Oxford – miasto ze Śródziemia

Wczoraj pierwszy raz oddaliłem się w Anglii tak daleko od Londynu… Wybraliśmy się z Kamilem do miasta Oxford – tego, w którym znajduje się ów znany uniwersytet. Jako, że wiele tam widziałem, myślę, iż wycieczka ta zasługuje na osobny wpis.

Na początek informuję, że Oxford znajduje się przeszło 100km od Ewell, a więc podróż tam trwa pociągiem ponad dwie godziny. Zdecydowanie jednak warto.

Na początek miłe przywitanie, przynajmniej dla miłośnika Tolkiena takiego, jak ja. Trzeba wam wiedzieć, że podczas bytności mej w Anglii bardzo rzadko słyszę o czymkolwiek związanym ze Śródziemiem. Dziwi mnie to o tyle, że przecież świat wykreowany przez Tolkiena jest mimo wszystko znany i lubiany, a w Londynie nie ma ani obrazów zbytnio, ani pamiątek… Tu zdecydowanie króluje Harry Potter, a na Saurona i Gandalfa miejsca nie ma.
Tym więc milej było mi usłyszeć, że dworzec w Oxfordzie ozdabia obraz o wdzięcznej nazwie "Beren i Luthien w dziczy", niestety nie pomnę nazwiska artysty.
Do tego można przeczytać tam napis:
"Long was the way that fate them bore,
O’er stony mountains cold and grey,
Through halls of ireon and darkling door,
And woods of nightshade morrowless.
The Sundering Seas between them lay,
And yet at last they met once more,
And long ago they passed away
In the forest singing sorrowless."
Jest to cytat z "Pieśni o Berenie i Luthien" Tolkiena. Już to dla mnie było zapowiedzią, że w Oxfordzie nieco więcej akcentów Tolkienowskich dojrzę. I, owszem, nie myliłem się. Jak Londyn żyje Hogwartem, tak Oxford żyje Śródziemiem, przynajmniej ja takie wrażenie odniosłem.

Oxford to dość małe miasteczko, utrzymane w stylu dawnym, trudno mi powiedzieć jakim, ale wiele tu pałacyków, smukłych domków znanych z okresu wiktoriańskiego, a nawet renesansowego. Z tego co słyszałem wygląda to trochę tak, jakby to miasto zatrzymało się w czasie kilkaset lat temu.
Pewnym kontrastem są tu samochody jeżdżące po ulicach.
Tłumy były ogromne, ale czego ja się spodziewałem po wakacjach?

Weszliśmy do miasta, mijając zamek Oxfordski, na którego zwiedzenie niestety czasu mi zabrakło. Pierwszym mym celem było "Museum of the history of science".
Co mogę powiedzieć? Rzadko mówię coś takiego o muzeach, ale… Nie polecam.
Wystawa na mnie wielkiego wrażenia nie zrobiła, kilka dawnych instrumentów naukowych, sekstans, dawne teleskopy… Ale żadnego komentarza czy opisu, od, leży jedno od drugiego – narzędzia z renesansu koło tych z XIX wieku, modele samochodów tóż koło średniowiecznego astrolabium…
Nie, jakoś to muzeum w zachwyt mnie nie wprawiło.

Inna sprawa to kolejne muzeum, czyli Oxfordskie Muzeum Historii Naturalnej.
Wielu z was pewnie słyszało o tym Londyńskim, słusznie, bo jest niesamowite. Rzadko jednak się pamięta, że i Oxford ma swoją wystawę do pokazania, składającą się wyłącznie z eksponatów należących do uniwersytetu.
To muzeum jest bardzo ładnie zrobione. Oczywiście, jest mniejsze od tego Londyńskiego, ale i ponoć ładniejsze, z pewnością zaś wystawa nie rozczarowuje.
U wejścia mamy, bo jakby tu inaczej, szkielet tyranozaura, oczywiście można go dotknąć.
Są różne ichtiozaury, pterozaury czy jak to tam się pisze.

Widziałem też ogromne, bo tak z metr wysokości, figurki przedstawiające różne tam tripto coś tam i inne zaury.
Niestety, moja wiedza o paleontologii jest zbyt mała, bym zapamiętał większość nazw. Był tam jakiś brachiozaur czy coś takiego, Argentynozaur, który przynajmniej ma jakoś tam logiczną nazwę, był i wannanozaur, który, jak sama nazwa wskazuje, najprawdopodobniej lubował się w licznych kąpielach w wannie.
Prócz tego są skamieliny z okresu paleozoiku, bardzo ich dużo, pokazana historia ewolucji RNA i DNA… No, takie tam ciekawostki.
W sekcji geologicznej masa minerałów – z blokiem diamentu z pół metra wysokości włącznie.
Ogólnie, muzeum może nie tak duże jak Londyńskie, ale zdecydowanie wystawę ma pokaźną i bardzo mi się spodobało.

Pamiętacie, jak mówiłem, iż Oxford Tolkienem żyje?
No więc jechałem tam bez świadomości, że znajduje się tu wystawa poświęcona Śródziemiu. Ja miałbym tam nie pójść?
Co prawda wystawa wymagała prebookingu miejsc, ale poszło się do pani z obsługi, wymieniło kilka grzecznych zdań, powiedziało, że bardzo mnie wystawa interesuje, a nie wiedziałem o niej, że nie mam szans przyjechać w innym terminie… I, proszę, jest wstęp. Bardzo miła obsługa.
Pani mnie pytała czy jestem na filologii. Jak widać, doszli do wniosku, że tylko filologia angielska spacza w dostatecznym zakresie, by tak kochać Tolkiena. Wszyscy filolodzy to czytający, bójcie się.

Na wystawie niestety prawie wszystko jest za szkłem. A że Kamil fanem Tolkiena nie jest – w ogóle go nie czytał – to i ograniczone mam spojrzenie na to, co prezentowane.
Dlatego, jeśli chcecie się tam wybrać, a polecam, to raczej z kimś znającym uniwersum.
Znajdziecie tam prace Tolkiena, pierwsze szkice map Śródziemia, jego notatki…
Kamil się zachwycał jego obrazami, ponoć – a zweryfikować nie umiem – Tolkien miał ogromny talent kreślarski, jego obrazy są bardzo wierne.
Mapy Śródziemia są tam niezwykle szczegółowe. Tolkien mapę Śródziemia sobie narysował na takim wielkim, powiedziałbym plakacie… Zaznaczył tam każde jedne miasto, o którym mowa w jego książkach, pokreślił trasy podróży Drużyny Pierścienia i wyprawy Bilba…
Co ciekawe, na mapie są kreślone proponowane nazwy krain, można się z niej dowiedzieć, jak Tolkien zmieniał nazwy miejsc.
Są też zaznaczone kraje, które nigdy nie pojawiły się w jego dziełach.

Prócz tego, można zobaczyć liczne obrazy nawiązujące do Tolkiena, innych, znanych twórców.
Jest i wystawa poświęcona muzyce, nawet Enya się załapała.

W sklepiku obok oferują masę książek i opracowań Tolkiena. Tu bardzo żałuję braku wzroku, gdyż bardzo chętnie bym coś sobie kupił.

No i to tyle, jeśli chodzi o Oxford. Potem był już czas wracać do domu.
A i do tych, co narzekają na Polskie koleje. Pociąg nasz był tak opóźniony, że w powrocie nie zdążyliśmy na przesiadkę i musieliśmy jechać o godzinę dłużej, gdyż tyle czekaliśmy na następny.

Ciągle pada i padać przestać nie zamierza, czyli Londyn i jeszcze raz Londyn

Wokół biegają dzieciaki. Zdaje się, że bawią się w jakąś walkę, latają poduszki, dźwięczą miecze, a ja się tylko boję o los Macbooka.
W moim umyśle kreślą się już czarne wizje pękającego ekranu po tym, jak ktoś na niego wskoczy albo go uderzy. Brrrrr.
I wcale nie jest to tak nierealne, gdyż już raz ledwo osłoniłem ten komputerek przed lecącą poduszką. A biegają oni tutaj bardzo blisko, więc…
A zatem, by odgrodzić się jakoś od tych czarnych wizji, wypadałoby powiedzieć, co tam u mnie.

Londyn wciąż stoi, co można uznać za niezły sukces, zważywszy na Radka i Vincenta. Jakimś cudem jeszcze go nie roznieśli w drobny mak, choć logika nakazuje, by tu miast Londynu trwały już zgliszcza.
Czekajcie, ile ja tu mam do nadrobienia? Eeee, sporo. No dobra, lecim.

W sobotę, jak wiecie, przyleciałem do takiej małej, nikomu nieznanej miesciny, w której mieszka ledwo osiem milionów ludzi. Mówię o Londymie, eee, Londynie znaczy się.

Na początek warto zanotować, że ja byłem człowiekiem dość szczupłym, naprawdę. Mam jednak uzasadnione podejrzenia, że ten stan należy lub wkrótce należeć będzie do przeszłości.
Już w sobotę zjadłem bezę. Kto nie zna angielskich bezów, ten niech żałuje, wiem, co mówię.
Potem zaś babcia upiekła ciasto z truskawkami. No grzechem byłoby nie zjeźć choć kawałka. Albo dwóch… Trzech? Eeee.
Jakoś tak się złożyło, że odwiedzili nas znajomi, o tym więcej za moment, i przywieźli ciasto czekoladowe. Dobre było, naprawdę.
A dzisiaj miałem okazję pierwszy raz w życiu spróbować babki z bananami. Dosłownie, to taka babka, ale o smaku bananowym. Polecam.
Ludzie, piszę tu oficjalnie, iż ważyłem przed wyjazdem 58kg, dopiszcie do tego na koniec zero, a uzyskacie przypuszczalną masę powrotną. 😀
Pocieszenie jest takie, że jak zamieszkam w Warszawie, okaże się, że zaraz pieniążki się skończą. I wtedy zacznie się błyskawiczna dieta. 😀

Czy coś porabiam tu prócz pożerania wszystkiego, co zawiera choć trochę cukru? A no owszem, można tak powiedzieć.

W niedzielę odwiedzili nas znajomi, Lerry i Rafael, małżeństwo, widziałem ich kilkukrotnie, nawet Polskę odwiedzili i tam się spotkaliśmy.
Rozmawialiśmy o wszystkim – Anglii, akcentach, piosenkach…
Tam właśnie padł cytat, który obecnie jest moim statusem.
Także Lerry została nawrócona na Sheeranizm.
– There are two types of people regarding Edd Sheeran. Those who do love him and who do hate. I hate him. – Ogłosiła Lerry, cytuję co do słowa.
– Really? – Spytał Dawid.
Ok, telefon, Spotify… Co by tu jej pokazać w celu rewizji poglądu?
"Perfect", "I see fire", "Photograph", moje ukochane "Lego House"…
– Oh, I love him, he has pretty nice voice. – Krzyknęła Lerry.
Taaaaa, zważywszy, że sam za fana Sheerana się nie uważam, niezłe osiągnięcie.

W poniedziałek byliśmy w centrum.
Po pierwsze, na Charing Cross Road ani śladu ludzi w szatach albo nienormalnie ubranych. No i gdzie ten dziurawy kocioł?
Kings Cross? No widziałem peron 9 3/4. Ale tylu tam ludzi, że nawet nie próbowałem zrobić sobie zdjęcia, a chciałem.
A i wreszcie dorwałem gorącą czekoladę. Poluję na nią od miesiąca, a więc to taki mały sukces.

Wtorek spędziliśmy w okolicy naszej. Byliśmy z chłopakami w Epsom, pobliskiej miejscowości, na zakupach i na placu zabaw.

Środa to znowu wyprawa do Londynu.
Pierwszy punkt – "Museum of London".

Co wam mogę o tym miejscu powiedzieć? Prezentuje ono historię miasta od czasów Rzymskich po współczesność.
Niestety, prawie wszystko jest za szybką, więc jak chcecie się wybrać, raczej z kimś widzącym i dobrze opowiadającym.
Z tego, co można dotknąć, to na pewno zbroje rycerskie i stroje z tamtego okresu.
Pozostaję w wątpliwości , co było cięższe – zbroja rycerska czy suknia wiktoriańska. 😀
Tu ciekawostka, wiecie na jaki cudowny pomysł wpadli Anglicy? Do sukien dziewcząt, tylko dziewcząt, do momentu wyjścia za mąż przyszywano coś w stylu wodzy (takich końskich), z angielskiego "leading strings" na znak zależności panny od rodziców. I ja nie mówię tu o centymetrze wstążki, mówię o pasku materiału jakoś ponad metr długości. Zawsze wiedziałem, że z tą Anglią coś jest nie tak. 😀
Jest także niezwykle miła kolekcja… ludzkich czaszek, taaaa.
A i ręka jakiejś hrabianki zachowana w słoju. Bardzo miłe muzeum, co?
Z milszych rzeczy jest typowy Angielski dom z czasów wiktoriańskich, wystawa rekwizytów teatralnych z czasów Szekspira, no ogólnie sporo tego. Muzeum polecam więc, ale tylko z dobrze opisującym widomkiem.

Potem zaś wybraliśmy się na London Bridge, gdzie spotkałem się z kolegą pracującym niegdyś ze mną nad Infinity, a dziś studiującym w Londynie, Damianem. No i tak sobie minął dzień wczorajszy.

Dziś wielkie leniuchowanie Kamil zarządził, a więc odpoczywał w domu. Ja zaś z babcią pojechałem na zakupy do Epsom, a potem jeszcze raz, do Sutton na pocztę.
No i zadałem chyba najgłupsze pytanie w życiu, przynajmniej najgłupsze po angielsku.

– Excuse me. We’re looking for baloons for the birthday party.
– We do not have unfortunatelly. But please ask in the post office, they should so.

No to idziem na pocztę.

– Eeeee. We were said that you have baloons.
Wiecie co? Nie mieli. Jak ja się głupio czułem.

I tak sobie mija tu mi czas.
Pozdrawiam was z bardzo deszczowego Londynu.

Tu światła rządzą się własnymi zasadami, czyli Please Mind The Gap between the train and the platform

Zgodnie z obietnicą, oficjalnie pozdrawiam was z kraju Szekspira, Tolkiena, Defoe, Rowling, Chaucera i kilku innych znanych osobistości, szerzej znanego jako Anglia.

Dziś wstałem o trzeciej rano, zjadłem szybkie śniadanie i wybrałem się na lotnisko w Gdańsku.
Tu przygoda numer 1 – problemy z Kamilem…
Pan zatrzymał nas na lotnisku:
– A z kim ty lecisz? – Zapytał Kamila.
– Z bratem.
– Ale brat nie widzi.
W tym momencie poczułem, że już człowiek zaczyna mnie irytować.
– A rodzice wiedzą, że lecisz za granicę? Może dasz mi do nich numer?

Ehhh, na szczęście udało się jakoś dogadać i wejść na pokład..
Dwie godziny później wylądowaliśmy na lotnisku London Luton.

– Welcome in England. Where are you from? – Zapytała pani przy odprawie paszportowej.
– From Poland. – Odpowiedziałem. – We’d like to sign in for the passport control.
Kilka formalności i grzeczności…
Ok, udało się wyjść z lotniska.

– Can we expect any discounts due to my disability, ie. blindness?
– Yes yes.
No i świetnie, mogliśmy jechać za pół ceny.

Tu wielkie odkrycie. Jak widać, nawet w Londynie dobra zmiana zawitała, bo oto już w pociągach nie mówią, jak dotąd "The next station is"… Teraz mówią "We will shortly be arriving at"… Widzicie, jaki postęp językowy?

Z Luton do Blackfriars, z Blackfriars do Sutton, z Sutton do Ewell…
I oto tu jestem.

– Dlaczego ludzie przechodzą na czerwonym świetle? – Zapytał nagle Kamil.
– Bo widzisz… Tu światła rządzą się nieco innymi prawami…
Zielone – idź…
Czerwone, yyyyy… Idź.

W ogóle ten klimat UK jest widoczny od samego początku. Mówię o grajkach ulicznych, których ci tu dostatek.
W drodze z lotniska do Ewell spotkaliśmy ich
czterech.

W pociągach niezmiennie grzecznie przypominają: "Please mind the gap between the train and the platform"… Słowem, Londyn.

Pogoda jest na razie ładna, nie pada, ale to się nadrobi, jakby nie patrzeć… To Anglia.
Niedziela? Deszcz.
Poniedziałek? Deszcz.
Wtorek? Deszcz.
Taaa.

Ale za to temperatury normalne, bo dziś 21 stopni Celsjusza. I to ja rozumiem.

I tym akcentem żegnam was z pięknej dzielnicy Londynu o wdzięcznej i dźwięcznej nazwie Ewell…
Swoją drogą, 100 punktów dla tego, kto domyśli się, jak to się czyta.
A ja idę z babcią na zakupy, bo lodówka świeci pustkami.
Best regards,
Dawid

To nie była pasta do zębów

Znając mnie pewnie podejrzewacie, że ja wszędzie umiem coś popsuć… Nawet przy myciu zębów.
Wymyśliłem sobie ja, że przenocuję w domku babci, kwestia podziału.
Poszedłęm więc właśnie się wykąpać i… umyć zęby.

Nabrałem, jak sądziłem pastę, i zacząłem szczotkowanie. I, nagła refleksja, coś jest nie tak.
Coś zdecydowanie było nie tak.

To nie była pasta do zębów.
To było coś o niezidentyfikowanym smaku, strasznie klejące.
Następny kwadrans upłynął mi na próbie umycia z tego zębów, języka i skóry na twarzy, choć i tak podejrzewam, że trochę tego połknąłem, oby to nie było zbyt trujące. 😀
A i ślady na ustach mam na pewno.

Dopiero potem sobie przypomniałem, że babcia zawsze, ale to zawsze ma cały zestaw specyfików używanych przez człowieki płci żeńskiej.

I teraz się tylko zastanawiam czym ja sobie zęby umyć próbowałem, bo naprawdę jak pasta to wyglądało.
I, ważniejsze pytanie, czy bardzo dziwnie wyglądać to będzie na mojej buzi, czy może w nocy zniknie?
Będzie na pewno ciekawie.

A ja tym niepastowym akcentem się z wami żegnam i idę spać.
Dobranoc.

Szybkie pozdrowienia z wakacji

Na szybko pozdrawiam was z nad jeziora Sominy, gdzie wybyliśmy na weekend.
Zasadniczo przyjechaliśmy tutaj już wczoraj, ale nie czułem się na siłach pisać tekstu na bloga, więc macie go dzisiaj.

Zabrałem ze sobą rejestrator w nadziei ponagrywania ptaków w lesie, jest tylko taki drobny problem, że lasu nie ma.
Gdy byłem tu trzy lata temu, a owszem był, całkiem gęsty.
Zeszłoroczna trąba powietrzna niestety całkowicie go zniszczyła, z kilkuset drzew zostały dokładnie trzy.

A poza tym przypomniało mi się, że z moją krwią coś jest nie tak.
Po pierwszej nocy jestem calutki pogryziony przez komary, ja jeden w domu. Zawsze tak miałem, że to wszystko zlatywało się do mnie.
Teraz, jak ten tekst piszę, ciągle coś mi koło uszu lata.

Ale cóż, są i dobre strony.
Znaczy temperatura powyżej 30 stopni Celsjusza dobrą stroną nie jest, ale chłód w cieniu już tak.
Obok nas obozowali harcerze, już pojechali, ale wczoraj mogliśmy posłuchać ich śpiewów.

A jutro mam nadzieję wybrać się do zamku w Bytowie, to znaczy rodzinka przychylna nie jest, ale będę ich przekonywał.

Cóż więcej mogę napisać?
Kończę, bo przez kolejne bzzzzzzyczące coś istnieje ryzyko, że roztrzaskam klawiaturę. 🙂

Majka, ogarnij się, trochę trudniejsza była. – Co Dawid na Mazowszu porabiał.

Kilkukrotnie wspominałem na tym blogu o pewnym weekendzie, który należy uznać za ósmy cud świata, przede wszystkim za to, że w ogóle go przeżyłem.
Jak to już w moim wypadku bywa, napisanie o czymś w terminie w miarę aktualnym jest czynem prawdopodobnie nieosiągalnym, a zatem doceńcie, że minął mniej, niż miesiąc.
Bo na przykład takiej wymiany do Bad Marienberg wciąż nie opisałem, choć opisać ją obiecałem… 6 marca zeszłego roku.

Pewnego piątku wsiadł Dawid do pociągu odjeżdżającego z Gdyni Głównej w kierunku Warszawy. I tak zaczęła się podróż w nieznane.

O tym, że będzie ciekawie, przekonałem się jeszcze przed stacją docelową. Doszło bowiem do katastrofy na przynajmniej narodową skalę.
Mianowicie, jedna z pasażerek była Brytyjką.
Zdawałoby się, że w świecie nazywanym globalną wioską nie powinno stanowić to ani problemu, ani zaskoczenia. Stanowiło i jedno, i drugie, przynajmniej dla konduktora.
Zaistniała w następstwie scena była godna skeczu kabaretowego.
– Przepraszam panią, ale ja nie mówię po angielsku. – Powtarzał jak mantrę pan konduktor.
– I’m sorry, I don’t speak polish. – Powtarzała przyczyna zamieszania.
Już miałem zamiar się wtrącić, ale zostałem uprzedzony przez jadącego w tym samym wagonie nauczyciela języka angielskiego.

Kolejny dialog z pociągu? Ponownie z owym nauczycielem.
– Przepraszam, nie woleliby Pana uczniowie siedzieć z panem? – Zapytała jakaś kobieta.
– Proszę pani. – odparł nauczyciel, – Oni błogosławią PKP za to, że sprzedano mi tak dalekie miejsce i tylko modlą się, bym jakimś cudem z nimi nie usiadł.
I kto tu mówi, że nauczyciele nie wiedzą nic o swoich uczniach?

W końcu, po trzech godzinach i siedmiu minutach, pociąg zatrzymał się na stacji Warszawa Wschodnia. I tu koszmar się zaczął.

Niektórzy mogliby zastanawiać się, po kiego licha jechałem do Warszawy. W sumie, dobre to pytanie.
Licho to jest dziewczyną starszą ode mnie trzy dni (nigdy mi nie przestanie tego wypominać) wzrostu, no właśnie. Niski to za mało, by to opisać.
Kiedyś mama zapytana o jej wygląd przez Ginia odpowiedziała tymi słowy: "Małe, drobne, prawie jej nie ma".
Bardzo mi się spodobało.
Mowa oczywiście o Mai, znanej tu jako jamajka.

W Warszawie spotkałem się z jej babcią, poznaną mi już wcześniej, która pomogła mi kupić bilet i skierowała mnie na dalszy pociąg w strony zamieszkania owego licha.
Tu bardzo za tą pomoc dziękuję.

Oczywiście, pociąg, choć jechał jakoś ze dwadzieścia minut po moim przyjeździe, był dla mnie nieosiągalny, ponieważ kolejka była tak długa, że zdążył odjechać, nim kupiliśmy bilet.
Wreszcie, po kolejnych czterdziestu minutach, dotarłem na stację docelową.

Oczywiście, moja wizyta musiała zacząć się w sposób bardzo zorganizowany i typowy, a więc od próby kupienia pizzy od człowieka, który pizzy nie sprzedawał, ale to drobiazg.

Trzeba wam także wiedzieć, że dom Mai nawiedzają dwa stworzenia zwane z łacińskiego Nymphicus hollandicus, po polsku nimfy, powszechniej znane jako papugi.

Kiedyś miałem papugę nimfę, później lorę i falistą, więc troszkę gatunków się tu przewinęło. To są jednak już czasy dawne, jeszcze podstawówkowe, a od szóstej klasy niestety owych stworzonek już nie ma. Nimfa nam niestety uciekła, lora zginęła (do dziś nie wiemy, co się stało), a falistą oddaliśmy, ponieważ mama nie mogła się już nią zajmować z braku czasu.
Miłością do papug zaraził mnie dziadek, który był ornitologiem. I, jak mogła zobaczyć Maja, nie przeszło mi.
Owe dwie papużki (Ozzy i Kuba) to naprawdę przymilne stworzonka. Nawet jeśli przyczepiły się mnie i dały się głaskać, ja tu myślałem, że takie miłe, a one tylko przyczajały się na pizzę. Ale to nieważne.
Nieważne jest także, że, co było przewidywalne, natychmiast zapałały miłością do mojego wisiorka. Emila, siostra Mai, poradziła mi go zdjąć. Ale nic z tych rzeczy, ja go naprawdę rzadko zdejmuję.
No więc papużki miały zabawkę.
No chyba, że po prostu próbowały mnie udusić.
Maju, przyznaj się, co im o mnie naopowiadałaś.

Co jeszcze o tym pierwszym dniu mogę wam opowiedzieć? Większość minęła na niezwykle inteligentnej zabawie godnej osiemnastolatków.
Siostra Mai, Emila, ma zestaw magnesów. Składa się z takich metalowych kulek i rurek i można z nich budować różne dziwne rzeczy.
Zaczęło się od tego, że Emila rozłożyła ja na podłodze, a myśmy z Mają siedzieli na łóżku i rozmawiali.
Potem Emila pokazała mi swoją konstrukcję, myśmy z Mają po chwili do rozmowy wrócili.
W następnym etapie ja już siedziałem z Emilą na podłodze, rozmawiając wciąż z Mają i coś tam budując.
Kilka minut później Maja siedziała obok.
A w ciągu kwadransa budowaliśmy wspólnie rakietę.
Fajna była, miała korpus, głowicę i nawet sensowne ustatecznienie.
Polecam się na przyszłość.

Podczas tej konstrukcji Maja wyraziła irytację nad moimi niezwykłymi zdolnościami artystycznymi.
Dialog wyglądał mniej-więcej tak.
– tutaj załóż ten prostokątny klocek, bo to się rozleci.
– No to zakładam.
– Ale nie tak, pokaż mi to.
Po chwili.
– Widzisz? Tak.
– Dzięki, rozumiem.
Kilka sekund, po czym Maja ogląda i nieskończenie cierpliwym głosem.
– Daaawiiidzieee, tuuutaaaj teeen prooostooookąąątnyyy kloooceeeek.
A ja nadal mówię Maju, że gdybym wiedział, iż my rakietę będziemy budować, to bym świsnął silnik z Focusa i byśmy to odpalili. TO by dopiero była gwiazda wieczoru. Nie wiedziałem, następnym razem się poprawię.

Poza tym było dużo rozmawiania, mówienia bardziej lub mniej sensownych rzeczy i ogólnie przekonwersowaliśmy naprawdę sporo, ale to nie materiał na ten wpis, więc proponuję zrobić przeskok do dnia następnego.

Dnia następnego zaplanowaliśmy z Mają wypad do tak zwanych Lasek, gdzie chciałem się spotkać z kilkoma osobami.
Pociągowych przygód ciąg dalszy.
– Przepraszam, jaka to stacja? Pytam ja albo Maja, już nie pamiętam.
– Warszawa Centralna.
Dziękujemy, kierujemy się do wyjścia.
– Państwo tu wysiadacie? Bo to Zachodnia.
Tak, coraz lepiej, dobrze, że nie peron 34. Następnym razem skierują nas na ekspres do Hogwartu.
Swoją drogą, ten pociąg był starego typu. Mała dygresja: dlaczego Mazowieckie pociągi starego typu są w lepszym stanie niż Pomorskie nowego?

Bez dalszych przygód. Ha, ha, ha, kogo ja oszukuję? Jasne, że z masą przygód dotarliśmy do Izabelina.
Okazało się tu, że droga jest rozkopana. Oczywiście, Maja poprzedniego dnia pytała telefonicznie Klaudię, jestem świadkiem, czy powinniśmy o czymś wiedzieć. Widocznie zdaniem Klaudii o remoncie wiedzieć nie powinniśmy. No widzicie, ta też chciała nas zabić.
Dodatkowo, żeby było jeszcze ciekawiej, tego dnia w Laskach odbywały się biegi, co oznacza masę ludzi biegnących przed siebie i nie patrzących, gdzie lecą.
I, jak zauważyła Maja, wcale nie niewidomych trzeba się tu bać najbardziej.

W końcu trafiliśmy pod internat dziewcząt, gdzie czekała na nas, jak mieliśmy nadzieję, pierwsza osoba na liście tych do odwiedzenia.
Mówię tu o Klaudii, na Eltenie klaudia27 .
Dlaczego mieliśmy nadzieję? A no dlatego, że w rozmowie telefonicznej poprzedniego dnia mówiła, że przed jedenastą nie wstanie. Fakt, było po jedenastej, ale wcale nie byliśmy pewni marginesu błędu.
A jedną z pierwszych rzeczy jakich się o Klaudii dowiedziałem swego czasu jest to, że, jakby wam to powiedzieć.
Wyrzucenie jej z łóżka bez węża ogrodowego i zimnej wody może okazać się bardzo trudnym zadaniem.
Tak trudnym, że jak w końcu wam się uda, to sami będziecie mieli już tylko ochotę się zdrzemnąć.

Po tym, jak Klaudia zaprowadziła nas, a raczej mnie, ponieważ Maja już tam bywała, do swojego pokoju, mój mózg został przełączony z trybu standardowego poboru mocy na przetaktowanie przynajmniej trzykrotne, połączone z obudzeniem rdzeni logicznych i funkcji turboboost.
Mam wrażenie, że szyna FSB podskoczyła przynajmniej do wartości terahercowych, a płyta główna tylko jęknęła "ratuj".
Kiedy poprzednio widziałem się z Klaudią w towarzystwie Mai, to obciążenie wyniosło jedynie jakieś marne 100 gigaherców, ale tym razem tamto to był pikuś.
Po czym rozpoznać dwie przyjaciółki znające się od jedenastu lat? Po tym, że rozumieją się w półsłówkach i występuje tu najprawdopodobniej już jakieś splątanie kwantowe, bo procesy przekazu danych odbywają się z prędkościami zdecydowanie nadświetlnymi.
W każdym razie, najłatwiej rozpoznawalne zdanie brzmiało "Majka, ogarnij się". Powtórzone, liczyłem, czterokrotnie w ciągu jakoś dziesięciu minut.

W następnym kroku program przełączył się na tryb 1024-bitowy, w którym stała się mniej-więcej możliwa jako tako spójna rozmowa.
Kolejnym, niezwykle trudnym krokiem, było przekonanie Klaudii, by się z nami gdzieś ruszyła, podziwiam Maju za zdolności perswazyjne.

Następnym spotkanym człowiekiem, już przez naszą trójkę, był Arek znany tu jako żywek, także pozdrawiam.

Dalej? Bardzo proszę.
Dalej to zadzwoniliśmy do siostry Moniki, z którą obiecaliśmy się spotkać.
W pierwszej minucie się witaliśmy.
W drugiej wywiązał się dialog:
– Siostra coś robi?
– Nie, a czemu pytacie?
– To siostra już robi.
W trzeciej wyciągnęliśmy ją do McDonalda. Nie, to nie był mój pomysł, TO był pomysł Mai.
I tak sobie w czwórkę: ja, Maja, Klaudia, siostra Monika poszliśmy na mało zdrowy, ale za to zdecydowanie ciekawy obiad.
Mówiliśmy o wszystkim, od nauczania w Laskach, przez maturę, po rozmowy o wspomnieniach szkolnych i zakonie.
Tu padły słowa, które najprawdopodobniej staną się moim cytatem roku. Obawiam się, że by zrozumieć, trzeba było usłyszeć na żywo ton, ale spróbuję opisać.
O maturze z matematyki…
Siostra, lekko zdumionym tonem, jakby nie rozumiała, skąd nasze załamanie – "Fakt, trochę trudniejsza była." Chwila namysłu, przetwarzanie danych, przełączanie poziomu myślenia z doktoranckiego na licealny… I, zupełnie już innym głosem. "No tak, trudna była, naprawdę trudna."
Aż żal, że nikt tego nie nagrał.

Po krótkim obiedzie i zdecydowanie dłuższej rozmowie o wszystkim, powróciliśmy do Lasek, gdzie z siostrą musieliśmy się pożegnać, bo, jak mówiła sama, w sumie to w zakonie nikt nie wiedział, gdzie jest.
Zmywała naczynia, gdy dzwoniliśmy. To też rzuciła zmywanie naczyń, powiedziała tylko komuś, że idzie. I tyle ją widzieli. Przez kilka godzin.
Bardzo siostrze dziękuję za poświęcony czas i niezwykle przyjemne spotkanie.

Jako, że wcale nam z powrotem się nie spieszyło, a wciąż Słoneczko świeciło, tak przynajmniej podejrzewam, skierowaliśmy się w trójkę do internatu, by spotkać się z kolejną znaną mi już osobą, siostrą Agatą.
I znowu do przegadania tematów zakres był ogromny, od matur, przez samodzielność i wybór szkoły po zabawy internatowe.
I cały szereg innej tematyki.
Po tym, gdy siostra musiała nas opuścić, Klaudia zaprosiła nas raz jeszcze do siebie do grupy w internacie.
Co prawda nieco zaniepokoiła mnie w pierwszej chwili, mówiąc coś o ciasteczkach, do których zamiast cynamonu kazała dodać cyjanku, ale… Nieważne.
TU poznałem kolejną niezwykle ciekawą osobę, Mirelę, która najprawdopodobniej tego wpisu nie czyta, ale pozdrowić nie zaszkodzi.

Tu mogłem zaobserwować troszkę internatowego życia w postaci:
– A co to jest?
– Nie wiem.
– A to?
– Też nie wiem.
– A tamto?
– Cukier. Albo sól. W sumie nie wiem.
Czułem się po prostu jak w domu, a nawet jak w pracowni.
– Dawid. Nie ruszaj się, spróbuję tu postawić herbatę. I wolałabym na ciebie nie wylać.
I to się nazywa pocieszyć człowieka.

Tam przesiedzieliśmy, prześmialiśmy i przegadaliśmy już resztę dnia, aż w końcu nadeszła ta pora, gdy trzeba było już wracać do Mai do domu.
Po powrocie nasz stan był, oględnie mówiąc, ciekawy. Chcieliśmy pograć na klawiszach, poogarniać Eltenowe sprawy. Gdzie tam, myśmy tam prawie zasnęli ledwo wróciliśmy do Mai pokoju.
Na szczęście po chwili stan zmęczenia minął, ja z Mają ogarnęliśmy kilka Eltenowych spraw administracyjnych, a potem jeśli mnie pamięć nie myli do pierwszej w nocy dyskutowaliśmy o szkolnictwie i osobach niewidomych. Pokłosiem tych rozmów jest wpis na blogu.
I tyle z naszego zmęczenia.

Następny dzień był już dniem ostatnim, gdyż Maja jechała na badania, na których stwierdzono, że nie ma mózgu, a ja wracałem do domu, no prawie.
Najpierw pojechałem z rodzicami Mai do Warszawy centralnej, gdzie spotkaliśmy się z Kamilem (tu Talpa171).
Kolejna osoba do pozdrowienia.
Tam przegadaliśmy o komputerach, Warszawie, politechnice i poruszaniu się kolejną godzinę, po czym Kamil poprowadził mnie na pociąg, na szczęście się nie zgubiliśmy i z powodzeniem trafiłem do Gdyni.
W owej mieścinie z kolei dokonałem niemożliwego. Nie wiem, w jaki sposób zdążyłem na pociąg SKM do Wejherowa, który odjeżdżał trzy minuty po moim przyjeździe, ale jakimś cudem udało mi się w te trzy minuty przelecieć niemal całą długość dworca, a po drodze ani siebie, ani nikogo innego nie zabić. Kolejny sukces.

I tak minął mi pobyt w Warszawie.
Z tego miejsca bardzo dziękuję szczególnie rodzicom Mai za gościnę.
Emili za to, że, choć bywa denerwująca, naprawdę bardzo ją lubię i jest niezwykle inteligentna jak na swój wiek.
Klaudii, Kamilowi, Arkowi, Mireli, siostrze Monice i siostrze Agacie za bardzo ciekawe rozmowy i miło spędzony czas.
Oraz, przede wszystkim, Mai za cały ten czas, za to, że przyjęła u siebie szaleńca i za to, że jednak nie pozwoliła Klaudii dać mi tego cyjanku.
Dziękuję.

Dawid w wielkim mieście, czyli baaaardzo spóźniony wpis

Pewnego dnia informatyk złowił złotą rybkę. Ta, jak zawsze, zgodziła się spełnić jego życzenie, jeśli tylko ją wypuści.
Informatyk – jako, że serce miał złote – zaraz poprosił o pokój na świecie.
Rybce jednak na to zrzedła mina. Poprosiła o pokazanie jej mapy.
Informatyk zrobił, jak kazała.
Rybka, przyjrzawszy się zarysowi świata, niepewnie rzekła:
– Ten świat jest tak duży, a ja jestem jeszcze małą złotą rybką. Przepraszam, ale nie dam rady. Nie możesz poprosić o coś prostszego?
Informatyk, dobrze ją rozumiejąc, zwinął mapę, po czym przez chwilę się zamyślił i w końcu powiedział:
– W takim razie, złota rybko, spraw proszę, by Windows się nie wieszał.
Rybce oczy niemal z orbit wyszły, zamrugała, uroniła kilka łez i w końcu poprosiła, by… raz jeszcze pokazał jej mapę.

Powyższe chyba doskonale ilustruje odbicie moich emocji w stosunku do produktu Microsoftu. Co ciekawe, moja frustracja i irytacja rośnie w stosunku przynajmniej kwadratowym do czasu – od stadium, w którym mam ochotę wirusa zwanego Windowsem usunąć, do tego, w którym już zaczynam pakować się z wycieczką do Redmont.
Gdyby nie fakt, że istnieje jednak odtrutka zwana Linuxem, istnieje pewna doza prawdopodobieństwa, że laptop, z którego to piszę, dawno wyleciałby przez okno.
Ja jestem w stanie zrozumieć, nie, przepraszam. Ja mogę wytrzymać wieszanie się od czasu do czasu, ale kiedy kolejna aktualizacja sprawia, że nie działają narzędzia programistyczne, także od Microsoftu, krew mnie zalewa.
Kiedy ta sama aktualizacja z bliżej nie określonej przyczyny czyści mi kilka wartości poustawianych w group policy, mam zamiar wyć jak pies do Księżyca.
A kiedy na dokładkę just intime debugger, jedno z najważniejszych narzędzi do analizy wykonywania aplikacji, powoduje bluescreena, już tylko bezsilnie pragnę usiąść i rzewnie się rozpłakać nad losem informatyka.

Pewnie bym tak nie narzekał, gdybym nie miał dostępu do dwóch doskonałych przykładów, że to można zrobić dużo, dużo, dużo lepiej. A przykłady te to Mac i Linux.
A zatem, by czegoś za chwilę nie doprowadzić do stanu, w którym znajdzie się w kilkudziesięciu kawałkach, lepiej będzie dla mnie napisać wpis na bloga.
Obecnie jestem gdzieś między Mazurami a Wejherowem i błogosławić chcę dyski półprzewodnikowe za to, że mogę pisać ten tekst w samochodzie bez obaw o rozpadnięcie się talerza w laptopie na kruszynki wszystkich znanych ludzkości elementów elektronicznych.

Oględnie mówiąc, do opisania mam wiele.
W czasie okołomaturalnym zabrakło mi weny, co oznacza, że teraz będzie wiele nadrabiania.
Na pierwszy ogień biorę moją wyprawę Warszawską.

Czy sens ma wybieranie się przez pół Polski do miasta stołecznego, na kilka godzin? Prawdopodobnie nie. Nie zmienia to jednak faktu, że ja jak najbardziej coś takiego zrobiłem tylko poto, by spotkać się z kimś.
Żeby ode mnie dostać się do stolycy, najpierw należy pojechać autobusem do Wejherowa, stamtąd pociągiem do Gdyni, a z Gdyni już pendolino do Warszawy. W sumie zależnie od połączenia od czterech do pięciu godzin całość trwa, więc, szczerze, niewiele.

Całość szła całkiem nieźle do momentu, gdy znalazłem się w Gdyni Głównej. Zaczepiłem jakąś kobietę.
– Dzień dobry. Czy wie Pani może, skąd odjeżdża pociąg do Warszawy?
– Z peronu trzydziestego czwartego.
Grzecznie podziękowałem, ruszyłem dalej, gdy nagle uderzyła mnie myśl, iż… W Gdyni Głównej nie ma trzydziestego czwartego peronu. W sumie to nawet dziesiątego nie ma.
Jak się później okazało, chodziło o peron trzeci. Do dziś nie wiem, jakim cudem Pani stworzyła z niego trzydziesty czwarty ani, tym bardziej, w jaki sposób ja nie zauważyłem od razu, że coś jest nie tak.
Po drodze w ogóle niejaki Kamil napisał mi przez Messengera, że skoro siedzę pod oknem, powinienem podziwiać widoki. Tak, on także nie widzi.
Nie rozumiem w ogóle jego zdziwienia, gdy wysłałem mu zdjęcie zrobione przez szybę. A co, nie chciał popodziwiać ze mną?
W końcu dotarłem do Warszawy, a tam już na mnie czekała… Powiedziałbym:
Dziś spotka Was maleńka, zwinna pszczółka Maja,
śmiała, sprytna, rezolutna Maja
mała przyjaciółka Maja.
Hmmmm, śmiała to ona raczej nie jest. Ale maleńka z pewnością.
Chyba właśnie przybiłem gwóźdźdź do swojej trumny. Więc, jakby był to ostatni mój wpis na tym blogu, wiecie, co się stało.

Z Mają udaliśmy się cudem techniki zwanym metrem najpierw na Młociny, chyba tak to się nazywało. Spotkał tam nas człowiek, który dopytywał się czy wybieramy się do Lasek.
W zasadzie mógłbym tylko podziękować mu za chęć pomocy z tego miejsca, gdyby po pierwszej odpowiedzi, że nie wiemy, pożegnał się. Albo po drugiej. No może trzeciej.
Maja, z początku grzecznie i kulturalnie, potem jakby troszkę mniej cierpliwie odpowiadała, że nie wiemy, musimy do kogoś zadzwonić. W sumie… sześć razy.
Potem, rzeczywiście, wreszcie zadzwonić mogła. No więc stanęliśmy sobie, dwóch niewidomych, przed stacją metra za umową, że Maja będzie rozmawiała przez telefon, a ja w tym czasie będę wszystkim odpowiadał, że nie, naprawdę nie potrzebujemy pomocy.
Swoją drogą, szokuje mnie ilość takich pytań w Warszawie, u nas w Wejherowie raczej nie obserwuję tego zjawiska tak notorycznie.
Skoro się Maja dowiedziała, że na razie siostry Agaty, z którą bardzo chciała mnie zapoznać, w Laskach nie ma, wybraliśmy się na plac Wilsona, gdzie pierwszy raz w życiu zamówiłem obiad z inną osobą niewidomą.
Ja wiem, śmiesznie to brzmi, ale dziwnie się czułem. Wiadomo, ja nie raz w sklepach byłem chociażby po coś do jedzenia, nie raz z kimś, ale z drugim niewidomym? Śmieszne uczucie.
Wiecie w jaki sposób się lokalizuje restauracje w Warszawie? Po zapachu.
Bardzo skuteczna metoda, polecam.

Po owym posiłku, ponownie wybraliśmy się do Lasek, gdzie ja, jak to ja, wykonałem masę nagrań ptaków, które już na tym blogu znajdziecie. W przerywnikach między nagraniami zaś męczyłem Maję zupełnie niepotrzebnymi jej informacjami o każdym gatunku.
I ona mnie jeszcze nie zabiła. W ogóle w ciągu ostatnich kilku miesięcy zdążyła mi zapowiedzieć, że zrobi mi krzywdę tak ze tysiąc razy, ale coś niesłowne z niej dziewczę.

W samych Laskach poznałem kolejną osobę z kadry, siostrę Agatę. W ogóle zaczynam się obawiać, że jak dalej tak pójdzie, więcej osób z Lasek poznam, niż z własnej byłej szkoły.
No cóż, lubię atmosferę tego ośrodka. I chociaż nie chciałbym się tam uczyć na stałe, żałuję, że nie miałem okazji spędzić tam na przykład w gimnazjum kilku tygodni.

Kiedy wróciliśmy na dworzec, kolejna przygoda. Widzicie, bo Maja to taka Warszawianka, hmmm, dobra to odmiana?
Warszawiak… Warszawianka? Warszawiaczka? Eeee, Maja to taka mieszkanka Warszawy, że radośnie się ze mną zgubiła.
I zaufajcie tu ślepotce.
A że z pomocą zaoferowała się dwójka ludzi, chyba jakieś młode małżeństwo, chętnie z niej skorzystaliśmy, po czym zgubiliśmy się… W czwórkę.
W ogóle komplementem dla mnie ogromnym było, że jakoś po piętnastu minutach znajomości z owymi ludźmi, bardzo miłymi swoją drogą, zapytany zostałem, czemu jestem dla Mai tak złośliwy.
No cóż, ja zwykle jestem złośliwcem dla przyjaciół, musicie się przyzwyczaić.
I tak właśnie minął mój bardzo spontaniczny wyjazd do Warszawy.