Wielkie zmiany

Obudziłem się dziś z myślą, że muszę dokonać wielkich zmian w swoim życiu.
Nie wiem i nie wiem czy chcę wiedzieć, co mi się śniło.
Ale, skoro dokonywać wielkich zmian, to dokonywać wielkich zmian.
Jeszcze nie wiem jakich, ale coś się wymyśli.
Jakieś propozycje?

Może wzięło się to stąd, że wczoraj tata powiedział, że skoro wybieram się do Warszawy, może sobie znajdę tam wreszcie dziewczynę?
A na to Radek takim zmartwionym głosem: ale przecież Dawid by wtedy robił wszystko, co ona każe.
Wtedy ja do niego zdziwiony: a to niby źle?
Radek się namyślił, rozważył kwestię i odparł: tak. Bo ty robisz wszystko.
Jak widać, nawet ośmiolatek widzi, że to byłaby tragedia. A w tej chwili wszystkie Warszawianki odetchnęły z ulgą.

No więc, wielkie zmiany. Wielka zmiana. Dobra zmiana. Lepsza zmiana?
Nie, pozostańmy przy wielkiej zmianie.
Po pierwsze proponuję zaktualizować asortyment lodówki. Ja wiem, że o Dawidzie się nie pamięta, bo do szkoły nie chodzi, ale poszedłem rano zrobić sobie śniadanie.
Nawet mi zostawili na stole chleb. (ha, ha, ha, zostawili? po prostu nie chciało im się chować, ale ćsii.) No więc nawet mi zostawili na stole chleb, a i talerze, ale to nieważne. Zostawili chleb, zostawili masło i… tyle.
Otwieram lodówkę… Ani jednego sera. Ani jajek. Nawet majonezu. Tam praktycznie pustka.
Dobrze, pierwsza zmiana zaplanowana.

Druga zmiana?
Awatar.
Przed maturą z języka angielskiego nauczycielka wynalazła takie polecenie gdzieś w sieci.
Podczas pobytu w Wielkiej Brytanii kupiłeś ciągnikowy kultywator sprężynowy z zapasowym kompletem lemieszy półsztywnych i skaryfikatorem. Zauważyłeś, że uszkodzone było łożysko toczne baryłkowe wahliwe w mimośrodzie oraz brakowało połączeń gwintowych ze śrubą pasowaną o trzpieniu stożkowym. Chcesz zgłosić jego reklamację. Napisz na czym polega problem oraz gdzie i kiedy nabyłeś urządzenie i zaproponuj rozwiązanie problemu. Podpisz się jako XYZ.
Możecie sobie wyobrazić nasze miny wyrażające dokładnie te same odczucie, jakie obserwować można na przykład na co trudniejszych lekcjach matematyki, kiedy pani na tablicy rozwiązuje równanie trygonometryczne, a uczniowie tylko się patrzą i zastanawiają, co jest z nimi nie tak.
Skoro więc mają być wielkie zmiany, będą wielkie zmiany, a ja wstawię awatar nierefleksyjny, a coś do śmiechu.
I tak mi się ten awatar skojarzył z tym poleceniem.

Koszmar przedmaturalny

Czy przejmuję się maturą? Jasne, że tak, skoro nie mogłem spać z lęku przed testem gimnazjalnym i przyszedłem na niego jakoś po czterech godzinach snu, to przy maturze musi być tym gorzej. W poniedziałek na przykład śniło mi się, że zapomniałem na matematyce jak policzyć pole trójkąta, tak, nie żadnych wzorów na różniczkowanie, pola trójkąta. Nawet tamten sen nie może jednak równać się z koszmarem, jaki spotkał mnie nocy dzisiejszej, a który po prostu wymaga tu opisu, bo z jednej strony mnie wciąż przeraża, ale z drugiej już zaczynam się z niego podśmiewać, a po maturze na pewno pozostanie z niego już tylko warstwa komiczna.

Śniło mi się, że obudziłem się dczwartego maja, to jest dnia, gdy piszemy maturę z języka polskiego. Zaspany spojrzałem na iPhonea i usłyszałem, o zgrozo, dwudziesta druga.
Przez chwilę miałem nadzieję, że po prostu tak krótko spałem, spojrzenie na kalendarz jednak przekonało mnie w grozie całej sytuacji, był czwartego maja roku pańskiego dwutysięcznego osiemnastego, matura z polskiego skończyła się dziesięć godzin wcześniej.
Czem prędzej pobiegłem do góry, by dopytać się rodziców, dlaczego mnie nie obudzili skoro nie wstałem, a miałem mieć maturę. Mama odpowiedziała mi jednak, że zapomniała o mojej maturze, a wyglądałem na zmęczonego i nie chciała mnie budzić.
I tak oto musiałem podchodzić do matury w następnym roku.
Sen jednak ciągnął się dalej, by mnie jeszcze bardziej dobić. Pamiętam, że tata mnie pocieszał, że przynajmniej rok odpocznę sobie przed studiami, to było straszne. Położyłem się ponownie spać.
No i wtedy już się obudziłem poza snem, na jawie. I przez straszne dwie minuty byłem przekonany, że ten sen był prawdą, a ja nie stawiłem się na egzaminie maturalnym.
Na szczęście choć zmęczony, jak tylko się wybudził mój umysł natychmiast przypomniał sobie, że jest ponoć matematyczny i dokonał kalkulacji: skoro położyłem się spać pierwszego maja, za grosz nie mogło następnego dnia być czwartego.
Sprawdziłem godzinę na telefonie i poczułem największą ulgę od dawna. Drugiego maja, do matury jeszcze dwa dni, a ja chyba ustawię na piątek wszystkie możliwe budziki w domu.

I pędzi pan Tadeusz strapiony, ponury, jak stryjowi rzec, myśli, że nie zdał matury. – Coś się kończy, coś się zaczyna, czyli: żegnaj, szkoło.

Wiele słów mogłoby posłużyć do opisania stanu, a raczej chaosu, który panował na sali gimnastycznej pierwszego liceum Ogólnokształcącego w Wejherowie. Z pewnością nie zaliczałyby się jednak do nich sformułowania takie, jak "cisza" i "spokój". Przeciskając się pomiędzy ośmioma setkami przedstawicieli człowieka ponoć rozumnego, Dawid był pewien tylko jednego, jeśli uda mu się przeżyć, a śmierć z powodu niedotlenienia nie była tu znowu tak nieprawdopodobnym scenariuszem, będzie to cud godzien utrwalenia w szkolnej kronice.
W końcu dotarł na miejsce, klasa pierwsza G, G jak głąby, jak kilka miesięcy później miał rozwinąć ten skrót przyszły gospodarz klasy. Rok szkolny 2015-2016 nie rozpoczął się jednak od przemowy dyrekcji, wyjścia pocztu sztandarowego, przemowy nauczyciela, przeciwnie, zaczął się od pytania usłyszanego od nieznanej Dawidowi w owym czasie dziewczyny, dużo później miał się dowiedzieć, że niewiasta owa na imię ma Kinga.
– Wiesz może, która czapka jest twoja? – brzmiało to pytanie.
Trzeba przyznać, że było ono dla Dawida kompletnym szokiem, nie pozostało mu więc nic innego, jak niepewnie zapytać, o czym do niego mówią. Odpowiedziało mu jedynie ciężkie westchnienie.
I tak oto pierwsza scena, jaka rozegrała się w licealnej edukacji Dawida Piepera, stała się niejako wizytówką całokształtu pracy szkoły, to znaczy nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał i, wreszcie, nikt nic nie wiedział.
A prawda była taka, że Kingę i Olę, jako dwie pierwsze na sali gimnastycznej przedstawicielki naszej klasy, poproszono o rozdanie czapek uczniom. Po prawdzie nikt nie wiedział, czym są owe czapki, włączywszy w to Kingę i Olę. Tak więc z nadzieją wyczekiwały aż bardziej ogarnięci uczniowie im to wyjaśnią i przede wszystkim odpowiedzą na pytanie: dlaczego, dla kogo i poco. Niestety, nikt bardziej ogarnięty nie odnalazł się do końca dnia.
Następnego dnia okazało się dopiero, że czapki są niejako symbolem uczniów szkoły, odpowiednikiem mundurka, jednakże te rozdawane wcale nie należały do tych, którym je rozdawano, ponieważ nie zamówiono jeszcze dla nich czapek, popełniona została pomyłka. W sumie po trzech latach obserwacji zamentu rozporządzeniowego w liceum Dawid uważa, że nad drzwiami gabinetu dyrektorskkiego należałoby wypisać czerwonymi literami "pomyłka", aby ostrzec z góry wszystkich przyszłych uczniów przed ogólnym stanem rozpowszechniania się wiadomości po szkole.
Jest to do prawdy interesujący proces fizyczny, w którym wieści o nieobecności nauczycieli i różne plotki po szkole pędziły z prędkością przynajmniej światła, ważne informacje dyrekcji natomiast opóźniały się przynajmniej o kilka godzin, to w najbardziej optymistycznych scenariuszach.
Oto jednak dywagacje i zastanawianie się nad tym, czym są właściwie te czapki przerwał samorząd uczniowski, prosząc o wyprowadzenie sztandaru.

Tak właśnie było trzy lata temu, kiedy to zostałem uczniem tej szkoły. Co mogę wam o niej powiedzieć?
Jak zawsze – mogę pisać o rzeczach dobrych i złych, chwalić i ganić… Było po prostu różnie.
Tak samo nauczyciele, niektórzy byli świetni, inni, po prostu, normalni, z resztą zaś cieszę się, iż pożegnałem się na zawsze. 😀
Za niektórymi aspektami będę tęsknił, po zakończeniu się innych odczułem ogromną ulgę.
Większość nauczycieli przyjęła mnie normalnie, jak zwykłego ucznnia, nie użalając się nad tym, że nie widzę, co zdecydowanie zaskoczyło mnie niezwykle pozytywnie, szczególnie gdy wziąć pod uwagę, iż jestem pierwszym niewidomym uczniem w przeszło półtorawiecznej historii placówki.

Niewiele się w tym czasie zmieniłem, tak sądzę. Wiadomo, charakter się wykształca w miarę doświadczeń, z których miałem wiele dobrych i złych w szkole, na pewno nauczyłem się być bardziej podejrzliwy w stosunku do ludzi, bo takie nie inne doświadczenia mnie spotkały.
Niewiele jednak liceum wpłynęło na moje zachowanie czy poglądy, ogólnie zdaniem ludzi, z którymi się znam, nie widzą niemal żadnej różnicy między mną teraz, a mną trzy lata temu.
Na pewno jednak zdobyłem sporo wiedzy, szczególnie o języku angielskim i matematyce, na pewno też zebrałem dzięki Eltenowi wiele doświadczeń w zakresie programowania.
Nie licząc jednak wiedzy, no cóż… Jestem tym samym człowiekiem, co niegdyś, co jest ciekawe, bo wielu moich znajomych w szkole średniej bardzo się zmieniło.
Może pozostanę już taki, a może na mnie czas przyjdzie na studiach, nie wiem.

Niezależnie od tego, pewien etap życia pozostawiłem za sobą i czas wkroczyć w nowy, czego najbliższym dowodem będzie już za trzy dni matura z j. polskiego.

A jeszcze, gdyby ktoś pytał, tytuł wpisu to cytat z przerobionej wersji "Pana Tadeusza", jaką zaprezentowała klasa trzecia A na zakończeniu roku szkolnego.

Bardzo skrótowo o ostatnim tygodniu, czyli dobranoc

Do matury pozostaje dwanaście dni, a mnie z tego powodu chyba kompletnie odbiło.
Nie dość, że w autobusach słyszę prośby o popcorn wypowiadane zamiast nazw przystanków, to jeszcze kupuję kury, tak, żywe kury, a i także spotykam się z Mają w Warszawie – to nic, że bilety kupowałem w dzień poprzedzający sam wyjazd, a jeszcze dziewięć dni temu w ogóle o możliwości takiego wyjazdu nie myślałem.
W świetle powyższego blednie nawet fakt, że udało mi się zgubić w drodze do szkoły tak, iż wylądowałem w innej części miasta.
A to wszystko w ciągu jednego tygodnia.

Ten tydzień zaczął się dość niewinnie. Wstałem rano jak co rano, poszedłem na autobus, wsiadłem i jadę…
Czwórka w Wejherowie mija przystanek "Wejherowo, Filharmonia Kaszubska".
Ja jednak tego felernego poniedziałku usłyszałem, cytuję: "Przepraszam, popcornu szukam".
Tak wyraźnie to usłyszałem, iż naprawdę przez dobrych pięć sekund zastanawiałem się czy to ze mną jest coś nie tak, czy z autobusem.
Ale chyba jednak ze mną.

Wtorek? We wtorek udowodniłem, że mimo uczęszczania do tej samej szkoły od lat dwóch ponad zgubić się da.
Nie wiem, jak można zgubić się tak bardzo, że wyląduje się w innej części miasta i będzie trzeba w ogóle znaleźć szkołę od drugiej strony, ale melduję, że potwierdzono doświadczalnie – da się.

Środa? Środa minęła pod sztandarem matematyk, na których zapanowała absolutna głupawka.
A wszystko przez panią, która oświadczyła, iż dowiedziała się o zaleceniu, wedle którego poziom lekcji powinno dostosowywać się do umiejętności klasy.
Dlatego zaproponowała tabliczkę mnożenia.

Czwartek? W czwartek to w środku lekcji zrobiliśmy grilla i trzy godziny sobie siedzieliśmy, robiliśmy kiełbaski i zajmowaliśmy się innymi czynnościami, którymi maturzyści zajmować się nie powinni.
A wszystko za inspiracją naszej matematyczki, tak, te trzy godziny to były matematyki.

Piątek? Ojjj, tu mi już odbiło kompletnie.
Kupiłem kurę. Żywą. Normalną. Kurę. Gallus gallus domesticus. Rząd grzebiące, rodzina kurowate. Słowem: nooo. kura!
A tak zupełnie poważnie…
Pojawiła się akcja charytatywna "kura na Madagaskar".
Celem jest nauczenie mieszkających tam ludzi dbania o ich własność i tak dalej. W ramach tej akcji można sfinansować kurę, którą dostanie jakieś dziecko na Madagaskarze, będzie się uczyło ją karmić i tak dalej.
Ogółem, uznałem, że to bardzo fajny pomysł i sfinansowałem dla Madagaskaru taką właśnie kurę.

Sobota? Oooo, tutaj będzie ciekawie.

Sobota zaczęła się o piątej szybką organizacją i wylotem z domu, bo o 07:19 był pociąg do Warszawy.
Pomijając całą kwestię dojazdową, około 10:50 byłem na miejscu z dziesięciominutowym opóźnieniem i witałem się z wariatką Mają, jamajką na Eltenie.

Z Mają udaliśmy się najpierw metrem na spotkanie z Mateuszem, papierkiem na Eltenie, aby mu przekazać Raspberrego Pi, którego musi przekazać dalej, dobra, długa historia, nieważne.
Po tym przekazie, zaczęła się zabawa. Skierowaliśmy się na Młociny, aby zajrzeć do Lasek.

Na owe Młociny przybyliśmy, podkreśliliśmy jednemu człowiekowi, że naprawdę musimy zadzwonić do jednej osoby i nie wiemy czy jedziemy do Lasek, po czym Maja wykonała telefon do s. Agaty.
Od tej ostatniej dowiedzieliśmy się, że w Laskach jeszcze ich nie ma i będę później. Wykonaliśmy więc w tył zwrot i wróciliśmy metrem na plac Wilsona, ludzie, dawno nie najeździłem się metrem tyle co wczoraj (tylko w Londynie bywało).

Tam zjedliśmy naprawdę dobrą pizzę i znów lecieliśmy do Lasek, tym razem już bez wracania.
W tym momencie wykonałem nagrania ptaków, które już tutaj wrzuciłem.

W samych Laskach po pewnym czasie oczekiwania spotkaliśmy się z siostrą Agatą, którą naprawdę miło było mi poznać, a potem już trzebabyło wracać na metro powrotne, abym zdążył na pociąg do Gdyni.

Przepraszam za tak skrótową formę, ale dosłownie zasypiam.
Jeśli jesteście ciekawi szczegółów, macie dwie opcje.
Albo liczyć na wenę dla mnie na dłuższy wpis, albo przekonać Maję do napisania. 😀

Matematyko, przez Ciebie to płakałem! O tym, co przyniosły ostatnie dni.

Kiedy po dzwonku z klasy wychodzą popłakani uczniowie i nauczycielka, może to oznaczać, iż albo klasa przejawiała skrajną niewiedzę i ignorancję, albo też była to środowa lekcja matematyki w klasie 3G, z której wyszliśmy rycząc ze śmiechu. Tak, drodzy Państwo, możliwe jest wyjście z lekcji z płaczem ze śmiechu.
A wszystko zaczęło się od sinusa.

Wpisu typowo pamiętnikowego nie było tu od dawna, niemal od miesiąca, bo ostatnio opisywałem nasze próby pozbawienia Gdyni ważnego ośrodka naukowego, ale było to aż 10 lutego, dziś mamy 9 marca, a zatem długo pozostawiałem was w niepewności co do kolejnych wytworów mojej wątpliwej normalności.

Co przyniósł ostatni miesiąc? Szczerze, dość sporo, jednakże większość tych wydarzeń miała charakter drobny i nie warto było ich tutaj opisywać lub po prostu na opisywanie ich nie miałem weny albo ochoty. Dzisiaj więc pozwólcie zrobić mi mały przekrój.

Tak w zasadzie, to w moim życiu wszystko pozostaje niezmienione, matura zbliża się wielkimi krokami, a więc większość mojego czasu koncentruje się na nauce. Z drugiej jednak strony, szkoła ma tę cechę, iż zawsze dostarcza nam wydarzeń wartych opisu, za to między innymi ją lubię nawet, jeśli jest naprawdę męcząca.

Zacznijmy od tego, że przewinęła się w między czasie impreza urodzinowa Kuby, ambuloceta, który dobił wieku lat dwudziestu jeden. Z tego miejsca raz jeszcze zwracam się do niego z kondolencjami i deklaracją współczucia w związku z tak sędziwym wiekiem, tylko czekać, a będzie z niego staruszek jak się patrzy.

Po drugie, jestem po próbnym egzaminie CAE, pisaliśmy go 4 marca, nie dostaliśmy jednak jeszcze wyników, tak więc nie wiem jak wiele błędów popełniłem.

I tak w sumie, z perspektywy obiektywnego obserwatora, chyba nic więcej się nie stało. Ale czy na pewno?

Zacznijmy od pewnej przygody kolejowej. Nie, spokojnie, nie zepsuł się żaden pociąg, którym jechałem, eeeeee, hmmmm, kogo ja oszukuję?
Jakoś ze trzy tygodnie temu jechaliśmy z Olą i Maksem do Gdyni. Pociąg, do którego wsiedliśmy, nie był pierwszej młodości, drugiej też nie. W sumie trzeciej także nie.
Bardziej nadawał się do muzeum, niż na tory, trzeszczał, że ledwo było słychać rozmowy, trząsł się niemiłosiernie, a w dodatku przy hamowaniu wydawał dźwięki takie, jakby ktoś kroił metal. Wziąwszy pod uwagę nasze kolejowe przygody, o których już tu na blogu pisałem, bałem się, że wszystko skończy się powtórką z rozrywki i wtórnym powitaniem z wyjściem ewakuacyjnym. Całe szczęście oszczędzono nam tego i ku naszemu niebotycznemu zdumieniu, poważnie nie wierzyliśmy w to, pociąg dotarł na miejsce.
Kiedy jednak kilka godzin później wracaliśmy z Gdyni dowiedzieliśmy się, iż wystąpiły opóźnienia. W rezultacie czekaliśmy na pociąg powrotny niemal kwadrans dłużej. Dlaczego się zapytacie?
A no podano informację o przyczynie, parafrazując, nierozkładowej jazdy pociągów. Mianowicie, zepsuł się pewien skład. Powiem tak. Ja chyba wiem, który.

Skoro już o sprawach z Gdynią związanych mowa, muszę wam wytłumaczyć, w jaki sposób siebie pogrążyć.
Jeden z ludzi uczęszczających na kurs angielskiego próbował powiedzieć, że sytuacja na obrazku jest głupia. Zestresował się jednak i wyszło z tego zdanie:
It’s hard to do such a foolish thing as what I just did.
Trudno jest zrobić coś tak głupiego, jak to, co właśnie zrobiłem.
Taaaa, nie ma to jak przypadkiem samego siebie zripostować.

Mówiłem wam, że ja z początku miałem wątpliwości co do pójścia do klasy matematyczno-fizycznej?
Nie, nie zwariowałem, ja zawsze lubiłem matematykę i fizykę. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy, ja przez te trzy lata z fizyki niewiele się nauczyłem, bo materiał licealny po prostu znałem, sytuacja matematyczna wygląda lepiej. Gdybym miał taką możliwość, udałbym się do klasy matematyczno-chemicznej, bo zawsze chemię lubiłem, a jakoś nigdy nie poznawałem jej na własną rękę w tym stopniu, co fizykę. Nawet rozważałem pójście do klasy o takim profilu i pisanie matury mimo wszystko z matematyki i fizyki.
Jednakże, klasy takiej nie utworzono na moim roczniku, a więc wygrał matfiz. Coraz bardziej jednak tego żałuję, ponieważ mam wrażenie, że bym się na tej chemii spełnił. Dlaczego?
Ostatnio miałem okienko, które przesiedziałem, swoim zwyczajem, w szkolnej czytelni. U nas jest coś w rodzaju świetlicy bardzo nieoficjalnej, konkretnie jest to galeria szkolna, do której jednak ktoś kiedyś wniósł stoliki ze względu na spotkanie z jakimś artystą i tak zostało, to stare dzieje jeszcze z przed naszej bytności w tej szkole.
Tak więc na drzwiach nadal widnieje informacja, że to galeria szkolna, w istocie jednakże jest to miejsce spotkań uczniów, od czasu do czasu pełniące funkcję galerii szkolnej.
Ja jednak wolny czas wolę spędzać w bibliotece, jest tam ciszej, nie toczą się ciągłe, głośne rozmowy. Ja zaś, w zasadzie, często wtedy czytam.
Tym razem było jednak inaczej, gdyż razem ze mną czekała trójka osób z biochemu, tak więc wdaliśmy się, w cichą oczywiście, spokojnie, rozmowę o chemii.
Kiedy, rozmawiając o estrach, usłyszałem zdanie typu: trudno jest przeprowadzić reakcję nitrowania, jak próbowaliśmy na lekcji uzyskać nitroglicerynę, nie wyszło, no cóż… Żal ścisnął mi serce, iż przy tym nie byłem obecny.
Gdyby ktoś nie wiedział, pamiętajcie dzieci, nitrogliceryna to napój, bardzo, ale to bardzo, gazowany. Każdy, nawet najmniejszy, wstrząs grozi wytryskiem piany. Napój ten zdaje się idealną opcją dla ludzi chcących się odrobinę rozerwać (#Nonsensopedia).

Z wieści informatycznych, ostatnio reorganizowałem sieć komputerową w domu i firmie taty. W firmie pojawiły się problemy natury licencyjnej, ok, teraz biuro stoi na Linuxie Debianie i wszystko śmiga, jak trzeba.
Inna sprawa to komputery domowników. Mój brat ostatnio skarżył się, że jego komputer działa strasznie wolno.
Teza: dla dowolnego komputera wydajność właściwa jest wprost proporcjonalna do wydajności początkowej i odwrotnie proporcjonalna do czasu, jaki spędza przy nim mój brat tak, że ostateczna wydajność jest mniejsza lub równa tej, jaką oferuje przeciętny kalkulator kieszonkowy.
Badania: po zorientowaniu się, że rejestr ma tam rozmiar 2GB, zużytych jest 1760GB powierzchni dyskowej, średnie obciążenie CPU po starcie (4,5GHz, 4 rdzenie) wynosi 62 procent, zużycie pamięci operacyjnej 8GB, nie znaleziono żadnych przesłanek dla badanego materiału, by stwierdzić, że powyższa teza jest niepoprawna dla dowolnego przedziału przyjętej dziedziny badawczej.
Dalsze badania: po stwierdzeniu 328 aktywnych procesów, 84 pozycji w autostarcie, 111 aktywnych usług, 28 sterowników firm trzecich oraz 14 niezidentyfikowanych dodatków do Firefoxa, uznano, że zebrane dane są wystarczające, by uznać powyższą tezę za prawdziwą, co było do dowiedzenia.
Widząc śmietnik, jaki się na tym komputerze zaległ, podjąłem chyba jedyną słuszną decyzję o reinstalacji systemu. I teraz śmiga to, jak należy, ciekaw jestem, do kiedy.

Na koniec pozostawiam, jak zwykle, to o czym mowa w tytule, mianowicie, środę, konkretnie lekcję matematyki.
Wszystko zaczęło się od sinusa. Kiedy weszliśmy do klasy, a nie było jeszcze nauczycielki, na tablicy widniały podstawy trygonometrii, pewnie poprzednią lekcję miała nauczycielka z którąś z klas pierwszych.
Były tam więc zaznaczone sinusy, cosinusy, tangensy, cotangensy w trójkącie prostokątnym. Najpierw stwierdziliśmy, że pierwszoroczniakom współczujemy, bo jeszcze nie wiedzą, jaki horror ich czeka. Potem jednak ktoś zapytał, skąd wzięła się nazwa secans, czytamy sekans.
Na to kolega stwierdził, iż sekans wziął się stąd, że ktoś nim posiekał trójkąt i została z tego tylko sinusoida.
Mimo wejścia nauczycielki do klasy, wcale jednakże nie zaprzestano tej niezwykle fascynującej dyskusji.
Analiza tangensoidy doprowadziła nas do przeświadczenia, że wykres tangens x doskonale charakteryzuje nasz zapał do nauki. Na początku jest poniedziałek, potem w górę rośnie, to wtorek, środa, czwartek, aż w końcu przy piątku nasz zapał dąży do nieskończoności. Miejsca nieciągłości tangensa to zaś, no cóż… to ci, co się nie uczą.
Wraz z upływającymi minutami lekcji, poziom naszej głupawki nieustannie wzrastał, z resztą Pani wiernie nam w tym towarzyszyła.
W pewnym momencie przystąpiła do rozdania sprawdzonych prac klasowych. Podała jedną koledze, który od razu zapytał, czemu ma za jedno zadanie zero punktów?
Na to pani stwierdziła poważnym głosem, że przecież tu nic nie ma napisane. Po tym, jak kolega twierdził, że przecież zapisał dziedzinę, podała mi kartkę z pytaniem czy widzę, żeby coś było tu napisane.
Naturalnie odpowiedziałem, że nie, nic nie widzę, na co pani stwierdziła, że jest świadek, nic nie ma napisane. Ale, nie róbcie sobie złego wrażenia, to był oczywiście żart, pani przyznała, że dziedzina jest i punkty doliczyła.
Myślicie, że to koniec? Nie, to dopiero początek.
Następny etap zaczął się od literówki, tak, literówki. Było zadanie, w którym pojawiła się stopa jako brytyjska miara. Kolega jednak zapisał stopa przez dwa p, stoppa. Na to, dowodząc tego, że jest zdrowy na ciele, ale nie koniecznie na umyśle, kolega siedzący za mną wyrwał się nagle twierdząc, że stoppa to taka kappa, tylko, że sto. Niniejszym zaświadczam, on naprawdę nie był pod wpływem alkoholu, to efekt głupawki.
No więc, jakkolwiek zdanie to miało wartość merytoryczną zerową, doprowadziło do kolejnej fali śmiechu.
Jakie były efekty? Pani podeszła do tablicy i zaczęła zapisywać jakieś dane, pomyliła się w czymś i kolega z klasy ją poprawia. Tylko jak poprawia?
Poprawia ledwo mogąc ze śmiechu, a więc nie dziwcie się, że trochę się zapomniał. Cała klasa próbuje mu dyskretnie zwrócić uwagę, że coś jest nie tak, ale on nie przykłada do nas atencji tylko do pani nadaje: no dawaj tego iksa z lewej, nie tu, u góry, tak, dobrze, o i jeszcze odejmij jedynkę, nie, nie, nie, nie, nie tutaj, równanie wyżej, o tak, bardzo dobrze.
Jakoś po trzydziestu sekundach takiego monologu, a pani naturalnie robiła, co kazał, zauważył, że, eeee, chyba coś jest nie tak. W tym momencie nauczycielka popłakała się ze śmiechu po raz pierwszy, lecz nie ostatni, to dopiero pierwszy kwadrans lekcji był.
Chwilę później kolejna znamienna scena: kolega się wyrywa: proszę pani, mam głupie pytanie. Na to pani: nie ma głupich pytań. W tym momencie odezwała się koleżanka: ale to przecież pyta Mateusz. Na to nauczycielka: aaa, Mateusz? Nie zauważyłam. W takim razie są.
W tym momencie nawet ja nie wytrzymałem i dalsze notowanie na laptopie zostało skutecznie utrudnione przez łzy śmiechu cieknące z mych oczu na ławkę.
Matematyczna głupawka trwała jednak w najlepsze i wcale nie miała zamiaru się kończyć, co to, to nie.
Pani poprosiła kolegę, Mikołaja, o przeczytanie zadania. Zaczynało się ono słowami: niech dana będzie skończona ilość punktów. I tak dalej, i tak dalej. Ale, że głupawka miała się dobrze, Mikołaj czyta:
Niech dana będzie skończona. Nagle urwał, chlipnął cicho i zawołał: Dana? Skończona? Nieee! Danka, Danusia, za co? Ja dzwonię na policję, na prokuraturę, oni nie mogą z tobą tak po prostu skończyć! Przecie ty jeszcze młoda jesteś!
I tak sobie mijała lekcja matematyki i jedyne, co się zmieniało, to poziom głupawki, którego granicą zdecydowanie jest nieskończoność. Na pożegnanie z nami pani stwierdziła, że zastanawia się czy nie pomyliła szkoły ze szpitalem psychiatrycznym. Na to kolega ją uprzejmie poprawił, że raczej z zoo, bo przecie tu same małpy.
Do końca dnia z trudem powstrzymywałem śmiech, szczególnie na kolejnych lekcjach. Co chwila słyszałem jednak z tyłu podejrzane parsknięcia myślę więc, że nie tylko ja walczyłem dzielnie, by nie zrobić z siebie idioty przed którymś z pedagogów.

Z pozdrowieniami,
Dawid Pieper,
Śp. prof. I.

Dawid (prawie) sam w laboratorium, czyli horror na iście Homerycką skalę. O dwóch takich, co podgrzewali glikol.

"Dawid, a tak właściwie, wiesz, jak to się wyłącza? Bo ten glikol tak jakby cały się spienił i, eeee, zaczyna coś z niego parować." Nie, nie miałem zielonego pojęcia, jak to się wyłącza. Cóż innego mogłem rzec, niźli: "Nie wiem, ale, yyy, może odłączmy korki?"
Takie właśnie rozmowy trwały wczoraj na Akademii Morskiej, gdy dwójka wariatów próbowała obliczyć szerokość pasma wzbronionego w półprzewodniku.

Wszystko zaczęło się dość niewinnie w zeszłym roku szkolnym, kalendarzowo dwa lata temu, kiedy zaproponowano mi udział w programie o nazwie Zdolni z Pomorza, odbywała się wtedy rekrutacja.
Co to za program? A no jest to dzieło łączące ludzi nienormalnych, postrzelonych i zwariowanych na punkcie matematyki oraz fizyki. Zatem dopuszczono mnie w owym słynnym 2016 roku do egzaminu. I był to błąd, ponieważ tak nieszczęśliwie się złożyło, że egzamin ten zdałem, co rzuciło cień na całą przyszłość rozwoju fizyki na Pomorzu.
Na program Zdolnych z Pomorza składają się różne wykłady uniwersyteckie, zajęcia, prelekcje, doświadczenia. Stop! Właśnie, doświadczenia.
Na początku tego roku dowiedziałem się, że trójka bodaj najbardziej postrzelonych uczestników programu uzyskała opiekę mentorską. To znaczy, nie znam pozostałej dwójki, ale podejrzewam, że skoro uznano, że potrzebny tu mentor, to najprawdopodobniej albo nauczyciele fizyki nie chcą ich już uczyć, albo uznano tych osobników za niebezpiecznych dla otoczenia i dla świętego spokoju wysłano ich na uniwersytet. W każdym razie opieka mentorska polega na tym, że mamy indywidualne zajęcia z profesorami uniwersyteckimi, mnie przypadł pan profesor z katedry fizyki Akademii Morskiej.
Jeśli jednak administracja Zdolnych z Pomorza myślała, że w ten sposób dokona minimalizacji defektu moją psychiką na cały program i otoczenie, to się grubo myliła, ponieważ chyba nie zostałem doceniony w swoich uzdolnieniach destrukcyjnych.

Po pierwszych dwóch spotkaniach z panem profesorem, stwierdził on, że mam jakąś tam wiedzę o fizyce i że mógłbym przeprowadzić jakieś doświadczenie. Powyższe jednoznacznie wskazuje na to, że mnie jeszcze na Akademii nie znają. Albo raczej nie znali, ponieważ, hmm, może lepiej po kolei.
Pan profesor poprosił mnie, bym w ramach możliwości znalazł osobę, z którą doświadczenie to będę mógł przeprowadzić, potrzebny jest bowiem ktoś widzący, rozumiejący fizykę przy okazji.
A ja znam kilku nienormalnych ludzi na jego nieszczęście. Zapytałem więc koleżankę, Olę, czy zechciałaby się pobawić laboratorium Akademii Morskiej, na co rzeczona chętnie przystała. Miło było Ciebie poznać, Akademio Morska.

Do Gdyni przybyliśmy niemal godzinę przed umówionym czasem spotkania. Mogliśmy być później, piętnaście minut przed czasem, godzina wydawała się odpowiednia szczególnie, że z peronu Gdynia Stocznia do Akademii jest jakieś dziesięć minut drogi, w sam raz. Ola jednakże zauważyła, że znając nas, na pewno się zgubimy. I wykrakała.
Na Akademii Morskiej znaleźliśmy się około godziny 09:20, czyli 40 minut przed umówionym terminem. Tu jednakże pojawiła się pewna komplikacja, mianowicie, trzeba znaleźć katedrę fizyki.
Myślicie, że nie było z tym problemu? No cóż, nic z tych rzeczy.
Udało nam się wejść do miejsca z pięknym oznaczeniem, iż wstęp wzbroniony, jak również do katedry matematycznej, chemicznej, dziekanatu, sekretariatu, sali pamięci, balowej, świetlicy i kilku innych miejsc, ale katedry fizyki nigdzie nie było ani widu, ani słychu.
W akcie desperacji zapytaliśmy o drogę napotkanych studentów. Usłyszeliśmy, że musimy iść schodami w dół. No cóż, grzecznie się posłuchaliśmy, poszliśmy w dół i, jak kazali, w prawo. Efekt? Wylądowaliśmy na auli, swoją drogą naprawdę sporej i ponoć ładnej.
Jednakże nie zmienia to faktu, iż aula niewiele ma wspólnego z katedrą fizyki.
Jak się później okazało, mieliśmy zejść w dół dwa piętra. W końcu, po tej odysei na iście Homerycką skalę, udało się. Znaleźliśmy katedrę fizyki, a nawet salę, której szukaliśmy.
I byliśmy nawet punktualnie, mało jednak jest tu powodów do dumy, gdyż oznacza to ni mniej, ni więcej, niźli fakt, iż poszukiwania nasze trwały ponad pół godziny, przypominam że na Akademii byliśmy czterdzieści minut przed czasem.

Znalazłszy pana profesora, mogliśmy się zabrać do pracy. Po krótkim przedstawieniu Oli, rozmowie pod tytułem co chce robić w przyszłości i czy rozumie zagadnienia, o których możemy mówić, przyszła pora na odprawę.
Krótkie omówienie teorii, kilka przekształceń wzorów i, tak, dostaliśmy zgodę na rozpoczęcie badań.
Udaliśmy się więc z profesorem kilkoma korytarzami do miejsca będącego rajem dla mych oczu, eeee, miejsca, które byłoby rajem dla mych oczu, gdyby nie było tak ciemno. Mówię mianowicie o laboratorium fizycznym Akademii Morskiej.
I tu pan profesor popełnił błąd wynikający z niedocenienia mojego pomylenia. Powiedział nam bowiem, jak obsługuje się aparaturę pomiarową, poinformował, że w probówce znajduje się glikol, pokazał jak kontrolować pole magnetyczne, temperaturę i powiedział, że zostawia nas samych, jak skończymy, mamy przyjść. Rozumiecie to? Zostawił nas samych, dwie osoby w tym mnie. W laboratorium. Takich rzeczy nie należy czynić chyba, że chce się narazić na to, że będzie to ostatnia rzecz dokonana w życiu.
Ja naprawdę nie chciałem niczego popsuć, Ola także. Jednakże, jak zaraz się przekonacie, mało warte takie postanowienia w naszym wypadku.

Doświadczenie polegało na rozgrzewaniu materiału półprzewodnikowego przy jednoczesnej dyfuzji płynu z użyciem pola magnetycznego w celu zbadania zmian rezystancji.
Teoretycznie nic, a nic nie mogło pójść źle, profesor zaznaczył tylko, że nie mamy tego rozgrzewać powyżej 80 stopni Celsjusza i wyszedł.
Było tylko jedno zarządzenie, czego nie można zrobić. Jedno, proste. Nie rozgrzewać. I tak musieliśmy coś jednak zepsuć, prawda? Ale to nie nasza wina.
Siedzimy sobie bowiem z Olą i mierzymy, zapisujemy kolejne pomiary, a temperatura rośnie, rośnie, i rośnie, i rośnie, i rośnie…
Zalecenie mówiło, że gdy osiągnie 60 stopni Celsjusza, mamy zwiększyć szybkość grzania, no więc robimy jak zalecano i dalej zapisujemy dane. A temperatura rośnie, rośnie, i rośnie, i rośnie, i rośnie…
Tak około 75 stopni Celsjusza, Ola zorientowała się, że nie mamy pojęcia, jak wyłączyć grzanie. Pokrętłem można je zmniejszyć, owszem, ale nie wyłączyć. Nie było żadnego guzika wyglądającego na wyłącznik. Co prawda najpierw pan profesor tę aparaturę włączył, ale ja nie widziałem siłą rzeczy, a Ola nie mogła sobie przypomnieć, jak.
A tym czasem temperatura rośnie, rośnie, i rośnie, i rośnie…
A glikol zaczął wyraźnie syczeć, parować, pienić się i robić inne rzeczy wskazujące na to, że jednak nie bez przyczyny profesor ostrzegł przed tymi nieszczęsnymi 80 stopniami Celsjusza. Przymierzaliśmy się już do wyłączenia korków w laboratorium, bo była tam tablica korkowa, w znaczeniu nie tablicy do przyczepiania kartek, a rozdzielnicy z bezpiecznikami. Całe szczęście profesora chyba coś tknęło, przyszedł bowiem i pokazał nam, jak wyłączyć przyrząd. A wiecie jak? To jest bardzo skomplikowane, trudne, wymaga ogromnej wiedzy, doświadczenia, umiejętności manualnych, inteligencji i tak dalej, nie dziwcie się więc, że na to nie wpadliśmy, iż aparaturę należy odłączyć od gniazdka.
Wadą całej sytuacji jest niestety to, że teraz nie wiem, co by się stało z tym glikolem. A uwierzcie mi, że jestem bardzo, ale to bardzo ciekaw. I co ja mam biedny zrobić?

Opuściliśmy laboratorium i wróciliśmy do gabinetu profesora, aby opracować otrzymane wyniki, Ola narysowała wykresy, wyznaczyła błędy pomiarowe.
Bo są dwa typy błędów pomiarowych, to znaczy, typów jest i więcej, ale w tym doświadczeniu interesowały nas dwa, błędy wynikające z różnicy i błędy wynikające z różniczki.
Kiedy Aleksandra bawiła się ołówkiem, linijką i podobnymi sprawami, ja zająłem się obliczeniami.
Wyniki?
Szerokość pasma wzbronionego: 50,13 zeptodżula,
odchylenie standardowe składnika resztowego: 5,821 razy 10 do minus dwudziestej czwartej,
Współczynnik korelacji liniowej: 0,99299.
Uzyskany przez nas estymator był bardzo bliski jedności, co oznacza, że pomiary były bardzo dokładne, a błędy minimalne.
Mam nadzieję, że wolno nam się tu nieco pochwalić, że profesor przyznał, iż bardzo niewielu studentów na trzecim roku zrobiłoby to doświadczenie tak dobrze i tak poprawnie zapisało wszystkie wnioski i wyliczyło, co należy. Przyznam, że wprawiło mnie to w dobry nastrój do końca dnia.

Tak właśnie zakończyło się badanie szerokości pasma wzbronionego w półprzewodnikach przez Dawida i Olę. Wróciliśmy do Wejherowa już bez żadnych przygód prócz tej jednej, że trzeba było nam iść na dworzec jakieś pół godziny, w Stoczni bowiem nie można kupić biletów, nie pytajcie, po prostu jest dworzec, są kasowniki, możliwości kupienia biletów nie ma, też tego nie ogarniam.
Musieliśmy więc pieszo udać się do Gdyni Głównej. Stamtąd jednak już bezproblemowo dostaliśmy się do Wejherowa.

Wnioski? Profesor nie zrozumiał jeszcze, jak bardzo niebezpiecznym jestem dla otoczenia, zaprosił nas bowiem już na kolejne doświadczenia w laboratorium.
No cóż, ja z zaproszenia skorzystam chętnie. Jeśli Akademia Morska wyleci w powietrze, no cóż. To niechcący.

Pozdrawiam,
Dawid Pieper,
Ś. Prof. I.