Taka refleksyja

Chwilę temu wyciągałem naczynia ze zmywarki. W kuchni jest pełno misek, kubeczków i innych rzeczy do zmycia, którym to zmywaniem właśnie się zajmuję, jako przerywnik tylko pisząc ten szybki wpis.
Wczoraj jedliśmy upieczone przeze mnie klopsy zwane kotletami mielonymi, a dziś… dziś w piekarniku właśnie teraz piecze się sernik – mój brat robi jutro osiemnastkę i, jeśli to ciasto wyjdzie, zabiorę je do Bolszewa. Choć coś czuje, że nie wyjdzie. 😀
W każdym razie… Gdyby mi ktoś przed dwoma laty ukazał tę scenerię mówiąc, że będzie tak u mnie w domu za dwa lata, pewnie bym go wyśmiał. I myślę sobie, że w ciągu tych dwóch lat, nawet mniej, zmieniło się w moim życiu tak wiele, iż nawet nie ma sposobu, by to spisać.

Nostalgia

Przyznam, że długo miałem problem z opublikowaniem tego wpisu – dobre pół godziny biłem się z myślami i już prawie go skasowałem, po prostu ze strachu, bo nie czuję sie tak jak kiedyś, pisząc na Eltenie. Czuję, że daję tylko broń do ręki tym, którzy chcą mnie zranić, ale… Co tam.

Gdy wracam do domu, tego w Bolszewie, mam wrażenie, że wszystko, na każdym kroku mówi mi: "Już tu nie mieszkasz". Nie, nie chodzi o rodzinę, oni to dostrzegają, ale nie pokazują, starają się nie pokazywać. Ale przedmioty… Gdyby mogły mówić, pewnie by mówiły, że to już nie do końca moje miejsce.
Dziś odczułem to bardzo silnie, szukając kropli do oczu w jednej z szuflad. Gdy przyjeżdżam do domu, widzę, że ktoś, pewnie mama, dba o mój pokój. Nie ma tu kurzu, nie ma zapachu stęchlizny… A jednak wszystko leży tak, jak pozostawiłem to, wyjeżdżając 29 grudnia. No może wszystko wyłączywszy sukienkę, którą Julita miała ubraną na osiemnastce Szymona dzień przed wyjazdem, a którą zostawiła z prośbą, by rodzice przywieźli w wolnej chwili do Warszawy.
Kiedyś narzekałem, że w pokoju mam za mało skrytek na różne rzeczy. Nie szło mi o to, by się nie mieściły, ale by je posegregować. Chciałbym móc w jednym miejscu trzymać płyty, w innym dyski, w jeszcze innym podzespoły komputerowe. Długo marzyłem o półeczce nad biurkiem, na której mógłbym ustawić pewne rzeczy, zwalniając miejsce na szafkach… Nigdy się jej nie doczekałem.
Miałem, mam jeszcze w pokoju taki mebel składający się z sześciu szuflad – jedna nad drugą. Kiedyś martwiło mnie, że tak mało tam miejsca. Teraz postanowiłem go odstąpić. Wszystko, co tu mam, zmieściłem bez nich, bo wiele z tego, co w pokoju trzymałem, dziś jest w Warszawie.
Tak, wiem… Każdy przez coś takiego prędzej czy później przechodzi, odkrywa, że jego dom nie jest już do końca jego domem. I nie jest to wielki ból czy smutek rozdzierający serce, ale jednak nostalgia pozostaje. Bo wraz z tym wszystkim ucieka dzieciństwo, wiele wspomnień: tak szczęśliwych jak smutnych chwil… I ja nie chcę by to uciekło, jeszcze nie.
Miałem nadzieję, że nastąpi to, gdy założę rodzinę. Tym czasem, gdy wracam ze studiów do domu – a przecież już nie dzieje się to nawet co tydzień – czuję, że to miejsce oddala się ode mnie. I tylko pragnę przygarnąć jak najwięcej pamiątek, nim i one znikną.

Komputerowe wspominki

Składam ja na zlecenie komputer kolejny do firmy taty… Zamawiałem więc dziś części, a jedną z nich był napęd optyczny. Z niejakim uśmiechem odkryłem, że choć dynamika rynku nagrywarek spadła, wciąż wybór jest dość duży. Za to nikt już niestety nie pamięta o tak niegdyś popularnym i dla niewidomków użytecznym standardzie Lightscribe.

Miałem ja kiedyś zwyczaj nagrywania płyt niezliczonych ilości – głównie dlatego, że po nagraniu jednej kopii, natychmiast taki nośnik gubiłem, w efekcie czego w trakcie wielkiej segregacji po maturze odkryłem siedem krążków z Hirenem, pięć z Windowsem 7, 8 z Windowsem PE… I tak dalej.
Nagrywanie płyt miało jednak i bardziej sensowny wydźwięk. I to wydźwięk dosłowny, bo wszak tak się przegrywało książki na podróż. To była podstawówka, kiedy byłem szczęśliwym użytkownikiem tworu zwanego Discmanem. Przyznam, że jestem bardzo ciekaw, ilu młodszych czytelników tego bloga pamięta, czym był discman. I paradoks poprzedniego zdania polega na tym, że ja sam za starego uważany być w żadnym razie nie mogę.
Faktem w każdym razie jest, że płyt u mnie w domu zawsze przewalało się sporo, a i teraz mam ich w szufladzie przynajmniej ze dwie setki. Znaleźć tam można kolejne kopie książek, systemów operacyjnych, ale i perełki takie, jak oryginalny dysk z programem Nero 6, Officem 2003 czy starą dobrą Ivoną 16kHz.

Pamiętam, że na początku programem, który najbardziej ceniłem przy nagrywaniu był DeepBurner. Nie lubiłem Nero, który potrafił się wieszać, systemowy kreatorek zaś daleki był od doskonałości. Zmieniło się to dopiero w Windowsie 7, który udostępnił całkiem fajne i, jak na wbudowane, rozbudowane narzędzia, ale przede wszystkim moduł do wypalania plików ISO.
Mimo to już wtedy mówiłem i podtrzymuję zdanie, że nagrywanie płyt CD w Windows Media Playerze tak usilnie proponowane przez poczciwego XP było jedną z największych prób charakteru, cierpliwości i wytrwałości, jakim mnie poddano. 🙂

Na koniec mam ochotę dopiero poruszyć wspomnienia i rzucić hasło klucz "dyskietka".
A wiecie, że w domu mam jeszcze oryginalne dyskietki z Windowsem 95 i mniej oryginalną z NVDA w wersji trunk 0.5?

Pisarska historia

Słonko już dawno skryło się za horyzontem, wszystkie grzeczne dzieci położyły się spać… No cóż… Nigdy nie udawałem, że jestem grzecznym dzieckiem.
Z resztą nie jestem w tej kwestii osamotniony, za oknem bowiem właśnie ktoś wysiadł z samochodu i, zanosząc się kaszlem, szuka kluczy.

Zainspirowany wpisem na "Grajdołku Elanor", postanowiłem opowiedzieć wam o mojej drodze pisarskiej. Kto wie, może komuś przypadkiem z czymś pomogę.

Tajemnica Srebrnej Katastrofy

Ja zawsze połykałem książki. Oczywiście, nie będę tu wyjątkiem wśród Eltenowiczów, fantastykę przede wszystkim, ale także i wiele innych gatunków. Jak to bywa wśród młodego czytelnika, wydawało mi się, że także potrafię coś napisać. I, także jak to u młodego czytelnika bywa, wymyśliłem sobie napisanie powieści.
Przyznać wam muszę, że moje umiejętności pisarskie na poziomie klasy czwartej pozostawiały bardzo wiele do życzenia. Na szczęście miałem na tyle rozsądku, by nigdzie tej swojej twórczości nie publikować.
Zaczęła więc powstawać książka o wielce orginalnym tytule "Tajemnica Srebrnego Kryształu".
Dość szybko projekt porzuciłem i nikomu go, szczęśliwie dla mnie, nie pokazałem wtedy. Przyznać jednak mi wypada, że chyba nigdy później nie napisałem tak wielu stron poświęconych jednej historii.
Wiele lat później, gdy odkryłem ów dokument na swym komputerze, przeczytałem i oczom nie wierzyłem.
"Czy naprawdę da się aż tak popsuć każdy opis, naiwnie zbudować fabułę, niepoprawnie napisać zdania?" – Zastanawiałem się, ze zgrozą wertując kolejne strony, a stron tych było 19.
Niektórzy znajomi z owych czasów mieli wątpliwy zaszczyt czytać te wypociny, przekazane już im jedynie w celach komediowych – do dziś mi wypominają co inteligentniejsze inaczej ustępy.
Do jednego tylko książka się przydała. Oczywiście, niezwykle inteligentne było, by ukryć tytułowy srebrny kryształ w labiryncie przed Cieniami, a potem go szukać, bo się oczywiście zapomniało, jak ten labirynt jest zbudowany, co? No dobra, fabuła na książkę idiotyczna, ale do prostej gry nadała się całkiem nieźle.
I tak powstał "Srebrny Labirynt".

Promień Nadziei

Nie wiem, jak dalej potoczyłyby się losy niedoszłego pisarza Dawida, być może nigdy już nie wyszłoby spod mego pióra żadne opowiadanie, gdyby nie Kuba Nowicki (Ambulocet). Kuba mianowicie, podobnie jak ja, zaczął pisanie w podstawówce książki.
Podobnie jak w "Tajemnicy Srebrnego Kryształu", także i w "W Poszukiwaniu Jednorożców" poziom złożoności fabularno-narracyjnej powalał na kolana (z bezsilnej rozpaczy i niemego zapytania do Księżyca, "jak można coś aż tak zepsuć"). Różnica jednak była taka, iż powieść Kuby nie zamknęła się na kilkunastu stronach, a raczej przerodziła się w coś dłuższego, co dorastało razem z twórcą.
Dość ochoczo zabrałem się do współpracy nad omawianiem fabuły powstających rozdziałów i korekty rozdziałów poprzednich. Przy okazji, jak mam nadzieję, całkiem nieźle zamieszałem w głowach czytelnikom, wymyślając kilka scen, które zostały wprowadzone, a za które pewnie niektórzy zechcą skręcić mi kark.
Z biegiem lat Kuba przepisał te pierwsze, nieszczęsne rozdziały tak, iż teraz powieść już prawie nabrała kształtu. Już prawie, bo w ostatniej jej korekcie, jaką otrzymałem kilka tygodni temu, już mam całą listę błędów, które radośnie prześlę na dniach.
Jednak, musiałem i muszę przyznać, że "Promień Nadziei" (tytuł po pewnych zmianach globalnych), choć nie jest arcydziełem, spokojnie może być uznany za dobrą książkę przygodową, dotykającą ciekawych zagadnień i trudnych tematów.

Ognie Reviny

Niejako zachęcony sukcesem przy doradzaniu Kubie, jak tu jeszcze bardziej zagmatwać zagmatwane wątki (wspomnijcie mnie przy Graczymirze i Tereliusie), postanowiłem raz jeszcze spróbować szczęścia. Były to te lata, w których miałem jeszcze sporo czasu.
Wtedy zaczął się rozwijać zawieszony niestety projekt, jakim była gra komputerowa "Ognie Reviny, Forteca Cieni".
Choć jej fabuła nie grzeszyła błyskotliwością ani wielkimi odkryciami, nawet dziś muszę przyznać, że jestem dumny z kilku pomysłów, jakie wtedy zakiełkowały. Mam więc i szczerą nadzieję, że do projektu powrócę.
Równolegle zacząłem jeszcze na starym Klangoblogu kolejne pisarskie próby, jakich przedmiotem była powieść, która stać się miała prequelem dla gry.

Przyznam, że gra wyszła mi lepiej od tej powiastki – zarówno na poziomie złożoności wydarzeń, jak i języka. Długo także projekt nie przetrwał, gdyż zaraz doszło do awarii blogów.
Do dziś co prawda czasem mnie kusi, by odgrzebać notatki, dokonać korekty i zacząć od nowa…
Jest tylko jeden problem. Nie marzyłem nigdy o karierze pisarza, głowieniu się nad wydawaniem książki, a przede wszystkim związywaniu się z tego typu projektem.
Jednak ten mały twór niejako zachęcił mnie do dalszych prób – prób, jakich efektem są (gorsze czy lepsze) opowiadania na tym blogu.

Co lubię, czego nie?

To trudne pytanie.
Lubię opisywać, szczególnie miejsca. W tym aspekcie zawsze miałem dość duże pokłady wyobraźni, tak więc – gdy tylko potrzebna była sceneria, tło dla wydarzeń – bez trudu je tworzyłem i dostrzegałem: od pojedynczych drzew po góry.
Za tym idzie także i tworzenie całych historii kształtujących dany obszar czy kraj.
Lubię także, choć trochę mniej, opisywanie przeżyć bohaterów, ich myśli czy refleksji.
Czego zaś nie lubię, a czego nie umiem?
Są przede wszystkim dwie takie rzeczy.
Nie lubię, nienawidzę pisać dialogów. Teraz już mniej, ale kiedyś potrafiłem rezygnować z pomysłu wyłącznie ze względu na ilość sekcji dialogowych, jakie się pojawiały.
Nie lubiłem także opisów przemieszczania się, podróży, przemijających dni. Łatwiej mi pisać opowieść jako zbiór obrazków, klatek z filmu, niż ciągłą linię przechodzącą z jednego wydarzenia do drugiego.
Może też ze względu na powyższe dwie trudności chętniej sięgam po krótsze teksty, gdzie nie gra to aż tak dużej roli?

Dobra, a teraz autoreklama

Pewnie wiele osób czytających tego bloga zna większość moich tekstów epickich. Pozwolę sobie jednak tutaj podsumować je w kolejności pisania zarówno po to, by zachęcić do lektury, jak przybliżyć okoliczności ich powstania, może komuś to pomoże w jakimś prywatnym projekcie pisarskim?

Wygnani

To jest pierwsze opowiadanie, jakie w życiu napisałem tak dla siebie, nie jako pracę domową z polskiego na zadany temat. I choć widzę pewne niedoskonałości, a czasem mierzi mnie, by coś skreślić, coś dopisać… Zostawię je takim, jakie jest.
"Wygnani" opowiadają historię załogi misji kosmicznej, której statek rozbija si na powierzchni Księżyca. Choć NASA jest w stanie wysłać ratunek, nie jest gotowa tego uczynić z powodu ogromnych kosztów, jakie pochłonęłoby takie przedsięwzięcie.
Do napisania tekstu skłoniły mnie właśnie refleksje nad tym, czy w przedstawionej sytuacji bylibyśmy gotowi – jako ludzie – pomóc. Historia ta jest niejako efektem odpowiedzi, jakich sam sobie udzieliłem, a także… nadziei.

Zapomniany Horyzont

To dość dziwne opowiadanie, przyznaję bez bicia. Nie wiem dziś, czy opublikowałbym je powtórnie. Być może zniknęłoby w koszu, gdybym miał się czas nad tym zastanowić. Ale czasu nie miałem, bo powstało pod wpływem emocji.
"Zapomniany Horyzont" tak po prawdzie nie ma fabuły, niemal całe (z wyjątkiem kilku pierwszych i ostatnich słów) jest retrospekcją o wojnie, zniszczeniu i ucieczce garstki ocalałych.
A źródło? Do powstania tej historii skłoniły mnie emocje dotyczące Dnia Niepodległości.

Zgaszona nadzieja

To mój ulubiony z moich tekstów. Kolejne opowiadanie, w którym niewiele jest akcji, a wiele przemyśleń. Ale chyba w takim stylu odnajduję się najlepiej.
Nie mogę powiedzieć, o czym jest to opowiadanie, nie streszczając jego fabuły. Dość powiedzieć, że jest jedną, wielką alegorią, a inspiracją był pewien sen.
Choć ostateczny kształt opowiadania z tym snem bardzo niewiele ma wspólnego.

Uwięzieni w Bibliotece

Tak, jak powyższe było moim ulubionym opowiadaniem, "Uwięzionych" po prostu nie lubię. To chyba moja największa porażka – coś, co samo nie wie, czym chce być. Praca powstała pod wpływem zachęty napisania opowiadania konkursowego, choć nigdy go na konkurs nie wysłałem.
Nigdy nie umiałem pisać historii pod dyktando, co niestety widać w tym wypadku. Ale, skoro wrzuciłem…

Błękitny ogień

Lubię to opowiadanko, choć nie jest jakoś strasznie odkrywcze. Jest to mała zabawa motywami.
W obliczu zniszczenia całej planety przez wrogie wojska, jednemu z oficerów przekazana jest misja przewiezienia dwójki niemowląt na jakiś zakamarek galaktyki, w którym nikt ich nie znajdzie – tak, by ludzkość mogła przetrwać z dala od wojny i przemocy.
Inspiracja? Zastanawiałem się, jak wiele razy nasi przodkowie łudzili się, że już nigdy więcej nie będziemy popełniać zła, że nie powtórzymy dawnych błędów…

Melodia

Ostatnie, jak dotąd, z mych opowiadań, choć nie wiem, czy w pełni jest opowiadaniem.
Bardziej obrazem, jaki zainspirowało spotkanie skrzypaczki na deszczu w okolicach stacji metra Politechnika – skrzypaczki, której, jak mi się wydawało, prawie nikt nie dostrzegał.

Coś jak podsumowanie

Nie mam żadnego morału, podsumowania. Po prostu, wyjaśniłem swoją pisarską historię.
Może tym kogoś zainspirowałem, kogoś zachęciłem? Chyba tyle. 🙂

To co wy, człowieki, o mnie wiecie?

Nie planowałem tego wpisu, ale jak zwyczaj, to zwyczaj.
Dla tych, co nie wiedzą. Jakiś czas temu Maja zaproponowała pewną zabawę. powstała ankieta, w której każdy mógł napisać coś o użytkownikach, którzy do zabawy się zgłosili. Ankieta wciąż istnieje, zowie się "Co wiesz o Sobie?", a więc kto nie głosował, zapraszam.
Yyyyy, ja w końcu też nie głosowałem, chyba trzeba nadrobić.

No więc co wy wiecie o tym pajperze? Lecim.

Pajper
1. : Człowiek o wielu pasjach, kończący to do czego się zabiera, czasami zbyt lekko podchodzi do narzekań użytkowników. Powodzenia w rozwoju Eltena!

Za życzenia dziękuję. Co do narzekań, wychodzi na to, iż albo podchodzę zbyt lekko, albo od razu radykalia się zaczynają… No może i tak.

2. : Autor eleganckiego programu. Mądry człowiek interesujący się wieloma rzeczami. Kilka razy rozmawialiśmy głosowo, wielokrotnie pisaliśmy.

Mój strzał? Daszekmdn. 😀
I dziękuję. 🙂

3. : Twórca Eltena, Profesor Idiota, uwielbiający zabawę rakietami i innymi takimi. D

Twórcą Eltena chyba już dla wszystkich będę.
Profesor Idiota? Yeah! Ktoś pamięta jeszcze tę ksywkę. Czuję się zaszczycony.
Jak już będę w jakiej firmie pracować, wywieszę sobie taki emblemant na drzwiach chyba. 😀
Rakietami, owszem. Innymi takimi? Yyyyyy. Boję się spytać, ale… What do you mean?

4. : Programista, fan Tolkiena, od czasu do czasu grywa, wesoły i krytyczny wobec własnego dzieła.

Domyślam się, że chodzi o grę na keyboardzie?
O tak, fan Tolkiena zdecydowanie.

5. : Cierpliwy, czasami może aż za bardzo zbyt samokrytyczny chciałby, żeby świat był piękniejszy, a przede wszystkim ludzie dla siebie milsi

I to dopiero charakterystyka, dziękuję. I chyba trafiła w sedno.

6. : Ścisła wiedza ogromna. Idealizm niestety też.

Czy idealizm jest czymś złym? Możnaby szerokie o tym polemiki prowadzić.
Ale, tak, tego idealizmu u mnie bardzo dużo.
Co do tej wiedzy, miło mi to słyszeć. To ile to te dwa plus dwa? 😀

7. : grzeczny, poukładany, spokojny, wrażliwy

Ekhm, chyba się przesłyszałem. Wrażliwy? Spokojny? Ok.
Ale grzeczny? Z jakiej wierzby ta gruszka?
To znaczy, ok, pozory mylą.

8. : Młody idealista, którego gubią nadmierne ambicje. Często robi wiele rzeczy na raz co wychodzi finalnie na minus.

Troszkę mnie ten wpisik zdziwił, ale może i dobrze? Zastanawiałem się troszkę nad nim, ale chyba nie do końca umiem się zgodzić.
Może kiedyś tam ambicje mnie zgubią, ale póki co…. działa.
Tak prawdę mówiąc, do tej pory marzenia moje się spełniały, co mnie bardzo cieszy.
Wiele rzeczy na raz, tu zgoda. Bo i Infinity, i Elten, i studia, i… eeee. no tak.

9. : Bardzo kreatywny człowiek. Założyciel eltena. Miłośnik rakiet. Często strach przeszkadza mu w normalnym myśleniu, czego dowodzą ostatnio podjęte decyzje.

Czy ja jestem miłośnikiem rakiet? No nie do końca.
Konstruktorem, może. Lubię to robić, tak.
Ale jeśli czegoś jestem miłośnikiem, to astronomii, a rakiety to tylko droga do celu.
Nie, nie nazwałbym siebie miłośnikiem rakiet.
A poza tym, dziękuję.
Haha, ładny kontrast z odpowiedzią nr 1.

10. : Ja cię przyjacielu lubię.

O, dziękuję. Podejrzewam, że Ciebie też, kimkolwiek jesteś. 😀

11. : pasjonat astronautyki, programista, forumowiczobloggerotwórca eltena, który ciekawe rzeczy publikuje.

Jeśli dla kogoś ciekawe, miło mi słyszeć.
Reszta oczywista. 🙂

12. : człowiek, posiadający ogromny zasób wiedzy fizyczno-matematyczno-informatycznej. Pomimo młodego wieku cały świat stoi dla niego otworem. Jednak ten młody wiek sprawia właśnie, że nie potrafi nabrać do pewnych zachowań czy to na eltenie, czy to na świecie odpowiedniego dystansu, a każde delikatne zawirowanie w mocy powoduje też zawirowanie w jego emocjach, dużo większe.

Dziękuję. 🙂
I tak, to prawda. Chociaż czy to wiek? Myślę, że taki po prostu jestem.
Z drugiej strony, gdyby nie to, wiele z tego, co powstało, nigdy by nie istniało.
To chyba po prostu element mojego charakteru.

13. : Osoba z pasją.

Temu nie mogę zaprzeczyć, chociaż ja tam wolę określenie "szaleniec". 😀

14. : Nieśmiały geniusz, wspułczuję, jak dostanie nobla. Umie się z ludźmi dogadać, choć tego nie docenia i nie zauważa. Cierpi na nieumiejętność konkretnego i krótkiego wyrażania myśli. Uśmicha się bardzo często, nawet rano.

Dziękuję, Maju. 🙂
I, tak, to prawda.

15. : Administrator tej społeczności, człowiek niezliczonej ilości talentów, których nie jeden może pozazdrościć.

O, miło mi, dziękuję. Wiecie, ile można o sobie się dowiedzieć? 😀

16. : krul fajności

Whaaaat? 😀

17. : Dobry, odpowiedzialny, wrażliwy człowiek wszechstronnie uzdolniony, miłośnik kosmonautyki, wspaniały blogger, łagodny, spokojny, twórca Eltena.

O, bardzo dziękuję. 🙂
Samoocena podskakuje. 😀

18. : Kosmos!

Ale że ja to kosmos? No raczej nie.
Chociaż, w sumie… Może rzeczywiście z moich dzieł wychodzi totalny kosmos.

19. : Ciekawy świata człowiek o dobrej wiedze w rużnych dziedzinach. Lubi rakiety, tolkiena i Angielski.

Pewnie Monstricek, ale tu sugeruję się wyłącznie odmianą rzeczownika.
Dziękuję.

20. : Gigant. Mega zdolny, pomysłowy, wyrozumiały, obyty kulturalny, wzór do naśladowania i świetny przyjaciel. Mistrz

O, bardzo dziękuję. Nooo, teraz to już mi chyba samoocena podskoczyła do nieskończoności. 😀
Czy tak godny do naśladowania? Może skończyć się szybkim wylądowaniem w szpitalu…
Pamiętajcie, rakiet nie robi się w domu… Hmmm, nie było tematu.

21. : żarty, że będzie grał wielkie dzieło po czym następuje "Wlazł kotek", które może do trzeciego razu były zabawne, stworzył Eltena, miłość dla twórczości Tolkiena i UK

O, to zdecydowanie mój typ żartów.
Pewien nie jestem, ale… Zuzler?

22. : nic nie wiem.

Me too!

23. : Tajemniczy gość ciężkopracuje i nie odpisuje bo zajęty trza zrozumieć.
Haha, najlepsze! Doskonałe podsumowanie!

A i na koniec.
Oczywiście, w razie pytań…. Komentarze do waszej dyspozycji, chętnie opowiem o sobie w razie niepewności.
W co ja wierzę?

Jak Dawid z laską wyszedł

Nie wiem, na ile wpis ten dotyczy Eltenowiczów, ale… może… A więc go napiszę.
Dziś chciałbym cofnąć się w przeszłość ze wspomnieniami i opowiedzieć o tym, jak to było, gdy wychodziłem pierwszy, drugi, trzeci raz na ulicę, z laską w ręku. Tak wiele osób boi się postawić te pierwsze kroki, a może komuś swą historią pomogę? Nikt wszak nie jest nieomylny, a z błędów najlepiej się uczyć, miast z ich powodu płakać. A już zdecydowanie najlepiej uczyć się z błędów cudzych, a więc dzielcie się moimi do woli.

Czy miałem lekcje orientacji w szkole? Tak i nie. W skrócie ujmijmy tak: nauczono mnie technik posługiwania się laską (dwupunktu, stałego kontaktu, wchodzenia i schodzenia ze schodów). Niewiele jednak więcej. Nigdy w szkole nie wsiadałem do autobusu, nie radziłem sobie w nieznanych mi miejscach, nie wpadałem na koparki (pierwsze dni w Warszawie, pozdrawiam) ani zaparkowane po środku chodnika samochody. To wszystko dopiero na mnie czekało. Mogę więc powiedzieć, że po szkole znałem w stosunku dobrym stopniu teorię, ale praktyki to mi bardzo brakowało.
Pierwsza moja przygoda laskowej natury miała miejsce w piątej klasie szkoły podstawowej. Mama była u babci, dosłownie ulicę dalej, a ja postanowiłem się tam wybrać. I, uwierzcie, wielka to była wyprawa.

Założyłem kurtkę, zamknąłem za sobą drzwi, klucz włożyłem do kieszeni, laskę rozłożyłem i… w drogę!
Czy bałem się? Oczywiście, że tak, szczególnie, gdy przyszło do przejścia przez ulicę. Stanąłem bowiem na skrzyżowaniu, z prawej strony samochody prostopadle do mnie, przede mną równolegle. Instrukcja z lekcji brzmiała: poczekać aż nic nie będzie jechać i przejść. Ale dla mnie ciągle coś jechało. I skąd miałem wiedzieć czy zaraz tu nie skręci?
Pewnie stałbym tak następną godzinę czy coś, gdyby nie stał się cud i samochody przede mną się nie zatrzymały. Nie wierząc w swe szczęście, przeszedłem przez tę ulicę, dotarłem do babci, gdzie przyprawiłem wszystkich o palpitacje serca.

A potem? Potem coraz częściej chodziłem już czy to po bułeczki do piekarni, czy w innych sprawach po okolicy, choć wiele, wiele lat minąć musiało, bym się odważył wejść do autobusu.

Zdarzało mi się i w gimnazjum jeździć pociągami, ale zawsze na zasadzie takiej, że ktoś pomagał mi wejść, a potem ktoś mnie odbierał, przez długi czas bowiem nie poznałem wejherowskiego dworca, właśnie ze względu na niejeżdżenie autobusami. Jednak sama nauka wsiadania czy wysiadania z laską, choć teorii nigdy nie poznałem, stała się błyskawiczna i odruchowa. Podobnie z resztą po latach było i z autobusami.

Gdy już tymi autobusami jeździć zacząłem, jąłem i zwiedzać okolicę na własną rękę – chodzić po rynku w Wejherowie, odkrywać sklepy, a nawet drogę do naszej fary. Oczywiście, poznawałem także Gdynię.

Nie obeszło się jednak bez błędów. Czy to okrągły murek fontanny nieczynnej, który wziąłem za płot jakiś i trzymałem się jego, robiąc N okrążeń, aż zupełnie zgubiłem orientację, nie wiedząc, czemu ten płot taki długi., czy autobusy zatrzymujące się w środku pola, czy wreszcie remonty drogowe, brak betonu na chodnikach, niespodziewana ciężarówka z dostawą… Wiele się zdarzało.

Ważne jednak, by gdy coś szło nie tak, nie poddawać się. A najważniejsza zasada brzmi: "koniec języka za przewodnika".

Pierwsze moje podróże po miejscach nieznanych, tak zupełnie nieznanych, to Gdynia. Choć kilka tras wcześniej w niej znałem, na własną rękę odkrywałem zakamarki mi obce, prosiłem o pomoc w docieraniu do sklepów i tak dalej. Na jeszcze wyższy poziom wskoczyło to w Warszawie, tu bowiem nie mam już możliwości zapytać chociaż mniej-więcej o trasę, gdyż rodzice po prostu trasy tej nie znają.
Gdy się więc jedzie do jakiegoś miejsca, orientuje się gdzie jest najbliższy przystanek czy stacja i próbuje się tam dojść, a potem się dopytuje ludzi o to, gdzie się kierować i tak – od punktu do punktu – dociera się.

Dlatego, pamiętajcie, każdy z nas się bał i boi za każdym razem. Ale trzeba umieć przezwyciężać ten strach, a nic nam się nie stanie, jeśli tylko pozostaniemy ostrożni.