Matematyko, przez Ciebie to płakałem! O tym, co przyniosły ostatnie dni.

Kiedy po dzwonku z klasy wychodzą popłakani uczniowie i nauczycielka, może to oznaczać, iż albo klasa przejawiała skrajną niewiedzę i ignorancję, albo też była to środowa lekcja matematyki w klasie 3G, z której wyszliśmy rycząc ze śmiechu. Tak, drodzy Państwo, możliwe jest wyjście z lekcji z płaczem ze śmiechu.
A wszystko zaczęło się od sinusa.

Wpisu typowo pamiętnikowego nie było tu od dawna, niemal od miesiąca, bo ostatnio opisywałem nasze próby pozbawienia Gdyni ważnego ośrodka naukowego, ale było to aż 10 lutego, dziś mamy 9 marca, a zatem długo pozostawiałem was w niepewności co do kolejnych wytworów mojej wątpliwej normalności.

Co przyniósł ostatni miesiąc? Szczerze, dość sporo, jednakże większość tych wydarzeń miała charakter drobny i nie warto było ich tutaj opisywać lub po prostu na opisywanie ich nie miałem weny albo ochoty. Dzisiaj więc pozwólcie zrobić mi mały przekrój.

Tak w zasadzie, to w moim życiu wszystko pozostaje niezmienione, matura zbliża się wielkimi krokami, a więc większość mojego czasu koncentruje się na nauce. Z drugiej jednak strony, szkoła ma tę cechę, iż zawsze dostarcza nam wydarzeń wartych opisu, za to między innymi ją lubię nawet, jeśli jest naprawdę męcząca.

Zacznijmy od tego, że przewinęła się w między czasie impreza urodzinowa Kuby, ambuloceta, który dobił wieku lat dwudziestu jeden. Z tego miejsca raz jeszcze zwracam się do niego z kondolencjami i deklaracją współczucia w związku z tak sędziwym wiekiem, tylko czekać, a będzie z niego staruszek jak się patrzy.

Po drugie, jestem po próbnym egzaminie CAE, pisaliśmy go 4 marca, nie dostaliśmy jednak jeszcze wyników, tak więc nie wiem jak wiele błędów popełniłem.

I tak w sumie, z perspektywy obiektywnego obserwatora, chyba nic więcej się nie stało. Ale czy na pewno?

Zacznijmy od pewnej przygody kolejowej. Nie, spokojnie, nie zepsuł się żaden pociąg, którym jechałem, eeeeee, hmmmm, kogo ja oszukuję?
Jakoś ze trzy tygodnie temu jechaliśmy z Olą i Maksem do Gdyni. Pociąg, do którego wsiedliśmy, nie był pierwszej młodości, drugiej też nie. W sumie trzeciej także nie.
Bardziej nadawał się do muzeum, niż na tory, trzeszczał, że ledwo było słychać rozmowy, trząsł się niemiłosiernie, a w dodatku przy hamowaniu wydawał dźwięki takie, jakby ktoś kroił metal. Wziąwszy pod uwagę nasze kolejowe przygody, o których już tu na blogu pisałem, bałem się, że wszystko skończy się powtórką z rozrywki i wtórnym powitaniem z wyjściem ewakuacyjnym. Całe szczęście oszczędzono nam tego i ku naszemu niebotycznemu zdumieniu, poważnie nie wierzyliśmy w to, pociąg dotarł na miejsce.
Kiedy jednak kilka godzin później wracaliśmy z Gdyni dowiedzieliśmy się, iż wystąpiły opóźnienia. W rezultacie czekaliśmy na pociąg powrotny niemal kwadrans dłużej. Dlaczego się zapytacie?
A no podano informację o przyczynie, parafrazując, nierozkładowej jazdy pociągów. Mianowicie, zepsuł się pewien skład. Powiem tak. Ja chyba wiem, który.

Skoro już o sprawach z Gdynią związanych mowa, muszę wam wytłumaczyć, w jaki sposób siebie pogrążyć.
Jeden z ludzi uczęszczających na kurs angielskiego próbował powiedzieć, że sytuacja na obrazku jest głupia. Zestresował się jednak i wyszło z tego zdanie:
It’s hard to do such a foolish thing as what I just did.
Trudno jest zrobić coś tak głupiego, jak to, co właśnie zrobiłem.
Taaaa, nie ma to jak przypadkiem samego siebie zripostować.

Mówiłem wam, że ja z początku miałem wątpliwości co do pójścia do klasy matematyczno-fizycznej?
Nie, nie zwariowałem, ja zawsze lubiłem matematykę i fizykę. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy, ja przez te trzy lata z fizyki niewiele się nauczyłem, bo materiał licealny po prostu znałem, sytuacja matematyczna wygląda lepiej. Gdybym miał taką możliwość, udałbym się do klasy matematyczno-chemicznej, bo zawsze chemię lubiłem, a jakoś nigdy nie poznawałem jej na własną rękę w tym stopniu, co fizykę. Nawet rozważałem pójście do klasy o takim profilu i pisanie matury mimo wszystko z matematyki i fizyki.
Jednakże, klasy takiej nie utworzono na moim roczniku, a więc wygrał matfiz. Coraz bardziej jednak tego żałuję, ponieważ mam wrażenie, że bym się na tej chemii spełnił. Dlaczego?
Ostatnio miałem okienko, które przesiedziałem, swoim zwyczajem, w szkolnej czytelni. U nas jest coś w rodzaju świetlicy bardzo nieoficjalnej, konkretnie jest to galeria szkolna, do której jednak ktoś kiedyś wniósł stoliki ze względu na spotkanie z jakimś artystą i tak zostało, to stare dzieje jeszcze z przed naszej bytności w tej szkole.
Tak więc na drzwiach nadal widnieje informacja, że to galeria szkolna, w istocie jednakże jest to miejsce spotkań uczniów, od czasu do czasu pełniące funkcję galerii szkolnej.
Ja jednak wolny czas wolę spędzać w bibliotece, jest tam ciszej, nie toczą się ciągłe, głośne rozmowy. Ja zaś, w zasadzie, często wtedy czytam.
Tym razem było jednak inaczej, gdyż razem ze mną czekała trójka osób z biochemu, tak więc wdaliśmy się, w cichą oczywiście, spokojnie, rozmowę o chemii.
Kiedy, rozmawiając o estrach, usłyszałem zdanie typu: trudno jest przeprowadzić reakcję nitrowania, jak próbowaliśmy na lekcji uzyskać nitroglicerynę, nie wyszło, no cóż… Żal ścisnął mi serce, iż przy tym nie byłem obecny.
Gdyby ktoś nie wiedział, pamiętajcie dzieci, nitrogliceryna to napój, bardzo, ale to bardzo, gazowany. Każdy, nawet najmniejszy, wstrząs grozi wytryskiem piany. Napój ten zdaje się idealną opcją dla ludzi chcących się odrobinę rozerwać (#Nonsensopedia).

Z wieści informatycznych, ostatnio reorganizowałem sieć komputerową w domu i firmie taty. W firmie pojawiły się problemy natury licencyjnej, ok, teraz biuro stoi na Linuxie Debianie i wszystko śmiga, jak trzeba.
Inna sprawa to komputery domowników. Mój brat ostatnio skarżył się, że jego komputer działa strasznie wolno.
Teza: dla dowolnego komputera wydajność właściwa jest wprost proporcjonalna do wydajności początkowej i odwrotnie proporcjonalna do czasu, jaki spędza przy nim mój brat tak, że ostateczna wydajność jest mniejsza lub równa tej, jaką oferuje przeciętny kalkulator kieszonkowy.
Badania: po zorientowaniu się, że rejestr ma tam rozmiar 2GB, zużytych jest 1760GB powierzchni dyskowej, średnie obciążenie CPU po starcie (4,5GHz, 4 rdzenie) wynosi 62 procent, zużycie pamięci operacyjnej 8GB, nie znaleziono żadnych przesłanek dla badanego materiału, by stwierdzić, że powyższa teza jest niepoprawna dla dowolnego przedziału przyjętej dziedziny badawczej.
Dalsze badania: po stwierdzeniu 328 aktywnych procesów, 84 pozycji w autostarcie, 111 aktywnych usług, 28 sterowników firm trzecich oraz 14 niezidentyfikowanych dodatków do Firefoxa, uznano, że zebrane dane są wystarczające, by uznać powyższą tezę za prawdziwą, co było do dowiedzenia.
Widząc śmietnik, jaki się na tym komputerze zaległ, podjąłem chyba jedyną słuszną decyzję o reinstalacji systemu. I teraz śmiga to, jak należy, ciekaw jestem, do kiedy.

Na koniec pozostawiam, jak zwykle, to o czym mowa w tytule, mianowicie, środę, konkretnie lekcję matematyki.
Wszystko zaczęło się od sinusa. Kiedy weszliśmy do klasy, a nie było jeszcze nauczycielki, na tablicy widniały podstawy trygonometrii, pewnie poprzednią lekcję miała nauczycielka z którąś z klas pierwszych.
Były tam więc zaznaczone sinusy, cosinusy, tangensy, cotangensy w trójkącie prostokątnym. Najpierw stwierdziliśmy, że pierwszoroczniakom współczujemy, bo jeszcze nie wiedzą, jaki horror ich czeka. Potem jednak ktoś zapytał, skąd wzięła się nazwa secans, czytamy sekans.
Na to kolega stwierdził, iż sekans wziął się stąd, że ktoś nim posiekał trójkąt i została z tego tylko sinusoida.
Mimo wejścia nauczycielki do klasy, wcale jednakże nie zaprzestano tej niezwykle fascynującej dyskusji.
Analiza tangensoidy doprowadziła nas do przeświadczenia, że wykres tangens x doskonale charakteryzuje nasz zapał do nauki. Na początku jest poniedziałek, potem w górę rośnie, to wtorek, środa, czwartek, aż w końcu przy piątku nasz zapał dąży do nieskończoności. Miejsca nieciągłości tangensa to zaś, no cóż… to ci, co się nie uczą.
Wraz z upływającymi minutami lekcji, poziom naszej głupawki nieustannie wzrastał, z resztą Pani wiernie nam w tym towarzyszyła.
W pewnym momencie przystąpiła do rozdania sprawdzonych prac klasowych. Podała jedną koledze, który od razu zapytał, czemu ma za jedno zadanie zero punktów?
Na to pani stwierdziła poważnym głosem, że przecież tu nic nie ma napisane. Po tym, jak kolega twierdził, że przecież zapisał dziedzinę, podała mi kartkę z pytaniem czy widzę, żeby coś było tu napisane.
Naturalnie odpowiedziałem, że nie, nic nie widzę, na co pani stwierdziła, że jest świadek, nic nie ma napisane. Ale, nie róbcie sobie złego wrażenia, to był oczywiście żart, pani przyznała, że dziedzina jest i punkty doliczyła.
Myślicie, że to koniec? Nie, to dopiero początek.
Następny etap zaczął się od literówki, tak, literówki. Było zadanie, w którym pojawiła się stopa jako brytyjska miara. Kolega jednak zapisał stopa przez dwa p, stoppa. Na to, dowodząc tego, że jest zdrowy na ciele, ale nie koniecznie na umyśle, kolega siedzący za mną wyrwał się nagle twierdząc, że stoppa to taka kappa, tylko, że sto. Niniejszym zaświadczam, on naprawdę nie był pod wpływem alkoholu, to efekt głupawki.
No więc, jakkolwiek zdanie to miało wartość merytoryczną zerową, doprowadziło do kolejnej fali śmiechu.
Jakie były efekty? Pani podeszła do tablicy i zaczęła zapisywać jakieś dane, pomyliła się w czymś i kolega z klasy ją poprawia. Tylko jak poprawia?
Poprawia ledwo mogąc ze śmiechu, a więc nie dziwcie się, że trochę się zapomniał. Cała klasa próbuje mu dyskretnie zwrócić uwagę, że coś jest nie tak, ale on nie przykłada do nas atencji tylko do pani nadaje: no dawaj tego iksa z lewej, nie tu, u góry, tak, dobrze, o i jeszcze odejmij jedynkę, nie, nie, nie, nie, nie tutaj, równanie wyżej, o tak, bardzo dobrze.
Jakoś po trzydziestu sekundach takiego monologu, a pani naturalnie robiła, co kazał, zauważył, że, eeee, chyba coś jest nie tak. W tym momencie nauczycielka popłakała się ze śmiechu po raz pierwszy, lecz nie ostatni, to dopiero pierwszy kwadrans lekcji był.
Chwilę później kolejna znamienna scena: kolega się wyrywa: proszę pani, mam głupie pytanie. Na to pani: nie ma głupich pytań. W tym momencie odezwała się koleżanka: ale to przecież pyta Mateusz. Na to nauczycielka: aaa, Mateusz? Nie zauważyłam. W takim razie są.
W tym momencie nawet ja nie wytrzymałem i dalsze notowanie na laptopie zostało skutecznie utrudnione przez łzy śmiechu cieknące z mych oczu na ławkę.
Matematyczna głupawka trwała jednak w najlepsze i wcale nie miała zamiaru się kończyć, co to, to nie.
Pani poprosiła kolegę, Mikołaja, o przeczytanie zadania. Zaczynało się ono słowami: niech dana będzie skończona ilość punktów. I tak dalej, i tak dalej. Ale, że głupawka miała się dobrze, Mikołaj czyta:
Niech dana będzie skończona. Nagle urwał, chlipnął cicho i zawołał: Dana? Skończona? Nieee! Danka, Danusia, za co? Ja dzwonię na policję, na prokuraturę, oni nie mogą z tobą tak po prostu skończyć! Przecie ty jeszcze młoda jesteś!
I tak sobie mijała lekcja matematyki i jedyne, co się zmieniało, to poziom głupawki, którego granicą zdecydowanie jest nieskończoność. Na pożegnanie z nami pani stwierdziła, że zastanawia się czy nie pomyliła szkoły ze szpitalem psychiatrycznym. Na to kolega ją uprzejmie poprawił, że raczej z zoo, bo przecie tu same małpy.
Do końca dnia z trudem powstrzymywałem śmiech, szczególnie na kolejnych lekcjach. Co chwila słyszałem jednak z tyłu podejrzane parsknięcia myślę więc, że nie tylko ja walczyłem dzielnie, by nie zrobić z siebie idioty przed którymś z pedagogów.

Z pozdrowieniami,
Dawid Pieper,
Śp. prof. I.

Problemy finansowe Gondoru oraz Polskiej Kolei. Czyli co tam u mnie.

Był wczesny poranek, pierwsze promienie Słońca rozgrzewały zielenie kwiatów i traw. Ptactwo budziło się do życia, wczesne, na razie niewyraźne, ale przybierające na sile i pewności ćwierkania jęły rozbrzmiewać w koronach drzew. Delikatny, letni wietrzyk zaszumiał cicho wśród liści. Rosa, która zebrała się na roślinności jako ostatnie świadectwo przemijającej nocy, powoli topniała w brzasku budzącego się dnia.
I wtedy się obudziłem. I tyle z pięknego, letniego krajobrazu.
Bo, proszę państwa, wedle wszelkich kalendarzy i obserwacji empirycznych mamy porę roku, jaką starożytni Rzymianie nazwali Hiems, Galicjanie Inverno, Szkoci gheamhradh, anglicy Winter, a my, Polacy, zima.
I, jakkolwiek się nam to podoba lub, co bardziej prawdopodobnym się zdaje, nie podoba, musimy jakoś ją przeżyć.

Skoro już wszystkim przypomniałem, że na dworze zimno, ciemno, nieprzyjemnie, mogę się powitać. A zatem, dzień dobry.
Ostatni raz pozostawiłem was w nastroju bardzo ponurym po pożegnaniu się z Mają, a zatem, żeby nieco poprawić atmosferę na tym blogu panującą, proponuję dokonać przemiany adiabatycznej gazów, czekajcie, chwila, muszę przełączyć program. Miałem na myśli atmosferę w znaczeniu przenośnym. Ok, lepiej, wiem.
Ażeby poprawić klimat, w jakim was pozostawiłem, proponuję dokonać redukcji efektu globalnego ocieplenia. Nie, to też nie to. Ooo, wiem.
Ażeby poprawić nastrój, w jakim was ostatnio pozostawiłem, czas chyba napisać coś bardziej pozytywnego, tak pozytywnego, jak na przykład proton.

Jako, że ostatnie dni przyniosły mi masę arcyciekawych zdarzeń, sprowadzających się do krótkiego oświadczenia, iż się rozchorowałem i wylądowałem w łóżku, w skutek czego przebywam obecnie w domu, a dzisiaj pierwszy raz od powrotu ze szkoły w piątek poczułem się na siłach, by naskrobać coś treściwego, mam wam sporo do opowiedzenia. Bo chyba troszkę zaniedbałem pisaninę pod tytułem: co tam u mnie.
Urokiem szkoły jest to, że zawsze dużo wtedy się dzieje, każdy, prawie każdy, dzień jest inny. Dlatego też, póki trwa rok szkolny, nie trudno o wytrzaśnięcie tematyki na wpis.

Zacznijmy od pewnego ważnego stwierdzenia. Żyję, mój dom stoi w miejscu. Muszę was, drodzy czytelnicy, co do tego faktu najwyraźniej upewnić, co po niektórzy bowiem wyrazili silne obawy w związku z kwestią czy jeszcze żyję. Mam tu na myśli Angelikę, która w piątek na What’s Appie wyartykułowała silny niepokój co do mojej egzystencji.
A zatem, wiem, że w zeszły weekend stężenie nienormalności przyjęło wartości krytyczne i zdecydowanie ponadskalowe, ale mimo, że wariatka zwana Mają odwiedziła pracownię rakietową grupy Infinity, nic nie wybuchło.
Jakkolwiek prawa logiki nakazują, by jednak coś w powietrze wyleciało, szczęśliwie tym razem pan Murphy nie wtrącił swojego nosa w tą gościnę.
Swoją drogą, kolega z projektu, Damian, zauważył kiedyś pewną bardzo ciekawą prawidłowość. Nasza praca nad rakietą ma pewną niezwykle szczególną cechę. Mianowicie, niezależnie od tego czy rakieta wykona misję zakończoną sukcesem, rozbije się, wybuchnie, nie otworzy spadochronu, cokolwiek się stanie czy to w konsekwencjach dobrego, czy też złego, zawsze będzie można powiedzieć, że wyleciała w powietrze.
\’Bardzo to podnoszące na duchu, nie powiem.

Wizyta Mai pozostawiła jednak najwyraźniej pewną aurę destrukcji i zniszczenia, która to aura przeniosła się na pociąg, jakim zamiar miałem udać się do miasta Gdyni we wtorek. Tą historię może jednak będzie lepiej opowiedzieć we właściwej kolejności.
Zaczęło się wszystko normalnie. Razem z kolegą wsiedliśmy do pociągu, zamierzając udać się na kurs angielskiego do Gdyni. Pociąg ruszył, a jakże.
– Następna stacja: Wejherowo Nanice. – Ogłosił głos w głośniku, bo owszem, był to pociąg udźwiękowiony, co u nas występuje w może połowie składów.
Po chwili pojazd zatrzymał się w Nanicach i ruszył dalej na kolejny, jak sądziliśmy, przystanek, jakim miało być Wejherowo Śmiechowo. Tutaj jednak pan Murphy już zadziałać postanowił, ponieważ, zapewne sugerując się nazwą dzielnicy Śmiechowo uznał, że sprawi, by nie bardzo było nam do Śmiechu. Pociąg się bowiem… zepsuł.
Nie jestem do końca pewien czy przyjął do serca angielskie nazewnictwo, tłumacząc przystanek jako stop, czy też po prostu uznał, że ma swoje lata i należy mu się emerytura, w każdym razie po tym, jak przez czas wynoszący minut dziesięć nie ruszył, poczułem niepokój. Jak się z resztą okazało, słusznie, po chwili bowiem pojawił się konduktor, który z resztą w bardzo oschłym komunikacie przedstawił nam panującą sytuację. Pozwolę sobie tutaj zacytować jego słowa: "Skład się zepsuł. Wysiadać przez wyjście awaryjne."
Nie ukrywam, że takie podejście do sprawy, bez żadnego przepraszam, bez wyjaśnienia nie sprawiło, że zapałałem do owego człowieka sympatią, no ale może po prostu był równie zirytowany, co my. Dlatego też nie będę tutaj go oceniał. W każdym razie pierwszy raz w życiu miałem okazję opuścić pociąg poprzez wyjście ewakuacyjne, co było do prawdy interesującym przeżyciem.
Następnie musieliśmy pół godziny z hakiem czekać na następny pojazd, nie raczono bowiem podstawić nowego składu w związku z awarią poprzedniego. Bo poco.
W rezultacie spóźniliśmy się na kurs dobre dwadzieścia minut. To jednakże bynajmniej nie był koniec przygód na ten dzień, co to, to nie.
W drodze z pociągu do bloku, w jakim kurs się odbywa, spotkaliśmy panią sekretarkę, która podążała w kierunku przeciwnym, to znaczy na pociąg. Nie poznała nas, co okazało się w skutkach dość tragiczne, na miejscu bowiem okazało się, że zepsuł się również, domofon.
Telefon do nauczycielki, no cóż, nie spodziewaliśmy się większych efektów, bowiem zwyczajem, jakby nie patrzeć słusznym, pedagogów jest wyciszanie telefonu na zajęciach. Mimo wszystko jednak spróbowaliśmy i tu bez zaskoczenia, nie odebrała. Do sekretariatu, no cóż, jak już mówiłem, pani sekretarka szła w stronę pociągu, więc też raczej udać się to nie mogło.
Byliśmy już bliscy rezygnacji i powrotu do Wejherowa z pustymi rękami, gdy nagle Maks zauważył, że, drzwi były otwarte. Tak, dokładnie, drzwi były otwarte. Od kilku minut wydzwanialiśmy, zastanawiając się, jak tu wejść do bloku, a ktoś drzwi pozostawił, otwarte.
Tego chyba nikt się nie spodziewał.

Teraz twierdzę wszem i wobec, iż to było zaplanowane przez koleżankę, która z nami na kurs uczęszcza, Olę. Ola bowiem, tego dnia powiedziała, że nie jedzie z nami, bo się źle czuje. Jestem więc przekonany, że zepsuła pociąg i domofon i zrobiła nam taki żart. Prawdopodobnie odwdzięczając się za psikus, jaki zrobiliśmy jej dwa tygodnie temu.
A było to tak. Ola, na dworcu w Gdyni powiedziała, że musi podejść do sklepu, nim na kurs pójdziemy. Zatem, kiedy była w sklepie, już nie pamiętam poco, myśmy po prostu, poszli dalej. Potem zaś ją wrabialiśmy, iż, no cóż, myśmy na nią grzecznie czekali, to ona nas nie widziała i sobie poszła, no to nie nasza wina. 🙂

By the way, dzisiaj usłyszałem rano, że forma wszem i wobec jest niepoprawna. Poprawnie powinno się mówić wszem wobec. Wszem znaczy bowiem wszystkim, wobec obecnym, wszem wobec zatem znaczy przy wszystkich obecnych. Ma to sens, ale zastanawiam się, jaki jest poziom usilnej poprawności językowej. Ja, pisząc, staram się artykułować swoje myśli w sposób poprawny. Niektóre jednak słownikowe definicje są na mój gust przesadzone. Każdy jeden człowiek, którego znam, mówi wszem i wobec. Trudno więc uznać taką formę za niepoprawną, jest to po prostu pewna kolokacja czy też związek wyrazowy, jaki wszedł na stałe do języka.
Takie małe lingwistyczne rozważania poranka, konkretnie godziny szóstej, o której się obudziłem, nie spodziewajcie się więc tutaj niczego normalnego.
Tak samo formą niepoprawną jest nie mniej jednak. Ja sam używam jej często i nie mam najmniejszego zamiaru jej porzucić tylko dlatego, że kilku filologów uważa formę tą za niepoprawną. Podobnie jak powyżej rozważana zbitka wszem i wobec, związek nie mniej jednak stał się po prostu konstrukcją w języku powszechnie stosowaną.
Sam nie lubię, jak mówi się w danym języku w sposób nie poprawny, zawsze poprawiam ludzi, jak mówią na przykład: na tym plakacie pisze. Natomiast, istnieją pewne granice poprawności, w końcu to użytkownicy danego języka go kształtują, to normalny proces, gdyby nie on, nadal mówilibyśmy po praindoeuropejsku. Dlatego też uważam, że jeśli dany związek, nawet nie do końca poprawny w znaczeniu dosłownym czy encyklopedycznym, staje się związkiem użytku codziennego, powinien być uznawany za poprawny. Taka jest po prostu kolej rzeczy.

No dobrze, skończmy z rozważaniami maści lingwistycznej, parafrazując tytuł wpisu na blogu Izy, a wróćmy do pociągów. Ostatnio słyszałem bardzo interesujące wyjaśnienie pewnego zjawiska.
Mianowicie, wiecie dlaczego pociąg stuka kołami? Już wam wyjaśniam.
Jaki jest wzór na obwód koła? 2 PI R, to jasna sprawa. Ile to zaś pi? 3 z hakiem.
No więc, proszę państwa, to właśnie ten hak stuka. 🙂

Prócz przygód pociągowo-domofonowych, jakie zaskoczyły mnie we wtorek, wydarzyło się w tym tygodniu również kilka innych ciekawostek. Na przykład, w czwartek miałem bardzo interesujący sen, który zmuszony się czuję tutaj opisać. Rzadko piszę o swoich snach, ale tego po prostu grzechem byłoby nie utrwalić.
Na wstępie muszę was ostrzec. Możecie próbować zastanawiać się, skąd mój chory umysł wytrzasnął coś takiego. Życzę jednakże powodzenia z wątpliwościami co do możliwości rozstrzygnięcia tego problemu. Sam do dziś nie mam pojęcia, podejrzewam jedynie, że wszystko przez ostatnie roszady w naszym rządzie.
Śniło mi się mianowicie, że byłem w Rivendel.
Myślę jednakże, iż tak postrzelony sen wymaga nieco innej formy opisu.

Aragorn wstał, rozglądając się po sali w dworze Elronda. Pojawili się już wszyscy, których zaprosił. W półmroku widział najznakomitsze osobistości Śródziemia, jak i postacie, co do których zaproszenia miał wątpliwości, Elrond jednakże przekonał go, iż ich rada może być cenna. Widział zatem delegację z klasy 3G pierwszego liceum w Wejherowie razem z częścią kadry, widział przedstawicieli niewidomych, konkretnie grupę, jak sami o sobie mówili, Eltenowiczów. Jego wzrok spoczął na osobniku łączącym obydwa te zgromadzenia, Dawidzie.
Nie miał pojęcia, w jaki sposób człowiek ten miałby pomóc w rozstrzygnięciu zaistniałego problemu. Sam przecież dopiero co powiedział, że problemu żadnego nie widzi. No ale cóż, skoro mędrzec, jakim jest Elrond, radził go zaprosić…
– Szanowni państwo. – Zaczął swój wywód, gdy tylko ucichły ostatnie szepty rozmów. – Zaprosiłem tu was, aby poruszyć pewną kwestię nie cierpiącą zwłoki. Jak dobrze wiecie, Gondor wyszedł z licznymi problemami finansowymi po wojnie z Sauronem. Niestety, odbudowa gospodarki państwa nie jest prostym zadaniem.
Wokół rozległo się kilka szeptów, część postaci siedzących przy stole poruszyła się niepewnie, wyraźnie ciekawa dalszego wywodu.
– Problem, – Kontynuował Aragorn – dotyczy przede wszystkim kwestii finansowej. Administracja państwa musi pilnie zająć się odbudową grodu w Ninas Tirith. Wciąż jednak brakuje na to pieniędzy. Arwena zbadała sprawę. Z przeprowadzonej przez nią szczegółowej analizy dokumentacji i sprawozdań finansowych wynika, że najprawdopodobniej minister finansów część budżetu państwa wydaje na własne korzyści materialne. W dodatku król Eomer w najwyższym zaufaniu doniósł mi, że wedle pogłosek rozchodzących się w Edoras, część urzędników Gondoru uległa korupcji. W związku z tym, wezwałem was, aby prosić o radę.

Tak, drodzy czytelnicy i czytelniczki, dokładnie, śniło mi się, że Aragorn wezwał na naradę nas, Eltenowiczów, jak również moją klasę, by rozstrzygnąć problemy korupcyjno-finansowe Gondoru. Nadałoby się to, myślę sobie, na całkiem niezły kabaret.

Z innych wieści dni ostatnich, zapomniałem, jak ciężko jest poruszać się z laską, bez laski pewnie z resztą też, kiedy naprawdę napada śnieg. W piątek zaspy osiągnęły wysokość do kolan, niektóre do pasa, co zasadniczo zmusza do kluczenia, gdzie orientację stracić naprawdę łatwo.
W rezultacie, w drodze do szkoły, uważając kolejną zaspę za stopień, wpadłem prosto w nią. Tak właśnie załatwia się pewną chorobę na weekend, gdyby ktoś potrzebował szybkiej instrukcji.
W drodze do domu zaś udowodniłem, że możliwym jest zdarcie sobie skóry z ręki w wyniku śniegu, poślizgnąwszy się bowiem na innej zaspie, wpadłem prosto na słupek i nieco sobie rękę poharatałem. Najzabawniejsze jest to, że jeszcze niedawno prawie ciągle, wracając ze szkoły, na słupek ten wpadałem, uderzając w niego głową.
To taki złośliwy obiekt, jaki postawiony został pod pewnym kątem. Jeżeli więc złapiecie go laską w odległości, powiedzmy, trzydziestu czy nawet czterdziestu centymetrów od siebie, a jesteście mojego wzrostu, i tak w niego głową uderzycie, bo jakiś idiota, przepraszam, człowiek o stosunkowo niskim ilorazie inteligencji, ustawił go tak, by sinus jego kąta z ziemią wynosił jakieś, no nie wiem, 0,9. W rezultacie dopiero niedawno, czyli koło września, tak, po dwóch latach nauczyłem się odruchowo przy tym słupku iść tak blisko jezdni, jak to tylko możliwe, czego normalnie unikam, jak ognia.
Ale, słupek ten postanowił sobie ze mnie zakpić, bo jak nie głowa, to tym razem ręka.

Na koniec tego wpisu pozostało mi jeszcze wspomnieć, że wczoraj miałem drugi ciekawy sen tego tygodnia, choć tutaj raczej mniej do opowiadania. Śniła mi się scena z twórczości pani Rowling, konkretnie ucieczka z piwnicy dworu Malfoyów. Skąd mi się to wzięło? Nie mam pojęcia, dość powiedzieć, że byłem tam Deanem, a poziom zgodności snu z książką robi wrażenie.
I tym akcentem chciałbym wam życzyć miłego dnia, poniedziałku konkretnie. Miłego poniedziałku, hmmm, to chyba zdanie wewnętrznie sprzeczne.
Z pozdrowieniami,
Dawid Pieper