W służbie (nie) połamanych lasek

Warszawa, 8 października 2019 r.
Drodzy czytelnicy niniejszego bloga.
Piszę do was w sprawie niecierpiącej zwłoki, którą uznać mogę za próbę zamachu na moje życie. Umiem zrozumieć, że jako administrator, programista i twórca rakiet mogę pozostawać w niełasce dla większości tu zgromadzonych, jednak akt przemocy, jakiego próbowano się wobec mnie dopuścić, wydaje się środkiem niewspółmiernie poważniejszym od wymaganego.
Szedłem ja sobie radośnie stacją metra, słuchając komunikatów i rozmyślając nad tym, jakim pociągiem pojadę, a tu jak nie świśnie, jak nie gwizdnie, jak nie trzaśnie…
Osobę, która raczyła w tak bezwzględny i godny pożałowania sposób potraktować mnie dziś w godzinach porannych na stacji metra Świętokrzyska pragnę spytać… Jaka to była laska, że się nie połamała w kontakcie z moją skromną osobą? Bo nizwykle użyteczne byłoby posiadanie takiego kijka, którym można walić osoby, których nie lubimy po nogach bez obaw o zamianę go w stertę drzazg.
Z uszanowaniem,
Dawid Pieper
PS. Tak, to było pytanie w stylu Spotted w moim wykonaniu.

Prawie roczek

Wiecie, że dokładnie za tydzień minie rok od momentu, gdy pierwszy raz zobaczyłem swoje (przyszłe w owym czasie) mieszkanko na Powiślu? Tyle się od tego czasu zmieniło, że aż trudno w to uwierzyć. Wiele się nauczyłem, wiele też zebrałem doświadczeń – dobrych i złych.
Kilka razy przychodziło mi na myśl spisywanie tu tych drobnych wyzwań, by komuś kiedyś posłużyły przy usamodzielnianiu się, ale okazało się to niemożliwe. Nie wiedziałem, co, o czym i jak pisać. A przecież taka skarbnica wiedzy i porad byłaby nieoceniona.

W Warszawie nie miałem znajomych, rodziny, przyjaciół i przyznam, że… to była jedna z gorszych rzeczy, choć też i duża szkoła.
Jak się było wysłanym po głupie zaświadczenie do dziekanatu na drugi koniec miasta, to nie było wyjścia, trzeba jechać na drugi koniec miasta i pytać, bo nikt nie pomoże.
Jak się zgubi, to trzeba szukać, nie można zadzwonić, że się nie wie, gdzie się jest, bo tylko przysporzy się stresu i sobie i swojej rodzinie, a pomóc nie da rady.

Dużo się dzięki temu nauczyłem, choć i nieco gorzkich aspektów też dostrzegłem.

Nauczyłem się dbać o mieszkanko, pamiętać o takich drobiazgach zdawałoby się, jak mycie luster, wlewanie Cifu i Domestosu do zlewów…

Kurczę, rok temu, wyobrażając sobie siebie przy kuchence, miałem kompletny error, a teraz mam nawet doświadczenie z gotowania ziemniaków i polędwiczek. 😀

A jednak przyznam wam, że ma to i swoje cienie. Bo dopiero w stolicy poznałem tę frustrację.
Dlaczego, będąc na mieście, nie mogę po prostu pójść do kawiarni z kimś, tylko muszę prosić się ludzi z pytaniem, czy jakaś kawiarnia jest w pobliżu i dopiero od trzydziestej osoby zapytanej uzyskać odpowiedź?
Dlaczego muszę klęczeć, szorując jeden kafelek, bo nie wiem, czy to, co się wylało, poburdziło go bardzo, troszkę czy wcale?
I dlaczego muszę podnosić głos, by ktoś odpowiedział na proste pytanie o numer tramwaju?

Nie, to nie jest żadna skarga, bo nigdy narzekań nie lubiłem. Trzeba sobie radzić na dobre i na złe.
To tylko opis tego, jak się po tym roku czuję. 🙂

Z drugiej strony… Mam wrażenie, że nigdy żaden widzący nie miał takiej satysfakcji po kupieniu głupich słuchawek bezprzewodowych po odnalezieniu sklepu w Warszawie na Wilanowie, co ja w październiku. 😀

Jak Dawid z laską wyszedł

Nie wiem, na ile wpis ten dotyczy Eltenowiczów, ale… może… A więc go napiszę.
Dziś chciałbym cofnąć się w przeszłość ze wspomnieniami i opowiedzieć o tym, jak to było, gdy wychodziłem pierwszy, drugi, trzeci raz na ulicę, z laską w ręku. Tak wiele osób boi się postawić te pierwsze kroki, a może komuś swą historią pomogę? Nikt wszak nie jest nieomylny, a z błędów najlepiej się uczyć, miast z ich powodu płakać. A już zdecydowanie najlepiej uczyć się z błędów cudzych, a więc dzielcie się moimi do woli.

Czy miałem lekcje orientacji w szkole? Tak i nie. W skrócie ujmijmy tak: nauczono mnie technik posługiwania się laską (dwupunktu, stałego kontaktu, wchodzenia i schodzenia ze schodów). Niewiele jednak więcej. Nigdy w szkole nie wsiadałem do autobusu, nie radziłem sobie w nieznanych mi miejscach, nie wpadałem na koparki (pierwsze dni w Warszawie, pozdrawiam) ani zaparkowane po środku chodnika samochody. To wszystko dopiero na mnie czekało. Mogę więc powiedzieć, że po szkole znałem w stosunku dobrym stopniu teorię, ale praktyki to mi bardzo brakowało.
Pierwsza moja przygoda laskowej natury miała miejsce w piątej klasie szkoły podstawowej. Mama była u babci, dosłownie ulicę dalej, a ja postanowiłem się tam wybrać. I, uwierzcie, wielka to była wyprawa.

Założyłem kurtkę, zamknąłem za sobą drzwi, klucz włożyłem do kieszeni, laskę rozłożyłem i… w drogę!
Czy bałem się? Oczywiście, że tak, szczególnie, gdy przyszło do przejścia przez ulicę. Stanąłem bowiem na skrzyżowaniu, z prawej strony samochody prostopadle do mnie, przede mną równolegle. Instrukcja z lekcji brzmiała: poczekać aż nic nie będzie jechać i przejść. Ale dla mnie ciągle coś jechało. I skąd miałem wiedzieć czy zaraz tu nie skręci?
Pewnie stałbym tak następną godzinę czy coś, gdyby nie stał się cud i samochody przede mną się nie zatrzymały. Nie wierząc w swe szczęście, przeszedłem przez tę ulicę, dotarłem do babci, gdzie przyprawiłem wszystkich o palpitacje serca.

A potem? Potem coraz częściej chodziłem już czy to po bułeczki do piekarni, czy w innych sprawach po okolicy, choć wiele, wiele lat minąć musiało, bym się odważył wejść do autobusu.

Zdarzało mi się i w gimnazjum jeździć pociągami, ale zawsze na zasadzie takiej, że ktoś pomagał mi wejść, a potem ktoś mnie odbierał, przez długi czas bowiem nie poznałem wejherowskiego dworca, właśnie ze względu na niejeżdżenie autobusami. Jednak sama nauka wsiadania czy wysiadania z laską, choć teorii nigdy nie poznałem, stała się błyskawiczna i odruchowa. Podobnie z resztą po latach było i z autobusami.

Gdy już tymi autobusami jeździć zacząłem, jąłem i zwiedzać okolicę na własną rękę – chodzić po rynku w Wejherowie, odkrywać sklepy, a nawet drogę do naszej fary. Oczywiście, poznawałem także Gdynię.

Nie obeszło się jednak bez błędów. Czy to okrągły murek fontanny nieczynnej, który wziąłem za płot jakiś i trzymałem się jego, robiąc N okrążeń, aż zupełnie zgubiłem orientację, nie wiedząc, czemu ten płot taki długi., czy autobusy zatrzymujące się w środku pola, czy wreszcie remonty drogowe, brak betonu na chodnikach, niespodziewana ciężarówka z dostawą… Wiele się zdarzało.

Ważne jednak, by gdy coś szło nie tak, nie poddawać się. A najważniejsza zasada brzmi: "koniec języka za przewodnika".

Pierwsze moje podróże po miejscach nieznanych, tak zupełnie nieznanych, to Gdynia. Choć kilka tras wcześniej w niej znałem, na własną rękę odkrywałem zakamarki mi obce, prosiłem o pomoc w docieraniu do sklepów i tak dalej. Na jeszcze wyższy poziom wskoczyło to w Warszawie, tu bowiem nie mam już możliwości zapytać chociaż mniej-więcej o trasę, gdyż rodzice po prostu trasy tej nie znają.
Gdy się więc jedzie do jakiegoś miejsca, orientuje się gdzie jest najbliższy przystanek czy stacja i próbuje się tam dojść, a potem się dopytuje ludzi o to, gdzie się kierować i tak – od punktu do punktu – dociera się.

Dlatego, pamiętajcie, każdy z nas się bał i boi za każdym razem. Ale trzeba umieć przezwyciężać ten strach, a nic nam się nie stanie, jeśli tylko pozostaniemy ostrożni.

Przysięgam Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, i że ci nie dam kanapki z masłem aż do śmierci.

Kiedy pociąg SKM kończy swój bieg w Wejherowie, podawany jest przez głośniki komunikat w języku angielskim, w dodatku błędny:
This train has terminated. Please leave the train.
Dlaczego błędny? Bo pociąg się zatrzyma dopiero, to jest podawane w trakcie jazdy, więc czas present perfect jest tu niepoprawny. Biorąc pod uwagę, że pociągiem tym dwa razy w tygodniu jeździ grupa trzech osób podchodzących do certyfikacji CAE w czerwcu tego roku, nie mogło się to obyć bez komentarza, a raczej serii uszczypliwych komentarzy kończących większość powrotów do Wejherowa.
Stąd też teksty typu:
My english skill has terminated, please leave the school.
Albo
This train is terminating at the next station, but I’ve not heard about present continuous tense yet.
Wczoraj natomiast, może pod wpływem niesłyszenia komunikatu przeszło tydzień, rozważaliśmy korektę do zaproponowania SKM.
Po kilku roszadach i zmianach powstała ostateczna wersja komunikatu:
This conveyance has just accomplished its route and is going to standstill. We cordially entreaty all voyagers to resist procrastination and to disembark.
Muszę przyznać, że bardzo, ale to bardzo chciałbym zobaczyć miny pasażerów po usłyszeniu takiego komunikatu. To jak? Możemy pisać do SKM?

Od dawna nie pisałem luźnego i wesołego wpisu, głównie dlatego, że brakowało mi ostatnio weny czy też dobrego humoru, by takie wpisy sklecić. Dziś jednak należałoby wreszcie to nadrobić.

Co tam u mnie słychać? A no dość sporo, w sumie tyle się tego nazbierało, że nie jestem pewien, od czego chcę zacząć.

Nie każdy błądzi, kto wędruje… Chyba, że nazywa się Dawid Pieper.
Muszę tutaj zameldować, że ostatnio w drodze ze szkoły byłem zmuszony by przejść Bolszewo niemalże dookoła. W jaki to sposób? Wszystko przez, w sumie nie wiem przez co.
Wracałem sobie radośnie ze szkoły przeświadczony, że będę mógł udać się do domu i odpocząć, pogoda była już ładna, ptaki ćwierkały, liście szmerały, wiatr pieszczotliwie gładził Ziemię, przyroda budziła się do życia. Słońce, wreszcie mogące ogrzać nasz świat, pełne energii wysyłało do nas swoje ciepło i światło, jakby pragnąc się powitać po tak długiej rozłące. Szedłem zatem w stronę domu z przystanku, ciesząc się z piękna świata.
Trasa pokonywana przeze mnie niemal codziennie, za przystankiem na pierwszym rozwidleniu w prawo, potem minąć kilka domów i sklepów, skręcić znowu w prawo, w odpowiednim miejscu przejść przez ulicęj, minąć bibliotekę, za nią skręcić w lewo, iść do przodu i w odpowiednim miejscu, jak będzie cicho, przejść na drugą stronę już na moją ulicę.
I w odpowiednim miejscu, jak będzie cicho, przejść na drugą stronę.
Jak będzie cicho.
Cicho.
Kiedy centralnie przed przejściem dla pieszych zatrzymuje się jakaś ciężarówka czy coś takiego, która robi taki hałas, że słychać ją było już przy bibliotece, nie słychać nic, – ani ptaków, ani samochodów, uszy błagają litości, a ty nie wiesz czy przejść przez ulicę czy nie, bo nie masz zielonego pojęcia czy jakiś samochód jedzie, czy nie, czy ruch jest zatrzymany, czy wpakujesz się prosto pod koła, wiec, że jest źle.
Czekałem minutę, drugą, piątą, w końcu stwierdziłem, że tak to być nie może i postanowiłem wejść na naszą ulicę od drugiej strony.
No więc musiałem iść uliczką dalej, przejść przez przejście dla pieszych i prosto, minąć skrzyżowanie, przejść na drugą stronę przez przejście, dwa razy w prawo i byłem już na swojej ulicy.
Co z tą ciężarówką, zapytacie?
A no odjechała, ruszyła w chwili, w której wchodziłem na swoją działkę. I jak tu nie wierzyć w złośliwość losu?
Kiedy zaś wchodziłem do domu odezwała się sroka, a ja miałem nieodparte wrażenie, że to ze mnie rechocze.

Skoro już mowa o sytuacjach Dawidowego nieogarnięcia, warto tu wspomnieć o historii restauracyjno-pokursowej. Po jednych zajęciach z angielskiego Ola zaprosiła nas – mnie i Maksa do restauracji na jedzenie, którego nazwa mi uciekła, ale przypominało to troszkę bułkę z mięsem, przy czym nie było bułką.
Z resztą nieważne, co to było, ważne, jak to się skończyło.
To jadło się plastikowym nożem i widelcem, więc z początku nie obawiałem się żadnych problemów, do czasu.
Większość z was jest bardziej w niewidomkowych sprawach ogarnięta ode mnie, całej reszcie jednak odradzam jedzenie tego czegoś. Mój ambitny plan odkrojenia kawałka nabitego na widelec skończył się wylaniem sosu z tej pseudobułki. Następnym krokiem było wytarcie sossu ze stołu i powrót do konsumbcji tyle, że odwróciłem omyłkowo nóż i w następnym kroku próbowałem odkroić kawałek stroną niezaostrzoną.
Efektem tego było wystrzelenie sałatki na imponującą wysokość i jej awaryjne lądowanie na stole. Tak, zgadliście, znowu pojawiła się potrzeba wytarcia.
W kolejnym kroku dowiedziałem sie, że mój widelec był wadliwy, bo po wbiciu go w ową potrawę, no cóż, wyszły tylko dwie nóżki, jedna została i gdyby jej Ola nie zauważyła, nie wiem jakby się to skończyło, a tak to niebezpieczny odłamek został usunięty.
W całą trójkę popłakaliśmy się ze śmiechu, choć przyznać należy, że w końcu to zjadłem całkowicie. Ale w tej restauracji chyba mnie już zobaczyć nie będą chcieli więcej, ja zaś stwierdzam, że chyba nigdy więcej nie będę pewny, że umiem po prostu coś zjeźć.

Co do bardziej Wielkanocno-zwyczajowych tematów, w lany poniedziałek jak co roku tata z Radkiem mieli zamiar oblać rano wszystkich domowników. No cóż, plan się nie powiódł, przeze mnie.
Uznałem, że tata wstanie z Radkiem koło siódmej, może w pół do ósmej. No więc ja wstałem o w pół do szóstej i się nie myliłem, bo jak godzinę później przyszli zrobić nam mokrą pobódkę, no cóż, ja sobie radośnie na nich czekałem.
Przykro mi tato, robisz się zbyt przewidywalny.

Jeśli chodzi o sprawy związane z awifauną, coraz więcej ptaków śpiewa, odkąd zrobiło się cieplej, zięby są na porządku dziennym, choć pojedyncze już od dawna ćwierkały. Nie brakuje też ci u nas bogatek, mazurków i wróbli, gołębi i sierpówek, sikor modrych i ubogich, jerzyków, ortolanów i innego upierzonego cudu.
Ciekaw jestem czy w Pucku rozćwierkały się już kosy, bo to jakoś w tym okresie tam zaczynają się odzywać. Nic niestety nie zapowiada, bym miał okazję tam zajrzeć w najbliższym czasie.

Jeśli chodzi o tytuł wpisu, oczywiście już wyjaśniam. Chodzi o Olę, bo trzeba wam wiedzieć, że Ola wykazuje dziwną skłonność do nielubienia masła, tak, ona nie lubi masła.
Stąd się śmiejemy, że taką właśnie przysięgę małżeńską bedzie musiał złożyć Mikołaj, jej chłopak.
Mikołaju, już Ci współczuję, składam kondolencje, wyrazy smutku i wsparcia.

Oczywiście to nie koniec wpisu, bo wczoraj miałem niezwykłą przyjemność być na koncercie the Kelly Family.
Czy ja bywam na koncertach często? Gdzie tam. To był mój trzeci koncert w życiu, szczerze do teatru nie pamiętam kiedy ostatnio poszedłem pozaszkolnie, do kina na Gwiezdne Wojny, poprzednio zaś na Gwiezdne Wojny, a wcześniej na Gwiezdne Wojny, co daje bilans raz do roku.
Po prostu nie mam aż tyle pieniędzy, by sobie na takie wypady pozwalać w szczególności w świetle moich informatycznych pasji i Eltena. Tym bardziej więc zawsze podniecony jestem takim koncertem czy kinem, szczególnie zaś koncertem takiego zespołu jak The Kelly Family, na których to występ nie mogłem się doczekać już od początku tygodnia.

Jak było? Cudownie, naprawdę ślicznie. Tak sobie myślę, że The Kelly Family dużo piękniej wykonuje swoje utwory scenicznie, niż studyjnie.
Było pełno wzruszeń i powodów do śmiechu.
Najlepszy tekst Jimmy’ego o Patrici:
Ona jest staroświecka, wredna, męcząca, kłócimy się średnio raz dziennie, właściwie we wszystkim mamy różne zdanie. I co ja na to mogę, że ona jest moją siostrzyczką i nie umiem jej nie kochać?
On to powiedział taaakim załamanym głosem…
Sto Lat też było śpiewane, bo czemu by nie?
Z utworów to mam dylemat, co mnie najbardziej wzruszyło, wiele utworów w ykonaniach dość różnych od tych w studiu pokazano, ale o tytuł najpiękniejszego wykonania mogą konkurować ze sobą "Brothers and Sisters", "An Angel", "Who’ll come with me" oraz "Please don’t go".
Na każdym jednym miałem łzy w oczach i każde było tak śliczne, że nie umiem podjąć decyzji co do najcudowniejszego.
Teraz Maja jeśli to czyta mnie zabije, ale nie podobały mi się występy perkusyjne jakoś, nie mój styl muzyczny, był na koncercie fragment na samą perkusję, nie, zdecydowanie nie mój styl.
Jedyny utwór śpiewany, jaki nie spodobał mi się, tytułu nie pamiętam, ale był już typowym utworem niemal metalowym, a to zdecydowanie nie jest moja kategoria muzyczna.
Miłym akcentem było natomiast wplecenie kilku słów o Polsce do dwóch czy trzech prezentowanych utworów, od razu lepiej na sercu.
Jak mówię, było cudownie, raz jeszcze niezmiernie dziękuję ekipie Sobieszewskiej za tak wspaniały prezent osiemnastkowy.

Nie ma mowy, nie dojdziesz…. Orientacja w nieznanym terenie, czyli o tym, jak popsuć sobie plan na resztę dnia

Witajcie!
Mimo tytułu mogącego kojarzyć się ze złymi emocjami, nie, spokojnie, mnie się chce śmiać.
A wszystko przez roboty drogowe, ale, kolejno. 🙂

Wszystko zaczęło się dzisiaj około godziny 15:10, kiedy to skończyły się lekcje.
Ja zwykle wracam autobusem z pewnego przystanku, na którym od początku tego roku są prowadzone prace drogowe.
Dobra, poprawka, nie na terenie przystanku, a w drodze ze szkoły do przystanku.
Oznacza to dla mnie od września ciągłe poszukiwanie jakiejś ścieżki, drogi by przejść przez jezdnię, na której zdarto asfalt.
Problematyczne, ale wykonalne, jedyna trudność w tym, że ścieżka ta wytyczana jest za każdym razem w innym miejscu.
Ale dzisiaj było inaczej.
Miałem piękną wizję, w której wracam ze szkoły, jestem koło 15:40 w domu, jem obiad, witam się z rodzinką, coś tam pewnie opowiadam.
Wszystko dlatego, że komuś obiecałem pomóc w nauce, więc chciałem ten czas znaleźć.
Ale roboty drogowe postanowiły inaczej…

Kiedy dotarłem na miejsce, poza hałasem, zauważyłem, że cały chodnik trzęsie się, jakbym był na pokładzie wahadłowca kosmicznego, a nie na asfalcie.
Sądząc po dźwiękach, chyba odpalili młoty pneumatyczne.
Żeby było lepiej, w tym hałasie, w którym ledwo słyszałem własne myśli, nie znalazłem przejścia, z resztą, nie szukałem też zbyt długo, uznając, że bezpieczniej będzie się wycofać, niż wylądować na dnie jakiejś dziury albo zginąć pod młotem pneumatycznym. 😀
Może i byłby sposób na przejście tam, może dałbym radę, pewnie tak, ale przyznaję uczciwie, zastane warunki przekonały mnie, by nie sprawdzać. 🙂
W każdym razie, opuściłem tamten teren.
Plan wyglądał prosto, pójść na inny przystanek i z niego pojechać.
No ok, poszedłem na inny przystanek i, niespodzianka…
Z powodu remontów drogowych kilka ulic dalej… Wyłączono go z ruchu.
Świeetnie, uznałem więc, że trzeba znaleźć inny przystanek.
I tutaj zaczyna się zwiedzanie miasta. 😀

Może to dziwnie zabrzmi, ale nigdy nie potrzebowałem korzystać z innych przystanków.
Czy to jechałem do szkoły, czy na rynek, czy nawet do parku się z kimś spotkać w Wejherowie, zawsze wysiadałem pod szkołą.
Jeszcze zanim stała się moją szkołą, po prostu ten przystanek to bardzo dobry punkt orientacyjny, do którego można trafić zewsząd.
W związku z tym nigdy nie potrzebowałem korzystać z innych.
Na szczęście, po omyłkowym wtargnięciu na kilka podwórek, przystanek odnalazłem.
Ale na autobus musiałem czekać pół godziny, albowiem gdyż z racji mojej eksploracji terenu po prostu na poprzedni nie zdążyłem.
A może wy podzielicie się wskazówkami na szybkie orientowanie się w terenie obcym?
Przyznaję uczciwie, prawie wszystkie moje doświadczenia w orientacji przestrzennej po otwartym terenie zbierałem samodzielnie, po prostu chodząc z laską po okolicach. 😀
Wracając jednak do historii, pewnie myślicie, że wysiadłem z autobusu na przystanku w Bolszewie i poszedłem prosto do domu?
Nic z tych rzeczy, to nie mogło tak szybko się skończyć.
Przystanek, na którym zwykle wysiadam, znajduje się pod biblioteką, jakieś 5 minut drogi od domu.
Są jeszcze trzy na których zdarza mi się wysiąść, a z innych też spokojnie dojdę, nie ma problemu…
Ale…
Kierowca chyba uznał, że nieco mi utrudni sprawę i zatrzyma się…
Między przystankami.
I nie tyle dojście do domu stanowiło problem, co orientacja, eee, gdzie ja właściwie jestem…
I nie, bynajmniej nie jest to godzien tej postrzelonej, prawie 2-godzinnej drogi do domu, oo nieee.
Bo potem czekałem sobie na ulicy, dosłownie.
Jakieś 10 minut, nim jakiś samochód zauważył, ejj, to chyba przejście dla pieszych, a ten niewidomek ma chyba zamiar przejść. 🙂
No ale skoro to się udało, dotarłem do domu, gdzie z kolei przywitał mnie kot z dość dziwnymi pomysłami zwiadowczymi, ale o tym w osobnym wpisie raczej napiszę. 🙂
Anyway, prawie dwie godziny ze szkoły do domu… Rekord pobity!

Informatyczne szaleństwo, czyli jak to wszystko się zaczęło

Witajcie!

Od rana zasadniczo pracowałem nad Eltenem, przy okazji była mała twitterowa konwersacja nie do końca miiła odnośnie Eltena, ale to nieważne.
Ważne jest to, że siedzę sobie od rana i czuję, że muszę coś napisać.
Zwykle, kiedy mam wenę pisarską, to wiem, do czego chcę usiąść.
A to napiszę wiersz, a to tłumaczenie, a to opowiadanie, a to cokolwiek innego.
Dzisiaj jednak było inaczej, bo naprawdę nie miałem pojęcia, co tu napisać.
Prawdę mówiąc nie najlepiej się dzisiaj czuję, boję się, że jakaś choroba mnie łapie.
A biorąc pod uwagę, że jutro dużą część dnia spędzam na dworze i to dość aktywnie, nie wróży to niczego dobrego.
Dobra, dość narzekania. 🙂
Tak sobie przeglądam tego mojego bloga i zauważyłem, że zapomniałem o tej kategorii.
Kiedyś opisałem tutaj swoje, zupełnie nienormalne, dzieciństwo.
A potem zupełnie zapomniałem, że chciałem się podzielić z wami kilkoma wspomnieniami.

Wczoraj wieczorem przeglądałem swoje stare Klangowe archiwa, dokładniej zaś bloga Angeliki i uderzyło mnie kilka faktów.
Na Klango mieliśmy dużo większą społeczność.
Było mnóstwo ludzi, których nadal marzę zobaczyć tutaj.
Ale nie było tam takiego, hmm, klimatu.
O co mi chodzi?
Mam wrażenie, że każdego z userów Eltena chociaż trochę znam, lepiej lub gorzej, z tego o czym pisze, co mówi.
Na Klango tak nie było.
Chociaż, prawdę mówiąc, za czasów Klangowej świetności byłem dość młody.

Dobra, przejdźmy do rzeczy.
Dzisiaj chciałbym wam przedstawić moją przygodę z informatyką.
Każdy, kto mnie lepiej zna, wie, że uwielbiam się bawić informatyką.
I to nie na zasadzie grania w jakieś gierki, a na zasadzie:
A co się stanie, jak usunę ten plik?
A czy komputer uruchomi się z pomniejszonym napięciem?
Ciekawe, do czego służy ten kabelek, co się stanie, jak go przetnę?
Śmiem zaryzykować twierdzenie, że w wyniku takich eksperymentów, prócz tego, że mnóstwo rzeczy zepsułem, zdobyłem niemałą wiedzę o tym, jak zepsuć komputer. 😀
Ale, co dobre, w wyniku i jak naprawić również. 🙂
Dzisiaj opowiem wam trochę o tym, jak moja komputerowa pasja się zaczęła.

Tata, jak już chyba wspominałem, studiował informatykę, konkretnie programowanie.
Los go pchnął na inną drogę i programistą nigdy nie został, ale czego się nauczył, to pozostało.
W związku z tym miał komputer jeszcze zanim poznał się z moją mamą.
A na tamte czasy było to coś, nie było tak, jak dzisiaj, że w każdym domu stał komputer.
Nic więc dziwnego, że od małego miałem do czynienia ze sprzętem i technologią.
Już jako dziecko w wieku dwóch lat z tatą bawiliśmy się na komputerze.
Pierwsza gra, jaką tata mi pokazał, to było Koło Fortuny.
To był jeszcze stary system Windows 95.
Jedno z moich pierwszych wspomnień przy komputerze to właśnie, jak tata pokazywał mi, na czym to polega.
Żeby było śmieszniej, sama gra nie miała z kołem fortuny nic, a nic wspólnego.
Ale kiedyś usłyszałem ten zwrot i tak mi się podobał, że tak ów twór nazywałem.
I nawet nie pamiętam pierwotnej nazwy.
W każdym razie, chodziło o zgadywanie słowa.
Trzeba było odgadnąć jakieś słowo, zadając pytania o ilość współgłosek, sylab itp.
Gra prosta, ale byłem zafascynowany bardzo, pamiętajcie, że miałem wtedy jakoś ze dwa lata.

Później zaczęło mnie interesować nie tylko granie, ale i to, jak to się dzieje, że ta gra się włącza, co się dzieje po wciśnięciu guzika na obudowie.
No i tata całymi godzinami mi o tym opowiadał, a ja po prostu kochałem te chwile, kiedy odkrywałem te, jak ówczas zdawało mi się, niesamowite tajemnice.
Jedno z moich starszych wspomnień, które pamiętam wyraźnie, jakby to było wczoraj.
Miałem wtedy cztery lata. Tata jeździł wówczas jako dostawca ciężarówką, starem.
Często jeździł ze mną, po prostu lubiłem to, myślę, że zrozumiałe.
Mieliśmy jechać z zamówieniem do Pucka, gdzie mieszka babcia. W drodze powrotnej zgarnęliśmy ją, zabraliśmy do Wejherowa, gdzie tata pracował, a dalej już samochodem taty do domu, z babcią oczywiście.
Pamiętam, jak babcia wsiadła, a ja rozmawiałem z tatą.
I nie zapomnę jej słów: "czy wy mówicie po chińsku"?
Tata akurat tłumaczył mi, jak działają rejestry eax, ebx i ecx w procesorach i różnice w architekturze Intela 486 i świeżej, dopiero ówczas podbijającej rynek, 586.

Pod tym względem zawsze różniliśmy się z Kamilem, moim bratem.
I tak pozostało do dziś.
Ja zawsze kochałem naukę, uczyć się, go to nudziło i do dziś nudzi.
Ale, z drugiej strony, ja zawsze patrzę teoretycznie, szukam, jak coś działa, czemu działa, on natomiast jest zdecydowanym praktykiem.
Babcia się śmieje, że ja się pytam jak, dlaczego, poco, a Kamil co, gdzie i kogo. 🙂

Kiedy miałem cztery albo pięć lat, nie mogę się teraz tego doliczyć, przez komputer dla Homera, taką akcję która wówczas istniała, ściągnęliśmy nowy komputer, pierwszy z systemem Windows XP.
A wraz z nim kupiliśmy Jawsa, w wersji 4.0, to były czasy, gdy jeszcze o NVDA nikt nie słyszał.
I mogłem sam odkrywać tajniki komputera.
Kiedy Kamil lubił grać, ja zawsze szperałem, szukałem.
To nie tak, że nie miałem styczności z grami.
Owszem, grywałem, zwykle z tatą. Uwielbiam sposób, w jaki on opisuje sytuację, często gra wyglądała tak, że on mówił, co się dzieje, a ja mu mówiłem, co ma zrobić.
Ale nieraz i ja tylko siedziałem i słuchałem, tata jest naprawdę w tym świetny.
W każdym razie, więcej energii poświęcałem na naukę, mniej na zabawę, jak chyba przez całe życie. 🙂
Nie mówię, że to dobrze, bo trzeba się bawić, ale taki już jestem.

W tamtym okresie tata miał pełne ręce roboty, bo udawało mi się moimi eksperymentami wysypać system średnio raz na miesiąc.
Jak również spaliłem płytę główną, uszkodziłem kości RAM i tak dalej.

A, bo wiem czego wam nie napisałem.
Kiedy kupiliśmy ten nowy komputer, tata chciał skopiować dane ze starego dysku, zrozumiałe.
No i otworzył te komputery, przełożył dysk i skopiował, proste.
Ale znając moje pasje informatyczne, robił to przy mnie, pokazywał mi, jak wygląda płyta główna, jakie kabelki przepiąć.
I to był chyba błąd, bo odnalazłem w sobie wtedy miłość nie tylko do programowej części komputera, ale i sprzętowej.
Kiedy nikogo nie było w domu, kochałem rozbierać komputer, oglądać, przełączać i sprawdzać.
No i stąd takie przygody. 🙂

Później trafiłem do szkoły, Gdyńskiej Szkoły Społecznej, gdzie zajęcia z informatyki prowadziła pani Helenka Urbaniak.
Pierwsze co, to pokazała mi technikę szybkiego pisania na klawiaturze, bo to, jak ja pisałem, to można opisać wieloma przysłówkami, ale z pewnością nie przysłówkiem szybko. 🙂
Pokazała mi też wiele programów dla osób widzących, dowiedziałem się wtedy, że istnieje już Jaws w wersji 7.10, przypominam, że ja nadal pracowałem na 4.0.
Tak więc dostałem nową wersję Jawsa, jak również poznałem wiele użytecznych programów, Outlook Express na pierwszym miejscu. 🙂
No i tak się uczyłem, rozwijałem moją informatyczną pasję.
Później pojawił się NVDA i zaryzykuję twierdzenie, że byłem jedną z pierwszych osób w Polsce, która się na niego zaczęła przesiadać.
Już za czasów niestabilnej wersji 0.5 używałem go jako drugiego gadacza.
W owym czasie NVDA był dużo gorszy od Jawsa, z resztą Jaws też rozwijał się lepiej, niż dziś.
Jednak jakoś dostrzegłem w NVDA potencjał, nie umiem wyrazić moich odczuć do końca.
Ale po prostu miałem przeczucie, że ten program urośnie, miałem z resztą rację.
A potem odkrycie życia, Klango.
Klango z początku odkrył tata, były to jeszcze gry z Salonu Klango.
Poznałem moją ukochaną Piracką Pamięć, jak i inne gry, w tym Audiopasjansa, którego mimo znajomości od dziesięciu jakoś lat, poraz pierwszy wygrałem w zeszłym roku. 😀
W owym czasie dowiedziałem się też, że powstaje Klango2, w tedy były jeszcze publiczne wersje beta.
Pan Maciej Muszytowski podał nam adres do ich pobrania, ale popełnił literówkę i nie udało się ani mi, ani tacie pobrać Klango.
Szukałem hasła w Google, ale nie było go wtedy tak łatwo znaleźć, jak dziś.
No i Klango ostatecznie dostałem również od pani Helenki, to wtedy była chyba wersja 2.0.4 czy jakoś tak.
Zapomniałem już zupełnie o tym, że miałem znaleźć Klango2, gdy pewnego dnia pani Helenka mi je pokazała.
Tutaj pewne wyjaśnienie, nie raz słyszę pytanie, skąd nazwa użytkownika na Klango dawid22.
A no stąd, że konto założyła mi właśnie pani Helenka nadając taką nazwę, nie wiem, czemu. 😀
A ja go używam do dziś.

Tutaj moja historia różni się od historii wielu ludzi.
Niewidomki, z którymi rozmawiałem, wspominały mi, że Klango odkrywały często bez zdolności obsługi komputera, to przez środowisko Klangowiczów dowiadywali się o screenreaderach i tak dalej.
Ja trafiłem na Klango już ze świadomością tego, co można robić z komputerem.
No i Klango stało się z pewnością ważną częścią mojego życia, chociaż, może to dziwne, mimo wielu lat tam spędzonych nie wyniosłem zbyt wielu znajomości.
Poznałem tam Mikołaja, poznałem Arka. Pisałem troszkę z Mają, coś tam z Angeliką, Klaudią.
Ale, może to dziwne, jakoś nie wyniosłem stamtąd wielu przyjaźni.
Bez wątpienia jednak odkrywałem świat, widziałem, co pisali inni niewidomi.

Wtedy też zacząłem moją przygodę z programowaniem, kiedy byłem w drugiej klasie podstawówki, zacząłem naukę języka HTML, w trzeciej zaś PHP.
Kiedy byłem w czwartej czy piątej, przyszła pora na odkrycie Rubiego, krótko potem też zacząłem naukę języka C++ .
I muszę obiektywnie powiedzieć, że dzięki mojej pasji i mojemu tacie, szczególnie tacie, który cierpliwie mi pomagał w moim zgłębianiu czeluści informatycznej wiedzy, a także dzięki pani Helence i nauczycielowi informatyki z podstawówki, panu Włodkowi, wychodziłem ze szkoły podstawowej z wiedzą, obiektywnie mówiąc, dużą.
Wiedziałem, jak napisać program, jak stworzyć bazę mysql, co siedzi w komputerze, jak złożyć komputer, jak naprawić większość problemów….
I dzięki temu w pierwszej gimnazjum zacząłem swój pierwszy prawdziwy projekt, kojarzony pewnie przez większość z was Srebrny Labirynt.
Nadal rozwijając się w gimnazjum i poznając tajniki informatyki, odkryłem istnienie mikrokomputerów i mikroprocesorów, tak więc zacząłem naukę programowania mikroobwodów i elektroniki.
Przy czym nie zaniedbywałem poprzednich gałęzi, to jest programowania i budowy komputera.
Czy to dobrze?
Sądzę, że tak, aczkolwiek mama była bliska powiedzenia dość, bo byłem nieraz wykończony szkołą i moją pozaszkolną nauką, na szczęście nigdy nie zabroniła mi zgłębiania wiedzy, której zdobywanie stało się dla mnie swoistą pasją.
Ukoronowaniem niejako gimnazjum była napisana przeze mnie w trzeciej gimnazjum sieć neuronowa do przetwarzania rozmowy oraz, stworzona w ramach projektu edukacyjnego, gra dla osób widzących, pisałem ją z dwójką kolegów, ja byłem programistą, jeden kolega grafikiem, a drugi mówił mi, co mam pisać, żeby to fajnie działało itp.
Nie chwaląc się, za projekt dostaliśmy 100% i wyróżnienie. 🙂

No i oczywiście moja trzecia gimnazjum to okres powstawania Eltena, którego pisałem w zasadzie od samej końcówki, to jest maja, klasy drugiej gimnazjum.

No i tak to wyglądało, liceum przyniosło rakietę i nowe programistyczne wyzwania.
A ja się ani trochę nie poprawiłem, nadal pogłębiam wiedzę, gdy tylko mogę. 😀
No i będę pogłębiał dalej. 🙂

Genialna sytuacja z przed chwili

Witajcie!
To po prostu muszę wam opisać! 🙂
Chwilę temu, jakieś pół godziny do czterdziestu minut, wyszedłem z domu do sklepu komputerowego.
A to dlatego, iż potrzebowałem adaptera ATA USB, którego z resztą i tak nie mieli.
W każdym razie w drodze zahaczyłem laską o słupek.
Niby normalna sprawa, ale jakiś człowiek, najpewniej nieco podchmielony, źle zrozumiał moje intencje.
Wziął jakiś kij i gałąź i ze słowami, że mi pomoże, zaczął rytmicznie uderzać w słupki i drzewa dookoła.
A trzeba wam wiedzieć, że przy bibliotece, bo biblioteka obok sklepu komputerowego stoi, jest mnóstwo drzewek, taki, mały lasek? Nie, to złe słowa. Po prostu posadzili drzewka dla ozdoby.
I on zaczął tańczyć i walić tym kijem po nich. 😀
Nie, bynajmniej tego nie pochwalam, żeby była jasność.
Ale sytuacja była tak komiczna i tak cudownie brzmiała, że ja ledwo od śmiechu się powstrzymywałem.
W końcu zrozumiał, że nie widzę.
Ale jak walił w drzewa w rytmie piosenek Krawczyka nie zapomnę.