Lektury lutego #wyzwanieczytelnicze2020

Przymierzamy się do zamontowania na domu fotowoltaiki. Na razie jednak jest z tym więcej problemów, niż pożytku. A wszystko przez jeden program.
Uznałem, że wykażę się matematyczną sztuką i napiszę program, który obliczy optymalne ustawienie i kąty paneli fotowoltaicznych dla najlepszej mocy układu. I wszystko pięknie ładnie, program działa. Wcześniej jednak napisałem podsumowanie lutowej listy lektur, a że dość pospiesznie plik zapisywałem do późniejszej korekty, nazywał się d.txt. Potem zaś, by przejrzeć na spokojnie dane w jakim notatniku, kazałem zapisać mojemu programowi je w tymczasowym pliku, który postanowiłem nazwać… d.txt. I tak oto zestawienie lektur zamieniło się na obliczenia ustawienia paneli fotowoltaicznych, swoją drogą paneli czterdziestu trzech, gdyby to kogoś interesowało.
Nie pozostaje więc nic innego, jak zacząć od nowa.

Lektury przeczytane przeze mnie w lutym

Jak przewidywałem, lista krótsza od styczniowej, pozycji w sumie jest dziewięć.
W lutym trafił mi się dość mroczny zestaw – mroczny przynajmniej o tyle, że niewiele było tu pozytywnych lub pięknych zakończeń. Postanowiłem nadrobić nieco nieznanej mi klasyki, a klasyka ma jakoś taki dziwny zwyczaj bycia lekko demotywującą.

16. Stephen G. Michaud, Beck Weathers, "Everest – na pewną śmierć"

Autobiografia… 10 maja 1996 roku na Mount Evereście doszło do burzy, w której zginęło dziewięciu wspinaczy. Beck, który cudem przeżył te wydarzenia, wspomina zmianę, jaka zaszła w jego życiu. Pochłonięty swoimi pasjami zagubił gdzieś rodzinę. Na całe tygodnie znikał. Perspektywa śmierci stała się dla niego początkiem nowego życia.
Książkę czytałem bardzo szybko i przyjemnie. Tematyka himalaistyczna mnie interesowała, uznajmy, w stopniu umiarkowanym – czasem coś przeczytałem czy usłyszałem. Koleżanką z klasy mojej mamy jest polska himalaistka Kinga Baranowska, więc siłą rzeczy jakoś tam o temat się otarłem. Nigdy jednak nie była to moja pasja. "Na pewną śmierć" nie opowiada jednak o samych górach, a raczej o przemianie w życiu człowieka.
Jest jednak taka jedna rzecz, a nawet dwie rzeczy, które mnie w tej historii zastanawiają.
Po pierwsze, Beck porzucił wspinaczkę. I nie ma czemu się w sumie dziwić – zwłaszcza, że musiano dokonać amputacji. Zastanawia mnie jednak może nie wyrażone bezpośrednio, ale jakoś w tle przeze mnie dostrzegane potempienie dla Himalaizmu – takie słowa "I poco ja, my to robimy?" Nie powiem, że kiedykolwiek to zrozumiem. Wiem jednak, że ludzie mają różne pasje, a choć wspinaczka górska wydać się może ekstremalna i zbędna, dla mnie jest w niej coś bardzo szlachetnego.
Po drugie, wina zawsze leży częściowo po dwóch stronach. Może przesuwać się ciężar odpowiedzialności, można szukać bezpośrednich przyczyn, ale żadne trudne sytuacje rodzinne nie wynikają tylko z jednego ogniwa. I czytając tę powieść utwierdzałem się tylko w przekonaniu, że czegoś tu bardzo brakuje. Czy Beck czynił dobrze, zostawiając tak rodzinę samą sobie? Nie, nie czynił. Czy jednak ta rodzina próbowała mu pomóc, zrozumieć?
Mimo to "Na pewną śmierć" zdecydowanie polecam.

17. Jane Austen, "Duma i uprzedzenie"

Nie umiem pojąć, jak to się stało, że aż do tego roku nie zapoznałem się z tą powieścią – zwłaszcza, że miałem po nią sięgnąć jakoś od końca gimnazjum. Kiedy jednak szukałem następnej lektury, ta wylatywała mi z głowy, a gdy o niej pamiętałem, byłem w połowie cyklu lub w innej, podobnej sytuacji.
Przełom XVIII i XIX wieku. Do pewnej wsi przybywa bogaty człowiek z miasta. Historia pięciu sióstr w tym czasie. Co więcej napisać?
Powieść tak bardzo obyczajowa, że każda próba opisywania fabuły stawałaby się streszczeniem. A jednak bardzo mnie wciągnęła. Tego typu dobrze napisane książki lepiej niż jakiekolwiek podręczniki ukazują psychologie, tradycję i kulturę określonego miejsca i czasu.
Chyba najsmutniejsze jest w tym wszystkim to, że nadal dziś mamy taki problem z tytułowymi dumą i uprzedzeniami. Podobnie jak bohaterki powieści, tak często i my oceniamy ludzi po tym, co nam się wydaje, albo na podstawie plotek, przekazywanych szeptem podczas przyjęć.
Zdecydowanie polecam tym, którzy nie potrzebują wartkiej akcji i licznych przygód, a ze swej strony tylko dodam, że pod pewnymi względami cieszę się, że jednak mamy XXI wiek. Czy to dobrze, czy też źle o nas świadczy nie wiem, ale tamto życie wydawało się takie bardzo poważne i nudne.

18. F. Scott Fitzgerald, "Wielki Gatsby"

O tej powieści wiele napisano i na różne sposoby interpretowano, czym jest. Dla mnie jest przede wszystkim historią o tym, jak bardzo można zagubić się w pogoni za czymś, co nie istnieje.
Stany Zjednoczone kilka lat po I Wojnie Światowej. Główny bohater zamieszkuje w domu nieopodal bogatej posiadłości człowieka imieniem Gatsby, o którym krążą przeróżne plotki, podejrzewa się go nawet o morderstwo. Wszystko ze względu na dość nietypowy styl życia Gatsby’ego, który regularnie wyprawia w swym domu huczne przyjęcia i zdaje się średnio interesować w ogóle tym, kto jest zaproszony, a kto nie – kto tańcuje, a kto leży upity pod drzewem.
Prawda jest jednak, oczywiście, zupełnie inna, a wszystko to, bogactwa, przyjęcia, samochody i domy zdobył w pogoni za iluzją, która nigdy nie była rzeczywista. I wcale nie chodzi tu o iluzję bogactwa.
"Wielki Gatsby" to powieść o niezwykłej podłości, ale i honorze i szlachetności. Pokazuje tak skrajnie różne postawy ludzkie. Bogacz wcale nie musi być zarozumiały i podły, a piękna kobieta dobra i wierna.
Choć niewiele optymizmu płynie z tej lektury, zdecydowanie jakoś tak porusza za serce i zachęca do wielu, bardzo wielu refleksji nad sobą i światem.

19. John Steinbeck, "Ludzie i myszy"

Myśl, że w sumie prawie niczym nie różnimy się często od takich małych gryzoni włażących nam do domów niekoniecznie jest przyjemna, ale trudno się jej oprzeć po przeczytaniu "Ludzi i myszy". I wcale nie jest to powieść fantastyczna o "Mousemanie".
Dwóch przyjaciół poszukuje pracy na farmie, łapiąc się od zajęcia do zajęcia, marząc o kupnie własnej ziemi, choć bez realnych perspektyw. Są jak liście rzucane przez wiatr. I pewnie tyle można powiedziećby o całym ich życiu, gdyby nie pewna przeszkoda. Jeden z nich jest upośledzony umysłowo i pewnego dnia nieświadomie dokonuje morderstwa.
To przede wszystkim powieść o najtrudniejszych decyzjach w przyjaźni. O wiernej przyjaźni, w której wierność wobec druha musi podyktować decyzję o jego zastrzeleniu. Powieść, w której wszystkie wartości wydają się powykręcane ukazane za jakimś bardzo brudnym oknem. Autor pokazuje, że to, co wydaje się złem, czasem może być największym dobrem; a pozornie słuszne czyny prowadzić mogą do katastrofy.
Lekturę zdecydowanie polecam, ale chyba na taki jeden raz w życiu. Bo ja raczej wrócić do niej już nie zdołam.

20. Emily Brontë, "Wichrowe wzgórza"

Jeśli to możliwe, staram się zapoznać z informacjami o powieści i autorze już po skończonej lekturze. Wszystko dlatego, by nie wpływały one na obraz. W wypadku "Wichrowych wzgórz" wystarczyło mi przeczytanie kilku pierwszych stron, by wiedzieć, że mam do czynienia z romantyzmem w najklasyczniejszym z wydań. I, rzeczywiście, "Wichrowe wzgórza" uważa się za jeden z najwybitniejszych tekstów romantyzmu brytyjskiego.
Mamy tu zasadniczo wszystko, co potrzebuje powieść romantyczna. Jest miłość wbrew rozsądkowi, są wydarzenia, które trudno wyjaśnić naukowo, a jednak przecież można, są ludzie o charakterach przerysowanych tak, że książka mogłaby chyba świecić na półce. Ogólnie mamy lekturę, która Dawida Piepera wciągnęła i nie wypuściła do ostatniej strony, choć już od początku domyślał się zakończenia.
"Wichrowe wzgórza" to ukazanie tego, jak bardzo podli mogą być ludzie i że wcale podłość, zło i okrucieństwo nie kreślą ich zdolności do miłości. Szokujące jest dla mnie na kartach tej powieści, ile zła może kryć się w człowieku – chociażby i fikcyjnym, ale także ile miłości i cierpliwości może okazać mu ktoś inny.
Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy mają zamiar poznać romantyzm inny,, niż "ickiewicz wielkim poetą był".

21. Kazuo Ishiguro, "Okruchy dnia"

Świetna powieść o niczym – gdybym miał "Okruchom dnia" ułożyć reklamę, właśnie taki slogan bym stworzył. Choć istnieje także spore ryzyko, że byłby to natychmiastowy koniec mojej reklamotwórczej kariery.
Są to wspomnienia kamerdynera fikcyjnego angielskiego lorda, który pierwszy raz udaje się w podróż po Anglii, a przy okazji wspomina swoje życie. Całe życie służył u lorda, który swoją polityką tylko szkodził Anglii – próby układania się z Hitlerem, chwilowe zainteresowanie antysemityzmem… A jednak wydaje się dobrym człowiekiem. Pojawia się pytanie: czy był człowiekiem dobrym, czy też to przywiązanie głównego bohatera jako dobrego go kreśli?
W książce pojawia się wiele pytań, na które musimy sobie odpowiedzieć, dotyczących godności, tożsamości i lojalności, a przy okazji odkrywać możemy tradycje domów szlacheckich w Anglii międzywojennej.
I choć wydawać się może, że to naprawdę książka o niczym, zdecydowanie tak nie jest.

22. Colleen McCullough, "Ptaki ciernistych krzewów"

"Za późno. Po prostu za późno." – takie były moje refleksje po lekturze tej powieści. Rzecz toczy się w Australii w latach 1915-1969 i zasadniczo jest doskonałym przepisem na wielopokoleniową katastrofę. I to wcale nie dlatego, że bohaterowie są źli, wręcz przeciwnie.
Dla mnie "Ptaki ciernistych krzewów" na pierwszym miejscu są ostrzeżeniem, do czego prowadzi pogubienie się w codzienności – do odkrycia, że się kocha swoją żonę, dzieci, rodziców, gdy jest już zbyt późno.
W wielu opisach możemy przeczytać, że jest to historia tragicznej miłości Australijskiej dziewczyny Meggie i księdza Ralfa de Bricassart. To jednak nie jest pełny obraz wydarzeń. Powieść dotyczy przede wszystkim sytuacji rodziny, w której przy dobrych chęciach, wzajemnej miłości i trosce, o tych chęciach, miłości i trosce zapomniano. W pogoni codziennych spraw, pod wpływem różnych ran, po prostu z czasem roztopiły się uczucia – choć przecież nigdy nie znikły.
Wspomniany romans także wcale nie jest w żaden bezpośredni sposób związany z celibatem, nie w znaczeniu fabularnym. Równie dobrze można przenieść tę historię do średniowiecza i przedstawić miłość chłopki do szlachcica – na to samo by wyszło.
To niesamowita, dobrze napisana, ale trudna powieść opowiadająca o wielu problemach i trudnościach, których przezwyciężyć się po prostu nie da. Skłania do wielu refleksji o tym, ilu cierpień dałoby się uniknąć, gdyby tylko na czas sobie przypomnieć o innych ludziach wokół nas.
Gorąco zachęcam do lektury, choć ze swej strony przyznaję, że cieszy mnie niezmiernie, iż choć kilku bohaterów na końcu ma szanse wyrwać się z rodzinnej sytuacji. Gdyby nie oni, naprawdę nie wiem, na ile bym się po lekturze pozbierał.

23-24. Artur Andrus, "Blog osławiony między niewiastami" oraz "Vietato fumare"

Te dwie książki stanowią zbiór satyryczno-komicznych wpisów z bloga Artura Andrusa – reportera pracującego niegdyś w Radiowej Trójce. Trudno napisać jakiekolwiek streszczenie, bo – jak to na blogu – jest tu po prostu wszystko. Wierszyki, satyryczne komentarze do sytuacji społecznej, a nawet refleksje o znaczeniu metafizycznym znaków drogowych. Prócz wszystkiego miło było wrócić w takiej kapsule czasu i raz jeszcze powspominać, co to w tej Polsce się działo i o czym się mówiło tych 10 lat temu.
Spontaniczne i trudne do powstrzymania wybuchy śmiechu gwarantowane.

Lektury stycznia #wyzwanieczytelnicze2020

Pod koniec ubiegłego roku Julita postawiła przed nami ciekawe wyzwanie polegające na przeczytaniu stu książek, a także opisywaniu tych, które przeczytaliśmy do tej pory. Pozwoliłem sobie nieco formę owego wyzwania zmodyfikować i zbierać przeczytane pozycje miesiącami.
W tym wpisie postaram się podsumować, co też przeczytałem w styczniu, podzielić się subiektywną opinią i krótkim opisem tekstów. A różnorodność gatunkowa była tu dość spora, bo od powieści historycznej, przez antywojenną i obyczajowe po fantastykę. Nim jednak podsumuję dzieła po tytułach, kilka uwag wstępnych.

Jak oceniać literaturę?

Pierwsze recenzje próbowałem pisywać jeszcze na Klango w latach 2011-2013. Wtedy też dawałem książkom oceny w 10-punktowej skali. Dziś także często widzę tę praktykę, tak na blogach recenzentów, jak chociażby na stronach Internetowych księgarni. A jednak nie da się przecież zamknąć książki w 10-punktowej skali, co więcej, nie da się jej do końca obiektywnie ocenić.
Oczywiście, możemy porównywać lub opisywać książki wedle szczególnych kryteriów. Możemy powiedzieć pozytywnie o poziomie poetyckim czy ilustratorskim Ballad Mickiewicza czy doceniać opisy w książkach Sienkiewicza. Już jednak przecież i te Ballady, i opisy mają swoich zwolenników lub przeciwników.
Jeden czytelnik będzie spijał każde słowo ilustracji krajobrazów czy chociażby zwykłej gospody z "Krzyżaków" czy "Ogniem i mieczem" albo rysował w wyobraźni Rzym z "Quo Vadis", drugi zaś tylko znudzony będzie przerzucał po kilka-kilkanaście stron. Gdy jedni zachwycają się Sienkiewiczowskim językiem, drudzy są mu niechętni lub nawet z jego powodu rezygnują z lektury.
Z biegiem lat coraz więcej dostrzegam wad czy błędów w twórczości pani Rowling. Drażnią mnie kolejne nieścisłości czy płytkość wydarzeń, a jednak przygody Harryego Pottera śledzą z zapartym tchem czytelnicy z całego świata, sam chętnie przeczytałem książki o Hogwarcie i czasem do nich wracam, zwłaszcza do ulubionego "Więźnia Azkabanu".
To wszystko sprawia, że nie da się naprawdę ocenić książki, nie w 10-punktowej czy nawet porównawczej skali. Trudno chociażby kłaść przy sobie "Antygonę", "Beowulfa" i "Dekameron" powstałe w trzech tak różnych epokach, różnych kulturach i tradycjach i porównywać kunszt ich napisania.
Ja osobiście przyjąłem nieco inne kryteria i zacząłem oceniać na własny użytek książki tym, w jakim stopniu do mnie przemawiają. Uważam, że jednym z najtrudniejszych wyzwań dla autora jest utożsamienie czytelnika z bohaterem i przeświecanymi przez książkę ideami.
Przez to, jak książka do mnie przemawia swym językiem, stylem czy pomysłem mogę ocenić, na ile się mi podoba – i znów, każdy może odebrać powyższe po swojemu.
Dlatego uznałem, że w podsumowaniu tym i przyszłych będę więcej skupiał się na własnych odczuciach, niż obiektywnej ocenie.

Zbiór ten podzieliłem na nagłówki – taka wskazówka: aby skakać między pozycjami wystarczy wciskać literkę H lub SHIFT+H.

Lektury przeczytane przeze mnie w styczniu

Luty oznacza sesję, a więc pewnie w sporym zakresie ponadrabiałem czytelnicze pozycje za zaczynający się miesiąc. W styczniu miałem przyjemność zapoznać się z piętnastoma pozycjami.

1. "Anioły w czerni", Evan Currie

Są takie cykle, które gdzieś tam już dawno zatraciły swój pomysł i cel istnienia, a jednak wciąż książki się chętnie czyta – nawet gdy lektura powoli zaczyna przypominać oglądanie czegoś, byle oglądać. Powyższe zdanie jest nieco krzywdzące dla twórczości Evana Curriego, ale to właśnie w tę stronę prowadzi czytelników jego pióro.
Cykl "Odyssey One" – do którego Spin-Offem jest powieść "Anioły w czerni" – przyjął się na świecie bardzo ciepło. Przygody kapitana Erica Westona – może nieco szalonego, może mającego zbyt wiele szczęścia, ale człowieka prawego i upartego, o wielkiej charyzmie i charakterze admirała Nelsona, oddanego całym sercem swojej załodze, pierwszego odkrywcy pozaziemskiej cywilizacji nazwanej Pryminae – i jego zmagań z rasą Drassinów może nie były wyjątkowo odkrywczym powiewem w literaturze Science Fiction, ale ze względu na formę ukazania, wartką akcje i w tym wszystkim ukryte trudne dylematy o moralności, roli człowieka i wojny zdobyły także i moje serce.
"Rozgrywka w ciemno" czy "W samo sedno" – pierwsze dwa tomy cyklu – zdecydowanie zasługują na duży szacunek. Niestety wydaje się, że autor podąża za obecnymi tendencjami i nie wie, w którym miejscu postawić kropkę, a kolejne jego powieści stają się schematyczne i niewiele wnoszące do fabuły. Ta z resztą gdzieś tam już się zapodziała z pewnością czytelnikowi, a najpewniej także i autorowi.
Kolejne historie pióra Curriego sprowadzają się ostatnio do kilku stron czczej paplaniny i rzucania się na wroga, odpalając wszystkie działa na okrętach i starając się przeżyć. Nawet schematy kolejnych starć w kosmosie stają się przewidywalne i powtarzalne.
A jednak wciąż autor nie zagubił tej jednej rzeczy, która zachęca do sięgania po kolejne tomy – choć z westchnieniem rozczarowania za każdym razem. Choć złote lata cyklu "Odyssey One" zakończyły się wraz z momentem, gdy ludzkość Curriego wymyśliła broń zwaną działami T, która pozwoliła niszczyć niezdobyte okręty Drassinów całymi setkami, to jednak w opisach kolejnych starć wciąż pozostała ta mała iskierka, która z tak zapartym tchem pozwalała śledzić pierwsze zmagania byłego pilota myśliwca.
I choć wiem, że do "Aniołów w czerni" nie będę wracał, z pewnością lektura dostarczyła zabawy i skutecznie odciągała myśli na nudniejszych wykładach.

2. "Wśród Obcych", Jo Walton

Rzadko to mówię, ale choć od lektury książki minęły ze trzy tygodnie, zupełnie nie wiem, co o niej myśleć. Główna bohaterka ucieka od próbującej zabić ją matki i trafia do dość obojętnego jej ojca. Wysłana jest do szkoły z internatem.
Nikt prawie nie wie jednak, że jej matka jest czarownicą, a i nasza bohaterka utrzymuje kontakty z istotami, które nazwała Wróżkami – prawdopodobnie duchami zmarłych.
Pomysł może nie wydaje się zbyt odkrywczy, ale przecież może rozwinąć się w ciekawą akcję. A jednak wraz z lekturą kolejnych kartek, szczególnie zaś zakończenia odczułem się, jakbym przeczytał kilka pustych stron.
Książka pozostawia nas bez podsumowania. Tworzy wątki, które rozwiązują się jakby dlatego, że autorka postanowiła oddać pozycję do wydawcy. Uczynki – dobre czy złe – nie dają konkretnych skutków. Nawet wątek romantyczny wydaje się utworzony sztucznie.
Uważam, że książka powinna do czegoś prowadzić. Morał wcale nie musi być pozytywny. W tym jednak wypadku wydaje się, że tego morału czy kropki w ogóle zabrakło, choć niby jakieś zakończenie mamy.
Chłopak głównej bohaterki wydaje się bardziej zauroczony magią i spędzeniem z nią kilku chwil w nocy, niż jej problemami czy osobowością. I bardzo proszę, tak też w życiu niestety bywa. Ta jednak tego nie zauważa do samego końca lektury, a wątek rozwinięty nie jest wcale.
Jej ojciec pod mocą trzech sióstr-czarownic jest im całkowicie poddany. Głównej bohaterce jednak wystarczy tyle, że jej nie poddadzą swej kontroli. Jak ojciec był pod ich wpływem, jest pod ich wpływem.
Choć z kolejnymi stronami odkrywamy, że niejakie wróżki wcale nie są tak dobre i troskliwe jak może się wydawać, także i ta kwestia nie jest szerzej omawiana czy domykana.
Do tego dodam światopogląd, który wydaje mi się po prostu niebezpieczny, zwłaszcza dla młodszego czytelnika. I nie idzie mi tu teraz o to, by bić w dzwony mówiące, że magia jest zła, to może pozostawię tym, co palą w Gdańsku książki… Idzie mi o wymiar praktyczny, pewien brak zasad i moralności w uczynkach.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo – ze względu na które to wyróżnienie po nią z resztą sięgnąłem. Nie umiem jednak – przyznaję – pojąć, dlaczego zaliczona została do tekstów, wśród których także znajdują się takie pióra chociażby Ursuli le Guin czy Franka Herberta.
Pozostaje mi tylko nadzieja, że to ja czegoś nie odkryłem, bo dla mnie była to jedna z gorszych pozycji, jakie dane mi było przeczytać.

3. "Lyonesse", Jack Vance

"Lyonesse" to jedna z krain położonych na wyspach Elder – na Zatoce Biskajskiej, której historia przedstawiona jest nam w czasach ok. VI – VII wieku. Pomysł stworzenia fikcyjnych królestw w prawdziwym świecie wydaje się dość nowy. Tak, mieliśmy światy, do których wstęp mają tylko wtajemniczeni, ale zmodyfikowanie historii tak, by na znanych mapach dorzucić kilka kropek to zdecydowanie coś, z czym rzadko się spotykam.
O czym jest ta historia? Nie do końca wiem i prawdopodobnie nikt tego nie wie, bo mnogość wątków jest olbrzymia, a i całość rozciąga się na jakieś dwadzieścia lat. Gdy zaś wydaje się, że odkryliśmy ten główny wątek, rodzi nam się jakiś kolejny. Przyczyna może tkwić w tym, że jest to pierwsza część trylogii, a ja po kolejne nie sięgnąłem.
Na początku chcę podkreślić, że "Lyonesse" nie jest złą książką. Przeczytałem ją dość chętnie i kilka wydarzeń mnie zaciekawiło. Także świat tu wcale nie wydaje się szczególnie bajkowy i szybko się przekonujemy, że na wyspach Elder honor jest – owszem – cenną cnotą, ale niekoniecznie stosowaną.
Powieść rozpoczynają narodziny księżniczki Suldrun, córki króla Casmira. Ten wcale nie cieszył się z potomka płci żeńskiej, przeciwnie, otoczył córę niechęcią i nienawiścią, które doprowadzą ją wreszcie do śmierci. Wcześniej jednak Suldrun zdąży urodzić syna Aillasowi – księciu wrogiego Lyonesse Troicinetu, którego ocali potajemnie jako morskiego rozbitka.
Wyspy Elder nie są zwykłym miejscem. Prócz ludzi mieszkają tu również najróżniejsze potwory i tajemnicze elfy, – tak różne od tych Tolkienowskich – a i nie zabraknie czarowników pałających się magią w niekoniecznie moralnych celach.
Tak fabuła jak świat przedstawiony w "Lyonesse" wydają się ciekawym pomysłem. Problemem jest to, że autor nie do końca wie, co chce napisać.
Raz powieść uderza w ciężki ton tragedii, by przez komedię zamienić się w bajkę. Raz widzimy popełniającą z rozpaczy samobójstwo Suldrun, uwięzionego i głodzonego Aillasa, by po kilku stronach obserwować sceny rodem z bajek, potwory pokonywane po zażyciu eliksiru powodującego rośnięcie, rozpoznawanie mordercy po krzywych kolanach, naiwność wprowadzającą do pierwszej lepszej chaty czarownicy…
Czytając tę książkę nie mogłem powstrzymać się od ciągłego myślenia, że coś takiego mógłby napisać młody człowiek, który przeczytał wiele i próbuje pisać swoje pierwsze teksty, nie odnalazłszy jeszcze ani swojego stylu, ani gatunku. Bo rzeczywiście, do samego końca "Lyonesse" zdaje się błądzić między bajką dla dzieci, historią ze Śródziemia a tragedią antyczną. Widzimy wpływy wielu opowieści, które są tu zupełnie niepotrzebne i wciągnięte niemal na siłę. Pewne rozwiązania fabularne wydają się genialne, podczas gdy inne przypominają gry komputerowe: idź do lokacji X i przynieś mi dziesięć kamieni Y.
I to właśnie owe pogubienie własnego stylu jest przyczyną, dla której nie sięgnąłem do kolejnych części trylogii. Może jeszcze kiedyś w szare dni to zrobię, dziś jednak wiem, że książka nie jest zła, ale pozostaje bardzo zmarnowanym potencjałem.

4. "Gwiazd naszych wina", John Green

Już od dawna przymierzałem się do przeczytania tej dość znanej – zwłaszcza za sprawą filmu o tym samym tytule – lektury.
Tytułowa Hazel, chora na nowotwór, jest przekonywana przez swoich rodziców do brania udziału w spotkaniach grupy wsparcia w lokalnej parafii. Z początku bardzo im niechętna, po jakimś czasie spotyka na jednym z nich Augustusa Watersa, który wkrótce okazuje się jej miłością.
W tle powieści toczy się jeszcze wątek Petera van Houtena, autora ukochanej przez główną bohaterkę powieści "Cios udręki". Marzeniem Hazel jest to, by spotkać się z autorem. Gdy jednak udaje się jej i Augustusowi wreszcie wybrać do Amsterdamu w tym celu, okazuje się, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda.
"Gwiazd naszych wina" to na swój sposób przerażająca historia, ukazująca nie tylko cierpienie w walce z chorobą, ale i może przede wszystkim ludzkie ułomności i słabości. Nie ma tu miejsca na szczęśliwe zakończenia, a raczej na rozczarowania do ostatniej strony. I nie chodzi tylko o to, że czytelnik jakoś tak do samego końca ma nadzieję na ujrzenie cudu, ale raczej o to, że to cały świat wydaje się go w jakiś sposób zawodzić.
Uważam, że jest to jedna z tych powieści, które powinny znaleźć się na listach polskich lektur w gimnazjum, uczy nas bowiem wielkiej wrażliwości i empatii. Zdecydowanie mnie poruszyła i zadała wiele pytań, na które próbujemy odpowiadać całym swoim życiem. John Green z pewnością umie pisać w sposób, który pozwala nam się identyfikować i współodczuwać z kreowanymi postaciami.
A jednak jest tu coś, czego mi brakuje… Brakuje mi jakiejkolwiek iskierki nadziei, której ukazania autor był, mym zdaniem, winny. I nie chodzi tu o nas, czytelników, bo brak tego radosnego zakończenia sprawia, że powieść tym bardziej przejmuje. Wyobrażam sobie jednak wielu ludzi, dzieci rzeczywiście walczących z rakiem, szukających pocieszenia lub ukojenia na tych stronach. Czy je znajdą?

5. "Na zachodzie bez zmian", Erich Maria Remarque

Jakoś długo nie mogłem się zmusić do przeczytania tej powieści. Literatura nauczyła nas patrzenia na wojnę w zupełnie inny sposób – tworząc bohaterów, wskazując drogę do wolności. My, Polacy, często na wojnę patrzymy zawsze jako poszkodowani, wspominając bohaterskie Powstania Narodowe czy walki pod Samosierrą lub Montecassino. Nikt z nas nie da odpowiedzi na pytanie, czy walka musi zawsze być zła. Z jednej strony jest tragedią, z drugiej, podjęta w obronie, pozwoliła nam zachować swoją kulturę i tożsamość, dzięki niej nie piszę dziś tych słów po niemiecku. Ta druga strona medalu jest jednak często zapominana.
Za namową jednego z nauczycieli cała klasa zaraz po ukończeniu szkoły średniej udaje się do wojska, trafiając na front podczas I Wojny Światowej. Książka bardziej przypomina bezuczuciowy reportaż niż pamiętnik, tym jednak sposobem stając się tym straszniejsza. Obserwujemy choroby wybuchające w bunkrach i ludzi, dla których chęć przetrwania przyćmiewa niemal wszystkie instynkty. Z jednej strony opłakują śmierć kolejnych przyjaciół, z drugiej cieszą się już, że wezmą nieboszczykowi dobrej jakości buty.
W krótkich tygodniach przerwy odkrywają, że nie umieją już żyć w społeczeństwie, nie odnajdują się w spokojniej rzeczywistości, w restauracjach czy przy domowych ogniskach. Jak tu opowiadać o okropieństwach wojny w cichych miastach? Jak tu wyjaśnić, że w każdej minucie można wejść na minę, dostać pociskiem z karabinu, wylecieć w powietrze po zrzuconej bombie?
Z kolejnymi stronami obserwujemy, jak z sześćdziesiątki młodych żołnierzy zostaje przy życiu dwudziestu, potem dziesięciu, pięciu… Dowódcy mówią coś o jakimś poświęceniu, nikt jednak nie rozumie ani celu, ani przyczyny tej wojny. Choć pchnęły ich do niej względy patriotyczne, nikt już nie wie, kto i czy ktokolwiek ma racje, a kolejne śmierci stają się tak przypadkowe i bezsensowne, że niemal ich nie zauważamy.
Powieść jest straszna, ale jeszcze straszniejsze wydaje się to, że ta zawierająca przecież autobiograficzny wątek historia – można powiedzieć – nic nie dała. Wydana w 1929 roku szybko znalazła się na celowniku niemieckiej cenzury i nie pozwoliła uniknąć swej własnej – tylko jeszcze straszniejszej – powtórki w roku 1939.
Uważam, że kolejna obowiązkowa, choć straszna lektura, po której bardzo trudno się jest pozbierać mimo, a może przede wszystkim jej niemal zdawkowego tonu.

6. "Zabić drozda", Lee Harper

Lektura szkolna w wielu krajach, chociażby w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych, a u nas prawie nieznana. Akcja powieści toczy się w roku 1935 w niewielkim miasteczku w hrabstwie Maycomb.
Gdy zapoznawałem się dawniej z jej opisami, niejako zniechęcały mnie one do czytania. Mówiły o tym, że jest to powieść antyrasistowska, przytaczając mi skojarzenia z "Mendelem Gdańskim" – nowelą ważną, ale która mego serca nie zdobyła. Dziś mogę powiedzieć, że jest zupełnie inaczej, a wiele recenzji zdaje się niepotrzebnie wypełnianych wzniosłymi słówkami choć, oczywiście, powieść antyrasistowską jest, to w zupełnie innym sposobie i wymiarze.
Główną bohaterkę – Scout – poznajemy, gdy ma siedem lat, a jej i jej brata Jema główną fascynacją jest dom sąsiadów. Mieszkańcy mówią, że zamieszkuje w nim więziony przez swego ojca Arthur Radley. Wkrótce obsesją dzieci staje się obejrzenie tajemniczego sąsiada, który w ich wyobraźni staje się coraz to innymi postaciami.
W tym czasie przez Maycomb przetacza się kolejna fala, bo okazuje się, że jeden z Czarnoskórych mieszkańców – Tom Robinson – zostaje oskarżony o gwałt, a obrońcą w tej sprawie mianowany zostaje ojciec Scout, Atticus Finch.
Choć od samego początku jasnym się staje, że oskarżony jest niewinny, uprzedzenia biorą górę, Tom jest skazywany na śmierć, a rodzinę Finchów spotykają kolejne przytyki i docinki nazywające ich "Obrońcami Czarnuchów". Ojciec próbuje nauczyć swe dzieci, że honorowo jest stać ponad tym, co wokół się dzieje.
A jednak przecież Maycomb nie jest aż tak obojętne, jak może się wydawać, a i Atticus zaczyna się cieszyć krytym, acz narastającym szacunkiem.
"Zabić drozda" jest jednak przede wszystkim powieścią obyczajową. Oczami Scout poznajemy dorosły świat Maycomb, odkrywamy jego blaski i cienie. Na swój sposób niesamowicie jest tak po prostu poznawać dorastanie w tej odeszłej już w przeszłość rzeczywistości, tak różnej, a za razem podobnej do naszej. I choć brzmi to jak nagłówek średniej jakości zapowiedzi okładkowych, rzeczywiście ta nienormalna normalność, odkrywany świat urzekły mnie najbardziej.
Jeśli do czegoś mogę się przyczepić, to tylko do wieku głównej bohaterki. Refleksje i odkrycia, jakich doświadcza, nie pasują dla mnie do dziecka, które poznajemy w wieku siedmiu i obserwujemy przez następne trzy lata. Przez całą lekturę kusiło mnie, by przesuwać ten wiek przynajmniej o dwa lata do przodu.
Nie umiem powiedzieć, dla jakiego czytelnika napisany jest "Zabić Drozda". Wydaje się być skierowany do młodszego czytelnika, a swoją formą bliższy jest powieści przygodowej czy dziecięcej. Wiem natomiast, że autorka uważała go za skierowaną do czytelnika dorosłego. Pozostaje mi chyba uznać, że jest to powieść uniwersalna i każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
"Zabić Drozda" jest nazywana klasyką literatury amerykańskiej i uważana za jedną z najwybitniejszych powieści XX wieku. Choć ja uważam z takimi określeniami, bo – jak mówiłem – porównywanie książek prostą sprawą nie jest, zdecydowanie lekturę polecam każdemu.

7. "Idź, postaw wartownika", Lee Harper

Ta książka nie powinna być nigdy wydana. I nie chodzi mi tu o jakieś wielkie oburzenie czy krytykę, a o fakty. Lee Harper nigdy nie chciała wydać "Idź, postaw wartownika", który reklamowany i oznaczany jest jako drugi tom "Zabić drozda", a w rzeczywistości pozostaje jednym z pierwszych szkiców powyższej powieści.
Gdy Lee Harper wydała "Zabić Drozda" w roku 1960, zapowiedziała, że nigdy więcej nie napisze żadnej powieści. "Idź, postaw wartownika" została wydana w roku 2015 na kilka miesięcy przed śmiercią autorki i wciąż w Stanach trwają batalie przed trybunałem o to, czy autorka rzeczywiście wydała na to zgodę.
Skoro jednak ją wydano, to przeczytać warto. Miła była to lektura, poruszająca częściowo inną tematykę, ale widać w niej, że wymaga sporej obróbki.
Scout poznajemy piętnaście lat po wydarzeniach z "Zabić Drozda", a problematyka utworu związana jest z dorastaniem, odkrywaniem niedoskonałości świata…
To jednak, że powieść jest szkicem, widzimy po składzie: najpierw mamy szczegółowe do przesady opisy jednych zdarzeń, by nad drugimi przejść z niemal reporterskim pośpiechem. Także charaktery wielu osób, szczególnie Atticusa, bardzo się różnią od tych z "Zabić Drozda". Człowiek, który w ostatecznej powieści jest obrońcą Czarnoskórych, tu okazuje się rasistą, inny – przyjaciel głównej bohaterki, tu wykreowany jest na osobę niepoczytalną.
Mimo to lektura była ciekawa i wciągająca, a i interesująco było obserwować, jaką drogą podążały pomysły Harper, które ostatecznie przybrały formę "Zabitego Ptaka".

8. "Koralina", Neil Gaiman

To wszystko przez Julitę, która wspomniała mi kiedyś coś o tej skierowanej dla dzieci powieści, a że twórczość Gaimana bardzo cenię, postanowiłem sprawdzić, co zacz.
"Koralina" miała być thrillerem skierowanym do młodszego czytelnika. Główna bohaterka o tym samym imieniu przechodzi w domu przez pewne drzwi i odkrywa kopię naszego świata, w którym czeka na nią osoba przedstawiająca się "drugą mamą", a w rzeczywistości czarownica, która porywa rodziców dziewczyny.
W trakcie poszukiwań bohaterka odnajduje duchy dzieci, które poprzednio przeszły tę drogę. Nie mogą opuścić tego świata, gdyż odebrano im duszę.
Nie umiem powiedzieć, jak zareagowałbym na tę powieść, gdybym przeczytał ją dawniej. W wieku lat dwudziestu wydała mi się przekombinowana.
Bazując na mało oryginalnych motywach, Gaiman próbował stworzyć… coś. I chyba sam nie do końca wiedział, co.

9. "Ocean na końcu drogi", Neil Gaiman

Po porażce "Koralinowej" postanowiłem dać autorowi drugą szansę. "Ocean na końcu drogi" jest uważany za jedną z lepszych powieści autora obok "Gwiezdnego pyłu", a jakoś nie miałem okazji się z nią bliżej zapoznać. Uczucia mam po lekturze tak splątane, że nie do końca wiem, co chcę napisać.
Głównego bohatera poznajemy w jako starszego, zmęczonego życiem mężczyznę, który właśnie zakończył rozprawę rozwodową. Przyjeżdża do miejsca, w którym niegdyś żył i tam spotyka się z babcią poznanej w dzieciństwie koleżanki.
Z biegiem czasu przypomina sobie to, co naprawdę się wydarzyło, gdy tam przebywał – odebrano mu pamięć. Właściwym wątkiem powieści jednak wcale nie są tamte przygody, a niezmienność. Nasz bohater znów odejdzie, ponownie nie pamiętając o tym, co zaszło… A czytelnik tylko ze smutkiem może się zastanowić, kiedy wróci.
Z pozoru powieść dla młodszego czytelnika, jest dla mnie niezwykle smutną ilustracją ludzkiego życia i jego losów.

10. "Yankes na dworze króla Artura", Mark Twain

To z kolei przez Elanor. Tyle się naczytałem jej pomysłów wokół-Arturowskich, że uznałem, iż czas sięgnąć do klasyki gatunku. Co by się stało, gdyby XIX-wieczny Amerykanin trafił do Camelotu?
A no, że zdradzę, sporo. To jedna z tych chwil, gdy żałuję, że nie widzę, bo filmów powstało na podstawie tej powieści wiele, a ja tak pragnę ujrzeć rycerzy w zbrojach reklamujących pastę do zębów lub szampon do włosów…
I choć na końcu powieści – dość smutnym – autorowi ewidentnie zabrakło weny i ostatnie rozdziały poprowadzone są metodą "wytłuczemy wszystkich, byle szybko", to jednak bawiłem się przy lekturze wyśmienicie.

11. "Moreta, pani smoków z Pern", Anne Mccaffrey

Cykl Pernijski Anne Mccaffrey odkryłem w gimnazjum i wtedy pochłonąłem te najważniejsze powieści praktycznie jednym ciurkiem, jednak w jego bogactwie wiele tych pobocznych pominąłem w owym czasie, stopniowo od czasu do czasu nadrabiając którąś z nich. "Moreta" była najważniejszą z tych, które mi pozostały.
Na planecie Pern pojawiła się zaraza, która w ciągu kilku dni doprowadza do pandemii i masowych śmierci. W tym czasie jeden z władców Weyrów, unosząc się pychą, odmawia pomocy w rozniesieniu wytworzonych w oparciu o dawne kroniki szczepionek.
Główna bohaterka podejmuje się tego zadania osobiście w imieniu kilku mieszkańców Weyru, które to poświęcenie doprowadzi do jej śmierci.
Przyznam, że trudno napisać wiele więcej, nie rozpisując się na pięć stron lub nie zdradzając fabuły. Myślę jednak, że kto czytał "Jeźdźców smoków", potrafi wyobrazić sobie styl napisania powieści, którą serdecznie polecam. I tylko żałuję, że nie przywiązałem się zbytnio do tytułowej Morety i czułem się, jakbym na wydarzenia patrzył z boku. Autorka chyba do tego stopnia skupiła się na ukazaniu szerszej perspektywy wydarzeń, że zapomniała przedstawić nam ich uczestników.

12. "Godzina smoka", Robert E. Howard

Powiedziałem wreszcie dość i uznałem, że taką klasykę, jak Conana Barbarzyńcę, po prostu muszę znać albo nie będę mógł siebie uważać za miłośnika fantastyki.
Grupa ludzi pragnących obalić rządy króla Conana przywraca do życia potężnego a zmarłego 3000 lat temu czarnoksiężnika, który z resztą nie zawodzi ich oczekiwań. Conan – obecnie Władca pozbawiony królestwa dowiaduje się, że jedynym sposobem na odzyskanie swych ziem jest pokonanie wskrzeszonego Xaltotuna, czego można dokonać, odzyskując jedyny znany artefakt o mocy potężniejszej od złowrogiego maga.
To zadanie nie okazuje się jednak aż tak proste, bo Conana wydaje się prześladować pech, a ilekroć talizman zdaje się na wyciągnięcie ręki, to ktoś go ukradnie, to z nim odpłynie, to zostanie zamordowany…
Przyznam uczciwie, że odkryłem, iż Conan Barbarzyńca nie jest bohaterem literackim w moim stylu. Jakoś niekoniecznie przypada mi do gustu rozwiązywanie wszystkich problemów poprzez siekanie mieczem na lewo i prawo i bycie niezwyciężonym.
Pod tym względem powieść Howarda do złudzenia niemal przypomina mi naszego polskiego "Wiedźmina", ale Geralt i Conan podobni są tylko z pozoru. Tak, obydwaj praktycznie nie mają godnych siebie przeciwników, ale gdy Conan jest, jak jego przydomek wskazuje, barbarzyńcą, w Geralcie gdzieś tam tli się ten kochający i na swój sposób melancholiczny człowiek.
Nie chcę przez to powiedzieć, że Conan jest złym bohaterem, przeciwnie. Jest na swój sposób dobrym rycerzem, dobrym władcą, nawet dobrym mężem. Ale rozwiązywanie wszystkich problemów życiowych z użyciem miecza i topora nie jest moim mottem.
Jednocześnie bardzo poszanowałem tę postać i umiem zrozumieć, dlaczego zdobyła tyle nagród i serc czytelników z całego świata. A schematyczność? Conan powstawał w okresie, w którym Tolkien tworzył swoje Śródziemie. Trudno mówić o schematyczności tam, gdzie jeszcze nie było żadnych schematów.

13. "Oczy smoka", Stephen King

Wiedzieliście, że King napisał bajkę dla dzieci? Po "Koralinie" uznałem, że zobaczymy, jak do sprawy zabrał się autor "Zielonej mili". I powiem wam, że całkiem nieźle.
Książę Piotr – przyszły król – ma wiele zalet, jest prawy, uczciwy, honorowy… Ma też jednak jedną poważną wadę, mianowicie nie jest uległy, a tej właśnie cechy poszukuje u władcy czarnoksiężnik Flagg. Skoro zaś zapowiada się, że przyszłego monarchy kontrolować się może nie dać, bezpieczniej przecież będzie usunąć go z drogi?
Mniej-więcej do tego sprowadza się fabuła "Oczu Smoka". Wątek może prosty, ale powieść jakoś tak przyjemnie się czytało. Nie zabrakło tu ani charakterystycznego humoru Kinga, ani przemyconych kilku rozważań o ludzkiej naturze.
I choć trudno udawać, by powieść była czymś innym, niż bajką, to przecież i w bajkach nie jedno się kryje.

14. "Imię róży", Umberto Eco

Rzecz toczy się w okresie panowania papieża Jana XXII – tego, który dzięki zmyślnym odpustom, płatnym pokutom i innym narzędziom przeszło 50-krotnie powiększył skarbiec stolicy apostolskiej. Przy tych bogactwach spływających do kościoła, nie uśmiecha się Następcy Piotra idea zakonów ubogich, na przykład Franciszkanów. W usilnie przekazywanej wierze, że Chrystus w rzeczywistości był bogaczem, do pomocy proszona jest inkwizycja. Widząc jej działania mające więcej z polityką niż wiarą wspólnego, opuszcza ją Franciszkanin brat Wilhelm, a teraz po przeciwnej stronie będzie się starał o ustrzeżenie Franciszkanów, Benedyktynów, Braciaszków i innych ubogich zakonów od papieskiej ekskomuniki.
Kiedy ze swym uczniem imieniem Adsu przybywa do opactwa, w którym ma dojść do mediacji, lokalny opat prosi go o pomoc w rozwiązaniu tajemnicy podejrzanego zabójstwa. Wokół sprawy, która z początku wydaje się samobójstwem, nagromadzają się mroki, gdy kolejni zakonnicy giną w podejrzanych okolicznościach.
Nie umiem zdecydować, czy to powieść kryminalna, teologiczna czy historyczna… Wszystkiego mamy tu po trochu. Przez kolejne strony przedziera po trochu każdego aspektu.
Dostrzegamy tu więc trudne rozliczenie z grzechami kościoła, problemy teologiczne, rozważania o nauce i rozwoju, ale także o trudnościach i grzechach, których nie udaje się uniknąć nawet głównemu bohaterowi. Muszę też przyznać, że finalne zakończenie – wyjaśnienie morderstwa wcale nie jest oczywiste i nawet przez moment nie domyśliłem się prawdziwego przebiegu wypadków, choć postać mordercy wskazałem trafnie.
To trudna lektura – nie tylko ze względu na poruszaną tematykę, ale i język przepełniony sentencjami łacińskimi, a o ile nie jesteście lekarzami czy kimś podobnym, pewnie za mną będziecie średnio kilka razy na rozdział prosić o pomoc wujka Google, choć zrozumienie książki nie będzie tego od was wymagało.
"Imię Róży" zdecydowanie polecam wszystkim czytelnikom, bo znaleźć tu można niemal wszystko. Najważniejsze, że autor oddał w nim nastrój zakonu XIV-wiecznego na tyle dobrze, że trudno czasem pamiętać, iż nie czytamy rzeczywistego manuskryptu spisanego ręką jakiegoś mnicha w dawno zapomnianym klasztorze.

15. "Wisznia ze słowiańskiej głuszy", Aleksandra Katarzyna Maludy

Na koniec coś z naszego podwórka, czyli niedawno wydana polska powieść "Wisznia ze słowiańskiej głuszy". Akcja toczy się w VII wieku i przedstawia losy rodziny, która zostaje zniewolona przez Awarów. Gdy wszyscy mężczyźni prowadzeni są przez zdobywców na nieudane oblężenie Konstantynopola, kobiety muszą jakoś sobie radzić. Przewodzi im tytułowa Wisznia, budując silny i liczący się gród.
W powieści nie zabraknie wątków historycznych, kulturowych, nawiązań do znanych legend ani trudnych rozważań. W dodatku, co cenię, główna bohaterka wcale nie jest tak krystalicznie czysta, jak byśmy tego chcieli, potrafi okazać nienawiść wobec własnej córki, stosować podstęp, gniewać się i odwracać od bliskich.
Nie jest to dla mnie najwybitniejsza powieść, nie dorasta tym Elżbiety Cherezińskiej, ale lektura była przyjemna i kilka razy mnie zaskoczyła. Szczególnie cenię umiejętność splecenia legend, historii całego świata i tradycji słowiańskich w taki sposób, że wydają się niemal naturalnie dopełniać całość.
I mógłbym się tu przyczepić nieco kilku faktów historycznych, ale chyba oszczędzę i na koniec nie będę zakwaszał, zaś dla ewentualnych czytelników pozostawię zagadkę, w którym miejscu autorka się pomyliła i przesunęła pewne wydarzenie tak ze 200 lat wstecz.

Mamy pisać pod dyktando? Ok, nie ma sprawy. :)

Wyzwanie miałem podjąć wczoraj, ale dzień miałem i dość nieprzyjemny dla mnie szczerze mówiąc, i ciężki… No i po prostu nie miałem siły na pisanie czegokolwiek konstruktywnego.
Tak więc, naprawiam dzisiaj i podejmuję Małgosi wyzwanie.
Myślałem, że będę pierwszy, jak widać, Maja mnie wyprzedziła.
No to lecimy.

1. Jak mija twój dzień i na co czekasz w najbliższej przyszłości?
Jak mija dzień? Normalny dzień szkolny, ale mnie to cieszy. Ja już po lekcjach, trzeba się pouczyć i znowu do szkoły. 🙂 Na co czekam w przyszłości? W najbliższej, nie wiem. Ale w krztynkę dalszej na moją osiemnastkę, która za dwa tygodnie, i na Rehę w Warszawie z nadzieją spotkania tam dwóch osób, Mai oraz Angeliki.

2. Jaką cechę najbardziej w sobie lubisz i dlaczego?
HMM, ciężkie pytanie. Maja pisała o szczerości, to ważna cecha i staram się ją pielęgnować, z czego czasem różne sytuacje wychodzą, bo u mnie szczerość jest aż do bólu. Ale nie powiedziałbym, że to lubię, to po prostu cecha, która powinna dla mnie charakteryzować wszystkich. Gdyby każdy był szczery do bólu, nikogo by ta szczerość nie bolała.
A więc ja lubię swój upór. Może dziwną rzecz wybrałem, nie dla każdego to cecha pozytywna, ale cóż… Ja jestem i lubię być dziwny.
Lubię to, że jak coś postanowię, będę niezłomnie do tego dążyć, czasem nawet latami. Gdyby nie to, byłbym dzisiaj zupełnie innym człowiekiem, pewnie nie wiedziałbym, jak się programuje i co to C++ , a wy nie moglibyście tego czytać, bo Eltena by nie było.
Więc, upór i wytrwałość w tym, co postanowię.

3. Jakie jest największe wyzwanie, jakie do tej pory spotkało Cię w życiu i jak je przezwyciężyłeś? Jaki jest twój plan, jeśli wciąż nad nim pracujesz?
To pytanie akurat było proste. Podjęte przeze mnie osobiście, wyzwanie udowodnienia, że niewidomi potrafią wszystko, nawet jeśli to budowa rakiety i zabawa w coś, czego w Polsce nikt nie robił. 🙂
Ale najważniejsze dla mnie nie jest to, by to udowodnić widzącym. Ja chciałbym to udowodnić innym niewidomkom, bo mało co irytuje mnie tak, jak osoby niewidome mówiące, że to im się nie uda, że trzeba widzieć, że nie ma szans.
A udowadniam, jak mogę, budując rakiety, programując, ucząc się i tak dalej.
I mam nadzieję, że coś tam mi się udało niektórym pokazać.

4. W czym jesteś mistrzem lub expertem?
Trudne pytanie. Obiektywnie sądzę, że w informatyce. Pewnie za sprawą tego, że spaliłem nie jeden komputer eksperymentując i rozkładając na części pierwsze i wysypałem nie jeden system bawiąc się tam, gdzie nie powinienem.
Ale dzięki temu zebrałem na prawdę dużą wiedzę i do tej pory nie spotkałem jeszcze informatycznego zadania, które by mnie przerosło, chociaż pewnie to już niedługo. 🙂
Anyway, od trzeciej gimnazju nie dowiedziałem się zasadniczo niczego nowego o komputerach, chociaż może się to oczywiście zmienić.
Tak więc informatyka, chociaż oczywiście istnieje bardzo wiele dziedzin, w których mi do bycia ekspertem brakuje.
Przykładem jest chociażby język angielski, chociaż się staram uczyć i rozwijać. 🙂

5. Czego dotyczył twój ostatni sen, jaki pamiętasz?
Eeeee, tego, że zostałem spytany ustnie na angielskim i dostałem piątkę. CO ciekawe, tego samego dnia rzeczywiście zostałem spytany ustnie i jakimś cudem dostałem piątkę.

6. Kto wie o tobie najwięcej?
Trudne pytanie. Zasadniczo, mógłbym podzielić to na dwie kategorie, ludzie, których znam od lat i wiedzą o mnie mnóstwo i ludzie, których znam krócej albo bardziej wirtualnie, a chciałbym, żeby mnie lepiej poznali. Ogólnie, jak z kimś się polubię, ,dość dużo o sobie opowiadam, chociaż mało kto wie, jak jestem nienormalny mimo, że myśli, że już wie.. 🙂
Prócz rodziny, do pierwszej kategorii zaliczają się Piotrki, dwóch najlepszych przyjaciół od początku podstawówki do dziś, do tego z Eltena Magda (magdar1999) i Kuba (ambulocet). Nie wiem czy ktokolwiek inny zna mnie tak, jak oni i tyle o mnie wie. Czasem to straszne. 🙂
Nie wiem czy powinienem pisać o drugiej kategorii, ale co tam. Kuzynka, z którą kiedyś mieliśmy bardzo dobry kontakt, a teraz w wyniku różnych sytuacji rodzinnych widujemy się niestety raz na ruski rok, dwie osoby z klasy w liceum, chociaż… Nie wiem, czasem mam wrażenie, że je dobrze znam, a czasem wydają mi się tylko znajomymi z widzenia, więc tu nie jestem pewny. A na koniec kilka osób ze środowiska, w tym pięć z Eltena. 🙂

7. W jakiej pozycji śpisz najczęściej?
Eeee, może nie będę oryginalny, ale horyzontalnej, dobrowolnie. Bo tak. Przynajmniej tak zasypiam, bo zdarzało mi się budzić i na podłodze, no dobra, to miało miejsce tylko raz, ale i tak było ciekawym doświadczeniem. A śniło mi się wtedy, że uciekałem przed czymś. 😀
Chociaż Małgosia twierdzi, że ta pozycja jest nietypowa, więc, nie wykluczam. 😛

8. Gdybyś miał wehikuł czasu (taki jak Tardis), i mógłbyś przenieść się gdziekolwiek w czasie i przestrzeni, gdzie byś się przeniósł?
Do starożytności, konkretnie do starożytnej grecji. Kocham tamten kraj, chociaż nie wiem czy byłoby to bezpieczne.
Ale trudno, zawsze chciałem poznać ludzi takich, jak Tespis, Pitagoras, Tales czy Sokrates.
A na drugim miejscu do Polski z początku średniowiecza, by odświeżyć zamazane i zapisać puste karty historii naszej ojczyzny, by odkryć to, czego historycy nie wiedzą.

9. Dlaczego twój ulubiony kolor jest twoim ulubionym kolorem?
Eee, niebieski, chociaż nie widzę.
Bo kojarzy mi się fajnie, morze i niebo, dwie rzeczy, które pokochałem, do których mnie ciągnie i które zawsze są dla mnie inspiracją do tworzenia, kojarzą mi się z głębią, której nie można przeniknąć, z tajemnicami, które trzeba odkryć i z pragnieniami, do których trzeba dążyć.
Ze wspomnieniami i marzeniami, czymś odległym, nieosiągalnym, napełniającym tęsknotą.

10. Kiedy ostatnio śmiałeś się tak, że bolał cię brzuch, boki, nie mogłeś złapać oddechu itp.
Wielu ludzi mówi, że jestem pogodny, że lubię się uśmiechać.
I chyba tak, rozmowa i towarzystwo innych tak na mnie działa.
Ale bardzo rzadko zdarza mi się tak śmiać, bo rzadko czuję się aż tak szczęśliwy i wesoły.
Ostatnio?
Jak odwiedzili mnie Piotrkowie, o których powyżej. To było na początku tego roku szkolnego, weekend z 2 na 3 września konkretnie. Naprawdę można było się pośmiać i ja z tego śmiechu myślałem, że pęknę.

No ok, wyzwanie wypełnione, mam nadzieję, że was nie zanudziłem mimo, że przyznaję bez bicia, wpis ten pisałem rwanie, bo co chwila coś mi przerywało i mimo, że powinienem go napisać w jakieś 10-15 minut, pisałem godzinę z hakiem. 🙂

Pozdrawiam,
DP

Co sprawia, że jestem szczęśliwy

Podejmuję małe blogowe wyzwanie rzucone przez Małgosię i postaram się odpowiedzieć na tytułowe pytanie.
Tak więc tym, którzy podejmą się przeczytania tego wpisu, życzę dobrej nocy i kolorowych snów, gdy obudzą się nad klawiaturą i skonstatują, że ten wpis nadal trwa, i trwa, a nad Polską wschodzi już Słońce. 🙂

No więc, co takiego sprawia, że jestem szczęśliwy?
Prawdę mówiąc, ogólnie jestem typem człowieka, który zwykle się uśmiecha.
Jestem też w pewnym sensie melancholikiem, lubię, bardzo lubię zatapiać się we wspomnieniach i marzeniach.
Potrafię całe godziny spędzić tylko siedząc na dworze i rozmyślając.
No cóż, taki już jestem.
Ale uważam siebie, może mylnie, za dość pogodną osobę.
Tak, pogodną to dobre słowo, czasem słoneczny, czasem burzliwy. 😀 Nie no, żartuję.

No więc, co sprawia, że jestem szczęśliwy?

Zacznijmy szablonowo, czytanie.
Ale po prawdzie uzmysławiam sobie, że to już nie to, co kiedyś.
Nie, żeby moja miłość do książek malała, o nie, ta się nigdy nie skończy.
Ale coraz trudniej wyłowić książki dobre. Ale dobra, o tym już się rozpisywałem gdzieś indziej.

Z mniej szablonowych rzeczy, Elten i Infinity.
To dwa projekty, które przyniosły mi bardzo skrajne uczucia.
Żadna inna rzecz, jaką pisałem, nie przyniosła mi tylu trosk, zmartwień i chwil niepewności, rozczarowań.
Ale i żaden inny projekt nie przyniósł tylu radości i uśmiechów, przy żadnym się tak nie cieszyłem.
Kocham te chwile, gdy mogę usiąść przy jednym bądź drugim.

No dobrze, co z mniej oczywistych rzeczy, gdy potrafię zapomnieć o świecie?

Jak mogę z kimś się spotkać oczywiście, z kimś kogo lubię.
Nazwiskami tutaj sypał nie będę, ale nic, żaden Internet, żaden Elten, telefon ani nawet łączność kwantowa nie zastąpią zwykłej, fizycznej rozmowy i zwykłego, fizycznego spotkania się.
Tak więc zwykle jestem jedną z weselszych osób w towarzystwie, no bo też tak często nie mam okazji spotykać się prywatnie z ludźmi.
Tutaj jednak muszę zaznaczyć, że nie lubię być w tłumie osób anonimowych.
Spotykać się z kolegami, przyjaciółmi, rodziną, jak najbardziej.
Ale jak jestem w towarzystwie osób obcych albo kojarzonych tylko z widzenia, czuję się bardzo zagubiony.
Ogólnie trudno mi nawiązywać lepszy kontakt z ludźmi.
To nie tak, że nie chcę, bo chcę poznawać innych przedstawicieli rasy Homo Sapiens.
Ale nie jest to dla mnie łatwe, mówię wam szczerze.
Natomiast jak już kogoś poznam, opowiem więcej o sobie, czuję się z taką osobą bardzo związany.
Nie mówię, że to dobrze, ale tak jest.
Ojjj, zboczyłem z tematu.

Co dalej…
Dzielenie się wiedzą.
Wiem, to dziwnie brzmi, ale co nieco tam wiem o fizyce i informatyce.
Mało co sprawia mi taką radość, jak opowiadanie o tym, pod tym jednym warunkiem, że odbiorcy są zainteresowani.
Kocham dawać wykłady, tłumaczyć, czym różni się absyda od absoidy czy heliopauza od egzopauzy.
Ja się tym, co lubię, naprawdę pasjonuję, tak bardzo, że mogę o tym czytać godzinami, spędzać każdą wolną chwilę zgłębiając wiedzę, czytając wszystkie dostępne źródła, analizując i pożerając prace naukowe.
Nie mówię, że to dobrze, ale, ponownie, taki już jestem.

Na pewno szczęście odczuwam jeszcze w centyliardzie innych sytuacji, ale teraz nie mam pomysłu, jakich.
Tam u góry jednak napisałem chyba o wszystkim, co najważniejsze.

Zastanawiałem się też, jakie jest moje najszczęśliwsze wspomnienie?
To nie do końca materiał z wyzwania Małgosi, ale i tak chciałem o tym pisać, więc tematyka się łączy.

Ostatnio ktoś zadał mi bardzo ciekawe, chociaż trudne do odpowiedzenia, pytanie:
"Jakiego wspomnienia byś użył, aby wyczarować swojego patronusa?"

No i ja rzucam wyzwanie dalej wszystkim chętnym blogowiczom, a sam spróbuję na nie odpowiedzieć.

Kiedy próbuję odnaleźć najszczęśliwsze wspomnienia, przychodzi mi na myśl kilka.
Nie chcę pisać o wszystkich, część z nich jest też dość prywatna, ale wybrałem trzy, które tutaj opiszę.

Najstarsze z tych, jakie przychodzą mi do głowy ma chyba, jak tak liczę, 10 lat.
Dziadek pokazywał mi, jak robić rysunki z wosku, jak robić z wosku figurki używając samej świeczki, żadnych form.
Może to dość dziwne, ale już tłumaczę.
Wiedziałem, że tak się da, gdzieś o tym czytałem, ale nie umiałem.
I nikt nie chciał mi pokazać, każdy mówił, że nie widzę, poparzę się, że to nie jest zajęcie dla niewidomych.
Bo chociaż miałem zawsze rodzinę bardzo otwartą na moje dziwactwa, z początku musiałem udowadniać, że niewidomek może.
Nie ma w tym niczego dziwnego z resztą, nikt nie znał innych niewidomych, nie chodziłem do Lasek, nie znałem wtedy nikogo, absolutnie nikogo innego, kto by nie widział.
Tak więc naturalnym jest, że nikt nie wiedział do końca, co i jak.
No ale dziadek był wyjątkiem.
Zawsze mi mówił i pokazywał, że nie trzeba widzieć, trzeba chcieć.
No i wtedy chyba pierwszy raz pokazał mi, że można.
Każdy mówił, że to niebezpieczne, a dziadek tylko powiedział, żebym poszedł z nim do pokoju, to mnie nauczy.
No i nauczył, myślę, że potrafię to do dzisiaj, chociaż dawno tego nie robiłem.

Drugie wspomnienie jest nieco bliższe w czasie, wyjazd z moją klasą 3 gimnazjum.
Była to chyba najlepsza wycieczka szkolna, na której byłem, wybyliśmy nad jezioro, gdzie pływaliśmy na żaglówkach, no konkretnie puckach, ale nie będę zanudzał tutaj budową statków. 😀
Dość powiedzieć, że było dużo śmiechu i radości, mieliśmy świetnych opiekunów i nigdy wcześniej ani później nie byłem świadkiem tak cudownej atmosfery na wyjeździe. I tęsknie, bardzo tęsknie za tamtymi chwilami.

Ostatnie z trójki wspomnień jest chyba oczywiste dla każdego, kto mnie lepiej zna.
Pierwszy udany start rakiety Infinity, 21 kwietnia 2016.
Uczucia, jakie wtedy mi towarzyszyły, były tak złożone, że nie mam pojęcia czy zdołam to wyjaśnić.
Długa, roczna ponad praca całymi godzinami zaowocowała w dość spektakularnym sukcesie.
Wiele osób w nas wątpiło, jak to licealiści mogliby zbudować rakietę, do tego trzeba studiów, lat praktyki, najlepiej bycia dyrektorem NASA…
A jednak się udało.
Pokazałem też, że brak wzroku nie oznacza, że czegoś nie można.
To nie niepełnosprawności nas ograniczają, a nasza niewiara i zwątpienie.
Jeśli naprawdę chcemy coś osiągnąć, jeśli do czegoś dążymy, staramy się spełnić marzenia, to się uda.
A wtedy, 21 kwietnia 2016 roku, podczas wichury, bo taką piękną pogodę mieliśmy, na terenie administracyjnym lotniska Gdynia Oksywie, moje marzenie spełniło się z hukiem odpalającego silnika TRSV1T.
I tamten dźwięk i tamte emocje pozostaną ze mną na zawsze.

I myślę, że gdybym miał wypowiedzieć słowa expecto patronum, ten właśnie obraz by mi towarzyszył.
Obraz Infinity witającej się z gwiazdami.
Obraz Infinity witającej się z gwiazdami.