Zachciało się ślepym koncertować

Co mogę napisać?
Chyba tylko raz jeszcze podziękować całemu zespołowi we wczorajszym, dość radykalnie (trzech sztuków zabrakło) okrojonym składzie.
No i zaprosić na kolejne koncerty w Warszawie, Żyrardowie i Trójmieście. 🙂

* Skrzypce: Natalia Kaczor, Julita Bartosiak
* Cajon: Maja Sobiech
* Fortepian: ja
* Śpiew: Kinga Czyżewska-Drabik, Zuzanna Mikler, Daria Barszczyk, w chórkach wszystko, co żyje
A także Pan siedzący blisko mikrofonu, którego serdecznie pozdrawiamy… 🙂

Na falach cisza?

Kilka lat temu Daszek na swoim blogu umieścił wpis, na którym wspomniał dawne czasy w radiu. Świat się zmienia, na gorsze i lepsze, a tradycyjne radia powoli odchodzą.
Dziś, jeśli już ktoś słucha radia, to prawie wyłącznie FM. A co z dawnymi falami długimi i średnimi? Jest w tym nieco sentymentu, nieco nostalgii, ale wydaje mi się, że słuchanie radia w ten sposób ma niesamowity klimat.

Pojawiło się u mnie już wtedy marzenie, by dostać odbiornik radiowy SDR. Nigdy jednak jakoś finanse nie pozwalały na taką rozrzutność, a więc temat przez kilka ładnych lat pozostawał mrzonką.

Na święta jednak ogromna grupa ludzi, którym bardzo z tego miejsca dziękuję i jeszcze dziękować będę, postanowiła mi za pośrednictwem Gwiazdora sprawić ową fanaberię.

Może zabrzmi to dziwnie, ale nigdy nie słyszałem początku nowego dnia w Polskim Radiu. Tym bardziej cieszę się, że mogłem usłyszeć go w tej można powiedzieć archaicznej formie.

Jakość niestety idealna nie jest. Nagranie zrobione z domu w Bolszewie, zakłóceń pewnie masa. O wiele lepszą uzyskuję na falach średnich, ale… wiecie… Tam polskiego radia nie ma. 🙂

Raz jeszcze bardzo dziękuję!

PS. Szerszy skan też będzie… kiedyś…
Ale na falach średnich tego sporo, naprawdę sporo jak na 2021 rok.

Co się robiło?

Kiedy byliśmy mali, każdy jeden Sylwester z bratem spędzaliśmy u dziadków w Pucku. Tradycja trwała do śmierci dziadka, a ja sobie nie mogłem w ogóle wyobrazić, by spędzać ten dzień w innym miejscu i innym gronie.
Rozkład dnia był praktycznie niezmienny. Najpierw odbieraliśmy babcię z pracy, jedliśmy kolację. Wieczorem wychodziliśmy na rynek, obejrzeć, co tam się dzieje i odpalić kilka fajerwerków.
O północy już nie wychodziliśmy, ale zawsze słuchaliśmy z mieszkania otaczającej nas ofensywy artylerii zimno-ogniowej, oglądaliśmy też początek roku w różnych miastach, w telewizji. Odpalaliśmy także kilka petard z balkonu.
I tak było przez 11 czy 12 lat rok w rok, z tą różnicą, że pierwsze te Sylwestry spędzałem sam, potem dołączył do nas Kamil, a wreszcie i Radek. Lepiej tego dnia nie dało się spędzić, a tradycja ta pięknie domykała okres przerwy świątecznej.

Mam jeszcze jedno, bliższe wspomnienie Sylwestrowe. Był to koniec roku 2017. Właśnie ukończyłem 18 lat, byłem w szkole, projekt Infinity szedł pełną parą… Pamiętam, że kończąc ten rok, mimo licznych przeszkód, patrzyłem w przyszłość z ogromnym i, prawdopodobnie nieco naiwnym, optymizmem. Obudziłem się wtedy wcześnie rano i napisałem wpis na bloga, do dziś możecie go tu znaleźć, ukrywa się pod tytułem "To wszystko wina Arycytotelesa".
Tamten dzień kojarzy mi się jak żaden inny z domem, poczuciem rodzinnego ciepła i bliskości, choć nie wiem, dlaczego.

Od tej pory minęło jeszcze kilka lat, a spędzaliśmy je w najpiękniejszych gronach i miejscach. Ale jakoś żaden z Sylwestrów nie pozostawił mi takiego śladu w pamięci. Z resztą wraz z liceum skończyło się wiele i już nie wróci. Choć też wiele innych, pięknych rzeczy zaistniało, nie bądźmy tacy ponurzy.

Rok 2021 był rokiem Fundacji, przenośnie i dosłownie. 11 marca złożyliśmy dokumenty, 8 kwietnia nasza Fundacja została zarejestrowana. Od tej pory uczymy się ją prowadzić, a także, co chyba teraz najważniejsze, oddzielać życie prywatne od służbowego.
Powiem wam, że najpiękniejsze, co mogło się zdarzyć, to przechodzić przez jej sukcesy i porażki, radości i smutki w tak cudownym gronie. Chciałbym w tym miejscu za wszystkie spotkania, jeżdżenia na podpisywania umów, wielogodzinne rozmowy, opracowywanie skali UT, wymuszone sytuacją zakupy obuwnicze i wspólne wypełnianie dokumentów podziękować wam, Moniu, Julito, Maju! Jesteście niezastąpione!

Rozkwitł też nam Elten. I to mimo, że konferencje okazały się przepisem na doskonałą katastrofę, mimo kilku burz i deszczowych dni, znów Eltena progi tętnią życiem. Może nie jest to już ta aktywność i entuzjazm z roku 2018, ale jest dobrze, a to najważniejsze.

Nie da się też podsumować tego roku bez wspomnienia o projekcie koncertu – "Ścieżka do Betlejem". To nie byłoby to samo bez wstawania na próby o szóstej rano wśród ćwierkających ptaków. To nie byłoby też to samo bez grania tych samych prób wśród huku gromów i błyskawic w pobliskim lesie. To nie byłby ten sam rok wreszcie, gdyby nie pewna nieco awangardowa infolinia.
Dziękuję też więc z tego miejsca bardzo wszystkim, którzy tworzą ten dobiegający w najbliższych tygodniach finału projekt, w szczególności tym, których mogłem dzięki niemu poznać, a więc Natalii Kaczor, Piotrowi Żołądkowi i Adrianowi Wyce.

Natalio, po pierwsze chciałem Ci powiedzieć, że znalazłem poduszeczkę.
Dziękuję Ci, że mogliśmy się poznać. Jak spojrzysz na utworzoną przez daszka ankietę, to zauważysz, że niektórzy wskazali Ciebie jako to, co Eltenowi dobrego przyniósł mijający rok. Myślę, że nie bez przyczyny.
Dziękuję za wspólne sesje RPG, rozmawianie po nocach i bycie naszą dyżurną skrzypaczką, flecistką, wokalistką i Kopciuszkiem!

Piotrze, Tobie chciałbym podziękować za wspólne granie na 4/4 "Lulajże, Jezuniu". Myślę, że to wydarzenie na długo pozostanie w mej pamięci.
Dziękuję także za analizowanie tego, dlaczego w gamie As-dur znajduje się Cis, rozmowy o tym, co powinno się, a czego nie grać w kościele i montowanie prymitywnego systemu nagłośnienia, który, co bardzo ważne, zadziałał!
Stajesz mi przed oczami, kiedy tylko podane zostaną naleśniki.

Adrianie, wiem, że pewnie tego nie przeczytasz, ale nie oznacza to, że nie powinienem czegoś napisać i do Ciebie.
Dziękuję, że zawsze potrafiłeś nas zmotywować, poprawić nastrój, zaszaleć i tak cudownie odnaleźć się w każdym nienormalnym projekcie.
Dziękuję za rozmowy o cudownych pomysłach na udogadnianie niewidomym życia i szukanie winnego "ruszania stołu"!

Dziękuję też całej, już znanej mi wcześniej, reszcie zespołu: Mai i Julicie za to, że po prostu są i wspierają we wszystkich działaniach Fundacyjnych i pozafundacyjnych, Darii za bycie duszą towarzystwa, Zuzie za wspieranie nas niezastąpionymi rogalami świętomarcińskimi oraz Kindze za wspólne nocne podróże po Warszawie i okolicach!
Mógłbym o koncercie pisać jeszcze długo, ale że planuję osobny szerszy wpis na ten temat, i tak już bardzo się rozpisałem.

Drobnym, ale też ślicznym, całkiem spontanicznie urodzonym projektem jest nasze małe, Eltenowe koło gier RPG.
Dziękuję więc naszej niezastąpionej drużynie: Diego, Radmirowi, Bartłomiejowi, Adrianie, Elli, Beziemu, Lubie, Patrianowi, Mirkowi, Karolinie i Niabi.
Kiedy tylko będę miał jakieś problemy z odkurzaczem albo wyjściem z pociągu, będę wiedział, do kogo się zwrócić!

Dziękuję też całkiem prywatnie naszej ustępującej ze stanowiska moderacji Polskiej Społeczności Eltena. Dziękuję, że dbaliście o ten chaos i zdejmowaliście nam z ramion ciężar. Gdyby nie wy, wiele innych projektów by się nie urodziło.

I wam wszystkim, drodzy Eltenowicze, dziękuję za całe wsparcie okazane Prowadnicy i Eltenowi, udział w zabawie pisankowej (pamiętacie to jeszcze?), licytacji charytatywnej i wszystkich innych projektach.

Wiele było w tym roku pracy, a mało czasu. Po prawdzie praktycznie nie widziałem się z ludźmi prócz spotkań służbowych. Mam silne postanowienie poprawić to w roku przyszłym, bo wiem, że wielu z was, w tym także czytelników tego bloga, czeka na obiecane z dawna odwiedziny!

Z czego zapamiętam ten rok?
Przede wszystkim z Fundacji, pierwszych prowadzonych działań, podpisywania umów i podejmowania trudnych decyzji.
Ale także z bliskości ludzi. Powiem wam, że nie ma piękniejszej rzeczy nad prowadzenie projektów, najróżniejszych projektów, w gronie przyjaciół i najbliższych.

Chciałbym w nadchodzącym roku 2022 życzyć wam tej bliskości. Byście we wszystkim mieli wsparcie i oparcie w rodzinie, przyjaciołach, znajomych.
Życzę, by ta pandemia już powoli dobiegała końca, byśmy znów mogli zdjąć maski i spojrzeć sobie w twarze.
Życzę wreszcie nadziei, inspiracji i motywacji do zmieniania tego naszego małego zakątka świata w coś pięknego!

Służbowa aktualizacja statusu

Zawsze, gdy opuszczam mieszkanie w Warszawie na dłuższy czas, gaszę metaforyczne światła i wiem, że przez następne dwa tygodnie tam nie zagoszczę, muszę stanąć na chwilę w progu i się pożegnać. To miejsce kojarzy mi się z wieloma niesamowitymi radościami i wieloma niesamowitymi smutkami, ale to własne gniazdko. Teraz jednak mam już te myśli za sobą i z prędkością 200 kilometrów na godzinę gnam w stronę Gdyni, by spędzić z rodziną święta.
Ostatnio nie miałem wielu okazji odetchnąć tym naszym, nadmorskim powietrzem. Podejrzewam, że gdyby zsumować wszystkie moje wizyty w domu z ostatnich trzech miesięcy, nie dałoby to tygodnia.
Muszę wam szczerze wyznać, że chyba jeszcze nigdy w życiu, a już z całą pewnością od czasów projektu Infinity, nie byłem aż tak zajęty. Kiedy myślę, że główne zajęcia się kończą lub zmniejszają intensywność, a ja mam przed sobą tydzień na odpoczynek… Ha, ha, ha, wierzycie w to? Trzeba napisać sprawozdanie roczne, zamknąć sprawy z Ministerstwem, zebrać faktury, ogarnąć sprawy Eltena… Ale mimo wszystko będzie tego mniej i mam nadzieję choć na ten tydzień wyhamować z biegu do, no powiedzmy, szybkiego marszu.
Mimo to mam bardzo silne poczucie owocności ostatnich wydarzeń. I teraz, jadąc pociągiem (EIP 4500), uznałem, że czas naskrobać coś na blogu.

W Fundacji rozpoczęliśmy w październiku projekt, który nazwaliśmy "Właściwe drzwi". Jego celem jest darmowe wykonanie tabliczek z brajlowskimi napisami na drzwi dla różnych budynków użyteczności publicznej. Nabór trwał do listopada (obecnie trwa nabór dodatkowy). W jego ramach zgłosiło się ponad 30, a my wyłoniliśmy 10 instytucji, które te tabliczki rzeczywiście otrzymają.
Wiązało się to dla naszego Zarządu z, prócz samych prac przy wydruku, podpisaniem właściwych umów. W tym celu w 2-osobowych grupkach jeździliśmy ostatnimi tygodniami po całej Polsce: od Lublina, przez Kraków, po Chojnice. Było to dla mnie niesamowitą okazją, by pojawić się w miejscach, w których jeszcze nigdy nie byłem. Żałuję tylko, że prawie nigdzie nie miałem okazji nic zwiedzić, no chyba że za zwiedzanie uznamy oglądanie różnych dworców i urzędów.
Poznaliśmy w rezultacie masę wspaniałych ludzi, rozmawialiśmy z różnymi lokalnymi władzami powiatów, gmin i miast, urzędnikami do spraw obsługi osób niepełnosprawnych, prezesami i dyrektorami. Przyznaję też, że była to dla mnie pierwsza okazja tak gruntownego przedyskutowania problematyki osób niewidomych od zupełnie innej strony: nie z perspektywy rodzin czy samych niewidomych, a administracji publicznej. Zaproponowano nam tyle projektów, że do ich podjęcia potrzebnych byłoby chyba ze pięć Fundacji dodatkowo prócz samej Prowadnicy.
Smutne jest jednak, że w wielu miejscach, w których byliśmy, spotykaliśmy się z wizytówką niepełnosprawnego – roszczeniowego. Ja doskonale wiem, skąd to się bierze, ale jednak przykre jest, że problem nie jest lokalny i wydumany, a znany jak kraj długi i szeroki.
Jestem w sumie ciekaw, ilu z nas wpadłoby na wiele zadawanych nam, często naprawdę inteligentnych, pytań. Powiem wam też, że te ostatnie tygodnie pozwoliły mi lepiej zrozumieć pewne procesy prowadzące do absurdalności pewnych rozwiązań. Nie chcę tu się o tym zbytnio rozpisywać, bo jedna połowa informacji jest tajemnicą służbową, a druga połowa materiałem na przynajmniej pracę akademicką, ale wystarczy powiedzieć, że urzędy skarżą się na to, że często przez firmy są im wciskane najróżniejsze rozwiązania, a brakuje informacji, co tak naprawdę jest użyteczne, a co zbędne. Jest też trudno im uzyskać rzetelną informację od samych niewidomych, bo, jak się okazuje, nawiązanie kontaktów z faktycznymi, samodzielnymi i świadomymi niewidomymi jest dużo trudniejsze, niż może się nam wydawać.

Prócz umów, przygotowywaliśmy zapowiadaną na Eltenie trasę koncertową. Wraz ze wspaniałymi wokalistami i instrumentalistami, którzy odpowiedzieli pozytywnie na moją prośbę (raz jeszcze bardzo, bardzo wam dziękuję: everlastingdream, lwica, Piotr, wiolinistka, Zuzler i osoby na Eltenie nieobecne), przygotowaliśmy serię koncertów kolęd. Ostatnie miesiące były więc intensywnymi próbami i ćwiczeniami, ja mam zaszczyt pełnić w zespole rolę pianisty i głównego fałszerza. 🙂 Jest też z nami perkusistka jamajka i wokalistko-skrzypaczka Julitka, a więc Prowadnica jest bogato reprezentowana.
Pierwszy koncert odbył się w sobotę w Wolskim Centrum Kultury, a następne będą miały miejsce w styczniu w Warszawie, Żyrardowie, Zgierzu i Gdyni. Tak więc atrakcji jeszcze nam nie zabraknie.
O koncertach, próbach i zespole na pewno jeszcze tu pojawi się szerszy wpis, bo jest wiele, bardzo wiele do podziękowania, wspomnienia i podsumowania, ze wstawaniem na próby z płaczliwym okrzykiem "Nie ma kolebeczki ani poduszeczki" o godzinie szóstej rano na pierwszym miejscu.

Czy to wszystko? Oczywiście, że nie. Rozkręcamy w Prowadnicy jeszcze dwa projekty, które już nas bardzo zaangażowały czasowo, a o których na razie nie puszczę pary z ust, bo nie lubimy psuć niespodzianek. Ale będzie się działo, to możemy obiecać.
Powiedzcie nam tylko, gdzie pojawi się ten piękny punkt, w którym Fundacja zacznie na tym cokolwiek, no, jakby to powiedzieć, zarabiać? 😀

A co się dzieje u mnie w życiu prywatnym? No, chyba jakby… nic? Troszkę nie ma na to czasu.
Ale nie, nie, muszę wam powiedzieć, że ostatnio miałem okazję odwiedzić Natalię (wiolinistkę) w Krakowie. Zostaliśmy ugoszczeni pyszną herbatką i kebabem. Oczywiście było to przy okazji próby do koncertu, ale ten detal można przemilczeć.
Właśnie, właśnie. W ostatnim roku byłem w Krakowie trzykrotnie! Ja uwielbiam to miasto, naprawdę, ono ma w sobie jakiś taki klimat, który od dawna mnie pociąga.
Więc… trzy bytności w Krakowie… A wiecie, ile miałem okazji się po nim przespacerować, odetchnąć jego świeżym smogiem i posłuchać hejnału? No… Jak to zsumować, to będzie może 40 minut.

Na razie z tym wybitnie służbowym podsumowaniem was zostawię, ale obiecuję napisać luźniejszy wpis – albo luźniejsze wpisy, bo materiału wiele, na dniach. Teraz muszę sporo tu ponadrabiać.

Wieża

Czasem jest tak, że gdy napisze się tekst, nie jest się z niego zadowolonym – bo przecież tu można poprawić układ, tam rymy… Ale jak kłócić się z sercem, które takie właśnie słowa podyktowało?

Wieża

Na horyzoncie, w cieniu dnia,
gdzie cisza gra w symfonii,
strzelista wieża w pustce trwa,
sięgając pod obłoki.

Iglicą jej poranny szept,
murami krople rosy,
załogą zaś zszarpany sen,
blankami ciche głosy.

Pytało wielu, jakaż z dróg,
czy ścieżyn do niej wiedzie,
i jaki na niej włada król,
cóż znaczy, czy istnieje?

Poetów wielu snuje tren,
malarzy pędzle chwyta,
lecz wciąż daleka, niby dzień,
co z zorzą nie zaświta.

I wielu z nich zwątpiło już:
"jest jawą, czy mirażem",
jak w gwiazdach, błędny, kreśląc wzór,
co mędrca czyni błaznem.

A ona czeka, by choć dziś,
los śmiałka ku niej przygnał,
by pod jej złudne zajrzał drzwi,
i cienie jej powitał.