Taka refleksyja

Chwilę temu wyciągałem naczynia ze zmywarki. W kuchni jest pełno misek, kubeczków i innych rzeczy do zmycia, którym to zmywaniem właśnie się zajmuję, jako przerywnik tylko pisząc ten szybki wpis.
Wczoraj jedliśmy upieczone przeze mnie klopsy zwane kotletami mielonymi, a dziś… dziś w piekarniku właśnie teraz piecze się sernik – mój brat robi jutro osiemnastkę i, jeśli to ciasto wyjdzie, zabiorę je do Bolszewa. Choć coś czuje, że nie wyjdzie. 😀
W każdym razie… Gdyby mi ktoś przed dwoma laty ukazał tę scenerię mówiąc, że będzie tak u mnie w domu za dwa lata, pewnie bym go wyśmiał. I myślę sobie, że w ciągu tych dwóch lat, nawet mniej, zmieniło się w moim życiu tak wiele, iż nawet nie ma sposobu, by to spisać.

Pomyłka

Wyobraźcie sobie taki typowy, piątkowy poranek Dawida.
Wyciągacie z lodówki jajka (dwie sztuki) i majonez (jeden słoik). Następnie wyciągacie do tego nieco naczyń.
Wkładacie jajka do garnka i włączacie kuchenkę. Czekacie, aż zaczną się gotować. Gdy zaczną, liczycie osiem minut.
W tym czasie wyciągacie z szafki herbatę i cukier i zaczynacie ważenie eliksirów. Ale żadnych tam trudnych, żadna czarna umbarska, zwykła, poziomkowa.
Grzejecie wodę, nalewacie do kubka z saszetką i postanawiacie dodać cukru.
W tym celu nabieracie substancję na łyżeczkę i wsypujecie do kubka.
Siadacie po chwili zadowoleni z jajkami, które ładnie się ugotowały, obieracie je, smarujecie jeszcze bułkę masłem (po poprzednim pokrojeniu) i zaczynacie ucztę.
Po pierwszym łyku herbaty jednak coś wam nie gra. I to bardzo nie gra.
Długo, długo zastanawiacie się, co się stało. Zdążyliście już zmyć naczynia, przetrzeć blaty i zrobić nieco domowych porządków, gdy was olśniewa.

Informacja: do herbaty dodajemy cukier, nie majonez.

Co jest ze mną nie tak?

Nie lubię pisać miniaturek, bo to ciężko jest strawne, niby wpis na blogu, a kilka zdań, bez sensu.
Ale dzisiaj muszę zrobić wyjątek.

Robiłem ja sobie kolację, bo sam w domu jestem.
Ok, zjadłem kolację w przekonaniu, że zrobiłem sobie standardową kanapkę z szynką.
Uznałem przed chwilą, że w sumie to nim pójdę spać, chcę się napić. Nalałem sobie do kubka mleka znalezionego w lodówce i przy okazji zauważyłem, że nie ma talerza z szynką.
Szukam, szukam czy gdzieś na stole nie zostawiłem, nie ma.
Myślę, rozważam, wspominam.
Znajduję tą szynkę co ją jadłem.
Był to ser.

Ja wiele rozumiem, ale już bardzo źle musi być z człowiekiem, jeśli po zjedzeniu sera tak ze trzy godziny żyje w przekonaniu, że była to szynka.

Herbaciane przypadki

Witajcie!
Zrobienie herbaty, wydawałoby się, jest czynnością tak prostą i powtarzalną, że nic a nic nie może pójść źle.
No dobra, można się oparzyć wrzątkiem, ale poza tym naprawdę chyba cokolwiek trudno popsuć.
I sądzę, że każda osoba wie, jak herbatę zrobić. No cóż, ja też sądziłem, że wiem, bo robiłem ją pewnie z tysiąc razy.
Niestety, ostatnio zaczynam w to wątpić. 😀

Trzy przypadki, jeden po drugim, w odstępie jednego czy dwóch dni, no cóż…

Najpierw, to ja zamiast cukru dosypałem do herbaty soli.
Wiecie co, bardzo specyficzny smak.
No ale ok, każdemu może się zdarzyć.

Następnym razem chciałem zaparzyć herbatę miętową.
Przeszukałem szafkę w kuchni i znalazłem pudełko z pięknym brajlowskim napisem herbata miętowa.
Trzeba wam wiedzieć, że ja nigdy herbat nie podpisywałem, chociaż to chyba będzie dobry pomysł, bo…
To nie była herbata miętowa.
To znaczy, może i była, kiedyś.
To jakaś taka marka pudełek na herbatę z napisami w brajlu.
Mama takie dostała, plastikowe, i nigdy nawet jakoś nie zwróciła uwagi na brajla.
I, no cóż.
W czarnodruku chyba nic napisane nie było, albo zamazała, po prawdzie to nie wiem.
Ale to nie była herbata miętowa, a biała.
Naprawdę z początku zastanawiałem się, czy moje kubki smakowe są sprawne.

Ale sytuacja z przed chwili była dobrym ukoronowaniem historii.
Wyciągnąłem herbatę, na pewno właściwą, owocową, filiżankę i cukierniczkę.
Przy czym o tej cukierniczce jakoś zapomniałem, że ją wyciągnąłem.
No i zaparzyłem herbatę i chcę dosypać cukru.
Ale cukierniczki nigdzie nie ma.
No ok, uznałem, że ktoś gdzieś zabrał, może do biura, przesypię prosto z pojemnika z cukrem.
Bo, wiadomo, w cukierniczce zawsze jest tylko trochę cukru, my mamy takie plastikowe pudełko na resztę.
Wyciągnąłem to pudełko i brat mnie zawołał, Radzio.
Poszedłem do niego, dałem mu co chciał i wracam do kuchni.
No i wyleciało mi z głowy, że wyciągnąłem już pojemnik z cukrem.
No więc szukam cukierniczki i pudełka, nigdzie nie mam.
W końcu wołam Radzia i pytam go, gdzie jest cukier.
A on mi pokazuje, że i cukierniczka, i pudełko stoją centralnie obok czajnika.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że cukierniczka od tego pudełka była oddalona o jakieś 2 centymetry.
I głowię się, jak jej nie zauważyłem stawiając to pudełko.
Teraz nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. 😀