Z kanonu Rivskich opowieści: Nowy rok szkolny

Niewiele to opowiadanie ma może sensu, ale przecież szkoła to nie jest (nawet w wypadku takiej szkoły) tylko Quidditch i machanie różdżkami.
Przy okazji chcę poinformować, że utworzyliśmy grupę na Eltenie, w której rozwijamy całą otoczkę Rivską. Osoby zainteresowane dołączeniem zapraszam do pisania prywatnie, mamy już coś koło trzydziestu tekstów o nauczycielach, uczniach czy różnych ciekawostkach. 🙂

Bardzo dziękuję mojemu liceum, Bukowej, za inspirację. Owszem, początki roku szkolnego wyglądały u nas bardzo podobnie, choć troszkę podkoloryzowałem.

Nowy Rok Szkolny

Skwer Kościuszki rozbrzmiewał pożegnaniami, ostatnimi objęciami i zapewnieniami o regularnym pisaniu. Wszystko to razem sprawiało, że Artur odczuwał niemal pewność, iż w ciągu kilku lat mugole zorientują się wreszcie, że na początku roku szkolnego pojawia się podejrzany statek wycieczkowy. Na razie dzień ten wyglądał jednak na dość odległy. I przyznać tu trzeba, że nie radowało to chłopaka, który całkiem chętnie zacząłby nowy rok szkolny od małego skandalu, najlepiej opóźniającego pierwsze zajęcia. Rozglądał się wokół, w tłumie ludzi jednak nie dostrzegł jeszcze poszukiwanych.
– Cześć, Artur! – zawołała Natalia, machając do niego, jednak już po chwili tłum uczniów, rodziców i przypadkowych przechodniów porwał ją tak, że nie zdążył odpowiedzieć. Miał już się odwrócić, gdy poczuł silne klepnięcie w plecy.
– Artur! – To był oczywiście Konrad, ubrany jak zawsze w (niekoniecznie przystające do uroczystości) dresy, trzymający w ręku rączkę od walizki i uśmiechający się tym rodzajem uśmiechu, na którego widok wszyscy nauczyciele natychmiast wołali "Nawet o tym nie myśl!". – Jak minęły wakacje? – spytał, puszczając oko, jakby wakacje były jakąś podejrzaną i zdecydowanie nielegalną zabawą.
– Byłem we Włoszech. – odparł Artur. – A ty?
– W Londynie! – odparł Kasprzyk konspiracyjnym szeptem. – i zakupiłem tam nieco magicznych dowcip…
Ostatnie słowa Konrada zagłuszył dźwięk dzwonu z pokładu Czarodzieja.
– Potem! – rzucił Artur, wbiegając na trap, by zdążyć zająć swoje miejsce na statku. Statek nie zmienił się od czerwca. Odpryski farby pozostały w miejscach, gdzie były, a trzeci bulaj od prawej dalej miał na sobie ślady po zagubionym expeliarmusie w zeszłym roku.
– Jak to się dzieje, że tyle kasy idzie na remonty, a jakoś ich efektów nie widać? – zastanawiał się, siadając na jednym z wolnych krzeseł.
– Hej, Artur!
To Andrzej dawał mu znak ręką. Chłopiec skierował się szybko w stronę przyjaciela, łokciami i kolanami przeciskając się przez rwącą pod prąd rzekę uczniów. Już po chwili, z jedynym uszczerbkiem w postaci bolącej nogi trafionej przez obcas jednej z mijanych osób, dopadł do Blondyna.
– Jeszcze Ciebie nie wywalili? – Udał zdziwienie, podając rękę Andrzejowi i rozglądając się w pobliżu za dwoma miejscami obok siebie. – Masz mi sporo do opowiedzenia!

* * *

Pięknie zdobione, bogate i umieszczone na dziesiątkach pamiątkowych fotografii odrzwia Rivskiej Szkoły Magii i Czarodziejstwa raz jeszcze udowodniły swoją całkowitą niepraktyczność, gdy ponad tysiąc uczniów napotkało na złoconą, rzeźbioną, ale przez to wcale nie prostszą do przebycia od drutu kolczastego przeszkodę.
– Ustawić się w szereg! – krzyczał Woźny, ale nikt go nie słyszał w zamęcie głosów. Nieokiełznana rzeka forsująca wejście była z resztą nie do opanowania nawet, gdyby krzyczało dwudziestu Białoniów z megafonami w rękach. Kolejka większa niż do gorącej herbaty w trakcie długiej przerwy zimą była niepisanym, ale stałym elementem rytuału otwarcia roku szkolnego. Elementem tyleż niepotrzebnym, co prostym do uniknięcia: wystarczyło otworzyć przecież wszystkie trzy pary tylnich drzwi i rozlać prąd uczniowski na kilka mniejszych. Niestety tak logiczne rozwiązania nie przychodziły do głowy dyrekcji, przynajmniej pierwszego dnia, bo drugiego, oczywiście, będzie już inaczej.
Miałoby to sens, gdyby uczniowie mogli jeszcze podziwiać w całej okazałości szkołę. Nawet Artur przyznać musiał, że Rivia robiła wrażenie ze swoimi witrażami w oknach, zdobionymi portalami i kandelabrami. Rzecz tylko w tym, że obecnie jedynymi widocznymi obiektami były torby, walizki, kufry, plecaki i głowy napierające ze wszystkich stron oraz energicznie i całkowicie bezskutecznie gestykulująca profesor Czarnecka, próbująca przejść między uczniami. Równie dobrze mogła próbować przeniknąć przez litą ścianę. W końcu dała za wygraną, a Artur z niejakim rozbawieniem dostrzegł, jak w uroczystej chwili nauczycielka zamienia się w gęś.
– A niech to gęś kopnie! – zawołał, nim zdążył się powstrzymać, całkiem nieźle parodiując surowy ton pani profesor.
W końcu los się do niego uśmiechnął, dostrzegł wyrwę, w którą natychmiast wraz z Andrzejem zanurkowali i… już stali przed recepcją. Dali się porwać, mniej dzikiej całe szczęście, rzece schodami do góry i już po chwili stali w auli.
– Nie wierzę! – zawołał Andrzej, wskazując na dwa krzesła. Dzikim skokiem dopadli do nich i zajęli miejsca.
Radość była uzasadniona. Jako uczeń szóstej klasy Artur zajął miejsce siedzące podczas szkolnej uroczystości właśnie po raz pierwszy. Projektując aulę jakoś nikt nie pomyślał o tym, że będą tu się gromadzić wszyscy uczniowie, w skutek czego niemal połowa zebranych będzie musiała stać przed drzwiami. A chłopak doskonale wiedział, co ich czeka. Już za chwilę…
– Szkoła, baczność! – Zawołała Oliwia, przewodnicząca Samorządu Uczniowskiego, uświęcone wieloletnią, Polską tradycją hasło. Przez moment na jej twarzy było widać lekkie zawahanie, ale przecież musiało do tego dojść. – Poczet sztandarowy, wystąp! – Prawie udało się jej ukryć niepokój w głosie. Prawie.
Wszystko zaczęło się od drzwi, uczniowie próbujący się rozejść, ale każdy obrał inny kierunek, w skutek czego się zakotłowało, a po chwili Artur dostrzegł pierwsze upadające ciało należące do nieznanej mu uczennicy, która potknęła się o rąbek spódnicy stojącej obok koleżanki. Po chwili też wszedł i poczet, całkiem skutecznie manewrując szkolnymi insygniami, by nie uderzyć nikogo w głowę.
– Może nasze wnuki doczekają się czasu, gdy ktoś tu pomyśli, by wpuszczać ich pierwszych? – szepnął do Andrzeja, z niejakim podziwem patrząc na Piotrka, który wraz z asystą właśnie pokonywał ostatnie stopnie, nie powalając nikogo ciężkim drzewcem flagi.
– Do hymnu! – zawołała Oliwia z nieskrywanym podziwem zerkając na Piotrka.
– Czasem mam wrażenie – szepnął Artur, gdy ostatnie słowa pieśni umilkły, a poczet sztandarowy usunął się ze sceny, – że nie wybierają Piotrka od trzech lat dlatego, że jest taki dobry, a dlatego, że w jego wypadku śmiertelność postronnych jest najniższa.
Najbliżsi uczniowie, którzy dosłyszeli tę uwagę, dzielnie walczyli, ale musieli polec. Nie potrafili powstrzymać śmiechu.
– Drodzy uczniowie! – Zawołała Dorota Osiecka, dyrektor szkoły, stając na scenie, a jej magicznie wzmocniony głos potoczył się echem po korytarzach. – Niezmiernie się cieszę, widząc was wszystkich całych i zdrowych, gotowych rozpocząć kolejny rok nauki w naszej placówce. Pragnę przede wszystkim powitać naszych pierwszoklasistów. Mam szczerą nadzieję, że te lata nauki będziecie wspominać z radością i wzruszeniem. Na początek chciałabym przywitać wszystkich pracowników i nauczycieli.
– Ustawiłeś? – zapytał Artur Andrzeja, dyskretnie wskazując palcem na nadgarstek przyjaciela.
– Jasne! Przecież przebicie dwóch godzin z ostatniego roku byłoby prawdziwym osiągnięciem.
– Można popcorn do tej telenoweli? – zapytała Aneta, nachylając się z tyłu, widocznie nie mogąc się powstrzymać przed dodaniem kilku swoich groszy.
– Tak, ale musi Pani dostać się do recepcji, tam sprzedają. – odparł Andrzej, szczerząc zęby. – A przeciśnięcie się tam może być osiągnięciem większym od słuchania naszej pani dyrektor.
– Ja wiem, kto by się podjął. – szepnęła Natalia, wskazując przed scenę, gdzie Marta bezskutecznie próbowała skłonić Piotrka, by się nachylił. Ten wydawał się nawet tego nie zauważać, słuchając pani dyrektor z uwagą niewiele tylko ustępującą tej, którą wykazywał na lekcjach. Artur był pewien, że jeśli jutro spyta Piotrka, o czym mówiła pani Osecka, ten zapyta tylko: "W której minucie".
– Teraz nie pozostaje mi już nic innego – kontynuowała dyrektorka, której jeszcze pozostało bardzo wiele, zważywszy na stoper Andrzeja w pozycji 47 minut 24 sekundy – jak powitać wszystkich naszych uczniów! To dzięki wam Rivia rozkwita. W szczególności mam zaszczyt powiedzieć, że Piotr Jarzębski z klasy od tego roku siódmej zajął trzecie miejsce w Międzynarodowej Olimpiadzie wiedzy o Teorii Magicznej. Piotrek, wyjdź tu do nas!
Andrzej niemal ze współczuciem spojrzał na Piotrka, który z widocznym ociąganiem skierował się ponownie na schodki. Współczuł koledze nie tylko dlatego, że przyjdzie mu stać teraz przynajmniej 40 minut (czas optymistyczny), aż pani dyrektor wyliczy osiągnięcia wszystkich wybitnych jednostek i poprosi je do wspólnego zdjęcia, ale przede wszystkim dlatego, że nie było chyba szkolnej uroczystości, w której Piotr nie byłby wyszczególniany. A Artur doskonale wiedział, jak ten chłopak tego nienawidzi.
– To właśnie tacy uczniowie jak Piotrek wskazują… – kontynuowała pani dyrektor, ale Artur nie miał najmniejszego zamiaru dowiedzieć się, na co tacy uczniowie wskazują, widząc znacznie ciekawsze zajęcie w postaci planszy "kółka i krzyżyka" podsuwanej mu przez Andrzeja.
– Na koniec – oznajmiła wreszcie dyrektorka, gdy już pokazała całej szkole dwudziestu zdolnych uczniów, przypomniała o Rivskiej tradycji i zrobiła jeszcze kilka rzeczy, których Artur nie słyszał, ogrywając kolegę ósmy raz z rzędu – moim obowiązkiem jest oznajmić, że rok szkolny 2019-2020 uważam za otwarty!
– Godzina 58 minut! – Zawołał Andrzej, zrywając się z miejsca i biegnąc w stronę drzwi. – Widzimy się w kawiarni!

Jak to Hogwart z Polską chciał współpracować

Wiele stron liczy w sobie "Historia Hogwartu", a jednak wśród obszernych rysów pióra pani profesor Bagshot występują liczne luki, niedopowiedzenia. Nie ma z resztą w tym niczego zaskakującego, część historii uległa zamazaniu w pamięci kolejnych pokoleń czarownic i czarodziejów, inne jej odcinki uznała autorka za nieważne, wszak księga i tak już gruba, a próba przedstawienia wszystkich annałów doprowadziłaby prawdopodobnie do tego, że uczniowie pokroju pani Granger nie mieliby już naprawdę czasu na sen, byle zdążyć przeczytać całość powieści w ciągu siedmiu lat edukacji; z resztą obrońcy praw zwierząt natychmiast zawnioskowaliby o zakaz rozprowadzania literatury tych rozmiarów przez sowy – w przekonaniu, że niehumanitarne jest kazać dźwigać żywym stworzeniom takie ciężary. Powszechnie jednak uważa się, że są i takie zdarzenia, które autorka pominęła celowo, a przecież to one odkrywane są często przez ich świadków jako prawdziwą, najciekawszą historię szkoły i jej absolwentów.
Różne opinie krążyły o Minervie McGonagall – o czym z resztą doskonale wiedziała sama zainteresowana. Jedni jej nienawidzili, inni uwielbiali, każdy jednak był przekonany, że to surowa, bezwzględna, choć przy tym bardzo uczciwa nauczycielka. Przyznać tu z drugiej strony należy, że niezależnie od jej prawości czy uczciwości, jakoś nikt Gryfonom opiekunki nie zazdrościł – już chyba lepiej mieć stronniczego Snape’a, który nie przepuści okazji, by dodać tych kilku punktów swym podopiecznym, niż panią profesor, która miała zasłynąć w historii szkoły jako ta, która przez cały okres działania placówki, rok w rok odejmowała swojemu domowi więcej, niż mu dodawała. Niezależnie jednak od tego, bano się jej straszliwie, a marny los tego, kto podjąłby się w jej obecności zrobić cokolwiek stojącego w sprzeczności z regulaminem szkoły. Być może inne byłoby spojrzenie na tę sprawę, gdyby uczniom dane było obserwować profesor transmutacji tego dnia. Niestety albo stety, żaden z uczniów Hogwartu zdarzeń tych nie widział, a więc profesor M na zawsze miała pozostać postrachem Hogwartu.

Historia nasza rozpoczyna się pewnego upalnego dnia. Słońce wisiało jeszcze nisko nad Ziemią, wczesnymi promieniami rozpraszając ostatnie cienie nocy, pierwsi ludzie wychodzili na ulice w pogoni codziennych spraw. Niewiele jednak cudów w roztaczającej się wokół scenerii dostrzegała profesor McGonagall. Nie chodziło tu jednak o to, by nauczycielka nie potrafiła radować się pięknem świata, a raczej o to, że w owej chwili znajdowała się w mało wyjściowym stanie, oględnie rzecz ujmując. Aportowała się w rzece, tak właśnie kończą się niedokładności pokazanych zdjęć. Obecnie, cała mokra, w nadziei, że woda nie przemoczy dokumentów w jej teczce, próbowała wydostać się na ląd, walcząc z własnym odziankiem, uciekającymi jej z rąk przedmiotami i rybkami, które chyba uznały to za całkiem niezły widok. W końcu jako tako oswojona z nietypowymi warunkami, pół leżąc, pół płynąc skierowała się w stronę brzegu, mijając kilka mugolskich łodzi, ale… nic z tym.
– Patrzcie, Sawa! – Krzyczał ktoś, stojąc na nadburciu i machając rękami w jej stronę. Nie wiedziała – z radością czy przerażeniem, nie było to z resztą ważne. Ważne było, by dostać się na brzeg, nim ktoś z czarodziejskiego świata ją zauważy.
Już po chwili, wytrząsając kropelki wody z włosów, stała na lądzie. Upewniwszy się, że nikt nie patrzy w jej stronę – niech błogosławiony będzie ranek, którym wszyscy spieszą się do pracy i na dziwy w stylu kobiety wynurzającej się z wody uwagi nie zwracają – szybkim machnięciem różdżki, wysuszyła się.
Wreszcie miała czas uważniej rozejrzeć się po okolicy. Wszędzie wokół dostrzegała ludzi biegnących za swoimi sprawami, pewnie spieszących do pracy. Po uliczkach sunęły samochody, w dali zajaśniały światła jakiegoś autobusu. Nieco na lewo przez rzekę przerzucony był most, w którego cieniu dostrzegła pomnik trytona. Nie była pewna, w którą stronę powinna się skierować, skoro, aportując się, chybiła. Miała tylko nadzieję, że chociaż miasto się zgadza.
– Nie ma innego sposobu, jak spytać. – Uznała po chwili na mysłu i weszła w jedną z licznych, maleńkich uliczek. Musiała przyznać, że całkiem malowniczo prezentował się ten kraj. Po bokach dostrzegała witryny otwierających się sklepów i restauracji. Na jednej z ławeczek zasiadł grajek i, brzdękając na gitarze, przygotowywał się do występu. Nieco dalej dostrzegła człowieka ubranego w długą, powłuczystą szatę, wyraźnie na coś czekającego. To mogła być jedyna okazja.
– Przepraszam Pana. – Zagadnęła Minerva.
Zatrzymany obdarzył ją długim, przenikliwym spojrzeniem.
– Czy mogę w czymś pomóc? – Zapytał. Chce pani może, bym wyciągnął dla Pani królika z kapelusza?
Miły ten człowiek, bo miły, ale McGonagall była nader uczulona na odchyły od wszelkich zasad. A na pewno odchyłem takim – i to dość znacznym – jest proponowanie pokazów magicznych każdemu napotkanemu człowiekowi. Uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy. Nie była już podziwiającą zagraniczną architekturę Minervą, była profesor McGonagall gotową odjąć punkty każdemu, kto zrobi cokolwiek niezgodnego z prawem – takim czy innym.
– A nie słyszał pan – zapytała ostro – o międzynarodowym kodeksie tajności czarów?
Zapytany spojrzał na nią z dziwnym wyrazem twarzy. Przez chwilę jakby się nad czymś namyślał, a potem wybuchnął:
– A co ja, teraz to mam znać wszystkie prawa i dekrety, wszystkie chore dzienniki ustaw, konstytucyje? – Zapytał. – Nie ja na was głosowałem, to odczepcie się ode mnie i swoje bzdury wygadujcie tam, gdzie chcą was słuchać. To już nawet nie można na ulicy zarobić. – Mamrocząc tak pod nosem, odbiegł, nim oszołomiona Minerva zdążyła go zatrzymać.
– Dziwny jest ten kraj. – Pomyślała, patrząc za zbiegiem.
– Przepraszam, gdzie mogę znaleźć metro? – Zapytała kolejną, pierwszą napotkaną osobę, którą okazał się chłopiec, może w wieku dwunastu lat, który, z plecakiem na plecach, czekał najwyraźniej na autobus.

– A więc tak… – Powtórzył setny z kolei raz Maciej Rewicz, minister, drapiąc się po głowie i przypatrując siedzącej przed nim czarownicy. Wysyła Panią więc ów pan Albus Dumb, Dumbl, coś tam, tak?
– Owszem. – Wycedziła przez zaciśnięte zęby nauczycielka. Wiele widziała dziwactw – prace domowe będące plagiatami, a jakimś cudem zawierające więcej błędów od oryginałów, niezdary zdobywające Wybitne na SUMach, a jednak tym razem jej cierpliwość wystawiona została na dużo większą próbę.
Musiała przyznać, że wiele poznała sposobów ukrywania Ministerstwa Magii. W jej rodzinnym kraju należało spuścić się wraz z wodą w toalecie, tu jednak sprawa była dużo prostsza. Ministerstwo nie było w żaden sposób ukryte – prosta kamienica z napisem ZUS. Jak ją przekonała ochrona, w tym kraju było to lepsze zabezpieczenie, niż wszelkie zaklęcia antymugolskie i iluzje.
W samym ministerstwie spędziła już kilka godzin, co bowiem dziwne, zdawało się, iż nikt nie wie, kto tu rządzi. Oto jednak wreszcie siedziała przed panem Ministrem Rewiczem i zastanawiała, jak to się dzieje, że jeszcze go nie wywalono z posady.
– Doskonale! – Przyklasnął Minister, jakby wreszcie, po powtórzeniu schematu: "zaduma, wypicie łyka herbaty, zapytanie o jakąś bzdurę, wypicie łyka herbaty", wreszcie postanowił się ruszyć i coś zrobić. Bardzo dziękuję profesorowi Dumblodorowicz – tu z trudem profesor McGonagall powstrzymała się od wtrącenia kilku nieprzyzwoitych słów – za zaostrzenie współpracy z naszym państwem, to dla nas zaszczyt pracować z tak wybitną placówką, jak Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Harwardzie. – Otworzył jedną z szuflad biurka.
– Zaraz, zaraz – Wymamrotał do Siebie. – Książka o ogórkach… Podręczny zestaw piromana… O, jest! – Wyciągnął pieczątkę, przykładając ją do jednego z dokumentów.
– Ten dokument zapewnia o mojej przychylności dla Pani sprawy. – Powiedział Minister. – Proszę przekazać go komu trzeba.
– Dziękuję. – Odpowiedziała, nie kryjąc ulgi. – Czy mógłby Pan jeszcze tylko wskazać mi drogę do tej szkoły w Rivii?
– Obawiam się, że nie. – Zmartwił się jej rozmówca. – Nigdy jej nie ukończyłem.
Minerva wstała, bardzo powoli, z krzesła i skierowała się do wyjścia.
– Bardzo Panu dziękuję. – Zawołała na odchodnym.
Już na korytarzu, kojąc swoje nerwy, wyciągnęła otrzymany dokument, by sprawdzić, czy ten człowiek śmiący się nazywać ministrem nie postawił przypadkiem na nim pieczątki ONZ. Oczom nauczycielki ukazały się następujące słowa:
"Drogi Jarku,
Być może wyraziłem się poprzednio nieprecyzyjnie, a więc postaram się tym razem sprawę postawić jasno. Nie wiem nic o żadnym samolocie, nic.
Pozdrawiam cieplutko!"

Z kanonu Rivskich opowieści: Gdy nie ma w szkole dzieci, to jesteśmy niegrzeczni

Nic takiego, od, kolejna miniaturka: zwykły wieczór nauczycielski w Rivii.
Raz jeszcze zachęcam do współpracy nad projektem!

Drzwi uchyliły się i do pokoju weszła profesor Czarnecka.
– Dobry wieczór! – Zawołała wyraźnie zmęczonym głosem i usiadła ciężko na najbliższym krześle, odkładając na stole stos książek.
Każdy, kto spojrzał na jej twarz, domyślał się, że ciężki był to dla niej dzień.
– Co się stało, Mario? – Zapytał niski, łysy, ale wesoły przy tym człowieczek – siedzący przy kominku i cierpliwie zakreślający na czerwono stosik prac uczniowskich profesor Wierzbicki.
Pokój nauczycielski Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Rivii był urządzony bardzo przytulnie. Prócz dużego stołu, wokół którego ustawiono wygodne krzesła, wyposażenie uzupełniały regały z dziennikami i książkami, barek z wiadomą zawartością i wesoło trzaskający ogniem kominek ustawiony pod ścianą. Przed kominkiem znajdowało się także kilka staroświeckich, wygodnych foteli, profesor Wierzbicki jednak siedział obecnie w jedynym zajętym. Reszta obecnego grona pedagogicznego zajmowała miejsca przy stole, pogrążona w dyskusji o nauce, uczniach, ich wynikach i plotkach ze szkolnego życia. Teraz jednak, skoro weszła profesor Czarnecka, rozmowy umilkły i wszystkie oczy skierowały się ku niej.
– Darek z trzeciej klasy zamienił ołówek w krowi placek podczas lekcji. – Wyjaśniła wyraźnie zmęczona nauczycielka.
Ryk śmiechu, jaki potoczył się przez pokój, byłby prawdopodobnie słyszany i w uczniowskim internacie, gdyby nie rzucone na drzwi zaklęcia wyciszające. Pióro wypadło z rąk profesora Wierzbickiego, kreśląc za jednym zamachem kilka akapitów, profesor Ossowska postawiła zaś szklankę z herbatą na stole z taką siłą, że napój wyleciał fontanną w górę, zalewając kilka najbliższych osób. Nawet profesor Czarneckiej trzeba przyznać, że wesołe ogniki rozbłysły w oczach.
– Jaki był temat lekcji? – Zapytała profesor Osecka, z trudem próbując zapanować nad wyrazem twarzy. Cóż jednak z tego, skoro jej głos wyraźnie świadczył o obecnym nastroju pani dyrektor – nastroju wyraźnie rozbawionym.
– Wprowadzenie do transmutacji organicznej. – Odparła transmutarzystka.
– Moim zdaniem – zachichotał profesor Wierzbicki – praca pana Dariusza była całkowicie zgodna z poruszanym tematem. Choć trzeba przyznać, że to dość… interesujący pomysł… Może powinniśmy zaproponować takie polecenia Ministerstwu na najbliższych kotach? Zawsze to ciekawsze od obserwowania, jak większość egzaminowanych męczy się nad przywołaniem piórnika, a w trzech na cztery wypadkach kredki pozostają na stoliku, piórnik zaś ma jedną dziurę więcej.
– Pełna zgoda! – Zawołała entuzjastycznie profesor Ossowska. – Ale wyjaw nam, nad czym tak siedzisz, Pawle? Co kazałeś tym biednym uczniom wypisywać? – Zerknęła tu na kolejną pracę przeglądaną przez nauczyciela, na oko liczącą koło dziesięciu stron zapisanych literami tak drobnymi, iż w zdumienie wprawiał fakt zdolności nauczyciela do ich rozczytania bez szkła powiększającego.
– Aaa, to? – Uśmiechnął się profesor. – Nic takiego, magiczne sposoby manipulowania pogodą. Tylko że to praca Piotrka z szóstej.
Na twarzach profesorów pojawił się wyraz zrozumienia. Faktem powszechnie znanym było, że praca Piotrka na dowolny temat będzie czterokrotnie dłuższa od prac innych uczniów i dwukrotnie od dowolnej zakładanej przez nauczyciela długości możliwej.
– No nic. – Zawołał profesor Skrzynecki, podchodząc do barku. – Kto ma ochotę na kremowe piwo?

Z kanonu Rivskich opowieści: transmutacja pozorna

Taka miniaturka, bo naciskają na mnie, by coś napisać. 🙂

– […] Podstawowa różnica między prawdziwą transmutacją jednej formy życia w inną, a przemianą pozorną opiera się na budowie tkanek. Nasze poruszające się kubki nie tyle zyskiwały zdolność życia, co nabywały umiejętność poruszania się. Prawdziwe przekształcenie jednego stworzenia w inne, na przykład żuka w motyla, wymaga dogłębnego zrozumienia tego, co sprawia, że żuk jest żukiem, a motyl motylem. Tym będą się zajmować Ci z was, którzy zdecydują się na specjalizację transmutacyjną i dotrwają do ósmego roku. My jednak tym czasem zastanówmy się, w jaki sposób upozorować, że ten talerzyk nabył umiejętność latania.
Nie było prawdą, że Adriana nie interesowała treść wykładów prowadzonych przez profesor Czarnecką. Starał się słuchać, a czasem nawet coś zanotował. Każdemu, kto go o to pytał, pokazywał swój gruby zeszyt nie wspominając jednak, że jest to zeszyt zgodnie z zasadami oszczędności współdzielony również z kilkoma innymi przedmiotami. Rzecz jednak w tym, iż po prostu zdawał sobie sprawę z faktu, że i tak nie ogarnie, o czym profesor Czarnecka mówi, a do tego miał dużo ciekawsze zajęcia. Po lekcjach zaś uśmiechnie się do Piotrka, który zawsze chętnie odpowiadał na wszelkie pytania.
W tym momencie myślący człowiek zastanawiałby się, dlaczego Adrianowi chciało się tracić wieczór, skoro mógł nauczyć się tu i teraz. Właściwie były trzy przyczyny. Pierwsza to fakt, że chłopaka nie bardzo interesowało kontynuowanie transmutacji po Kotach, a na potrzeby egzaminu musiał umieć zmienić tę głupią szklankę w królika czy tam skowronka, a nie główkować nad tym, czy królik jest szklanką. Druga była znacznie bardziej prozaiczna – o wiele łatwiej było mu się skupić o czwartej po południu, niż o ósmej rano, w dodatku po niemal nieprzespanej nocy. Tak naprawdę jednak chodziło o coś zupełnie innego, bo trzecia przyczyna…
– Łup! – Szyba zawibrowała, gdy trzecia przyczyna objawiła się w całej swojej okazałości.
Przyczyna miała potężną paszczę pełną cienkich, ostrych zębów, parę błoniastych skrzydeł, którymi mogłaby przykryć bez trudu całą powierzchnię okna i ogon dłuższy od Adriana przynajmniej trzykrotnie. Jej grzbiet przecinał rząd ostrych, metalicznych łusek, z pyska zaś dobywał się potężny ryk Spiżobrzucha ukraińskiego. Wszyscy rzucili się do drzwi – wszyscy prócz pani profesor, która wycelowała w zwierzę różdżką i Nikoli, której chyba nawet smok nie mógł przeszkodzić w uzupełnieniu notatek.
– Chodź! – Zawołał Adrian, chwytając Paulinę za rękę i dbając, by znaleźć się z nią w środku uciekającego tłumu – nie na samym przedzie, ale też nie w tyle. Był to jednak środek całkowicie zbyteczny, na korytarzu bowiem wpadli w rwącą rzekę ludzi umykających w popłochu przed ostrymi pazurami i łuskami. Gdy tylko upewnił się, że nikt na niego nie patrzy, dał Pauli znak i zanurkował w splocie ludzkich ciał, usiłując niepostrzeżenie wymknąć się ku najbliższym schodom. Z początku miał nadzieję, że porwie go tam spanikowany tłum, ten jednak skotłował się w korytarzu, pewnie uznając budynek szkoły za miejsce bezpieczniejsze od otwartej przestrzeni wyspy.
* * *
– Wygląda na to, że nie miało żadnego znaczenia, czy to była transmutacja prawdziwa, czy tylko nadanie figurce potraktowanej engorgio zdolności latania. – Zachichotał Adrian, gdy po kolejnym uderzeniu wiosła na horyzoncie pojawiły się pierwsze zabudowania Gdyńskiego portu.

Porządki generalne (fanfik Potterowski)

Tak tak, ja jestem w pendolino do Warszawy…

Porządki generalne

Gdy później wspominał ten dzień, za każdym razem w jego wyobraźni kreował się obraz rozbieganych w popłochu aurorów. Dlaczego akurat aurorów? Prawdopodobnie dlatego, że Artura zawsze niezwykle drażniły ich poważne miny, obowiązkowe, regulaminowe podejście. Prócz kilku wyjątków, wątpił, by w ogóle znali pojęcie uśmiechu. W ich obecności wszystkich oblewały zimne poty nawet, gdy było się przekonanym o swej niewinności. Spojrzenie aurorów, szczególnie takich, jak Alastor Moody, sprawiało, że najmęższych przeszywały ciarki.
Niejako kontrastem do owego obrazu było obserwowanie oddziału tych na ogół poważnych i trzymających się na dystans ludzi, w panice uciekających przed dziwnym pojazdem.

Rzadko zdarzało się, by do Urzędu Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli zgłaszały się wysoko postawione instancje. Zwykle zgłoszenia napływały ze świata lub, wręcz, wyczytywane były w gazetach. Na biuro pana Weasley wszyscy patrzyli z przymrużeniem oka, podśmiewając się skrycie.
Tego dnia miało być jednak inaczej. Gościa, który siedział przed Arturem, w żadnym razie nie można było nazwać nieważnym. Niecodziennie w biurze gości się wszak samego ministra magii.

– Całkowity chaos. – Wyrzucał tym czasem z siebie Korneliusz Knot w nieopanowanym potoku słów. – Musisz coś z tym zrobić, Arturze, bo inaczej w całym ministerstwie zapanuje bałagan! Jak się dowiem, kto to zrobił, postaram się, by następne 20 lat spędził, czyszcząc po smokach.
– Nie mamy smoków. – Wtrącił nieśmiało Artur.
– A to, to, to nieważne! – Wykrzyknął Knot. – Kupimy jakieś z Afryki. Albo wyślemy tego dowcipnisia tam, nawet taniej wyjdzie.

Ale Artur już go nie słuchał. Ledwo dosłyszał, że minister już rozważa zastąpienie spontanicznej decyzji o sprowadzeniu smoków do Anglii skierowaniem nieszczęśnika do karmienia testrali dożywotnio. Nie to było zmartwieniem pana Weasley.

Cała historia zaczęła się dość niewinnie, od strajku sprzątaczek działających w ministerstwie.
Zdawałoby się, że w ministerstwie magii tak prozaiczne czynności nie powinny być potrzebne. Niestety, zaklęcia, jak wszystko inne, miały swoje ograniczenia.
Można było zmiatać podłogę miotłą albo rzucić odpowiedni urok, niezależnie od opcji jednak trzeba było po prostu na to czasu, nie licząc faktu, że znaleźć się trzeba było w odpowiednim miejscu. Artur nie mógł, siedząc w swoim gabinecie, machnięciem różdżki wyszorować podłóg w Departamencie Przestrzegania Prawa.
Oznaczało to, że niezbędne okazało się zatrudnianie sztabu ludzi, którzy dbali o to, by ministerstwo wyglądało jak urząd, a nie chlew. Choć, po prawdzie, pracował tu Lucjusz Malfoy, więc wysiłki były chyba jednak bezcelowe.

– Dobrze chociaż, że one nie wiedziały o tym projekcie ze smokami. Wtedy dopiero by podwyżek zażądały. – Wymamrotał do siebie Artur.
– Co mówisz, Arturze? – Spytał, przerywając potok słów, minister.
– Nic takiego, panie ministrze. – Odparł szybko pan Weasley.

Kiedy okazało się, że rąk do sprzątania nie ma, minister zlecił spojrzenie na wynalazki mugoli. Zakupiono szereg urządzeń zwanych, jak oni to nazywali? Dekurzaczami? Wykurzaczami? No, w każdym razie jakoś tak. Specjalne biuro nawet zapewniło dla nich sieć elektryczną w ministerstwie.
Teraz jednak wyglądało na to, że jakiś dowcipniś pozwolił sobie na małą modyfikację ich działania.
Głośny syk przerwał te refleksje. Oto jeden z okazów właśnie wjechał do biura, pędząc na spotkanie ministra Knota.
Końcówka uniosła się, przejeżdżając po nieskazitelnej szacie czarodzieja i niemal wytrącając mu melonik.
Knot zaklął. No nie, tego było zbyt wiele, takich rewelacji Artur się nie spodziewał.
Prędzej uwierzyłby, że minister rzeczywiście sprowadzi małą trzodkę smocząt, niż spodziewałby się zobaczyć jego ministralność wypowiadającego tak sprośne słowa.
Gdy tylko urządzenie się oddaliło, natychmiast wymówił się pierwszym, co przyszło mu do głowy.
– Panie ministrze, muszę iść za tym! – Wykrzyknął Artur, biegnąc już za maszyną.
Gdy tylko drzwi zatrzasnęły się za nim, wybuchnął donośnym śmiechem. Nie wiedział, że tym samym wyświadczył niemałą przysługę kilku innym wydziałom, ponieważ wszystkie boginy w całym ministerstwie natychmiast zniknęły.

Choć jednak bawiący, problem pozostawał problemem, a w obowiązku Artura było jego rozwiązanie. Wycelował w przejeżdżającego przed nim robota różdżką. Próbował jednak wszystkiego, bez skutku, urządzenie zniknęło w drzwiach windy.
Artur zaczął obawiać się, że będzie to cięższy orzech do zgryzienia. Pozostawała nadzieja, że żartowniś się ujawni, bo w przeciwnym wypadku będzie trzeba natychmiast pozbyć się tego tałatajstwa.
Odkąd wykurzacze zamieszkały w ministerstwie, bez przerwy kręciły się po korytarzach, wciągając wszystko, co leżało na podłodze. A Artur nie miał pojęcia, jak cofnąć to zaklęcie. Szczególnie, że wszystko, czego próbował twierdziło uporczywie, że zaklęcia żadnego… nie ma.

* * *

Percy Weasley podniósł wzrok znad stosiku papierów, gdy usłyszał dziwny, szeleszczący dźwięk. Nim zdążył się odwrócić, zobaczył niewielki kształt przejeżdżający obok.
Urządzenie, poruszające się na czterech kółkach, z czymś w kształcie przypominającym długą rurę przejechało obok.
Percy był pewien, iż nie spełnia to dziwo standardów budowy modeli w ministerstwie. Już miał zastanowić się, do jakiego urzędu zaskarżyć to niedbalstwo, gdy ku jego przerażeniu maszyna zawisła nad papierami. Rozległ się cichy syk, a kilkutygodniowa praca Percyego zniknęła we wnętrzu pojazdu. Zbyt późno krzyknął, przerażony.

* * *

Ludo Bagman uniósł wzrok znad przeglądanych dokumentów. Musiał zaplanować nadchodzący finał mistrzostw świata w Quidditchu, tym czasem zdawało się, że wszystko sprzysięgło się przeciw niemu.
W dodatku Bułgarski minister magii nie znał języka angielskiego, a przecież to Bułgaria z Irlandią miały rozegrać ten mecz. W praktyce oznaczało to tyle, że Bagman musiał co chwila prosić o pomoc tłumaczy.
Zostało już tylko kilka dni, a on nawet jeszcze się nie dowiedział, jak zorganizować transport.
Rozważał już wyłudzenie od Dumbledorea jego pociągu na kilka dni. Przecież to wakacje, uczniom i tak się nie przyda.
Cichy syk sprawił, że wyrwał się z zadumy. Do pokoju wjechało dziwne, przypominające mały model samochodu używanego przez mugoli urządzenie.
Ludo śledził jego tor, zaciekawiony, gdy nagle, ku jego przerażeniu, rura wystająca z przodu tego czegoś uniosła się, rwąc na strzępy sporządzony przez Bagmana słownik najważniejszych wyrażeń po Bułgarsku.
Tego było zbyt wiele. Miał dość.
Postanowił. Wyłudzi stare buty i gazety od każdego w ministerstwie, a potem załatwi tysiąc świstoklików. Miał już w nosie, ilu mugoli przypadkiem stanie się świadkami mistrzostw.
Jak dla niego, to mogliby tam się pojawić nawet śmierciożercy.
On zrobi cokolwiek, byle się wyrwać z tego wariatkowa.
Miał już nawet pomysł. A co, gdyby zorganizować jakiś konkurs międzyszkolny?

* * *

Niewiele było rzeczy, które mogły zirytować pana Croucha. Był systematyczny, cierpliwy i zdesperowany.
Jego kariera w ministerstwie rozsypała się jak domek z kart po zdradzie jego syna, nie pozbawiło to jednak ojca energii do pracy, nic takiego.
Z ponurą zawziętością wypełniał właśnie kolejne dokumenty skazujące pomniejszych złodziejaszków, gdy usłyszał dziwny, podejrzany dźwięk.

* * *

Rzadko spotkania Wizengamotu należały do przyjemnych. Na szczęście to, które Dumbledore właśnie obserwował, było wyjątkiem.
Żadnych ciężkich procesów, trudnych słów. Tym razem chodziło jedynie o uzupełnienie dokumentacji.
Dumbledorea z pracy nad leżącym przed nim pergaminem wyrwały nagłe okrzyki.
Podążył wzrokiem za palcem wyciągniętym przez zaskoczoną kobietę i dostrzegł to. Do sali wjechał automatyczny odkurzacz, starannie szorując podłogę.
Nie zwracając uwagi na urządzenie, dyrektor powrócił do pracy. Był to już piąty raz, gdy maszyna wjeżdżała do sali.
Przez chwilę zastanowił się, dlaczego minister wciąż nie wcisnął wyłącznika. Potem jednak jego myśli powróciły do dokumentów.

Jak to się stało? – Fanfik Potterowski

Pierwszy fanfik mojego autorstwa.
Twór powstały w pociągu Pendolino EIP5400.
Mówiłem, że podróże pociągami mi szkodzą?

Cisza… Niezmącona żadnym głosem, przyjemna cisza… I znowu… To samo… Krzyki w dole, jakby przynajmniej wybuchł pożar.
Albus Dumbledore, dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie przez moment rozważał taką ewentualność w swym nie do końca wyspanym umyśle. Gdyby rzeczywiście wybuchł pożar, musiałby teraz zejść schodkami, użyć zaklęcia, którym ogłosiłby ewakuację szkoły. Następne dwie minuty poświęciłby na przekonanie nauczycieli, że to żaden głupi żart uczniów ani próba uniknięcia egzaminów. Dalsze trzy to przekonanie Irytka, że, fakt, ogień jest fajny, ale teraz należałoby jednak się zmywać. Przy odrobinie szczęścia i sprawnego zarządzania, w ciągu następnych pięciu minut wszyscy byliby na błoniach. Z drugiej jednak strony, nie ogłaszało się ewakuacji pożarowych w Hogwarcie. I wcale nie chodziło o to, by nauczycielom aż tak zależało na pozbyciu się kilku uczniów, choć, po chwili namysłu dyrektor przyznać musiał, że po części chodziło i o to. Oficjalne wyjaśnienie było jednak znacznie prostsze, mianowicie w Hogwarcie nie wybuchały pożary, zaklęcia rzucone na zamek uniemożliwiały rozprzestrzenianie się ognia, zwykle.
Skoro więc wykluczono ewentualność zagrożenia ogniowego, co się, do cholery, działo?
W całym zamku wielu ludzi trawiły podobne refleksje. Zastanawiała się nad przyczyną krzyków profesor Sprout, zastanawiał się Flitwick, zastanawiały się duchy i uczniowie, ba, zastanawiał się sam Irytek, choć, w przeciwieństwie do reszty pracowników placówki nie tyle zmartwiony, co rozczarowany faktem, że taki harmider został wywołany przez kogo innego, niż on sam.
Tak naprawdę jedynymi ludźmi, których nie obchodziła natura hałasów byli Severus Snape – który, śpiąc sobie smacznie, tylko wymamrotał przez sen: "nie ma to jak cruciatus o poranku" – oraz Minerva McGonagall. Ta druga najpewniej dlatego, że to z jej warg wydostawał się ów przeraźliwy dźwięk.

– Czy potraficie mi to wyjaśnić? – Powtórzyła setny raz nauczycielka transmutacji. Panowie Weasley setny raz pokręcili głowami, co setny raz doprowadziło profesorkę do wypowiedzenia kilku słów, za które natychmiast odjęłaby przynajmniej po kilka punktów, gdyby usłyszała je w ustach któregokolwiek z uczniów.
Sala transmutacji wyglądała, jakby przeszło przez nią tornado, przynajmniej, gdyż jednak wichura to zbyt mało, by doprowadzić do takich zniszczeń. Biurka były przypalone i podzielone na kilka części, w oknie wyleciała szyba, donice z kwiatami leżały rozbite na ziemi. Piękne, zdobione żyrandole kupione dawno temu przez Dumbledorea podczas jego wizyty w Egipcie leżały roztrzaskane na podłodze. Tapety zdobiące niegdyś ściany leżały na posadzce, rozdarte, a na ich powierzchni z trudem można było dopatrzyć się zarysów dawnych wzorów. W zasięgu wzroku nie było niczego, co wyglądało, jakby wyszło z mikroskopijnej apokalipsy cało. Niczego prócz braci Weasley stojących w środku sali z nieco zakłopotanymi minami, jakby przyłapano ich na spisywaniu prac domowych albo czymś równie nie groźnym. Z pewnością mimika ich twarzy nie była adekwatna sytuacji, jaką profesor zastała w swym gabinecie, gdy zbudził ją głośny trzask.

– Pani profesor, ja to wyjaśnię. – Powiedział cicho George.
– Mam nadzieję, że to pan zrobi, panie Weasley. – Odparła stalowo nauczycielka.
Weasley odpiął od pasa dziwny, nieco zaokrąglony przedmiot i wręczył go skamieniałej pani profesor.
Ta spojrzała na obiekt krytycznie, zastanawiając się czy to nie jest jakiś ponury żart.
– Pani profesor, – Powiedział nieśmiało Fred. – myśmy tylko chcieli sprawdzić, do czego to służy. Okazało się być dość… destrukcyjne.

Minister Knot nie miał dziś dobrego dnia. Więcej, był to jeden z tych nader licznych dni, gdy żałował piastowanego urzędu.
Na początek Urząd kontroli świstoklików poinformował go, że omylnie rzucone zaklęcie zamieniło w świstoklik teczkę z dokumentami i wysłało ją na powierzchnię Marsa.
W związku z brakującą dokumentacją, ktoś nie zabezpieczył jednego z obiektów, a więc zaraz miał na głowie Knot Departament Niewłaściwego Użycia Czarów informujący, że grupka mugoli znalazła starą gazetę, która okazała się, jakże by inaczej, świstoklikiem i zabrała ich w podróż życia na Alaskę.
Zaraz potem zgłosił się do niego Inspektorat informując, że w zagubionej teczce znajdowały się dokumenty, które ustawowo złożyć należy na Zebraniu Międzynarodowej Rady Czarodziejów, a zdaniem badaczy z Ministerstwa loty na Marsa okażą się możliwe najwcześniej za kilka dekad.
Korzystając z zamentu, firma Nimbus natychmiast ogłosiła, że opracuje miotłę, dzięki której będzie można sięgnąć gwiazd, ale w tym celu potrzebuje kilku dodatkowych licencji, o które wystąpiła priorytetowo do Departamentu Transportu.
Departament Magicznych Gier i Sportów natychmiast złożył na biurko ministra zaskarżenie, że takie miotły dawałyby graczom niesprawiedliwą przewagę.
Uznawszy, że czas na środki awaryjne, posłał Knot do Departamentu Tajemnic po zmieniacz czasu. I wtedy właśnie się okazało, że gdzieś zniknęła jedna sztuka.

Profesor Moody przyjrzał się uważnie przedmiotowi, jaki McGonagall położyła na jego biurku.
Postukał w niego kilka razy różdżką, mamrocząc różne formuły, jednak bez skutku.
Czegokolwiek by nie próbował, przedmiot usilnie przekonywał go, że nie ma żadnych właściwości magicznych, co oczywiście przeczyło obserwacjom.
W końcu podniósł wzrok na nauczycielkę transmutacji, choć magiczne oko wciąż patrzyło na Bliźniaków.
– Obawiam się, – Powiedział zmęczonym głosem – że moja wiedza tu nic nie da. Chyba należy skontaktować się z ministerstwem. Słyszałem, że Knot ostatnio narzeka na brak zajęć.
Przez twarze bliźniaków przemknął wyraz lekkiego zaniepokojenia. Już po chwili znikł, ale nie umknął Moody’emu.
– A tak właściwie… – zapytał nauczyciel – to skąd żeście to wytrzasnęli?
– Dziesięć tysięcy lat to chyba jednak nieco za dużo. – Wyszeptał zakłopotany George.

Oczy trzymanego przez lorda mężczyzny niemal wyszły z orbit, ale nie dbał o to. Czuł złość, złość rozsadzającą go od wewnątrz, palącą niemal ogniem.
– Powtórz to. – Warknął swym metalicznym głosem.
– Nie wiem. – Wydukał tamten.
– Lord Vader poczuł nieodpartą pokusę, by przebić natychmiast nieszczęśnika mieczem świetlnym. Zrobiłby to najpewniej, gdyby nie pewna drobna niedogodność.
– Zapytam ostatni raz. W jaki sposób dopuściłeś, by go skradziono? – wysyczał.

Melodia

Melodia była cicha, jak zawsze. Cicha, delikatna, smutna rozbrzmiała, gdy smyczek raz jeszcze dotknął instrumentu. Była słaba, ale nie stanowiło to przeszkody, są bowiem obrazy, dla których odległość nie istnieje. Niosły muzykę w dal krople padającego deszczu, niosły ją w dal gałęzie drzew szumiących pośród lasu, niosły ją w dal fale biegnące po morzu, niosły ją w dal wreszcie myśli i wspomnienia. Niesiona przez lekkie podmuchy wiatru opadała melodia wraz z deszczem tam, gdzie miała, choć było to tak daleko.
Który to raz? Dziesiąty? Setny? Nikt tego nie wie. Nie wie tego nawet dłoń dotykająca skrzypiec. Nie wie tego wiatr, choć pamięta pierwszy i każdy następny koncert tak dokładnie, jakby było to wczoraj. A może było to wczoraj? Dla pewnych obrazów przeszkodą nie jest i czas.
Raz po raz buki trwające na warcie melodii, której nikt nie słucha, opowiadają historię ludziom, biegnącym w pogoni za dniem. Czasem zdaje się, że już ktoś zrozumiał, ktoś przystanął, wsłuchując się w głos lasu. Potem jednak rusza dalej, nie mogąc lub nie chcąc usłyszeć słów pośród liści. Czasem ptaki, które siedzą na gałęziach buków próbują zaśpiewać o skrzypcach brzmiących wśród nocy, ale i ich nikt nie słucha. Nie słucha ni morza szumiącego, ni wilków wyjących. A przecież każde z nich próbuje opowiedzieć tę samą opowieść.
Nikt już nie pamięta, kiedy niewyraźna postać dziewczyny pojawiła się w lesie pierwszy raz. Stanęła na klifie i spojrzała na morze, to zaś na zawsze zapamiętało obraz jej twarzy, przepięknej, ale i wyrażającej smutek, jakiego świat jeszcze nie znał. Łzy, które wtedy spłynęły wśród fal, pozostały solą w morzu na zawsze. Potem, odwróciła się od morskiej piany, by nigdy więcej na nią nie spojrzeć, usiadła na przewróconym pniaku i trwała tak, nim nie zaszło Słońce, a na niebie nie pojawiły się pierwsze konstelacje. Gdy zaś zalśniły gwiazdy, wyjęła skrzypce i dotknęła instrumentu smyczkiem.
A potem grała o żalu i nadziei, o chłodach zimy i deszczach jesieni, gorącu lata, aż wreszcie o zieleni wiosny. Grała długo i niestrudzenie, choć noc była zimna, a deszcz zlepił jej włosy i zalał sukienkę. Grała póki Słońce znów nie zajaśniało za widnokręgiem. Nikt jednak nie przyszedł prócz ptaków, które, zbudzone, wsłuchały się w melodię; prócz zwierząt, które położyły się pod drzewami na polanie, oczarowane muzyką.
I odtąd każdego wieczoru przychodziła, siadała na pniu i grała. Czasem w dali ludzie słyszeli piękną melodię, zdawało im się jednak, że to tylko wiatr gra pośród gałęzi albo że to tylko obrazy podsuwane przez zmęczony umysł.
Nic się nie zmieniło. Twarz młodej dziewczyny pokryła się zmarszczkami, łzy już dawno wyschły na jej policzkach. Wszystko jednak jest wciąż takie samo.