Zabrałaś serce moje

Wiecie co? Prawa Murphy’ego to nie jest żadna teoria, to jest podstawa nauki! Jakoś ten świat zawsze wie, jak i kiedy wszystko skomplikować.

Idąc dziś peronem Warszawa Śródmieście doszedłem do pewnej refleksji. "Wszyscy umrzemy!" A ja doceniłem błyskotliwość tego zdania. Wszak niewiele jest zdań, które mogą posłużyć w kabarecie, panice i polityce jednocześnie, pozostając za razem tak bezspornie prawdziwymi. Moja przygoda rozpoczyna się jednak nieco wcześniej, od stacji metra Centrum Nauki Kopernik. Tak ku ścisłości to jeszcze przed stacją metra Kopernik, bo nie spieszyłbym się aż tak bardzo, gdyby nie fakt, że ktoś zrobił sobie z naszego chodnika parking dla pięciu czy sześciu samochodów. Tak więc nurkowałem pod lusterkami z nadzieją, że nikt mnie nie widzi, bo naprawdę dziwne uczucie to trzymać w jednej ręce plecak, w drugiej laskę, i niemal na czworaka przeciskać się między ścianą budynku a samochodem.
Kiedy jednak już z samochodem to nietypowe spotkanie zakończyliśmy, przyszła pora na stację metra. Staję więc ja przed takim czymś, co nazywa się bramka i przykładam kartę miejską.
– Piiiik! – Oświadczyła kategorycznie bramka.
– Proszę, muszę wejść. – Wyszeptałem, odwracając kartę.
– Piiiik! – Bramka pozostawała nieugięta.
– Ale ja chcę do pociągu! Ja nie mam czasu.
– Piiiik, piiiik, piiiik.
– Poważnie, nie da rady? Ja nie proszę o wiele, ja chcę tylko wejść na peron.
– Piiiik!
Muszę przyznać, że nigdy nie spotkałem tak nieprzystępnej istoty. I pewnie dalej bym prowadził teraz tę pasjonującą konwersację, gdyby nie pan z ochrony, który przepuścił mnie bokiem, wyjaśniając jednocześnie, dość bezpośrednio, że, za cytuję, "rozpieprzył się system i od rana są problemy".

Wysiadam więc na Świętokrzyskiej, wchodzę po schodach na linię M1, w tle głowy nadal się kołacze to "piiiik". I tak zdarzyło się coś, czego jeszcze nie było. Czasem tak jest, że gdy człowiek dostanie kosza (od bramki zwłaszcza), czuje się nieco zagubiony. I tak ja zapomniałem, z której strony peronu w którym kierunku odjeżdża metro, to nic, że na stacji tej bywam praktycznie codziennie.
W akcie desperacji więc pytam pierwszego człowieka, w którą stronę odjeżdżają pociągi z peronu, przy którym stoję. Zagadniony osobnik podrapał się po głowie, pomruczał nieco i, po dłuższym namyśle odpowiedział, że do Krakowa.

Gavariś po ruski?

Warszawa, Nowy Świat, jakiś tydzień temu.

– Entschuldigung, wie komme ich in die U-Bahn? – Zatrzymuje mnie przechodząca obok osoba.
Gdybym usłyszał to pytanie 5, może 4 lata temu… Ale od czasu gimnazjum, gdy naprawdę mieliśmy dobrze prowadzony niemiecki i nawet coś tam wydukać umiałem, minęło liceum (z niemieckim w schemacie ja sobie posiedzę, wy sobie posiedźcie) oraz studia z moją stycznością z językiem naszych zachodnich sąsiadów na poziomie minus jeden. I tak fakt, że zrozumiałem, iż chodzi o wskazanie kierunku na metro, uznaję za spory sukces. 🙂
Nie pozostało mi więc nic innego, jak odpowiedzieć "Sorry, I don’t speak german. Do you speak english?"
– No, I don’t. – padła odpowiedź, ale zaraz po tym, jakby z nową nadzieją – "Говоришь ли ты по-русски?"
Zobaczyłem iskierkę, szansę na dogadanie się. Bo po rosyjsku nie mówię, ale chyba jak zacznę powoli tłumaczyć po polsku, to się zrozumiemy, co?
– Proszę skręcić w prawo. – zacząłem, mając nadzieję, że coś z tego wyjdzie.
– Aaa, to Pan mówi po polsku? – przerwał mi zaczepiający mnie poliglota. – Słyszałem, że Pan po angielsku z kimś przez telefon rozmawiał i uznałem, że jest pan Anglikiem!

No bo przecież wyjście jest w dół

Oficjalnie w Warszawie mieszkam od wtorku. Dość krótki jest zatem ten okres mej bytności w stolicy szczególnie, że wpis ten piszę z domu w Bolszewie, do którego to domu wróciłem wczoraj wieczorem, a w stolicy zjawiam się ponownie w niedzielę.
Choć więc sam po mieście poruszam się w multum spraw, wcale nie czuję się jeszcze pewnie – jak znam życie jest to kwestia pewnego czasu, nie wiem jeszcze, jakiego.
Póki co jednak co jakiś czas skręcam w złą uliczkę, wchodzę w zły zakręt. Potem zaś trzeba się cofać i myśleć, co jest znowu nie tak.

W tym nierozgarnięciu inicjacyjnym jest jednak pewien aspekt pozytywny, mianowicie mnogość śmiesznych sytuacji, jakimi mógłbym się podzielić. Tak więc dziś opowiem wam jedną z nich.

Wracałem ja sobie od Mai z Żyrardowa przed wczoraj. Wysiadłem na Warszawie Centralnej i skierowałem się na metro, by radośnie pojechać do nas, na Powiśle. Trasa ta wymaga przesiadki na stacji o dźwięcznej nazwie Świętokrzyska.

Dojeżdżam ja więc bezproblemowo na Świętokrzyską, nawet nie zgubiłem się przy zmianie linii, przesiadłem, wsiadłem do pociągu, dwa przystanki, jestem na miejscu.
Wysiadam z metra i… Szukam wyjścia.

– Pomóc ci w czymś? – Zapytał głos należący do mężczyzny w stanie, najwyraźniej, niewiele z trzeźwością mającym wspólnego.
– Tak, dziękuję. – Odpowiedziałem zatem. – Szukam wyjścia na Wybrzeże Kościuszkowskie.
– Aaaa, musisz iść prosto. – Odpowiedział uprzejmie jegomość.

Nieco zdziwiony idę do przodu i wyczuwam pod laską kropki. Wysuwam laskę nieco dalej, peron.
Cofam się.

– Ale tu są tory. – mówię co nieco ogłupiały.
– Tak. – Odpowiada mężczyzna. – Wyjście jest w dół.

Chyba już tu byłem! – Czyli o Warszawie, Liptonie i Pizzy

Był upalny, słoneczny, letni dzień. Ludzie, korzystając z ostatnich chwil niedzieli, spacerowali po ulicach Warszawy, ciesząc się pogodą i wspólnie spędzanym czasem. Gdzieś w okolicach Centrum przysiadł sobie grajek i radośnie jął brzdękać na gitarze. Przechodnie przystawali, mimowolnie uśmiechając się na dźwięk radosnej melodii.
Delikatny wietrzyk zakołysał liśćmi krzaków i kwiatów, zniżył swój lot, podziwiając miasto skąpane w promieniach zachodzącego Słońca. Przemknął wokół Wisły, pofrunął za autobusami i samochodami, radośnie się z nimi ścigając. Pomachał ręką dwójce niewidomych stojących przed Dworcem Centralnym i wyraźnie czekającym na tramwaj, po czym pofrunął dalej, kołysząc plakatami i reklamami, śmignął wokół kilku dachów i powtórnie zanurkował ku ziemi… Zobaczył, jak niewidomi wysiadają z tramwaju. Uśmiechnięty, pozdrowił ich lekkim podmuchem, po czym zawrócił, chcąc raz jeszcze przyjrzeć się Centrum, nad którym powoli zapadają mroki nocy.
Na niebie nieśmiało wychylał się Księżyc. W jego świetle wiatr ze zdumieniem dojrzał dwójkę niewidomych wysiadających z metra w Centrum.
– Wrócili już? – Zdziwił się wiatr.

Znacie to uczucie, gdy do opowiedzenia jest tyle rzeczy, że człowiek nie wie, od czego zacząć, a nawet na czym skończyć? Tak ja czuję się właśnie teraz, gdy pamięcią sięgam do zeszłego tygodnia.
Skoro nie wiem, od czego zacząć, spróbuję od początku.

Opowieść ta zaczyna się w zeszły piątek około godziny czwartej, gdy zadzwonił budzik Dawida. Zadzwonił niepotrzebnie, bo Dawid nie dość, że był już na nogach niecierpliwy wrażeń tego dnia, to jeszcze zdążył się ubrać, budzik zaś zastał go w drodze do łazienki, gdzie miał Dawid zamiar właśnie umyć włosy.
W duchu ciesząc się, że melodyjka zastała go w drodze do łazienki, a nie podczas mycia włosów, gdy musiałby wracać z mokrą głową przez pół domu, nim kto inny się zbudzi, wyłączył Dawid iPhonea informującego z zapałem, że już pora wstawać.

Nieco ponad godzinę później był już Dawid wraz z babcią w pociągu z Wejherowa do Gdyni.
– Następna stacja: Gdynia Główna. – Zaszumiał radośnie głośnik w pociągu SKM, a przynajmniej tak Dawid podejrzewał, gdyż, jak to już głośniki w pociągach SKM Trójmiasto mają w zwyczaju, zrozumieć się dało jedynie coś w stylu: szszszszacja szszszzsyniaszszszszówna.
Peron czwarty, tor siódmy twierdziła strona PKP, a więc zszedł Dawid po górce do podziemi dworca, odnalazł laską prowadnicę i, podążając wiernie za nią, po chwili znalazł się za halą główną. Peron drugi, trzeci, jest i czwarty.
Trzy przedziały schodów do góry i, jest i pociąg.

Powiadano później, że Słońce przygasło, temperatura spadła o dziesięć stopni, a na Wiśle zatrzymały się fale, gdy o godzinie 09:40 czasu polskiego z pociągu relacji Gdynia Główna – Warszawa Centralna wysiadał Dawid. Stolica trwała cicha i przerażona, gdy dotarło do niej, iż osobnik ten ma zamiar tu już wkrótce zamieszkać.

Skierował się Dawid w pierwszej kolejności na Politechnikę Warszawską, gdzie miał złożyć papiery mówiące, że, jak następuje:
Tak, nazywa się on Dawid Piotr Pieper,
będzie się, ha ha ha, uczył,
nie ma przeciwwskazań ku studiowaniu,
i tak, zgadza się na przetwarzanie danych ostojowych, znaczy osobowych, przez Policję, chwila chwila, Politechnikę Warszawską na potrzeby rezygnacji, to jest rekrutacji, a także kształtowania, kształcenia.
I tak dalej, i temu podobne.
TU podpisać, tam podpisać, jeszcze tu podpisać, a na dokładkę machnąć jeszcze tu podpisik. I dostał Dawid, jak myślicie, co dostał? Zaświadczenie o podjęciu studiów? Potwierdzenie? Nie! Dostał Dawid skierowanie w celu wyrobienia kolejnych papierów.

Tym jednak Dawid nie martwił się jeszcze, bo oto kolejne wyzwanie przed nim stanęło, odebrać Elanor, która nie wiedziała, gdzie jest, ale nieśmiało przebąkiwała, że miast w Warszawie wylądowała, zdaje się, w Pradze.

Chwila chwila… A co tu robi Elanor? A no to to jest póki co sekret.

Praga okazała się, na szczęście, Warszawą Zachodnią, gdzie też Dawid z babcią się spiesznie udali. Wpierw trzeba było kupić jeno bilety na pociąg, który to proces trwał ze względu na wysoką specjalizację pani sprzedającej, bagatela, pięć minut. Nie mówię o czasie stania w kolejce, tyle spędził Dawid przy okienku.

No więc, odebrawszy Elanor, wesoła gromadka – dwóch niewidomków i babcia – skierowała się obejrzeć przyszłe mieszkanko Dawida.

Przyspieszmy nieco jednak bieg wydarzeń, bo w tym tempie to ja tu zaraz książkę całą napiszę, a więc przejdźmy już do wieczora, gdy babcia już udała się na pociąg powrotny do Gdyni, gdy w domu Julity trwają trzy ponure postacie: Julita, Dawid, Weronika.
Czemu ponure, zapytacie?
Ponure, bo czekają na spóźnialskich, którzy, jakby to rzec, zapomnieli do czego służy zegar.

Ale, dość tych złośliwości, bo trza wezwać głównego bohatera tego przedstawienia, czyli Liptona.

Co się stało z tym Liptonem?
Czy się rozlał gdzie na stole?
Czy pobrudził mi koszulę,
czy Julicie rozdarł suknie?
Czy sprzątania wiele było?
Nie, tu mamy inne dziwo.
Taka bowiem jest historia,
że na nazwę, tak, Liptona,
stan głupawki osiągnięty,
Kamil, Maja, wszyscy biedni,
przez telefon trwa rozmowa,
a zrozumieć tu ni słowa!
Chociaż Monia humanistką,
choć jest Klaudi masażystką,
to w potoku słów i śmiechu,
dostrzec nikt nie może sensu.

Kiedy, jakimś cudem, porozumieć się udało, wreszcie ludzi się zebrało.
Wypadałoby więc właściwie powiedzieć, kto tam był: Elanor, jamajka, Julitka, klaudia27, Monia01, pajper, talpa171.
Spotkanie natury administracyjnej, choć na razie ustalenia pozostaną owiane mgłą tajemnicy.

Muszę tu zgłosić protest.
Julita zrobiła mi czekoladę, gorącą czekoladę, z której nawet zdążyłem upić kilka łyków. Dlaczego kilka, zapytacie?
Bo reszta znalazła się jakoś tak przypadkiem w żołądku Mai!

Przygód na ten dzień koniec to nie jest, bo z powrotem też sporo akcji było, ale o tym już rozpisywał się nie będę. Nie będę także się rozpisywał o tym, że nocowałem u Kamila i jakoś tak zasiedzieliśmy się do trzeciej, w nocy, bo oto wstaje kolejny, Słoneczny dzień.

Jako, że zaczynanie od początku już mnie znużyło, zacznę od środka, czyli od godzin wczesnego po południa, gdy zastała mnie godzina samego na stacji Świętokrzyska. Wsiadłem ja tam w pociąg na stację Ratusz Arsenał. Dlaczego tam?
Nie mam pojęcia, tak Kamil kazał, no to tam jechałem.

Cóż za zaskoczenie, gdy spotkałem tam jego, jak również Majkę, Klaudię i Weronikę. Wpadliśmy na genialny plan, by coś zjeść.
W sumie musiało to dla ludzi postronnych wyglądać bardzo ciekawie – piątka niewidomych, z których żaden nie ma pojęcia, gdzie jest restauracja, ale za to każdy ma pojęcie, gdzie zdecydowanie jej nie ma.
Jakimś cudem w postaci miłej pani udało nam się zjeść obiad.
Jak Polak głodny to zły, jak najedzony to leniwy. Gdy więc przyszło ELanor wracać do Żelaznej Chęci – czy jakoś tak – pozostawiłem z radością obowiązek jej odprowadzenia Kamilowi, sam zaś udałem się z Mają i Klaudią. W pierwszym planie mieliśmy pójść do kawiarni na Młocinach, jednakże plany te zostały bardzo szybko zrewidowane.
Zabawne, jak bardzo ciągnie mnie do Lasek zważywszy na fakt, iż nigdy ich uczniem nie byłem. No więc jakoś tak przypadkiem nagle znaleźliśmy się w Izabelinie.

Przy okazji muszę wspomnieć, że cieszę się tam niemałymi przywilejami, jak widać. Owiewają mnie z każdej strony historie, jak trudno jest tam wejść do internatu dziewcząt, jak to niełaskawie patrzą na to wychowawczynie, a mnie od razu pani spytała czy idę do grupy Klaudii. Jak widać bycie nienormalnym programistą-rakietmistrzem ma i swoje dobre strony.

Klaudi była tak uprzejma, że łaskawie zrobiła nam herbatę, owacje na stojąco!

Jak myślicie, z kim w całych Laskach najlepiej się plotkuje o szkole i niewidomych? Z uczniami? Dyrekcją? Nauczycielami?
A gdzie tam! Z siostrą Agatą!
No więc przeplotkowaliśmy… tak ze, eeee… godzinę czy więcej?

Potem już lecieliśmy z Klaudią i Mają na autobus, bo zaraz miał uciec. Lecieliśmy tak, że byliśmy przeszło kwadrans przed nim, a więc siedząc na przystanku rozmawialiśmy sobie radośnie o tym, jak to niebezpiecznie jest nocą na bezludziu. Dodam, że byliśmy nocą na bezludziu.

Wsiadłem ja do autobusu, pozostawiwszy dziewczyny nocą na wspominanym bezludziu, kierując się na Młociny, gdzie, z kolei, spotkałem się z Angeliką i Grzegorzem (Celtic1002, grzegorzm). Tą noc dane mi było spędzić u nich, wszyscy żyją!

Tu tematem przewodnim rozmów była kultura kaszubska i szanty.

I oto nastała niedziela, a Dawid spotkał się z Kamilem i Mają. Maja już tego dnia wracała do Żyrardowa, bo chodzi do tworu zwanego szkołą, kojarzycie coś takiego?
Najpierw jednak poszliśmy na pizzę, bo czemu nie?

Wróciwszy na dworzec Centralny i odprowadziwszy biedną Majkę do pociągu, zatroszczywszy się, by nie wpadła do gap between the train and the platform, co trudne nie jest zważywszy na fakt, że ta gap jest tak z pięć razy szersza niż Maja wysoka, udaliśmy się z Kamilem kupić bilet.
Tak, drodzy państwo, ja do tej pory nie miałem biletu powrotnego, bo nie wiedziałem, kiedy wracam, a raczej kiedy to wiedziałem, ale o której już nie.

Kupiwszy bilet na po południe następnego dnia, wpadliśmy na genialny pomysł, by odwiedzić Starówkę – jak się jest w Warszawie, trzeba korzystać, nie?

Wsiedliśmy więc do tramwaju.
– Przepraszamy… Czy ten tramwaj dojeżdża na Starówkę? – Zapytał Kamil.
– Tak, dojeżdża. – Potwierdziła jakaś pani.
Był tylko taki malutki problem. Nie dojeżdżał.

No dobrze, to wracamy, weszliśmy do innego tramwaju w przeświadczeniu, że wrócimy na Centrum. Nie wróciliśmy, wylądowaliśmy gdzieś na Stadionie Narodowym.

Skierowaliśmy się na metro, przejechaliśmy z pół drugiej nitki, przesiedliśmy się na Świętokrzyskiej.
Jeszcze tam się zgubiliśmy przy zmianie linii metra, ale to już nieważne, w końcu dotarliśmy do Centrum.
Tu przyszła pora na rewizję planów.

A trzeba wam wiedzieć, że uwielbiam gorącą czekoladę, tym czasem na Pomorzu to prawdziwy rarytas.
Kamil więc zaproponował szaleństwo, to jest wybranie się do oficjalnej Pijalni Czekolad Wedla. Why not?

Jak myślicie, dotarliśmy tam bez problemu? A gdzie tam, ale… nieważne.

Była czekolada? Była.

Wracaliśmy natomiast z bardzo miłą parą, która, jak się okazało, właśnie wybierała się do restauracji bez świateł, a w dodatku mieszka nieopodal Kamila. I kto tu uwierzy w zbiegi okoliczności?

Bez dalszych przeszkód wróciliśmy do domu Kamila. Tym razem zasnęliśmy koło czwartej w nocy.

Jest jeszcze do opisania poniedziałek. Jako jednak, że wtedy także wiele się działo, pozwolę sobie zrobić to w osobnym wpisie, tym czasem zaś pozostawię was poniedziałkowym porankiem na Młocinach, gdzie Dawid i Kamil się rozstali.

I podziękuję wszystkim spotkanym ludziom za wspaniały czas, a więc, lecim nickami, dziękuję: Celtic1002, Elanor, grzegorzm, jamajka, Julitka, klaudia27, Monia01, talpa171!
Dawno nie spędziłem tak cudownego czasu, jak w zeszły weekend!

Bardzo skrótowo o ostatnim tygodniu, czyli dobranoc

Do matury pozostaje dwanaście dni, a mnie z tego powodu chyba kompletnie odbiło.
Nie dość, że w autobusach słyszę prośby o popcorn wypowiadane zamiast nazw przystanków, to jeszcze kupuję kury, tak, żywe kury, a i także spotykam się z Mają w Warszawie – to nic, że bilety kupowałem w dzień poprzedzający sam wyjazd, a jeszcze dziewięć dni temu w ogóle o możliwości takiego wyjazdu nie myślałem.
W świetle powyższego blednie nawet fakt, że udało mi się zgubić w drodze do szkoły tak, iż wylądowałem w innej części miasta.
A to wszystko w ciągu jednego tygodnia.

Ten tydzień zaczął się dość niewinnie. Wstałem rano jak co rano, poszedłem na autobus, wsiadłem i jadę…
Czwórka w Wejherowie mija przystanek "Wejherowo, Filharmonia Kaszubska".
Ja jednak tego felernego poniedziałku usłyszałem, cytuję: "Przepraszam, popcornu szukam".
Tak wyraźnie to usłyszałem, iż naprawdę przez dobrych pięć sekund zastanawiałem się czy to ze mną jest coś nie tak, czy z autobusem.
Ale chyba jednak ze mną.

Wtorek? We wtorek udowodniłem, że mimo uczęszczania do tej samej szkoły od lat dwóch ponad zgubić się da.
Nie wiem, jak można zgubić się tak bardzo, że wyląduje się w innej części miasta i będzie trzeba w ogóle znaleźć szkołę od drugiej strony, ale melduję, że potwierdzono doświadczalnie – da się.

Środa? Środa minęła pod sztandarem matematyk, na których zapanowała absolutna głupawka.
A wszystko przez panią, która oświadczyła, iż dowiedziała się o zaleceniu, wedle którego poziom lekcji powinno dostosowywać się do umiejętności klasy.
Dlatego zaproponowała tabliczkę mnożenia.

Czwartek? W czwartek to w środku lekcji zrobiliśmy grilla i trzy godziny sobie siedzieliśmy, robiliśmy kiełbaski i zajmowaliśmy się innymi czynnościami, którymi maturzyści zajmować się nie powinni.
A wszystko za inspiracją naszej matematyczki, tak, te trzy godziny to były matematyki.

Piątek? Ojjj, tu mi już odbiło kompletnie.
Kupiłem kurę. Żywą. Normalną. Kurę. Gallus gallus domesticus. Rząd grzebiące, rodzina kurowate. Słowem: nooo. kura!
A tak zupełnie poważnie…
Pojawiła się akcja charytatywna "kura na Madagaskar".
Celem jest nauczenie mieszkających tam ludzi dbania o ich własność i tak dalej. W ramach tej akcji można sfinansować kurę, którą dostanie jakieś dziecko na Madagaskarze, będzie się uczyło ją karmić i tak dalej.
Ogółem, uznałem, że to bardzo fajny pomysł i sfinansowałem dla Madagaskaru taką właśnie kurę.

Sobota? Oooo, tutaj będzie ciekawie.

Sobota zaczęła się o piątej szybką organizacją i wylotem z domu, bo o 07:19 był pociąg do Warszawy.
Pomijając całą kwestię dojazdową, około 10:50 byłem na miejscu z dziesięciominutowym opóźnieniem i witałem się z wariatką Mają, jamajką na Eltenie.

Z Mają udaliśmy się najpierw metrem na spotkanie z Mateuszem, papierkiem na Eltenie, aby mu przekazać Raspberrego Pi, którego musi przekazać dalej, dobra, długa historia, nieważne.
Po tym przekazie, zaczęła się zabawa. Skierowaliśmy się na Młociny, aby zajrzeć do Lasek.

Na owe Młociny przybyliśmy, podkreśliliśmy jednemu człowiekowi, że naprawdę musimy zadzwonić do jednej osoby i nie wiemy czy jedziemy do Lasek, po czym Maja wykonała telefon do s. Agaty.
Od tej ostatniej dowiedzieliśmy się, że w Laskach jeszcze ich nie ma i będę później. Wykonaliśmy więc w tył zwrot i wróciliśmy metrem na plac Wilsona, ludzie, dawno nie najeździłem się metrem tyle co wczoraj (tylko w Londynie bywało).

Tam zjedliśmy naprawdę dobrą pizzę i znów lecieliśmy do Lasek, tym razem już bez wracania.
W tym momencie wykonałem nagrania ptaków, które już tutaj wrzuciłem.

W samych Laskach po pewnym czasie oczekiwania spotkaliśmy się z siostrą Agatą, którą naprawdę miło było mi poznać, a potem już trzebabyło wracać na metro powrotne, abym zdążył na pociąg do Gdyni.

Przepraszam za tak skrótową formę, ale dosłownie zasypiam.
Jeśli jesteście ciekawi szczegółów, macie dwie opcje.
Albo liczyć na wenę dla mnie na dłuższy wpis, albo przekonać Maję do napisania. 😀