Morze

Patrzyłem na błękitną nić,
co biegła pośród skał,
gdzie promień Słońca jasny lśnił
na tafli białych fal.

Patrzyłem na jaskrawą toń,
tam senna czeka skra,
a jawę w wir porywa sztorm,
codzienność znosi wiatr.

Patrzyłem na szarości wód,
sekretny morza zew,
co niczym noc zagarnia znów
w ciemności jasny dzień.

Patrzyłem na lustrzany kwiat,
co refleks jasny niósł
na morzu pośród ostrych fal
z odległych wysp i wód.

I ciągnął mnie daleki świat,
bym z nim swój dzielił los
i płynąc tak, wśród światła gwiazd,
porzucił szary ląd.

Skleciłem więc maleńką łódź,
ująłem w dłoniach ster,
nie patrząc w przeszłość dawną już,
frunąłem odkryć pieśń.

Ukłonił się przede mną prąd,
wygładził się i szkwał,
milczeniem lecz jest morza głos
i ciszą piosnka fal.

Szlak

Płynąłem kiedyś na wskroś fal,
słuchając mew kwilenia,
a łódź mą nosił chyży wiatr,
śpiewając o nadziejach.
Mijałem klucze ostrych skał,
co w blasku Słońca lśniły,
gdzie pianę iskrzył gwiezdny blask
i rosy łzy tańczyły.
Widziałem też nie jeden ląd:
gdy kołoń przepływałem,
słyszałem jak nań śpiewa kos
i wiatr kołysze lasem.
A nocą, gdy zapadał cień,
ocean trwał milczący
i tylko z góry cienki sierp
rozjaśniał szlak w ciemności.

Widziałem nieraz cudzy maszt
niesiony z prądem fali,
ja jednak gnałem, bo mój kraj
czeka mnie gdzieś w oddali.
I choć wołali z różnych stron,
wzroku nie odwróciłem,
aż wśród ech zanikał głos
i znów samotny byłem.

Płynąłem tak za rokiem rok,
a czas wraz ze mną płynął.
Nie odnalazłem, gdzie czeka mój ląd,
a ludzie dziś mnie nie widzą.

Zgaszona nadzieja

To chyba najsmutniejsze opowiadanie, jakie kiedykolwiek napisałem. Zimą przyśnił mi się sen, w którym wraz z innymi, nieznanymi mi ludźmi w niewielkiej łodzi błąkaliśmy się po przestworzach morza. Musieliśmy opuścić nasz rodzinny ląd, nie wiem, dlaczego. Cały sen od momentu przebudzenia kojarzył mi się z utworem Enyi pod tytułem "Exile" ("Wygnanie").

Sen ten stał się inspiracją do napisania niniejszego tekstu.

Opowiadanie, choć krótkie, jest jednym z niewielu moich dzieł, po których napisaniu stwierdziłem, że wyszło dokładnie takie, jakim chciałem je ujrzeć. Zapraszam do lektury.

Zgaszona Nadzieja

Szum morza zawsze mógł wyrazić wszystko i nic. Kiedy Latarnik patrzył na bałwany rozbijające się na wysokim klifie, zastanawiał się, jak czuje się dziś ocean, jakie emocje nim targają.
Czy były one emocjami tych wszystkich ludzi, jakich odebrał? Co niesie bryza? Nadzieję, jaka nie miała szans się ziścić? A może ponurą rezygnację?
Od dziesiątek lat patrzył na morze i zastanawiał się, kiedy i jak to wszystko się skończy. Nie wiedział, poco, dlaczego i jak, dokąd prowadzi ta droga, na którą wkroczył?
Co z tego, że co wieczór rozpalał latarnię, która płonęła niczym jasne światło, przewodnik dla żeglarzy, skoro nie było żadnych żeglarzy? Co z tego, że ludzie do dziś patrzyli na niego z szacunkiem, skoro on sam szacunku do siebie nie czuł?
Kiedy fale wyrzuciły frak niewielkiej łodzi, stał długo, patrząc za horyzont, próbując wzrokiem przeniknąć to, czego nie potrafiły dojrzeć jego oczy. Nie zobaczył jednak niczego, żadnej wskazówki, żadnej odpowiedzi, tylko chłodne, niewzruszone obliczę, twarz, którą pokazywało morze każdemu, kto na nie patrzył. I wspominał.
Znów stał na szczycie latarni, starymi, znużonymi i pamiętającymi wiele lat rękami podsycił ogień. Już po chwili czuł bijące ciepło, słyszał trzaskające płomienie, a ciemność nocy rozjaśnił jasny punkt.
Gdy schodził na dół, w sercu pielęgnował nadzieję: "Błagam, nie tej nocy, nie dam rady".
Los jednak i tym razem nie chciał go oszczędzić, śmiał się pewnie, patrząc w jego twarz i widząc, jak bardzo zmęczył tego człowieka. Kolejni już na niego czekali. Setni, równo setni, Latarnik pamiętał ich wszystkich. Twarze tych, których odprawił prześladowały go każdej nocy, widział je, patrząc na linię widnokręgu, słyszał ich głosy.
Tylko imion nie znał, nigdy o nie nie pytał, nie zniósłby świadomości miana tych ludzi, których widział jako ostatni z żywych.
Tym razem było ich dwoje. Dwoje marzycieli, których musi pożegnać.
On był wysoki, miał ciemne włosy i niezwykle żywe, błękitne oczy, w których malowała się ta siła i desperacja, jaką Latarnik widział w tylu spojrzeniach. Na jego twarzy malowało się postanowienie i nadzieja, nadzieja, którą biło serce wyspy. Był młody, Latarnik wątpił, by ukończył szesnaście lat. Ona była od niego niższa, choć biła z niej ta sama siła. Wydawała się jego przeciwieństwem, miała jasne, ,rude włosy, malutką twarzyczkę, oczy brązowe, wciąż mokre od łez po pożegnaniu. Jeszcze młodsza od swojego towarzysza ledwo wyszła z wieku dziecięcego. Patrząc na nią Latarnik poczuł, że jego serce pragnie skruszeć raz jeszcze, rozerwać się na odłamki. Byli chyba najmłodsi ze wszystkich, których danym mu było odprowadzić.
Nie był Latarnikiem dającym światło i nadzieję zagubionym żeglarzom. Był łgarzem, który w imię nadziei odbierał światło życia. Nienawidził tego.
– Jesteście tego pewni? – Zapytał po prostu. Wiedział, że żadne tłumaczenie nic nie da, a tylko zwiększy ból i jego, i ich. Wiedział, że żadnymi słowami nie przygasi nadziei, która w nich się tliła. Ale musiał spróbować ich zatrzymać, te proste słowa były jedynym, na co miał siłę.
– Tak. – Odpowiedź była równie prosta, pewna, choć pełna bólu. Latarnika to nie dziwiło.
Wskazał im łódź, gotową do wyruszenia w kolejną drogę.
Tylko gwiazdy i Latarnik byli świadkami tego, jak dwójka odpływała, niesiona przez silny prąd. Obydwoje podnieśli ręce, żegnając się z nim i zniknęli za widnokręgiem.
Księżyc był tej nocy w nowiu, nawet on nie chciał widzieć tragedii, jaka się rozegrała. Tylko Latarnik i gwiazdy byli obserwatorami niemego pożegnania.
Teraz stał, patrząc na wrak łodzi wyrzuconej przez falę. I poczuł, że nie da rady, sto załóg wyprawił na śmierć, sto pierwsza będzie ostatnią.
Nie czuł nadziei, gdy wchodził na pokład łodzi, gdy tylko ją naprawiono. Czuł, że tym razem to on śmieje się z losu. Tym razem nikt nie żegnał odpływającej łodzi prócz gwiazd. I Księżyca. Księżyca, który był w pełni.

Gdy się uspokoił żywioł i burza, co się zerwała, maszt uznał, że poleci wprost na Stanisława. – Czyli wspomnienia o wycieczce klasowej na zakończenie gimnazjum.

Dałem Angelice radę, by napisała wpis o najszczęśliwszym wspomnieniu, co też zrobiła, dziękuję za wysłuchanie mnie.
Pisałem tutaj już kiedyś o trzech obrazach, które sprawiły mi mnóstwo szczęścia.
Dzisiaj jednak napiszę nie o obrazach, a o wspomnieniach, całych chwilach, godzinach, dniach.

Chcę wybrać trzy zdarzenia, które są dla mnie skrajnie bliskie ideałowi szczęścia.
Nie wiem na chwilę obecną, co to będzie, więc sam się przekonam, co wybiorę…
Niech pomyślę…

Wycieczka na zakończenie gimnazjum…
Nie pamiętam daty, więc jej nie podam, wybaczcie.

Wycieczka, która jest i będzie jednym z moich najwspanialszych i najmilszych wspomnień odbyła się w czerwcu.
Zdaje się, że trwała cztery dni, ale głowy nie dam sobie uciąć, niektóre jej fragmenty już słabo pamiętam, a niewiele mam materialnych wspomnień i pamiątek z tamtego okresu w ogóle, o samej wycieczce nie wspominając.
Dość powiedzieć, że wybraliśmy się na żaglówki, pucki konkretnie. Trzy grupy z 17-osobowej klasy zajęły trzy pucki.
W każdym razie, obóz odbywał się nie nad morzem, a nad jeziorem, co okazało się bardzo pozytywne w skutkach.
Jechaliśmy tam z naszą wychowawczynią, panią Kamilą i nauczycielem polskiego, panem Markiem. To wspaniali nauczyciele, pani Kamila kocha żagle i morze i zaraziła wiele osób z klasy swoją pasją, pan Marek zaś… No cóż.
Świetny polonista pełen pomysłów zdecydowanie różnorodnych, a łączących się jedną cechą szaleństwa w pozytywnym stopniu znaczeniowym.
W ogóle zasługuje tutaj na kilka zdań wyjaśnienia, nim przejdę do samej wycieczki, ponieważ idee, które zrodziły się z jego inicjatywy, muszę nakreślić w podłożu całogimnazjalnego kształcenia.
No więc…
Mickiewicz wielkim poetą był, ale Sapkowski lepszym pisarzem. To hasło przekazał mi właśnie pan Marek, a ja mam zamiar nieść je dalej w świat.
A jak wyglądały lekcje polskiego, zapytacie?
Powiem tak, pan Marek był fenomenalnym człowiekiem, który potrafił nauczyć na piątkę każdego z niemal zerową nauką w domu, nie wiem, po prostu nie wiem, jakim cudem mu się to udawało.
Cytując go, ja wiem, że w to ciężko uwierzyć, ale żyją ludzie, którzy pamiętają, że wiedza zdobyta na lekcjach języka polskiego kiedyś im się do czegoś przydała, trzydzieści czy jakoś tak lat temu… Zaraz, do czego to było? Zdaje się, że do takiej formalności o nazwie matura.
Albo kultowy tekst wspominany do dziś…
Wchodzi do klasy, ponury, co się rzadko zdarza i groźnym tonem oznajmia: wyciągamy karteczki. Wszyscy przerażeni, jak to, przecież pan Marek nie mógłby zrobić nie zapowiedzianej kartkówki w takim nastroju, on zawsze jest uśmiechnięty, co jest.
No więc cisza zapada, ludzie wyciągają kartki, kiedy wyciągnęli, ciszę przerywa nasz polonista…
No i skoro wyciągnęliśmy, to teraz rysujemy, co chcemy.
Dalej? Bardzo proszę.
Ja wiem, że czytanie Syzyfowych prac jest Syzyfową pracą, ale nie interpretujcie tak tego tytułu na teście gimnazjalnym, gdyż syzyfową pracą będzie wówczas odwoływanie się od wyniku i udowadnianie komisji, że nie powinni stawiać wam zera punktów, bo panuje dowolność interpretacyjna… To akurat w odpowiedzi na moje pytanie.
Streszczenia lektur w jego wykonaniu też były cudowne, niewiele już pamiętam, ale…
Antygona opowiada o tytułowej bohaterce, którą zamurowało po tym, jak pochowała brata.
Balladyna zaś to historia o tym, dlaczego zamiast zbierać maliny, powinno się iść na truskawki.
Do tego należy doliczyć nabieranie dyrektora, że w szkole spędziliśmy noc, plakaty grożące wiecznym cierpieniem z rąk Polonistów w wypadku zapominania o interpunkcji oraz, co najważniejsze, oficjalna, na języku polskim, nauka ściągania, wykręcania się od odpowiedzi, zagadywania nauczyciela i… Dooobra, starczy, nie będę was przynudzał.
Powiem tyle, pan Marek był świetnym pedagogiem i żałuję, że tak niewielu nauczycieli, zwłaszcza Polonistów, dzieli jego cechy.
Ale wróćmy do tej wycieczki.
No więc, żagle. Z panią Kamilą i panem Markiem.
Nie rozpisałem się dużo o pani Kamili, ale nie wiem, co napisać. Nasza wychowawczyni, świetna nauczycielka, bardzo wymagająca i ostra, ale to dobre cechy zwłaszcza, że pasjonuje się tym, co robi, i potrafiła dzielić się swoją pasją.
I mimo mojej antypatii do geografii potrafiła mnie zaciekawić tym przedmiotem na tyle, by miło, no powiedzmy, mi się go uczyło.
Chociaż potrafiła bywać przerażająca, szczególnie w momencie proszenia do odpowiedzi ustnej.
Wiedząc, jak cudowną mieliśmy kadrę na wycieczce, nie powinno dziwić oblewanie się nawzajem, abordaże, przejmowanie statków, wrzucanie kolegów i koleżanek do wody, nurkowanie po środku jeziora, wszystko za wiedzą, przyzwoleniem i, eeeee, zaleceniem pedagogicznym.
Jako, że na wycieczce była masa nienormalnych ludzi: ja, Piotrki, Magda, trzeba też być pewnym, że musiało być ciekawie.
Zaliczyliśmy między innymi stratę masztu.
Gdy tak płynęliśmy koło wyspy na jeziorze, dość daleko od brzegu, bo jezioro naprawdę szerokie było, tak, że ląd ginął za horyzontem, wokół był tylko błękit otaczających nas wód, w których odbijało się zachodzące Słońce, 'zerwał się wiatr. Zastanawialiśmy się czy maszt wytrzyma…
Jak myślicie, wytrzymał?
Trzy sekundy na zastanowienie się.
No więc trzeba wam wiedzieć, że, uwaga, uwaga, wytrzymał.
Wiatr minął, wszystko wracało do normy, w bezwietrznej niemal pogodzie sięgnęliśmy do wioseł, by wrócić do brzegu na kolację.
I tutaj niespodzianka, bo w tym właśnie momencie, gdy żywioł przestał szaleć, wokół nastały spokój i cisza zmęcana tylko przez szmer wody pod kilem żaglówki i rytmiczne chlapanie wioseł, wtedy to maszt się przewalił, prosto na kolegę, Stasia.
Gdyby pan Marek, który był z nami na statku, nie odciągnął go na bok w ostatniej chwili, pewnie inaczej wspominałbym tamte wydarzenia.
Ale że odciągnął, to chce mi się śmiać.
I tak oto wzywaliśmy pomoc, druga żaglówka z innymi ludźmi z klasy nas holowała do brzegu, przez co o dwie godziny spóźniliśmy się na kolację.
Takie normalne przygody rocznika 99.
Co jeszcze się tam działo?
Wspominałem wam o abordażach, inicjatywa pana Marka.
Na każdej z żaglówek były wiadra służące do wybierania wody w razie problemów. No ale znalazły inne zastosowania.
Konkretnie takie, że można oblewać wodą żaglówki współklaśców.
Ale szybko przekonaliśmy się, że to za mało.
Wspominany już Stasiu, zagrzewany do boju przez pana Marka początkowo, a potem i resztę naszej załogi, jako Leonidas, jeden przeciw masie nieprzyjaciół rzucił się na ich okręt, a żeby burty jego dosięgnąć i wdrapawszy się na jego pokład, przejąć wrogi sztandar, eee, chciałem powiedzieć aparat fotograficzny pani Kamili.
Bo tak, genialnym naszym pomysłem było zdobycie jako trofeum właśnie owego przyrządu, cudu technologicznego symbolizującego postęp, dążenia i nadzieje ludzkości.
A zatem Stanisław stanął na burcie statku, który lekko zakołysał się pod jego ciężarem. Nie było to jednak kołysanie tak duże, by zagrozić Stasiowi, który jako harcerz, a nawet zastępowy, obycie w żeglarstwie miał niemałe. Skoczył więc na okręt wrogi, ażeby na pokład jego się wspiąć i sztandar nieprzyjacielski sobie przywłaszczyć. Jam usłyszał tylko chlupnięcie, chwilę ciszy i śmiech przerwany komentarzem pana Marka:
I oto nasz Stanisław, jako ten książę Poniatowski, rzucając się na przeciwnika od siebie groźniejszego, potężniejszego i mocniejszego, w toń wodną wpadł.
Potem jednak kolejni ludzie ze statku poszli w Stasia ślady i tym samym celu dopieliśmy, biorąc kolegę, Maksia, jako zakładnika na naszą żaglówkę i oddając go załodze jego dopiero po powrocie na obiad.
Podsumowaniem i najszczęśliwszą chwilą obozu było jednak ognisko pożegnalne. Prawdę mówiąc, był to ostatni raz, kiedy mogliśmy swobodnie w klasie porozmawiać, pośmiać się, pożartować. A obecność pani Kamili i pana Marka tylko ten humor poprawiała.
Pan Marek pamiętam wziął gitarę, więc wspólnie śpiewaliśmy szanty, jak to wypada na żeglarskim obozie.
Prócz takich klasyków, jak Morska Burza, Hiszpańskie Dziewczyny, Gdzie ta Keja czy Przy Sterze, nie zabrakło miejsca na opowieści z głębszym przesłaniem autorstwa znakomitego doktora filologii polskiej pana Marka S. Tak, właśnie tego pana Marka.
Nie pamiętam za dobrze niestety słów, a nie mamy żadnego nagrania, nad czym ubolewam do dziś, ale jedna ze zwrotek, jedyna, którą pamiętam, brzmiała jakoś tak:
Gdy się uspokoił żywioł i burza, co się zerwała, maszt uznał, że poleci wprost na Stanisława.
Niestety, już następnego dnia rano opuściliśmy tamto miejsce.
A ja nie dysponuję żadną pamiątką, ponieważ nie pomyślałem w owym czasie, by cokolwiek nagrać, a zdjęcia, no cóż, niewiele dla mnie znaczą.
I tak oto skończyła się wycieczka zamykająca gimnazjum. W owym czasie nie wiedziałem, że będę tęsknił tak za tamtymi dniami.
Bo chociaż wiedziałem, że wspominał ją będę często i że łezka nie raz mi się w oku zakręci, myślałem, że doświadczony gimnazjum w liceum stwierdzę, że na pewno nie może być już gorzej, niż pierwsza klasa szkoły gimnazjalnej.
Nie miałem pojęcia, jak się myliłem, bo przez myśl nie przeszło mi, że w liceum zabraknąć może takiej integracji klasowej i chociaż ludzie są bardzo fajni, nie poczuję się w takim stopniu częścią klasy.
Ale starczy tego narzekania.
Na koniec pozwolę sobie przytoczyć regulamin przebywania w domkach. Owszem, stworzył go pan Marek.
Przepraszam, cytat.
Jeśli usłyszycie dziwne trzaski w domu, pewnie się pali, co oznacza, że natychmiast należy spierdylać.
Jeśli ten grzejnik zacznie przeciekać, a biorąc pod uwagę, że wygląda tak, jakby pamiętał czasy Homera, jest to prawdopodobne, należy spierdylać.
Jeśli będzie powódź, ahh, przepraszam, ja mówię do trzeciej gimnazjum; no więc powódź jest to zjawisko zalewania lądu przez wodę, a woda to takie niebieskie coś, w czym można się utopić, no więc, jeśli będzie powódź, należy spierdylać.
Jeśli usłyszycie dziwne dźwięki z sąsiedniego domku, nie musicie spierdylać, to moje chrapanie.
Jeśli usłyszycie bębny z drugiej strony jeziora, nie idźcie tam, Dagon nie lubi obcych.
Jeśli usłyszycie krzyk kolegi bądź koleżanki z klasy, spokojnie, możecie spać dalej, to tylko ja lub pani Kamila nie wytrwaliśmy w obliczu ignorancji i niewiedzy któregoś z uczniów.