Kiedy słyszę, jak wielu ludzi potrafi utożsamiać Polskę ze wszystkim, co najgorsze, zapominać lub wręcz wyśmiewać ofiarę tych, którzy oddali życie, bym ja mógł te słowa pisać w naszym ojczystym języku, odnoszę wrażenie, że już w ogóle nie rozumiem współczesnego świata.

Nigdy nie twierdziłem, że Polska to kraj bez skazy, nie przekonywałem też, że wszystkie decyzje i postawy tu panujące są słuszne – myślę jednak, iż powinniśmy potrafić docenić ofiarę, jaką za ten kraj złożono, a prócz tego… kto może poprawiać sytuację społeczną w Rzeczpospolitej, jeśli nie my – Polacy?

Krytyka jest dobra, ale prócz wygłaszania swoich mądrości, trzeba umieć działać.

„Zapomniany Horyzont” napisałem wzburzony takimi właśnie postawami wyzywania Polski i Polskości na każdym kroku.

Nie było moim celem odniesienie się do jakichkolwiek sytuacji politycznych, proszę więc, by nie interpretować treści tego opowiadania w związku z żadnym krajem czy kulturą prócz naszej, Polskiej. Zachęcam do refleksji nad tym czym jest dla nas Ojczyzna.

Redakcja: Weronika Wołoszyn.

Zapomniany Horyzont

Las zaszumiał, poruszony lekkim, niemal pieszczotliwym dotykiem wiatru, który przemknął nad koronami drzew, obniżając na chwilę swój lot, by zakołysać liśćmi, zatańczyć wśród gałęzi, śmignąć kilka razy wokół krzewów i ponad trawą. Cisza, która jeszcze przed chwilą panowała, zamieniła się w jednostajny, uspokajający szum. W tym samym czasie na niebie zalśniły pierwsze promienie Słońca, przeganiającego powoli mroki nocy. Z początku niepewne, jakby chwiejące się w swej intencji, ostatecznie postanowiły rozświetlić kolejny dzień. Tarcza gwiazdy, jakby obawiając się czegoś, nieśmiało wyjrzała z pomiędzy lekkich, małych obłoków płynących wysoko na bezchmurnym prócz tego niebie, na którym widać było ostatnie światła gwiazd chowających się powoli za horyzontem, by powrócić następnej nocy. Księżyc, zdawałoby się, mignął na pożegnanie (a może to tylko gra świateł na niebie), nim zniknął za linią widnokręgu. Pierwsze ptaki te, które wstają wraz ze wschodem Słońca, wyleciały z pomiędzy drzew, chórem ogłaszając kolejny poranek, wzbijając się w masie piór, dziobów i skrzydeł, każde próbując przekrzyczeć resztę we własnym zachwycie nad otaczającą je przyrodą. Chór, który po raz kolejny ogłaszał światu, że wstaje nowy, piękny dzień, chcąc podzielić się radością jutrzenki. Rosa Zebrana nocą, powoli spełzała z liści, zanikała w coraz cieplejszych promieniach Słońca, które, już pewne swych zamiarów, postanowiło ogrzać tak wiele zawdzięczającą mu planetę.
Gdybyś tam stał, usłyszałbyś symfonię przyrody, szum wiatru stanowiący tło dla setek ptasich głosów, najwspanialszego chóru, jaki kiedykolwiek powstał na tej planecie. Niestety… Nigdy nie mogłeś tego usłyszeć. Urodziłeś się w czasach, w których tylko najstarsi pamiętają lasy i Ziemię.
Zbigniew Czerwiński, porucznik Armii Rzeczpospolitej zamknął album z fotografiami, odcinając się od tych obrazów tak żywych w jego wspomnieniach. Był jednym z ostatnich Polaków, którzy pamiętali ojczyznę. Los nie szczędził mu trosk. Stary weteran rozejrzał się po tym, co było jego nowym domem. Nie mógł narzekać na brak miejsca. Dla byłego żołnierza przeznaczono jedną z największych kajut na statku.
Za wzmocnionym pancernym szkłem oknem ujrzał setki gwiazd. Wielu konstelacji nie rozpoznawał. Z resztą, nie interesowało go to. Choć piękne, nie potrafiły w jego wyobraźni zastąpić poranku w lesie, zwierząt budzących się do życia. Patrzył na znane mu konstelacje. Wielka niedźwiedzica, Orion, Kasjopea. Te wszystkie obrazy, które nauczył się rozpoznawać w dzieciństwie, gdy długie noce spędzał z ojcem wykładającym mu wiedzę o niebie.
– Chciałbym tam kiedyś polecieć – powiedział wtedy Zbigniew.
Jak teraz żałował tego życzenia, nigdy nie przewidywał, w jakich okolicznościach będzie musiał udać się w nieznane. A teraz stał w kajucie tego, co pozostało z jego narodu, na pokładzie Zawiszy, statku kosmicznego Rzeczpospolitej Polskiej, uciekając od dawnego domu, uciekając od wspomnień. A jednak to tutaj właśnie je odnalazł.
Usłyszał dzwony wzywające na zbiórkę. I przypomniały mu one inne dzwony i ten ostatni dzień, który spędził w domu. To nic, że jego prawdziwy dom już nie istniał, spłonął trafiony przez granat zapalający jednego z żołnierzy. Jego prawdziwym domem była Polska i świat. Teraz o tym wiedział.
Zamknął oczy, z których pociekły łzy, gdy przypomniał sobie Warszawę, w której prowadził swoją ostatnią misję.
Ludzie biegnący ulicami, uciekający w popłochu przed żołnierzami wkraczającymi do miasta. Wraz z ostatnimi towarzyszami ze swojego oddziału, Zbigniew próbował osłaniać ich ucieczkę jak najdłużej. Dwudziestka gotowych na wszystko, stojących na dachach budynków, kryjących się w zaułkach. W rękach karabiny, a wzrok utkwiony w dal. Pamiętał tę chwilę, w której ich ujrzeli.
Kilkuset ludzi, nawet nie zdążyli ich policzyć. Wpadli, strzelając z broni palnej. Nie dbali o życie ludzi, za którymi biegli. Nie zależało im na zdobyciu miasta, zależało im tylko na mordowaniu i rabowaniu. Zbigniew wraz z Piotrkiem, najmłodszym chłopakiem z jego oddziału, który ledwo opuścił szkołę, wybiegli, zastępując im drogę.
Dalsze wspomnienia były zbyt straszne, by o nich mówić. Chaos, krzyki rannych, salwy padające z obydwu stron. Zbigniew wiedział, że nie mają szans. Wiedział, że nie może tego przeżyć. Chciał tylko dać ludziom jak najwięcej czasu, jak największą szansę na przeżycie.
Pierwsza kula trafiła go w ramię, na szczęście lewe. Nawet nie poczuł bólu, choć zachwiał się, nadal strzelał ze swojego karabinu, jak długo w magazynku była amunicja.
Zastanawiał się czy tak samo wyglądało to podczas jego dawnej służby w Azji. Przekonywał samego siebie, że jego oddział nigdy nie postępował w ten sposób. Kiedy przedzierali się, walcząc wraz z oddziałami USA, jak sami twierdzili pomagając w wyzwoleniu państw Azjatyckich, nie spodziewał się, że kiedyś ujrzy napastników biorących szturmem kolejne miasta jego ojczyzny tak, jak on zdobywał kolejne miasta w Azji. Zbigniew miał tylko nadzieję, że nigdy nie stał się takim potworem, jak jego obecni wrogowie. On oszczędzał przecież cywili… Ale nie był już tego taki pewien.
Przez całe życie rozstawiał sprawnie pionki na szachownicy, tak naprawdę realizując cele innych. Chciał się przypodobać dowództwu, musiał to przed sobą przyznać. Lata wojny nie mogły go przygotować do tego.
Takie właśnie myśli kołatały się w jego głowie, gdy obok usłyszał jeden, tylko jeden krótki krzyk. Potem nie usłyszał już nic więcej, gdy trafiony śmiertelnie Piotrek osunął się na ziemię obok.
Wokół swoje żniwo zbierała śmierć. Zbigniew widział jeszcze czworo swoich ludzi, desperacko próbujących zatrzymać nieprzyjaciela.
Było jednak jasne, że zostały im najwyżej minuty.
Każdy z jego oddziału chciał zginąć tu, na posterunku, w przegranej sprawie. Wszyscy byli gotowi dołączyć do przodków, którzy właśnie w taki sposób ginęli za ojczyznę, za ojców tych ludzi, których teraz próbował ocalić Zbigniew.
Też chciał umrzeć.
Czuł się tak, jakby wszystkie jego idee umarły, stał tu, wyzuty ze wszelkich emocji i odczuć prócz wszechobecnej grozy tego, co się działo. Nie pomogły sojusze ani umowy, gdy nieprzyjaciele wkroczyli na terytorium Polski. Inne państwa bały się ingerować, chociaż w istocie na rękę było im zmazanie z mapy kraiku w środkowej Europie, którego rynek stawał się zdecydowanie zbyt konkurencyjny.
Nie było wszak lepszego sposobu na pozbycie się polskich inżynierów i programistów, fizyków i polityków, niż zezwolenie na masowy mord, który rozwiąże za resztę świata problem. Czysto, prosto i skutecznie. A to przecież dla ludzi trzy najważniejsze słowa definiujące najlepsze decyzje.
Zbigniewowi nie było jednak dane zginąć na tej ulicy. Żałował tego do dziś, nadal budził się z koszmarów i pytał, czemu nie zginąłem tam, jak Piotr trafiony kulą.
Gdy przyleciał helikopter by ewakuować jego oddział, wzbraniał się, nie chciał uciekać. Ale rozkaz to rozkaz. Wiedział, że w tym miejscu i tak już nic więcej nie zdziała.
Było ich trzech, on i dwójka szeregowych, z których jeden później i tak zginął z powodu odniesionych ran.
Dalsze obrazy rozmazywały się w jego pamięci. Lot do stacji sił powietrznych, ucieczka w popłochu. Decyzja o ewakuacji.
Pokład jedynego polskiego statku kosmicznego, Zawiszy. Tysiąc ludzi, tylu z wielomilionowego społeczeństwa mogło wejść na pokład, tylu pozostało świadkiem dumy dawnego narodu. Krótki komunikat admirała, szarpnięcie przyspieszenia, gdy, eskortowany przez myśliwce chroniące ostatniej nadziei Zawisza poleciał w niebo. Zbigniew widział z mostka przez okna, jak myśliwce, jeden po drugim stawały w ogniu, gdy nieprzyjaciel próbował zniszczyć statek w obłąkańczej wizji wybicia całego narodu Polskiego.
Ale nie zdążył, bo odwaga i poświęcenie pilotów zapewniły im prosty korytarz.
Opuścili orbitę bez chwili wahania. Obraz Warszawy w płomieniach, gdy ostatni cywile i żołnierze kryli się lub stawali mężnie do walki, był tym, co Zbigniew widział opuszczając Ziemię, udając się na wieczne wygnanie.
A teraz był 10 lat świetlnych od Ziemi, wraz z ostatnimi, którzy przetrwali z dumnego narodu Polskiego, szukając nieznanego z nadzieją, że odnajdą świat, na którym będą mogli zamieszkać, uciekając z pod spojrzeń Ziemi, która okazała się tak niełaskawa. A raczej, poprawił siebie Zbigniew, której dzieci udowodniły, że zdradziły ideę swojej matki, woląc szukać własnych korzyści, niż dbać o swych braci.
A Polacy teraz szukali miejsca, w którym będą mogli przekazać młodym pokoleniom historię ludzkiej nienawiści i strachu. I narodu, który nie ugiął się do samego końca.
Tym czasem, 10 lat świetlnych dalej, jak dzień w dzień, nie zdając sobie sprawy z tego, co się stało, Słońce wychynęło z za horyzontu, oświetlając swoimi promieniami Błękitną Planetę, słuchając chóru ptactwa, jak co ranek wzbijającego się do lotu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *