Przysięgam Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, i że ci nie dam kanapki z masłem aż do śmierci.

Kiedy pociąg SKM kończy swój bieg w Wejherowie, podawany jest przez głośniki komunikat w języku angielskim, w dodatku błędny:
This train has terminated. Please leave the train.
Dlaczego błędny? Bo pociąg się zatrzyma dopiero, to jest podawane w trakcie jazdy, więc czas present perfect jest tu niepoprawny. Biorąc pod uwagę, że pociągiem tym dwa razy w tygodniu jeździ grupa trzech osób podchodzących do certyfikacji CAE w czerwcu tego roku, nie mogło się to obyć bez komentarza, a raczej serii uszczypliwych komentarzy kończących większość powrotów do Wejherowa.
Stąd też teksty typu:
My english skill has terminated, please leave the school.
Albo
This train is terminating at the next station, but I’ve not heard about present continuous tense yet.
Wczoraj natomiast, może pod wpływem niesłyszenia komunikatu przeszło tydzień, rozważaliśmy korektę do zaproponowania SKM.
Po kilku roszadach i zmianach powstała ostateczna wersja komunikatu:
This conveyance has just accomplished its route and is going to standstill. We cordially entreaty all voyagers to resist procrastination and to disembark.
Muszę przyznać, że bardzo, ale to bardzo chciałbym zobaczyć miny pasażerów po usłyszeniu takiego komunikatu. To jak? Możemy pisać do SKM?

Od dawna nie pisałem luźnego i wesołego wpisu, głównie dlatego, że brakowało mi ostatnio weny czy też dobrego humoru, by takie wpisy sklecić. Dziś jednak należałoby wreszcie to nadrobić.

Co tam u mnie słychać? A no dość sporo, w sumie tyle się tego nazbierało, że nie jestem pewien, od czego chcę zacząć.

Nie każdy błądzi, kto wędruje… Chyba, że nazywa się Dawid Pieper.
Muszę tutaj zameldować, że ostatnio w drodze ze szkoły byłem zmuszony by przejść Bolszewo niemalże dookoła. W jaki to sposób? Wszystko przez, w sumie nie wiem przez co.
Wracałem sobie radośnie ze szkoły przeświadczony, że będę mógł udać się do domu i odpocząć, pogoda była już ładna, ptaki ćwierkały, liście szmerały, wiatr pieszczotliwie gładził Ziemię, przyroda budziła się do życia. Słońce, wreszcie mogące ogrzać nasz świat, pełne energii wysyłało do nas swoje ciepło i światło, jakby pragnąc się powitać po tak długiej rozłące. Szedłem zatem w stronę domu z przystanku, ciesząc się z piękna świata.
Trasa pokonywana przeze mnie niemal codziennie, za przystankiem na pierwszym rozwidleniu w prawo, potem minąć kilka domów i sklepów, skręcić znowu w prawo, w odpowiednim miejscu przejść przez ulicęj, minąć bibliotekę, za nią skręcić w lewo, iść do przodu i w odpowiednim miejscu, jak będzie cicho, przejść na drugą stronę już na moją ulicę.
I w odpowiednim miejscu, jak będzie cicho, przejść na drugą stronę.
Jak będzie cicho.
Cicho.
Kiedy centralnie przed przejściem dla pieszych zatrzymuje się jakaś ciężarówka czy coś takiego, która robi taki hałas, że słychać ją było już przy bibliotece, nie słychać nic, – ani ptaków, ani samochodów, uszy błagają litości, a ty nie wiesz czy przejść przez ulicę czy nie, bo nie masz zielonego pojęcia czy jakiś samochód jedzie, czy nie, czy ruch jest zatrzymany, czy wpakujesz się prosto pod koła, wiec, że jest źle.
Czekałem minutę, drugą, piątą, w końcu stwierdziłem, że tak to być nie może i postanowiłem wejść na naszą ulicę od drugiej strony.
No więc musiałem iść uliczką dalej, przejść przez przejście dla pieszych i prosto, minąć skrzyżowanie, przejść na drugą stronę przez przejście, dwa razy w prawo i byłem już na swojej ulicy.
Co z tą ciężarówką, zapytacie?
A no odjechała, ruszyła w chwili, w której wchodziłem na swoją działkę. I jak tu nie wierzyć w złośliwość losu?
Kiedy zaś wchodziłem do domu odezwała się sroka, a ja miałem nieodparte wrażenie, że to ze mnie rechocze.

Skoro już mowa o sytuacjach Dawidowego nieogarnięcia, warto tu wspomnieć o historii restauracyjno-pokursowej. Po jednych zajęciach z angielskiego Ola zaprosiła nas – mnie i Maksa do restauracji na jedzenie, którego nazwa mi uciekła, ale przypominało to troszkę bułkę z mięsem, przy czym nie było bułką.
Z resztą nieważne, co to było, ważne, jak to się skończyło.
To jadło się plastikowym nożem i widelcem, więc z początku nie obawiałem się żadnych problemów, do czasu.
Większość z was jest bardziej w niewidomkowych sprawach ogarnięta ode mnie, całej reszcie jednak odradzam jedzenie tego czegoś. Mój ambitny plan odkrojenia kawałka nabitego na widelec skończył się wylaniem sosu z tej pseudobułki. Następnym krokiem było wytarcie sossu ze stołu i powrót do konsumbcji tyle, że odwróciłem omyłkowo nóż i w następnym kroku próbowałem odkroić kawałek stroną niezaostrzoną.
Efektem tego było wystrzelenie sałatki na imponującą wysokość i jej awaryjne lądowanie na stole. Tak, zgadliście, znowu pojawiła się potrzeba wytarcia.
W kolejnym kroku dowiedziałem sie, że mój widelec był wadliwy, bo po wbiciu go w ową potrawę, no cóż, wyszły tylko dwie nóżki, jedna została i gdyby jej Ola nie zauważyła, nie wiem jakby się to skończyło, a tak to niebezpieczny odłamek został usunięty.
W całą trójkę popłakaliśmy się ze śmiechu, choć przyznać należy, że w końcu to zjadłem całkowicie. Ale w tej restauracji chyba mnie już zobaczyć nie będą chcieli więcej, ja zaś stwierdzam, że chyba nigdy więcej nie będę pewny, że umiem po prostu coś zjeźć.

Co do bardziej Wielkanocno-zwyczajowych tematów, w lany poniedziałek jak co roku tata z Radkiem mieli zamiar oblać rano wszystkich domowników. No cóż, plan się nie powiódł, przeze mnie.
Uznałem, że tata wstanie z Radkiem koło siódmej, może w pół do ósmej. No więc ja wstałem o w pół do szóstej i się nie myliłem, bo jak godzinę później przyszli zrobić nam mokrą pobódkę, no cóż, ja sobie radośnie na nich czekałem.
Przykro mi tato, robisz się zbyt przewidywalny.

Jeśli chodzi o sprawy związane z awifauną, coraz więcej ptaków śpiewa, odkąd zrobiło się cieplej, zięby są na porządku dziennym, choć pojedyncze już od dawna ćwierkały. Nie brakuje też ci u nas bogatek, mazurków i wróbli, gołębi i sierpówek, sikor modrych i ubogich, jerzyków, ortolanów i innego upierzonego cudu.
Ciekaw jestem czy w Pucku rozćwierkały się już kosy, bo to jakoś w tym okresie tam zaczynają się odzywać. Nic niestety nie zapowiada, bym miał okazję tam zajrzeć w najbliższym czasie.

Jeśli chodzi o tytuł wpisu, oczywiście już wyjaśniam. Chodzi o Olę, bo trzeba wam wiedzieć, że Ola wykazuje dziwną skłonność do nielubienia masła, tak, ona nie lubi masła.
Stąd się śmiejemy, że taką właśnie przysięgę małżeńską bedzie musiał złożyć Mikołaj, jej chłopak.
Mikołaju, już Ci współczuję, składam kondolencje, wyrazy smutku i wsparcia.

Oczywiście to nie koniec wpisu, bo wczoraj miałem niezwykłą przyjemność być na koncercie the Kelly Family.
Czy ja bywam na koncertach często? Gdzie tam. To był mój trzeci koncert w życiu, szczerze do teatru nie pamiętam kiedy ostatnio poszedłem pozaszkolnie, do kina na Gwiezdne Wojny, poprzednio zaś na Gwiezdne Wojny, a wcześniej na Gwiezdne Wojny, co daje bilans raz do roku.
Po prostu nie mam aż tyle pieniędzy, by sobie na takie wypady pozwalać w szczególności w świetle moich informatycznych pasji i Eltena. Tym bardziej więc zawsze podniecony jestem takim koncertem czy kinem, szczególnie zaś koncertem takiego zespołu jak The Kelly Family, na których to występ nie mogłem się doczekać już od początku tygodnia.

Jak było? Cudownie, naprawdę ślicznie. Tak sobie myślę, że The Kelly Family dużo piękniej wykonuje swoje utwory scenicznie, niż studyjnie.
Było pełno wzruszeń i powodów do śmiechu.
Najlepszy tekst Jimmy’ego o Patrici:
Ona jest staroświecka, wredna, męcząca, kłócimy się średnio raz dziennie, właściwie we wszystkim mamy różne zdanie. I co ja na to mogę, że ona jest moją siostrzyczką i nie umiem jej nie kochać?
On to powiedział taaakim załamanym głosem…
Sto Lat też było śpiewane, bo czemu by nie?
Z utworów to mam dylemat, co mnie najbardziej wzruszyło, wiele utworów w ykonaniach dość różnych od tych w studiu pokazano, ale o tytuł najpiękniejszego wykonania mogą konkurować ze sobą "Brothers and Sisters", "An Angel", "Who’ll come with me" oraz "Please don’t go".
Na każdym jednym miałem łzy w oczach i każde było tak śliczne, że nie umiem podjąć decyzji co do najcudowniejszego.
Teraz Maja jeśli to czyta mnie zabije, ale nie podobały mi się występy perkusyjne jakoś, nie mój styl muzyczny, był na koncercie fragment na samą perkusję, nie, zdecydowanie nie mój styl.
Jedyny utwór śpiewany, jaki nie spodobał mi się, tytułu nie pamiętam, ale był już typowym utworem niemal metalowym, a to zdecydowanie nie jest moja kategoria muzyczna.
Miłym akcentem było natomiast wplecenie kilku słów o Polsce do dwóch czy trzech prezentowanych utworów, od razu lepiej na sercu.
Jak mówię, było cudownie, raz jeszcze niezmiernie dziękuję ekipie Sobieszewskiej za tak wspaniały prezent osiemnastkowy.

Pierwszy jerzyk

Odkąd zacząłem się interesować głosami ptaków, a więc od piątej klasy podstawówki, zauważałem, że u nas, w Bolszewie, latem zawsze śpiewa cały chór jerzyków, naprawdę jest ich tu mnóstwo.
Stąd też jakoś od gimnazjum nauczyłem się notować dzień, w jaki usłyszę pierwszego przedstawiciela tego gatunku, taki symbol początku wiosny.
W roku 2018 dzień ten wypadł 27 marca.
W ogóle powoli się u nas rozćwierkują ptaki, jeszcze zbyt cicho, by na tle ulicy nagrać, ale niemal codziennie słychać śpiewające bogatki, zięby i inne ptaki widywane wiosną.
Ostatnio nawet w drodze do szkoły słyszałem ortolana, czekając na przystanku natomiast głowy dać nie mogę, ale niemal na pewno zaćwierkał skowronek.
W ogóle jakoś tak jest, że zawsze skowronki łączy się ze słowikami, nie wiem, dlaczego, śpiewają zupełnie różnie.
A jak podpowiada praktyka, słowiki na Pomorzu najwcześniej słyszane są na sam koniec kwietnia, zwykle to już raczej maj, w zeszłym roku dopiero czerwcem wreszcie słowika rdzawego posłyszałem.
W ogóle ostatnio z Elanor rozmawialiśmy trochę o ptakach i stąd pomysł na ten wpis. Tak sobie przypomniałem, że ja wam prawie nic nie pisałem o ornitologii, która przecież mnie interesuje.
Nie aż tak, jak fizyka, nie jestem może wielkim znawcą, ale coś tam o ptakach i ich głosach wiem. 🙂
W tym roku będę polował, oczywiście w przenośni, bo spokojnie, myśliwym nie jestem, może inaczej.
W tym roku mam zamiar wyszukać i w ramach możliwości nagrać kilka gatunków, które u nas słyszane są, choć dość rzadko, konkretnie nastawiam się na poszukiwania trznadli i piecuszków.
A, jeśli szczęście dopisze, bo jeszcze nigdy nie słyszałem, no ale jeśli szczęście dopisze, chciałbym do własnej kolekcji ptaków usłyszanych dołączyć kraskę, których ostatnio się troszkę na Pomorzu widuje.

Zaśnieżyło

Witajcie!
Ja tylko na chwilę przychodzę z raportem pogodowym.
Dzisiaj spadł u nas pierwszy śnieg.
W nocy temperatura spadła troszkę poniżej zera, a że padał deszcz, to zaśnieżyło.
Zwykle te pierwsze opady śniegu to taka niezidentyfikowana breja, ćwierć deszcz, ćwierć śnieg, a w reszcie błoto.
W tym roku przyszedł śnieg bardziej konkretny, bo chociaż już się topi, termometr wskazuje 2,5 stopnia Celsjusza, to jednak był na tyle porządny, że spełniał podstawowe warunki klasyfikacji jako śnieg.
To znaczy, był puchem, a nie rozmywającym się w rękach błotem, skrzypił pod butami i był biały.
To ostatnie to ponoć. 😀
Tak więc, na Pomorze już zima zawitała, chociaż kalendarzowo jeszcze ma miesiąc.
A jak tam pogodowo u was?
Śnieżyło już czy jesteśmy prawie pierwsi?
Prawie, bo przekonany jestem, że już śnieżyło w górach. 🙂

Nie ma mowy, nie dojdziesz…. Orientacja w nieznanym terenie, czyli o tym, jak popsuć sobie plan na resztę dnia

Witajcie!
Mimo tytułu mogącego kojarzyć się ze złymi emocjami, nie, spokojnie, mnie się chce śmiać.
A wszystko przez roboty drogowe, ale, kolejno. 🙂

Wszystko zaczęło się dzisiaj około godziny 15:10, kiedy to skończyły się lekcje.
Ja zwykle wracam autobusem z pewnego przystanku, na którym od początku tego roku są prowadzone prace drogowe.
Dobra, poprawka, nie na terenie przystanku, a w drodze ze szkoły do przystanku.
Oznacza to dla mnie od września ciągłe poszukiwanie jakiejś ścieżki, drogi by przejść przez jezdnię, na której zdarto asfalt.
Problematyczne, ale wykonalne, jedyna trudność w tym, że ścieżka ta wytyczana jest za każdym razem w innym miejscu.
Ale dzisiaj było inaczej.
Miałem piękną wizję, w której wracam ze szkoły, jestem koło 15:40 w domu, jem obiad, witam się z rodzinką, coś tam pewnie opowiadam.
Wszystko dlatego, że komuś obiecałem pomóc w nauce, więc chciałem ten czas znaleźć.
Ale roboty drogowe postanowiły inaczej…

Kiedy dotarłem na miejsce, poza hałasem, zauważyłem, że cały chodnik trzęsie się, jakbym był na pokładzie wahadłowca kosmicznego, a nie na asfalcie.
Sądząc po dźwiękach, chyba odpalili młoty pneumatyczne.
Żeby było lepiej, w tym hałasie, w którym ledwo słyszałem własne myśli, nie znalazłem przejścia, z resztą, nie szukałem też zbyt długo, uznając, że bezpieczniej będzie się wycofać, niż wylądować na dnie jakiejś dziury albo zginąć pod młotem pneumatycznym. 😀
Może i byłby sposób na przejście tam, może dałbym radę, pewnie tak, ale przyznaję uczciwie, zastane warunki przekonały mnie, by nie sprawdzać. 🙂
W każdym razie, opuściłem tamten teren.
Plan wyglądał prosto, pójść na inny przystanek i z niego pojechać.
No ok, poszedłem na inny przystanek i, niespodzianka…
Z powodu remontów drogowych kilka ulic dalej… Wyłączono go z ruchu.
Świeetnie, uznałem więc, że trzeba znaleźć inny przystanek.
I tutaj zaczyna się zwiedzanie miasta. 😀

Może to dziwnie zabrzmi, ale nigdy nie potrzebowałem korzystać z innych przystanków.
Czy to jechałem do szkoły, czy na rynek, czy nawet do parku się z kimś spotkać w Wejherowie, zawsze wysiadałem pod szkołą.
Jeszcze zanim stała się moją szkołą, po prostu ten przystanek to bardzo dobry punkt orientacyjny, do którego można trafić zewsząd.
W związku z tym nigdy nie potrzebowałem korzystać z innych.
Na szczęście, po omyłkowym wtargnięciu na kilka podwórek, przystanek odnalazłem.
Ale na autobus musiałem czekać pół godziny, albowiem gdyż z racji mojej eksploracji terenu po prostu na poprzedni nie zdążyłem.
A może wy podzielicie się wskazówkami na szybkie orientowanie się w terenie obcym?
Przyznaję uczciwie, prawie wszystkie moje doświadczenia w orientacji przestrzennej po otwartym terenie zbierałem samodzielnie, po prostu chodząc z laską po okolicach. 😀
Wracając jednak do historii, pewnie myślicie, że wysiadłem z autobusu na przystanku w Bolszewie i poszedłem prosto do domu?
Nic z tych rzeczy, to nie mogło tak szybko się skończyć.
Przystanek, na którym zwykle wysiadam, znajduje się pod biblioteką, jakieś 5 minut drogi od domu.
Są jeszcze trzy na których zdarza mi się wysiąść, a z innych też spokojnie dojdę, nie ma problemu…
Ale…
Kierowca chyba uznał, że nieco mi utrudni sprawę i zatrzyma się…
Między przystankami.
I nie tyle dojście do domu stanowiło problem, co orientacja, eee, gdzie ja właściwie jestem…
I nie, bynajmniej nie jest to godzien tej postrzelonej, prawie 2-godzinnej drogi do domu, oo nieee.
Bo potem czekałem sobie na ulicy, dosłownie.
Jakieś 10 minut, nim jakiś samochód zauważył, ejj, to chyba przejście dla pieszych, a ten niewidomek ma chyba zamiar przejść. 🙂
No ale skoro to się udało, dotarłem do domu, gdzie z kolei przywitał mnie kot z dość dziwnymi pomysłami zwiadowczymi, ale o tym w osobnym wpisie raczej napiszę. 🙂
Anyway, prawie dwie godziny ze szkoły do domu… Rekord pobity!