było, ale o tym już rozpisywał się nie będę. Nie będę także się rozpisywał o tym, że nocowałem u Kamila i jakoś tak zasiedzieliśmy się do trzeciej, w nocy, bo oto wstaje kolejny, Słoneczny dzień.

Jako, że zaczynanie od początku już mnie znużyło, zacznę od środka, czyli od godzin wczesnego po południa, gdy zastała mnie godzina samego na stacji Świętokrzyska. Wsiadłem ja tam w pociąg na stację Ratusz Arsenał. Dlaczego tam?
Nie mam pojęcia, tak Kamil kazał, no to tam jechałem.

Cóż za zaskoczenie, gdy spotkałem tam jego, jak również Majkę, Klaudię i Weronikę. Wpadliśmy na genialny plan, by coś zjeść.
W sumie musiało to dla ludzi postronnych wyglądać bardzo ciekawie – piątka niewidomych, z których żaden nie ma pojęcia, gdzie jest restauracja, ale za to każdy ma pojęcie, gdzie zdecydowanie jej nie ma.
Jakimś cudem w postaci miłej pani udało nam się zjeść obiad.
Jak Polak głodny to zły, jak najedzony to leniwy. Gdy więc przyszło ELanor wracać do Żelaznej Chęci – czy jakoś tak – pozostawiłem z radością obowiązek jej odprowadzenia Kamilowi, sam zaś udałem się z Mają i Klaudią. W pierwszym planie mieliśmy pójść do kawiarni na Młocinach, jednakże plany te zostały bardzo szybko zrewidowane.
Zabawne, jak bardzo ciągnie mnie do Lasek zważywszy na fakt, iż nigdy ich uczniem nie byłem. No więc jakoś tak przypadkiem nagle znaleźliśmy się w Izabelinie.

Przy okazji muszę wspomnieć, że cieszę się tam niemałymi przywilejami, jak widać. Owiewają mnie z każdej strony historie, jak trudno jest tam wejść do internatu dziewcząt, jak to niełaskawie patrzą na to wychowawczynie, a mnie od razu pani spytała czy idę do grupy Klaudii. Jak widać bycie nienormalnym programistą-rakietmistrzem ma i swoje dobre strony.

Klaudi była tak uprzejma, że łaskawie zrobiła nam herbatę, owacje na stojąco!

Jak myślicie, z kim w całych Laskach najlepiej się plotkuje o szkole i niewidomych? Z uczniami? Dyrekcją? Nauczycielami?
A gdzie tam! Z siostrą Agatą!
No więc przeplotkowaliśmy… tak ze, eeee… godzinę czy więcej?

Potem już lecieliśmy z Klaudią i Mają na autobus, bo zaraz miał uciec. Lecieliśmy tak, że byliśmy przeszło kwadrans przed nim, a więc siedząc na przystanku rozmawialiśmy sobie radośnie o tym, jak to niebezpiecznie jest nocą na bezludziu. Dodam, że byliśmy nocą na bezludziu.

Wsiadłem ja do autobusu, pozostawiwszy dziewczyny nocą na wspominanym bezludziu, kierując się na Młociny, gdzie, z kolei, spotkałem się z Angeliką i Grzegorzem (Celtic1002, grzegorzm). Tą noc dane mi było spędzić u nich, wszyscy żyją!

Tu tematem przewodnim rozmów była kultura kaszubska i szanty.

I oto nastała niedziela, a Dawid spotkał się z Kamilem i Mają. Maja już tego dnia wracała do Żyrardowa, bo chodzi do tworu zwanego szkołą, kojarzycie coś takiego?
Najpierw jednak poszliśmy na pizzę, bo czemu nie?

Wróciwszy na dworzec Centralny i odprowadziwszy biedną Majkę do pociągu, zatroszczywszy się, by nie wpadła do gap between the train and the platform, co trudne nie jest zważywszy na fakt, że ta gap jest tak z pięć razy szersza niż Maja wysoka, udaliśmy się z Kamilem kupić bilet.
Tak, drodzy państwo, ja do tej pory nie miałem biletu powrotnego, bo nie wiedziałem, kiedy wracam, a raczej kiedy to wiedziałem, ale o której już nie.

Kupiwszy bilet na po południe następnego dnia, wpadliśmy na genialny pomysł, by odwiedzić Starówkę – jak się jest w Warszawie, trzeba korzystać, nie?

Wsiedliśmy więc do tramwaju.
– Przepraszamy… Czy ten tramwaj dojeżdża na Starówkę? – Zapytał Kamil.
– Tak, dojeżdża. – Potwierdziła jakaś pani.
Był tylko taki malutki problem. Nie dojeżdżał.

No dobrze, to wracamy, weszliśmy do innego tramwaju w przeświadczeniu, że wrócimy na Centrum. Nie wróciliśmy, wylądowaliśmy gdzieś na Stadionie Narodowym.

Skierowaliśmy się na metro, przejechaliśmy z pół drugiej nitki, przesiedliśmy się na Świętokrzyskiej.
Jeszcze tam się zgubiliśmy przy zmianie linii metra, ale to już nieważne, w końcu dotarliśmy do Centrum.
Tu przyszła pora na rewizję planów.

A trzeba wam wiedzieć, że uwielbiam gorącą czekoladę, tym czasem na Pomorzu to prawdziwy rarytas.
Kamil więc zaproponował szaleństwo, to jest wybranie się do oficjalnej Pijalni Czekolad Wedla. Why not?

Jak myślicie, dotarliśmy tam bez problemu? A gdzie tam, ale… nieważne.

Była czekolada? Była.

Wracaliśmy natomiast z bardzo miłą parą, która, jak się okazało, właśnie wybierała się do restauracji bez świateł, a w dodatku mieszka nieopodal Kamila. I kto tu uwierzy w zbiegi okoliczności?

Bez dalszych przeszkód wróciliśmy do domu Kamila. Tym razem zasnęliśmy koło czwartej w nocy.

Jest jeszcze do opisania poniedziałek. Jako jednak, że wtedy także wiele się działo, pozwolę sobie zrobić to w osobnym wpisie, tym czasem zaś pozostawię was poniedziałkowym porankiem na Młocinach, gdzie Dawid i Kamil się rozstali.

I podziękuję wszystkim spotkanym ludziom za wspaniały czas, a więc, lecim nickami, dziękuję: Celtic1002, Elanor, grzegorzm, jamajka, Julitka, klaudia27, Monia01, talpa171!
Dawno nie spędziłem tak cudownego czasu, jak w zeszły weekend!