Zgaszona Nadzieja

To chyba najsmutniejsze opowiadanie, jakie kiedykolwiek napisałem. Zimą przyśnił mi się sen, w którym wraz z innymi, nieznanymi mi ludźmi w niewielkiej łodzi błąkaliśmy się po przestworzach morza. Musieliśmy opuścić nasz rodzinny ląd, nie wiem, dlaczego. Cały sen od momentu przebudzenia kojarzył mi się z utworem Enyi pod tytułem „Exile” („Wygnanie”).

Sen ten stał się inspiracją do napisania niniejszego tekstu.

Opowiadanie, choć krótkie, jest jednym z niewielu moich dzieł, po których napisaniu stwierdziłem, że wyszło dokładnie takie, jakim chciałem je ujrzeć. Zapraszam do lektury.

Zgaszona Nadzieja

Szum morza zawsze mógł wyrazić wszystko i nic. Kiedy Latarnik patrzył na bałwany rozbijające się na wysokim klifie, zastanawiał się, jak czuje się dziś ocean, jakie emocje nim targają.
Czy były one emocjami tych wszystkich ludzi, jakich odebrał? Co niesie bryza? Nadzieję, jaka nie miała szans się ziścić? A może ponurą rezygnację?
Od dziesiątek lat patrzył na morze i zastanawiał się, kiedy i jak to wszystko się skończy. Nie wiedział, poco, dlaczego i jak, dokąd prowadzi ta droga, na którą wkroczył?
Co z tego, że co wieczór rozpalał latarnię, która płonęła niczym jasne światło, przewodnik dla żeglarzy, skoro nie było żadnych żeglarzy? Co z tego, że ludzie do dziś patrzyli na niego z szacunkiem, skoro on sam szacunku do siebie nie czuł?
Kiedy fale wyrzuciły frak niewielkiej łodzi, stał długo, patrząc za horyzont, próbując wzrokiem przeniknąć to, czego nie potrafiły dojrzeć jego oczy. Nie zobaczył jednak niczego, żadnej wskazówki, żadnej odpowiedzi, tylko chłodne, niewzruszone obliczę, twarz, którą pokazywało morze każdemu, kto na nie patrzył. I wspominał.
Znów stał na szczycie latarni, starymi, znużonymi i pamiętającymi wiele lat rękami podsycił ogień. Już po chwili czuł bijące ciepło, słyszał trzaskające płomienie, a ciemność nocy rozjaśnił jasny punkt.
Gdy schodził na dół, w sercu pielęgnował nadzieję: „Błagam, nie tej nocy, nie dam rady”.
Los jednak i tym razem nie chciał go oszczędzić, śmiał się pewnie, patrząc w jego twarz i widząc, jak bardzo zmęczył tego człowieka. Kolejni już na niego czekali. Setni, równo setni, Latarnik pamiętał ich wszystkich. Twarze tych, których odprawił prześladowały go każdej nocy, widział je, patrząc na linię widnokręgu, słyszał ich głosy.
Tylko imion nie znał, nigdy o nie nie pytał, nie zniósłby świadomości miana tych ludzi, których widział jako ostatni z żywych.
Tym razem było ich dwoje. Dwoje marzycieli, których musi pożegnać.
On był wysoki, miał ciemne włosy i niezwykle żywe, błękitne oczy, w których malowała się ta siła i desperacja, jaką Latarnik widział w tylu spojrzeniach. Na jego twarzy malowało się postanowienie i nadzieja, nadzieja, którą biło serce wyspy. Był młody, Latarnik wątpił, by ukończył szesnaście lat. Ona była od niego niższa, choć biła z niej ta sama siła. Wydawała się jego przeciwieństwem, miała jasne, ,rude włosy, malutką twarzyczkę, oczy brązowe, wciąż mokre od łez po pożegnaniu. Jeszcze młodsza od swojego towarzysza ledwo wyszła z wieku dziecięcego. Patrząc na nią Latarnik poczuł, że jego serce pragnie skruszeć raz jeszcze, rozerwać się na odłamki. Byli chyba najmłodsi ze wszystkich, których danym mu było odprowadzić.
Nie był Latarnikiem dającym światło i nadzieję zagubionym żeglarzom. Był łgarzem, który w imię nadziei odbierał światło życia. Nienawidził tego.
– Jesteście tego pewni? – Zapytał po prostu. Wiedział, że żadne tłumaczenie nic nie da, a tylko zwiększy ból i jego, i ich. Wiedział, że żadnymi słowami nie przygasi nadziei, która w nich się tliła. Ale musiał spróbować ich zatrzymać, te proste słowa były jedynym, na co miał siłę.
– Tak. – Odpowiedź była równie prosta, pewna, choć pełna bólu. Latarnika to nie dziwiło.
Wskazał im łódź, gotową do wyruszenia w kolejną drogę.
Tylko gwiazdy i Latarnik byli świadkami tego, jak dwójka odpływała, niesiona przez silny prąd. Obydwoje podnieśli ręce, żegnając się z nim i zniknęli za widnokręgiem.
Księżyc był tej nocy w nowiu, nawet on nie chciał widzieć tragedii, jaka się rozegrała. Tylko Latarnik i gwiazdy byli obserwatorami niemego pożegnania.
Teraz stał, patrząc na wrak łodzi wyrzuconej przez falę. I poczuł, że nie da rady, sto załóg wyprawił na śmierć, sto pierwsza będzie ostatnią.
Nie czuł nadziei, gdy wchodził na pokład łodzi, gdy tylko ją naprawiono. Czuł, że tym razem to on śmieje się z losu. Tym razem nikt nie żegnał odpływającej łodzi prócz gwiazd. I Księżyca. Księżyca, który tym razem był w pełni.