Lektury Świata Dysku, część 1

Wiecie co? Dochodzę do wniosku, że nie mam szans spełnić wyzwania, które postawiła przed nami Julitka. Dla tych, którzy nie wiedzą, celem wyzwania jest przeczytanie i zrecenzowanie choć w kilku słowach stu książek w roku 2020.
I nie, w żadnym razie nie chodzi mi o to, bym tylu nie przeczytał. Mój licznik przed chwilą osiągnął wartość 95, a jeszcze mam ponad dwa miesiące. Nie, ja obawiam się, że nigdy nie zbiorę się, by to wszystko zrecenzować, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wskaźnik tego bloga zatrzymał się na pozycji 24.
Ale, dobra, spróbujmy nieco nadrobić!

Ziemia jest okrągła i krąży wokół Słońca. Przynajmniej w tym naszym świecie, bo istnieją i takie, w których to Słońce krąży wokół Ziemi niewiele mającej z kulą wspólnego, bo o kształcie dysku. Dysku umiejscowionego na grzbiecie czterech słoni. Cztery słonie, zielone słonie… No dobrze, czy zielone były nie wiem, wiem jednak, że cała czwórka stoi na grzbiecie wielkiego żółwia, Atuina. Można teraz powiedzieć, że coś takiego jest nieprawdopodobne. Ale świat ma dziwną skłonność do wybierania właśnie tych najmniej prawdopodobnych rozwiązań. Bo jaki sens mają jajka z majonezem (produkowanym z jajek) albo pomidor z ketchupem?

Twórczość pana Pratchetta znam i szanuję od dawna. Znałem ją jednak wyrywkowo, jakieś skrawki, pojedyncze wyrwane z kontekstu powieści lub opowiadania. Uznałem, że czas stan rzeczy zaktualizować i od marca do czerwca przeczytałem 41 powieści składających się na "Świat dysku". Dziś chciałbym zacząć ich recenzowanie, kajam się za opóźnienie. Zacząć, bo pewnie wszystkich 41 nie opiszę.
Najpierw jednak Ci, którzy pana Pratchetta nie znają, zasługują na kilka słów wyjaśnienia.

Czym jest "Świat dysku"?

Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Pierwsze pozycje mają być parodią fantastyki:
— Cytat:
– Co teraz będzie? – zapytał Dwukwiat.
Hrun podłubał w uchu i z roztargnieniem obejrzał palec.
– No… – stwierdził. – Pewnie za chwilę otworzą się drzwi i strażnicy mnie zaciągną na jakąś arenę w świątyni. Pokonam tam parę gigantycznych pająków albo niewolnika z dżungli Klatchu mającego z osiem stóp wzrostu. Potem ocalę jakąś księżniczkę, przeznaczoną na ofiarę, zabiję kilku strażników albo co, a ta dziewczyna pokaże mi tajemne wyjście. Zdobędziemy parę koni i uciekniemy ze skarbem.
Hrun wsparł głowę na splecionych dłoniach i zapatrzył się w sufit, pogwizdując fałszywie.
– Wszystko na raz? – zdziwił się Dwukwiat.
– Zwykle tak.
— Koniec cytatu.
Kolejne części jednak bardzo zmieniają tematykę i choć cały świat pozostaje niemal żartem, obserwujemy coraz trudniejsze decyzje, rozwijające się postacie.
— Cytat:
Wybory… Zawsze pojawiały się wybory. ?Był tamten człowiek w Szpachli. ten, który pozabijał te dzieci. Posłali po nią, a ona spojrzała na niego i zobaczyła poczucie winy wijące się w jego głowie niczym czerwony robak. Potem zaprowadziła ich na jego farmę i pokazała, gdzie kopać, a on rzucił się na ziemię i to ją prosił o litość, bo – jak mówił – był pijany i wszystko stało się z powodu alkoholu.
Słowa powróciły w pamięci. Powiedziała wtedy trzeźwo: „Niech skończą to konopie".
Więc wywlekli go i powiesili na konopnym sznurze, a ona patrzyła, gdyż przynajmniej tyle była mu winna. Przeklinał ją, co nie było sprawiedliwe, bo powieszenie to czysta śmierć, a przynajmniej czyściejsza, niż go czekała, gdyby mieszkańcy wioski odważyli się jej sprzeciwić, i zobaczyła cień przybywającego Śmierci, a dalej, za Śmiercią nadeszły mniejsze, jaśniejsze postacie dzieci, i wtedy…
Fotel skrzypiał w ciemności, kołysząc się tam i z powrotem.
Wieśniacy uznali, że sprawiedliwość się dokonała, a babcia straciła cierpliwość, kazała im wracać do domów i modlić do bogów, w których wierzyli, by nigdy im samym sprawiedliwości nie wymierzono. Dumna maska tryumfującej cnoty może być niemal tak straszna, jak oblicze ujawnionej niegodziwości.
(…)
Wspomnienia przeciskały się w umyśle. Inne postacie maszerowały w cieniu wokół świecy.
Robiła wiele rzeczy i bywała w wielu miejscach; znalazła takie sposoby kierowania gniewu na zewnątrz, które nawet ją samą zaskakiwały. Stawała naprzeciw innych, o wiele potężniejszych od niej, gdyby tylko pozwoliła im w to uwierzyć. Tak wiele oddała, ale i nauczyła się wiele…
Nie zaprosili jej. To znak. Wiedziała, że prędzej czy później nadejdzie… (…)
Co właściwie zyskała? Nagrodą za trud jest większy trud. Jeśli ktoś kopie najlepsze rowy, dają mu większą łopatę.
Dają te gołe ściany, tę pustą podłogę, tę zimną chatę.
(…)
Nigdy, ale to nigdy nie prosiła o nic w zamian. Ale problem z tym, że nie prosi się o nic w zamian, polega na tym, że czasem nic się w zamian nie dostaje.
— Koniec cytatu.
Jesteśmy też świadkami nagłej rewolucji przemysłowej, z jej konsekwencjami – dobrymi i złymi.
— Cytat:
Zwykle załogę stanowili mężczyźni, choć na równinach powtarzano żart, że wieżę 181 obsadzają wampiry i wilkołaki. W rzeczywistości, jak w wielu innych wieżach, obsługiwały ją dzieci.
Wszyscy wiedzieli, jak się to dzieje. Może poza nowym kierownictwem, które prawdopodobnie nie wiedziało, ale gdyby nawet to odkryli, nie zrobiliby niczego poza starannym zapomnieniem o tym, że wiedzą. Dzieciom nie trzeba płacić.
Na ogół młodzi mężczyźni w wieżach pracowali ciężko, w każdą pogodę, za ledwie wystarczające pensje. Byli samotnikami, marzycielami, uciekinierami od prawa, o których prawo zapomniało, albo od wszystkich innych ludzi. Dręczył ich szczególny rodzaj ukierunkowanego szaleństwa; podobno stukot sekarów w końcu trafia człowiekowi do głowy, a wtedy jego umysł działa w tym samym rytmie, aż wcześniej czy później potrafi odczytywać przekazywane wiadomości, słuchając jedynie trzaskania przesłon. W swoich wieżach pili herbatę z dziwacznych blaszanych kubków, o wiele szerszych od dołu, aby się nie przewracały, kiedy wichura uderzy w wieżę. Na urlopie pili alkohol z czegokolwiek. I opowiadali bzdury o przykluczu i nieprzykluczu, o komunikatach systemowych i przestrzeni pakietowej, o wybijaniu, o gorącej stopie, o wieży 181
(dobrze) albo zapchaniu (niedobrze) czy totalnym zapchaniu (całkiem niedobrze), kodzie wejścia, kodzie klucza, dzikim kodzie i żakardzie…
Lubili dzieci, które przypominały im o tych, które zostawili, albo tych, których nigdy nie będą mieli, natomiast dzieci uwielbiały wieże. Przychodziły, kręciły się wszędzie, pomagały przy różnych pracach, może też – patrząc tylko – uczyły się sztuki semaforów. Zwykle były inteligentne, jakby z pomocą czarów opanowywały klawiaturę i dźwignie, na ogół miały dobry wzrok. Większość z nich uciekła z domu, choć nie opuściła go naprawdę.
Ponieważ w wieżach mogły wierzyć, że da się spojrzeć aż na skraj świata. Z pewnością w pogodny dzień dało się zobaczyć kilka sąsiednich wież. Można było udawać, że też umie się odczytywać wiadomości ze stukotu przesłon, gdy pod palcami przepływają nazwy dalekich miejsc, których miały nigdy nie zobaczyć, ale tutaj, w wieży, czuły się jakoś z nimi połączone…
Dla ludzi z wieży 181 była Księżniczką, choć naprawdę miała na imię Alice. Skończyła trzynaście lat i potrafiła obsługiwać linię całymi godzinami bez żadnej pomocy. Później czekała ją interesująca kariera, która…
— Koniec cytatu.
Myślę, że tak naprawdę "Świat dysku" stał się odbiciem naszego świata, odbiciem, na które możemy spojrzeć z pewnego dystansu i zastanowić się nad pewnymi kwestiami. Mamy tu bohaterów i złoczyńców, ludzi, którzy próbują zawiązać koniec z końcem i innych, którzy są okrutnymi tyranami. I tyrana, który coś mało tyrański się okazuje.
To też w pewnym sensie miejsce marzeń, tego, jakim nasz świat mógłby się stać, gdyby ludzie nie byli ludźmi.
Pratchetta w wielu opracowaniach nazywa się filozofem XX wieku. I w tym sensie Świat Dysku staje się doskonałą płaszczyzną, na której można rozważać… Rozważać właściwie wszystko. Ten świat, mimo swojej komiczności, pozostawia czytelnikowi w głowie nieokreśloną tęsknotę.

Lektury "Świata dysku", część 1.

Dziś omówię pierwsze książki wydane w tym cyklu, które, w pewnym sensie, mógłbym nazwać prekursorami. Widać tu jeszcze wiele koncepcji, z których część przetrwa, a część zostanie zapomniana. Poznamy przyszłych bohaterów i to, jak działa "Świat dysku".
Po "Świat dysku" sięgnąłem w gimnazjum, zachęcony przez nauczyciela polskiego. Proponował on, by nie zaczynać lektury od części pierwszych, ale gdzieś od środka, gdzie ten dysk już dojrzał. Zrobiłem tak i stwierdzam, że miał rację. Jak zwykle.

25-26: "Kolor magii" i "Blask fantastyczny".

Gdybym trafił na te książki, po ich lekturze prawdopodobnie nie byłbym zbyt chętny, by czytać dalej. Na pewno znajdą się czytelnicy, którzy polubiliby budowaną w nich groteskę, ja jednak do tego grona nie należę. I o ile powieści doceniam, raczej do nich więcej nie wrócę.
Powiedzieć o Rincewindzie, że jest złym magiem, to jak powiedzieć o oceanie, że to kilka kropel wody. Liczba znanych mu zaklęć wynosi jeden. Jest też najlepszym biegaczem na dysku w myśl zasady, że gdy się ucieka, nie jest ważne, przed czym.
Jednocześnie ma jednak kilka interesujących cech. Po pierwsze, umie wyjść cało z nawet największych opresji i uratować przy okazji świat, chociaż wcale nie z własnej woli. Z własnej woli nie ruszałby się z domu, leżał w łóżku do południa i zajadał syte posiłki. Los jednak lubi się bawić ludźmi, a Rincewind jest najlepszym na to przykładem.
Otrzymuje polecenie, by zaopiekować się Dwukwiatem, turystą przybyłym z dalekiego "Kontynentu Przeciwwagi". Zadanie jest tym z rodzaju nie do odrzucenia, to znaczy rezygnacja oznaczałaby w dużym przybliżeniu oddzielenie głowy Rincewinda od reszty ciała. A jako przywiązany do swojej głowy, postanawia spełnić powierzoną misję – z resztą jaki problem zająć się turystą?
No dobrze, problem może i jest, gdy przebywa się w mieście pełnym przestępców, a podopiecznym jest człowiek, który założył nie tylko "rużowe okulary", ale chyba i soczewki, przyłbice i specjalne filtry, bo najwięksi złoczyńcy są dla niego lekko uszczypliwymi panami, a śmiertelne zagrożenia stają się przygodami życia.
Obydwie książki stanowią po prostu parodię fantastyki. Czego konkretnie? Trudno powiedzieć, jeśli jakaś książka fantastyczna została wydana do momentu ukazania się "Koloru magii", najpewniej i dla niej dziesięć minut się znajdzie.
— Cytat:
– Jakie są najwspanialsze rzeczy w życiu mężczyzny? – zapytał wódz nomadów. Należy mówić o takich sprawach, aby zachować szacunek w kręgach barbarzyńców.
Siedzący po prawej wychylił koktajl z kobylego mleka zmieszanego z krwią śnieżnej pantery, po czym przemówił.
– Ostry horyzont stepu, wiatr we włosach i świeży koń pod siodłem.
– Krzyk białego orła na wysokości, śnieg padający w lesie i celna strzała na cięciwie – oświadczył ten z lewej. Wódz pokiwał głową.
– Jest to z pewnością widok twego wroga leżącego bez życia, hańba jego szczepu i lamenty jego kobiet – stwierdził.
Wokół rozległy się pomruki aprobaty wobec tak skandalicznych przechwałek.
Wódz zwrócił się z szacunkiem do gościa, niewielkiej postaci, starannie rozgrzewającej przy ogniu ślady odmrożeń.
– Oto gość nasz, którego imię jest legendą – powiedział. – On nam powie, co jest najwspanialszego w życiu mężczyzny.
Gość przerwał kolejną nieudaną próbę zapalenia papierosa.
– Czo mówiłeś?
– Pytałem, jakie są najwspanialsze rzeczy w życiu? Wojownicy pochylili się. Warto będzie tego posłuchać. Gość zastanawiał się dość długo i w skupieniu. I po pewnym czasie oświadczył:
– Gorącza woda, dobre zęby i miękki papier toaletowy.
— Koniec cytatu.

27: "Równoumagicznienie".

Kobiety stają się czarownicami, a mężczyźni magami. To bardzo proste. A przynajmniej proste pozostaje do momentu, gdy przez pomyłkę pewne niemowlę otrzymuje w spadku laskę maga. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, normalna praktyka, gdyby dziecko nie miało na imię Eskarina.
Babci Weatherwax, wiejskiej czarownicy, nie pozostaje nic innego, jak zabrać małą na Niewidoczny Uniwersytet. A oznacza to dla babci wyruszenie w świat, którego nigdy wcześniej nie znała.
Wszystko rozwija się bezproblemowo, do póki Eskarina przypadkowo nie zamienia wina w mleko. A potem już droga prosta do stworów z piekielnych wymiarów, pojedynku między babcią a nadyrektorem Niewidocznego Uniwersytetu i…
— Cytat:
– Prowadź – rozkazał Cutangle. -I przestań się jąkać, człowieku! Można by pomyśleć, że w życiu nie widziałeś kobiety.
Mag nerwowo przełknął ślinę i z zapałem pokiwał głową.
– Oczywiście. I… to znaczy… Proszę za mną… um…
– Nie miałeś chyba ochoty wspominać o tradycji, co? – spytał Cutangle.
– Ee… Nie, Nadrektorze.
– To dobrze.
Biegli tuż za nim, wymijając zapracowanych magów, z których większość na widok Babci nieruchomiała.
– Sytuacja robi się krępująca – mruknął kącikiem ust Cutangle. -Będę musiał mianować cię honorowym magiem.
Babcia patrzyła przed siebie, a jej wargi prawie się nie poruszyły.
– Spróbuj tylko – syknęła. – A mianuję cię honorową czarownicą.
— Koniec cytatu.
To oczywiście Pratchettowa odpowiedź na dylemat równości płciowej, z resztą od kilku miesięcy zajmujący wszystkie media. A Eskarina nam z kart "Równoumagicznienia" mówi: "To nie takie proste".

28: "Mort".

Normalną rzeczą jest, że mistrz cechowy szuka czeladników, by przekazać im wiedzę o swojej sztuce. Normalną rzeczą na "Świecie dysku" jest także, że każdy mieszkaniec spotka pewnego mistrza, mistrza zwanego Śmiercią.
Mniej normalne jest, że Śmierć postanawia adoptować córkę, ma własnego kucharza (założyciela Niewidocznego Uniwersytetu z resztą) i lubi grać na skrzypcach. A już w ogóle nienormalne, gdy postanawia odnaleźć czeladnika, którego zapozna z fachem i… zatrudnić się w ramach odpoczynku od pracy w restauracji.
Mam ogromną słabość do tej powieści. Zajmuje tak wiele tematów, że nie wiem, na czym się skupić. Z jednej strony pokazuje dojrzewanie, ale i to, poco jest czas, czemu się zmieniamy. Pokazuje też Śmierć, samotnego, mającego za jedyne towarzystwo nieco zbzikowanego maga. Postać Śmierci jeszcze bliżej, i na swój sposób tragiczniej, pokażą nam później powieści "Kosiarz" i, zwłaszcza, "Muzyka duszy".
Widzimy Ysabel, córkę Śmierci, która dostała perspektywę wiecznego życia i wiecznej młodości, ale wcale jej to nie uszczęśliwiło. I to, jak bardzo głupia potrafi być miłość.
I Śmierć, który postanawia zostać kucharzem, ale to już zupełnie inna para kaloszy.
— Cytat:
– On tu nigdy nie przychodzi, wiesz? – odpowiedziała Ysabell, patrząc na rybę. – Zrobił to wszystko dla mojej przyjemności.
– Nie udało mu się?
– To nie jest prawdziwe. Nic tu nie jest prawdziwe. Nie takie naprawdę prawdziwe. On po prostu lubi się zachowywać jak człowiek. Zauważyłeś pewnie, że w tej chwili bardzo się stara. Wydaje mi się, że masz na niego wpływ. Wiesz… kiedyś próbował grać na banjo.
– Mam wrażenie, że jest raczej typem organowym.
– Nie potrafił. – Ysabell nie zwracała na chłopca uwagi. – On nie umie niczego stworzyć. Rozumiesz?
– Mówiłaś, że stworzył sadzawkę.
– To kopia jakiejś, którą gdzieś zobaczył. Wszystko tu jest kopią. Mort poruszył się niespokojnie. Mały owad wspinał mu się po nodze.
– Smutne – stwierdził z nadzieją, że używa odpowiedniego tonu.
– Tak.
Podniosła z alejki garść żwiru i zaczęła z roztargnieniem rzucać kamyki do wody.
[…]
– Jest bardzo dobry […] Tylko tak jakby stale myślał o czymś innym.
– Nie jest twoim prawdziwym ojcem?
– Moi rodzice zginęli w drodze przez Wielki Nef. Wiele lat temu. Chyba wybuchła burza. On mnie znalazł i przyprowadził tutaj. Nie wiem, czemu to zrobił.
– Może było mu cię żal?
– On nigdy niczego nie czuje. Nie ma czym, brakuje mu… jakże się nazywają… gruczołów. Pewnie tylko pomyślał, że mu mnie żal.
Zwróciła bladą twarz do Morta.
– Nie mogę się na niego skarżyć. Stara się jak najlepiej potrafi. Tyle że ma tak wiele spraw na głowie…
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Brzęknął dzwonek nad drzwiami. Keeble wzniósł oczy do góry. Śmierć uznał, że jest mu coś winien. Nie powinien dopuścić, żeby stracił zarobek, rzecz najwyraźniej bardzo przez ludzi cenioną.
Odsunął zasłonę z paciorków i przeszedł do recepcyjnej części biura. Niska, tęga kobieta, podobna do rozgniewanego bochenka chleba, waliła dorszem o ladę.
– Chodzi o tę posadę kucharki na Uniwersytecie – oznajmiła. – Mówił pan, że to dobre miejsce, a to czysty skandal, te studenckie dowcipasy, więc żądam… chciałabym… nie po to…
Jej głos cichł z wolna.
– Ee… – powiedziała, choć dało się poznać, że straciła entuzjazm. – Pan nie jest Keeble’em, prawda?
Śmierć spoglądał na nią. Jeszcze nigdy nie miał do czynienia z niezadowolonym klientem. Wreszcie zrezygnował.
ODEJDŹ STĄD, POSĘPNA CZAROWNICO!
Kucharka gniewnie zmrużyła małe oczka.
– Kogo to nazywasz pan posępną stolnicą? – spytała oskarżycielskim tonem i znowu uderzyła rybą o ladę. – Popatrz pan tylko. Wczoraj wieczorem to był mój termofor, a dzisiaj rano? Ryba. Co to ma znaczyć?
WSZYSTKIE DEMONY PIEKIEŁ ROZERWĄ NA STRZĘPY TWĄ DUSZĘ, JEŚLI W TEJ CHWILI NIE OPUŚCISZ BIURA, spróbował Śmierć.
– Nic o tym nie wiem. A co z moim termoforem? Tam u nich nie ma miejsca dla porządnej kobiety. Próbowali…
JEŚLI SOBIE PÓJDZIESZ, przerwał jej desperacko Śmierć, DAM CI TROCHĘ PIENIĘDZY.
– Ile? – zapytała kucharka z szybkością, która pozwoliłaby jej wyprzedzić atakującą kobrę, a błyskawicy sprawiłaby przykrą niespodziankę.
— Koniec cytatu.

29: "Czarodzicielstwo".

Kim jest ósmy syn ósmego syna ósmego syna? Na "Świecie dysku" czarodzicielem, czyli magiem o niezwykłej mocy. Wszyscy czarodziciele odeszli już dawno temu. Przynajmniej do teraz.
Dochodzi do pewnego zamieszania, gdy w trakcie bankietu z okazji wyboru nowego nadyrektora Niewidocznego Uniwersytetu, przychodzi ośmio-letni chłopiec, informuje, że pragnie fotela nadyrektora, a na koniec pokonuje w pojedynku kilku najlepszych magów. Jego zdaniem przyszedł czas, by zawładnąć światem. I trudno się dziwić, że magowie uznali to za niezwykle wspaniały pomysł.
Kto uratuje nasz świat? No, wychodzi na to, że znany nam Rincewind, złodziejka i… pewien magiczny dywan. Cała trójka zupełnym przypadkiem. I nie zapominajmy o ogromnym wkładzie pewnego kapelusza!
Przyznam uczciwie, że książki o Rincewindzie są chyba w całym "Świecie dysku" moimi najmniej ulubionymi, jak to się mawia. Chyba nie jestem zwolennikiem wielkiej groteski i stu dwudziestu trzech sposobów na koniec świata. Ale czytało się przyjemnie.
— Cytat:
Rincewind usiłował wrzasnąć przez zaciśnięte zęby. Czuł już, że pocą mu się kostki nóg.
– Nie będę latał na żadnym dywanie! – syknął. – Mam lęk gruntu.
– Chciałeś powiedzieć: wysokości – poprawiła go Conena. -I nie bądź głuptasem.
– Wiem, co chciałem powiedzieć. To grunt zabija!
— Koniec cytatu.

30: "Trzy wiedźmy".

Ta pozycja wcale, ale to wcale nie jest parodią "Makbeta".
Są więc trzy czarownice: znana nam babcia Weatherwax, niania Ogg i… I Magrat, która jeszcze jakoś tytułu się nie dorobiła. No i jest morderstwo króla.
Nic nowego, królowie ciągle zabijają i są zabijani, prawda? Tylko że ten nowy król… No jakoś tak… nie jest zbytnio lubiany.
I chyba przydałoby się sprowadzić nowego. Tylko jak tu się do tego zabrać?
Nic prostszego, niż przenieść całą krainę w czasie, zatrudnić następce króla jako aktora i przywołać demona z użyciem przyborów toaletowych.
Jedyne moje prywatne zastrzeżenie dotyczy narracji, która ewidentnie jest parodią stylu Szekspira, ale – nie wiem, czy to tłumaczenie, czy oryginał, ale… Staje się po prostu dość ciężko strawna.
— Cytat:
– Wiesz co, Magrat? Najlepiej się znasz na sabatach. Równie dobrze możemy to załatwić jak należy. Co dalej?
Magrat zawahała się. Raczej nie ośmieli się zaproponować tańca nago.
– Jest pieśń – powiedziała. – W hołdzie księżycowi w pełni.
– Nie jest w pełni – zauważyła Babcia. – On… ten… jak mu… pęcznieje.
– Przybiera – podpowiedziała usłużnie Niania.
– Myślę, że to w hołdzie księżyców w pełni ogólnie – zaryzykowała Magrat. – A potem musimy wznieść naszą świadomość. Obawiam się, że księżyc w pełni jest jednak niezbędny. Księżyce w ogóle są bardzo ważne.
Babcia przyjrzała jej się z uwagą.
– To jest to nowoczesne czarownictwo? – spytała.
– Między innymi, Babciu. Jest tego o wiele więcej. Babcia Weatherwax westchnęła.
– Każdej wedle gustu, jak sądzę. Ale niech mnie rozerwie, jeśli pozwolę tej błyszczącej kuli z kamienia mówić mi, co mam robić.
– Jasne. Do licha z tym wszystkim – zgodziła się Niania. – Rzućmy na kogoś urok.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Przepraszam! – powtórzyła Magrat, tym razem głośniej. – Kto to była Czarna Aliss? I – dodała szybko – żadnych znaczących spojrzeń i gadania tak, żebym nie zrozumiała. W tym sabacie uczestniczą trzy czarownice. Pamiętajcie o tym.
– Żyła długo przed tobą – wyjaśniła Niania Ogg. – Właściwie nawet przede mną. Mieszkała pod Skundem. Bardzo potężna czarownica.
– Jeśli wierzyć plotkom – dodała Babcia Weatherwax.
– Kiedyś zmieniła dynię w królewską karocę – oświadczyła Niania.
– Na pokaz. Komu to pomoże, jeśli zjawi się na balu pachnąc jak ciasto z dyni? A ta sprawa ze szklanym pantofelkiem… niebezpieczna moim zdaniem.
– Ale największe jej dokonanie – ciągnęła Niania, nie zważając na słowa Babci – to uśpienie całego pałacu na pełne sto lat, dopóki… – Zawahała się. – Nie mogę sobie przypomnieć. Chodziło o krzewy róż, a może coś z kołowrotkiem? Zdaje się, że jakaś księżniczka miała ukłuć… Nie, to książę. Właśnie.
– Ukłuć księcia? – zaniepokoiła się Magrat.
– Nie. On miał ją pocałować. Bardzo romantyczna była ta Czarna Aliss. W jej zaklęciach zawsze tkwiła odrobina romansu. Najbardziej lubiła Dziewczę spotykające Żabę.
– Dlaczego nazywali ją Czarną Aliss?
– Przez paznokcie – wyjaśniła Babcia.
– I zęby – dodała Niania Ogg. – Aliss uwielbiała słodycze. Mieszkała w prawdziwej chatce z piernika. W końcu dwójka dzieciaków wepchnęła ją do pieca. Szokujące.
– I zamierzasz uśpić cały zamek? – spytała Magrat.
– Ona nigdy nie uśpiła zamku. To tylko bajki starych bab. -Babcia spojrzała znacząco na Nianię. – Po prostu zakołysała trochę czas. To nie takie trudne, jak się wydaje. Wszyscy to robią. Czas jest jak guma. Można go naciągnąć, jak komu wygodnie.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Magrat unosiła się na miotle kilkaset stóp ponad obrotową granicą Lancre, spoglądając w dół na morze mgieł, skąd z rzadka sterczał czubek jakiegoś drzewa podobny do obrośniętej wodorostami skały w czasie przypływu. Wydęty księżyc sunął nad nią; pewnie znowu przybierał. Porządny wąski rogalik byłby lepszy. Bardziej odpowiedni.
Zadrżała. Zastanowiła się, gdzie jest teraz Babcia Weatherwax.
Miotła starej czarownicy była powszechnie znana i budziła lęk na niebie Lancre. Babcia dość późno poznała lot i po krótkim okresie nieufności polubiła go jak mucha gnijący rybi łeb. Problem jednak polegał na tym, że każdy lot Babcia pojmowała jako prostą linię łączącą punkty A i B; nie mogła pogodzić się z faktem, że inni użytkownicy powietrza też mają jakieś prawa; to proste zjawisko zmieniło trasy lotów migracyjnych na całym kontynencie. Przyspieszona ewolucja wśród miejscowego ptactwa stworzyła generację latającą na grzbiecie, by czujnie obserwować całe niebo.
Głęboka wiara Babci, że wszystko powinno schodzić jej z drogi, dotyczyła też innych czarownic, wysokich drzew, a czasem także gór.
Babcia zmusiła również żyjące pod górami krasnoludy, by z lęku o życie zwiększyły szybkość jej miotły. Wiele jajek zostało złożonych w powietrzu przez niczego nie podejrzewające ptaki, które nagle zauważyły pędzącą ku nim Babcię, spoglądającą groźnie znad kija miotły.
– Ojej – zmartwiła się Magrat. – Mam nadzieję, że nikogo nie trafiła.
— Koniec cytatu.

31: "Piramidy".

Nie mogę powiedzieć o żadnej książce Pratchetta, żebym jej nie lubił. W każdej coś się znajdzie, humor, trudne przemyślenia, inspirujące postacie… Ale nie umiem pojąć, co, jak to się na polskim mawia, "autor chciał powiedzieć". Nie jestem pewien, co dokładnie autor chciał parodiować, ale gdyby nie nikła szansa, by dzieło to znał, podejrzewałbym, iż chodzi o "Faraona". Z całą pewnością jest to jednak parodia starożytnego Egiptu.
Właściwie pomysł na książkę można przedstawić jednym zdaniem: nowy faraon obejmuje władzę, ale w tym czasie jego dawno zmarli przodkowie uznają, że to doskonały moment na odwiedziny w królestwie.
A no i przy okazji jest jeszcze największy matematyk na Świecie Dysku, który okazuje się być wielbłądem.
— Cytat:
Brak palców był kolejnym czynnikiem przyspieszającym rozwój intelektualny wielbłądów. Rozwój matematyczny ludzi zawsze był hamowany przez powszechną instynktowną skłonność, by wobec czegoś naprawdę skomplikowanego – jak choćby wielomiany trój-foremne czy różniczki parametryczne – liczyć na palcach. Wielbłądy od samego początku liczyły na liczbach.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Dios siedział na stopniach tronu i ponuro wpatrywał się w podłogę. Bogowie nie słuchali. Wiedział to. Wiedział to najlepiej ze wszystkich. Tyle że nigdy nie miało to znaczenia. Człowiek wykonywał właściwe ruchy i znajdował odpowiedź. To rytuał był ważny, nie bogowie. Bogowie mieli pełnić funkcję megafonu, bo w przeciwnym razie kogo ludzie zechcieliby słuchać?
— Koniec cytatu.

32: "Straż! Straż!".

W jednym z opracowań twórczości Pratchetta przeczytałem, że seria o Straży Miejskiej stanowi perłę całego Świata Dysku. I trudno się z tym twierdzeniem nie zgodzić. W głosowaniu na najlepszą część w roku 2015 wszystkie trzy pierwsze miejsca zajęły powieści z tego właśnie podcyklu.
Tu nie chodzi tylko o to, że Pratchett zdecydowanie miał smykałkę do kryminałów, bo rzeczywiście kryminały pisał dobre, ale znalazłyby się lepsze. Tu chodzi o to, jak na przestrzeni kolejnych książek obserwujemy zmianę zgniłej, wyśmiewanej formacji w sprawną, stawianą na całym świecie za przykład policję. Tu chodzi o to, jak można bohatera narodowego zmienić doświadczeniami w pijaka, a pijaka we wzorowego męża i ojca. Przede wszystkim jednak chodzi o rozprawienie się z dyskryminacją, nierównością społeczną, niesprawiedliwością. O to, że istnieć mogą ludzie na wskroś uczciwi i prawi. Czytając zwłaszcza ostatnią powieść z tego podcyklu, książkę "Niuch", niemal wyczuwałem poszukiwania właśnie takiego świata.
Nie bez znaczenia w tym wszystkim są doskonale wykreowani bohaterowie dojrzewający z kolejnymi stronami i przebijający z każdej strony Pratchettowski humor.
Pewnie brzmię teraz jak jakiś naganiacz przed sklepem, ale dla mnie powieści dotyczące Straży Miejskiej pozostaną jednymi z najważniejszych książek czytanych w życiu.
To jednak pierwszy element tej układanki, w którym dopiero poznajemy pierwszych bohaterów i po którym nie widać jeszcze tego wszystkiego, o czym pisałem.
Straż Miejska Ankh-Morpork jest cieniem samej siebie. Jak myślicie, ilu ludzi powinna liczyć formacja policyjna liczącego ponad milion mieszkańców miasta? No cóż, tutaj jest ich dokładnie trzech, w tym kapitan znany z pijaństwa, sierżant, który za żadne skarby świata nie chce zostać oficerem oraz kapral, który musi nosić ze sobą pisemny dokument poświadczający, że naprawdę jest człowiekiem, a nie brakującym ogniwem w ewolucji małp.
Do tego w żadnym razie nie można nazwać naszej grupy skutecznymi siłami mundurowymi. Pewnie gdyby spytać kapitana o jakieś udane aresztowanie, przypomniałby sobie jakąś sprawę z przed trzech, może czterech lat. Dziś jedynym celem straży jest chodzenie po ulicach, dzwonienie i mówienie jak najcichszym głosem "Jest dwunasta i wszystko w porządku"! Właściwie nikt nie wie, poco straż miejska jeszcze istnieje, skoro absolutnie nikt nie traktuje jej poważnie, a miasto jest znane na całym świecie ze swojej przestępczości.
Wszystko zmienia się, gdy do kapitana Vimesa zgłasza się ochotnik. I choć nikt nie umie pojąć, kto jest na tyle szalony, by zgłaszać się do Straży Miejskiej jako ochotnik, Marchewa Żelazny Watson nie czuje się tym zrażony i natychmiast, chętnie i z niezwykłym zaangażowaniem przyjmuje nowe obowiązki.
Nowy nabytek straży to ponad 2-metrowy, potężnie zbudowany mężczyzna, co nie przeszkadza mu czuć się krasnoludem (został adoptowany przez rodzinę krasnoludów). A życie w kopalni nie przypomina trudnego, pełnego pułapek i złoczyńców miasta. To jednak żaden problem dla Marchewy, to problem dla Ankh-Morpork!
A, no i jeszcze jest taka drobna sprawa. Mianowicie na miasto napada smok.
— Cytat:
Kapitan Vimes biegł ulicą Krótką – najdłuższą w mieście, co ukazuje słynne z subtelności poczucie humoru w Morpork – a sierżant Colon potykał się za nim i protestował. Nobby stał przed Bębnem, przeskakując z nogi na nogę. W chwilach zagrożenia potrafił się przemieszczać z miejsca na miejsce, na pozór omijając dzielącą je przestrzeń, w sposób, który mógłby zawstydzić prosty transmiter materii.
– On się tam bije! – zawołał, chwytając kapitana za ramię.
– Całkiem sam? – spytał Vimes.
– Nie, ze wszystkimi! – krzyknął Nobby i podskoczył.
– Aha.
Sumienie podpowiadało: Jest was trzech. On nosi taki sam mundur. To jeden z twoich ludzi. Pamiętaj o biednym Gaskinie.
Inna część umysłu, znienawidzona i pogardzana, która jednak pozwoliła mu przeżyć w Straży ostatnie dziesięć lat, mówiła: Niegrzecznie jest się wtrącać. Zaczekamy, aż skończy, a potem zapytamy, czy potrzebna mu pomoc. Poza tym Straż z zasady nie miesza się do bójek. O wiele prościej jest wkroczyć później i aresztować wszystkich nieprzytomnych.
Z trzaskiem wypadło pobliskie okno, a oszołomiony zabijaka wylądował po drugiej stronie ulicy.
– Sądzę – rzekł kapitan – że trzeba działać szybko.
– Słusznie – przyznał sierżant Colon. – Tutaj człowieka może spotkać krzywda.
Przesunęli się ulicą kawałek dalej, gdzie trzaski pękającego drewna i brzęk tłuczonego szkła nie były tak głośne. Starannie unikali patrzenia sobie w oczy. Od czasu do czasu z tawerny dobiegał wrzask, a niekiedy tajemniczy dźwięk, jakby ktoś kolanem uderzył w gong.
(…)
– Chyba nie byłby szczęśliwy w Straży – stwierdził pocieszająco sierżant.
Drzwi Załatanego Bębna wyrywano w bójkach tak często, że niedawno zamontowano je na specjalnie hartowanych zawiasach. Fakt, że następne straszliwe uderzenie wyrwało z muru całe drzwi razem z futryną, dowodził tylko, że zmarnowano sporo pieniędzy. Postać leżąca wśród odłamków spróbowała unieść się na łokciach, stęknęła i opadła.
– Zdaje się, że już po… – zaczął kapitan.
– To ten piekielny troll – przerwał mu Nobby.
– Co? – nie zrozumiał Vimes.
– To troll! Ten, który pilnuje wejścia!
(…)
– Nie myślicie chyba – powiedział sierżant – że on wygrywa? Kapitan mężnie wysunął podbródek.
-Jesteśmy to winni naszemu koledze i funkcjonariuszowi -oznajmił. – Musimy wejść i sprawdzić.
(…)
Było to może najostrożniejsze wejście w całej historii wojskowych manewrów, na samym dole skali, na której szczycie znajdują się takie wyczyny jak Szarża Lekkiej Brygady.
Wszyscy trzej wyjrzeli czujnie zza wyłamanych drzwi.
Kilka osób leżało rozciągniętych na podłodze i tym, co pozostało ze stołów. Ci, którzy wciąż jeszcze zachowali przytomność, byli z tego powodu dość nieszczęśliwi.
Marchewa stał pośrodku sali. Jego zardzewiała kolczuga była porwana, stracił hełm, kołysał się lekko na boki, a jedno oko już zaczynało mu puchnąć. Rozpoznał jednak dowódcę. Opuścił na podłogę słabo protestującego klienta, którego trzymał, i zasalutował.
– Melduję posłusznie trzydzieści jeden przypadków Naruszania Spokoju Publicznego, pięćdziesiąt sześć przypadków Obraźliwego Zachowania, czterdzieści jeden przypadków Utrudniania Funkcjonariuszowi Straży Wykonywania Obowiązków, trzynaście przypadków Rozboju z Użyciem Niebezpiecznego Narzędzia, sześć
przypadków Złośliwego Zwlekania i… i… kapral Nobbs nie pokazał mi, jak działa cokolwiek.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Z pewnością masz rację! Nikt nade mną nie zapanuje! Wonse uniósł dłoń uspokajająco.
– Oczywiście, oczywiście – zgodził się. – Ale istnieją sposoby i sposoby. Tak, sposoby i sposoby. A ryki i płomienie, rozumiesz, nie będą ci potrzebne…
Głupia małpo! A jak mam ich zmusić, żeby robili, co im każę?
Wonse splótł ręce za plecami.
– Zrobią to dobrowolnie – zapewnił. – A z czasem uwierzą, że sami tego chcieli. Stworzą nową tradycję. Możesz mi wierzyć. My, ludzie, łatwo się dostosowujemy.
Smok przyglądał mu się długo.
– Minie trochę czasu – mówił Wonse, starając się powstrzymać drżenie głosu – a kiedy ktoś im powie, że smok na tronie to zły pomysł, sami go zabiją.
Smok mrugnął.
Po raz pierwszy, odkąd Wonse pamiętał, zdawał się wahać.
– Po prostu znam ludzi – wyjaśnił Wonse. Smok przygniatał go wzrokiem. Jeżeli mnie okłamujesz…
– Wiesz, że nie mogę. Nie ciebie. Naprawdę tak się zachowują?
– Oczywiście. Przez cały czas. To typowa ludzka cecha.
(…)
Nie doczekam się potężnych wojowników, chcących mnie zabić? pomyślał smok niemal żałośnie.
– Raczej nie. Ani bohaterów?
-Już nie. Za dużo kosztują.
Przecież będę zjadać ludzi!
Wonse zaskomlał.
Poczuł, jak smok przeszukuje jego umysł, próbując znaleźć wskazówkę umożliwiającą zrozumienie. Na wpół zobaczył, na wpół poczuł migotanie przypadkowych wizji, obrazy smoków, mitycznej ery gadów i – tutaj smok był szczerze zdumiony – pewnych niezbyt chwalebnych okresów ludzkiej historii, stanowiących zresztą większą jej część. A po zdumieniu napłynął gniew. Nie istniało właściwie nic, co smok mógł zrobić ludziom, a czego sami wcześniej czy później nie wypróbowali na sobie nawzajem, często z entuzjazmem.
Macie czelność się skarżyć, pomyślał smok. A przecież my byliśmy smokami. Smoki powinny być okrutne, chytre, nieczułe i straszne. Ale coś ci powiem, małpo…
Wielki pysk zbliżył się jeszcze i Wonse spojrzał prosto w głębie bezlitosnych smoczych ślepi.
Smoki nigdy nie paliły na stosie, nie torturowały, nie rozpruwały na kawałki i nie nazywały tego moralnością.
— Koniec cytatu.

C.d.n.

Zabrałaś serce moje

Wiecie co? Prawa Murphy’ego to nie jest żadna teoria, to jest podstawa nauki! Jakoś ten świat zawsze wie, jak i kiedy wszystko skomplikować.

Idąc dziś peronem Warszawa Śródmieście doszedłem do pewnej refleksji. "Wszyscy umrzemy!" A ja doceniłem błyskotliwość tego zdania. Wszak niewiele jest zdań, które mogą posłużyć w kabarecie, panice i polityce jednocześnie, pozostając za razem tak bezspornie prawdziwymi. Moja przygoda rozpoczyna się jednak nieco wcześniej, od stacji metra Centrum Nauki Kopernik. Tak ku ścisłości to jeszcze przed stacją metra Kopernik, bo nie spieszyłbym się aż tak bardzo, gdyby nie fakt, że ktoś zrobił sobie z naszego chodnika parking dla pięciu czy sześciu samochodów. Tak więc nurkowałem pod lusterkami z nadzieją, że nikt mnie nie widzi, bo naprawdę dziwne uczucie to trzymać w jednej ręce plecak, w drugiej laskę, i niemal na czworaka przeciskać się między ścianą budynku a samochodem.
Kiedy jednak już z samochodem to nietypowe spotkanie zakończyliśmy, przyszła pora na stację metra. Staję więc ja przed takim czymś, co nazywa się bramka i przykładam kartę miejską.
– Piiiik! – Oświadczyła kategorycznie bramka.
– Proszę, muszę wejść. – Wyszeptałem, odwracając kartę.
– Piiiik! – Bramka pozostawała nieugięta.
– Ale ja chcę do pociągu! Ja nie mam czasu.
– Piiiik, piiiik, piiiik.
– Poważnie, nie da rady? Ja nie proszę o wiele, ja chcę tylko wejść na peron.
– Piiiik!
Muszę przyznać, że nigdy nie spotkałem tak nieprzystępnej istoty. I pewnie dalej bym prowadził teraz tę pasjonującą konwersację, gdyby nie pan z ochrony, który przepuścił mnie bokiem, wyjaśniając jednocześnie, dość bezpośrednio, że, za cytuję, "rozpieprzył się system i od rana są problemy".

Wysiadam więc na Świętokrzyskiej, wchodzę po schodach na linię M1, w tle głowy nadal się kołacze to "piiiik". I tak zdarzyło się coś, czego jeszcze nie było. Czasem tak jest, że gdy człowiek dostanie kosza (od bramki zwłaszcza), czuje się nieco zagubiony. I tak ja zapomniałem, z której strony peronu w którym kierunku odjeżdża metro, to nic, że na stacji tej bywam praktycznie codziennie.
W akcie desperacji więc pytam pierwszego człowieka, w którą stronę odjeżdżają pociągi z peronu, przy którym stoję. Zagadniony osobnik podrapał się po głowie, pomruczał nieco i, po dłuższym namyśle odpowiedział, że do Krakowa.

Przynoszę wam dyktando/!

Dobry wieczór!
Zrobiłem ankietę o Eltenie (swoją drogą bardzo zachęcam do głosowania, to bardzo dla mnie ważne), a w ankiecie 33 procent głosujących twierdzi, że brakuje motywacji do blogowania. No więc pomyślałem sobie, że dawno nie mieliśmy blogowego łańcuszka.
O aktywności blogerskie swego czasu bardzo dbała moozgish, ale niestety nie ma jej już tu z nami, a więc musimy jakoś sobie poradzić. Postanowiłem więc takiego łańcuszka poszukać.
Klapa kompletna, nie no, porażka na całej linii. Różne hasła w Google, nawet zawężane do wordpress.com albo blogspota i… i nic!
Ale nic straconego, uznałem, że zrobię burzę mózgu i wyszło coś takiego.

Zasady zabawy są proste. Każdy, kto chce wziąć udział, powinien po prostu przekleić sobie te pytania na własnego bloga (zamieniając oczywiście formę osobową) i tam na nie odpowiedzieć.

Pytania to dokładnie pierwsze, co przyszło mi do głowy, nie szukajcie w tym więc sensu ani porządku. Nie chciałem szukać wymyślnych Q&A, a lekkiej zabawy w stylu co mi ślina na język przyniesie.

I jeszcze jedna zasada. Tu nie chodzi o wielkie namysły, nawet podświadome. Jak macie teraz chwilę i chcecie się pobawić, robicie ten wpis już, teraz. Nie w przyszły czwartek.

1. Co ostatnio jadłeś i co najprawdopodobniej zjesz jako następne?

Ostatnio to ja jadłem jogurt, Jogobellę, bo uznałem, że nie jestem dość głodny, by zjeźć coś większego na kolację. A jutro rano planuję zrobić jajecznicę. W ogóle jajecznica to moja ulubiona potrawa. Serio, nie znam niczego lepszego.
Mamy w rodzinie zwyczaj robienia jajecznicy w niedzielę, robi to mój tata, którego jajecznica jest najlepsza na świecie! Niestety, że ja na Powiślu, to muszę zadowolić się swoją namiastką. W każdym razie przyjąłem kilka lat temu wyzwanie, że od poniedziałku do soboty będę jadł na śniadanie wyłącznie jajecznicę. Wyobraźcie sobie zdumienie domowników, gdy po wszystkim w niedzielę rano z uśmiechem na twarzy powiedziałem im całkiem szczerze, że już nie mogę doczekać się… jajecznicy.

2. Gdybyś miał kufer Alastora Moodiego, co byś w nim schował?

Wiem! Części elektroniki i do komputerów! Ja mam po szufladach bałagan tego i brakuje mi miejsca, by to logicznie posortować. Oj chciałbym mieć taki kufer! Serio!

3. Gdybyś miał polecieć na trwającą 3 miesiące misję na powierzchnię Marsa i mógł ze sobą zabrać piosenki tylko jednego wykonawcy, kto by to był?

Naprawdę nie wiem, co mi stuknęło z tym pytaniem. Jakakolwiek odpowiedź mi przychodzi do głowy, wiąże się ze ześwirowaniem! Ale chyba jednak "Mazowsze". Głównie dlatego, że mieli tego sporo w różnych stylach i przynajmniej nie zamęczy mnie jeden gatunek muzyczny. Ale sporymi kontrkandydatami byli "The beatles" za mnogość znanych piosenek i Artur Andrus, żeby się chociaż tam czasem uśmiechnąć.

4. Co znajdzie się u Ciebie w szafce z napisem "Nie otwierać pod żadnym pozorem", a co sprawiłby guzik z napisem "Nie wciskaj mnie, serio"?

W szafce na pewno schowałbym słodycze, o. To jest bardzo dobra myśl. Głównie dlatego, że bardzo dużą frajdę sprawia otwieranie szafek, których otwierać nie wolno. Co do guzika, coś oczywistego. Może zapalałby światło? Po wcześniejszym krótkim sygnale dźwiękowym?

5. Dlaczego kury nie latają?

Ostrzegałem, że piszę, co mi ślina na język przyniesie!
Ja myślę, że skoro znany piosenkarz śpiewał "Lecę, bo chcę, lecę, bo życie jest złe!", to kury po prostu uznają życie za piękne i dobre, a więc nie odczuwają potrzeby latania.

6. Co masz teraz w kieszeniach?

Dobra, już sprawdzam.
Ehh, nic ciekawego. Maseczkę, chusteczki, pendrive’a i banknot 10-złotowy.
Swoją drogą chyba już najwyższy czas iść się myć! 😀

7. Jaki jest magiczny gadżet z książek, który chciałbyś mieć?

Chyba bagaż ze Świata Dysku. Ciekawe, czy dałoby się go wyćwiczyć… Bagaż Przewodnik… Już mi się podoba!

8. Gdybyś dostał 1000000 zł, ale pod warunkiem, że wyda je dla Ciebie wybrana przez Ciebie osoba (nie z Twojej rodziny lub związku) bez jakiejkolwiek konsultacji z Tobą, kto by to był? Co mógłby lub mogłaby kupić?

Chyba Maja. Ale co mogłaby kupić? Pewnie Tyrosa, jak ją znam. I może obiecany kiedyś żartobliwie lot szybowcem, o ile pamięta? 😀

9. Gdybyś został teraz gwiazdą i miał wywiad w ważnej stacji telewizyjnej, jakbyś się na niego przygotował i o czym opowiedział? Jaka to stacja?

Jakbym się przygotował? Pewnie przebrałbym się w koszulkę kierownika Infinity i zabrał z sobą jakieś części rakiety. I to o niej opowiedział.
A jaka to stacja? BBC.

10. Kiedy świnie zaczną latać?

Zakładam, że wtedy, kiedy zaczniemy kolonizować inną planetę i zabierzemy ze sobą zwierzęta.

Mam nadzieję, że ten wpis pozwolił wam się nieco uśmiechnąć.
Zapraszam do zabawy!

Z pozdrowieniami,
Dawid Pieper

10 pytań przyszłych programistów

Nie, nie chodzi mi o kolejny z tysięcy poradnik o tym, jak nauczyć się Rubiego w 5 minut (nie da się nauczyć Rubiego w 5 minut) albo jak zostać programistą w tydzień (nie da się zostać programistą w tydzień). Zauważyłem jednak w naszym środowisku, tak Eltenowym jak poza-Eltenowym, pewną ciekawą tendencję, którą sprowadzę do twierdzenia "umiem programować". I fajnie, ale… No właśnie, ale.
Nie wiem, czy to stereotyp niewidomego informatyka, czy też fakt, że wymusza się na nas nieco większą wiedzę o zawiłościach komputerowych w stosunku do przeciętnego użytkownika widzącego, czy też inne czynniki, ale świadomość komputerowa bywa dość spora. Pewna garstka z nas, bo jednak grupa ta nie jest bardzo liczna, zaczyna myśleć o nauce programowania. I w tym momencie dzieje się coś dziwnego.
Mamy więc ludzi, którzy naprawdę zdobyli jakąś wiedzę, ale na tym się skończyło, bo albo mają wspaniałe teorie rewolucji świata, które nikną w zderzeniu z rzeczywistością, albo poświęcają pięć lat na wspaniały projekt, który jakoś nigdy nie doczekuje się światła dziennego, albo wciąż czekają na wenę/inspirację/motywację, te jakoś jednak nie przychodzą. I w rezultacie, gdy myślę o niewidomych programistach, prawdziwych programistach, na myśli mam tylko kilka nazwisk.
Pomyślałem sobie więc, że napiszę serię artykułów (ha ha ha, naprawdę wierzycie, że będę miał wenę na pisanie kolejnych), które poświęcę temu, jak zacząć swoją przygodę z programowaniem. Nie chcę, by był to kolejny tutorial w stylu "najpierw naucz się C", ale garść konkretnych porad wynikłych z mojej obserwacji tematu.

Nie mam jeszcze tyle doświadczenia w branży programowania, ile bym chciał. Z wyjątkiem jednak Grzegorza Złotowicza, chyba na Eltenie styczność z tematem miałem największą. Mam za sobą i duży projekt (tu Elten), i kilka mniejszych, także różne zlecenia płatne i współprace nad kodem. I w oparciu o to nasuwa się mi kilka wniosków.
Od razu uczulam, że wpis może być zbyt techniczny, nie przestraszcie się tego. Zakładam jednak, że jako osoby tematem zainteresowane, wiecie już, co to jest C++, innymi słowy to nie jest wpis dla osób, które nie mają o temacie zielonego pojęcia, tu wymagane jest przynajmniej seledynowe. 🙂
Na początek chciałbym odpowiedzieć na 10 najczęstszych pytań, które albo się gdzieś po forach zadaje, albo w domyśle ma się na myśli, albo które mi na myśl przychodzą. Przy założeniu, że pojawią się jakieś komentarze, a mi pomysł z głowy nie wyparuje, w następnym wpisie chciałbym odpowiedzieć na wasze uwagi i skupić się na dziesięciu najczęściej popełnianych na początku błędach.
Dobra, spróbujmy.

1. Czy programista musi być dobry z matematyki?

To pytanie staje się niemal tak nudne, jak szablonowe "How are you", ale wciąż jest kwestią sporów. Kwestią zupełnie dziwną o tyle, że odpowiedź jest po prostu oczywista. Przykro mi, ale tak.
Wiem, że pojawią się pewnie osoby, które zaczną argumentować, że to bzdura, że one sobie radzą, że… Nie, programista musi dobrze sobie radzić z matmą. I nie chodzi tu nawet o rozwiązywanie układów równań różniczkowych, choć na pewnym poziomie zagadnienia np. teorii sygnałów i taka zdolność się przyda. Chodzi jednak o pewną wyobraźnię.
Nie jest ważne, czy programować będziecie w C, czy w Pythonie, na jakim poziomie złożoności i w jakiej branży, elementy logiki, systemu binarnego, obliczeń i oszacowań po prostu okażą się w waszym wypadku niezbędne. Na pewno traficie czasem na potrzebę oszacowania złożoności danego algorytmu albo podzielenia zadania na wątki. Nie ma rady, komputery są na matematyce zbudowane i od matematyki nie uciekną.
Oczywiście pytaniem innym jest, co znaczy "bycie dobrym z matematyki". Znam osoby, które miały z matury rozszerzonej z matematyki naprawdę wyniki średnie, a rozwiązywały od ręki takie zadania, nad którymi ja musiałbym posiedzieć przynajmniej kilka godzin. Znam też osoby, które uzyskiwały świetne wyniki z testów, ale kiedy stawały przed prawdziwym obliczeniem (nie schematycznym zadaniem ze szkoły), pojawiał się problem.
Ale matematyka jako taka jest w programowaniu niezbędna.

2. Od jakiego języka zacząć?

Od jakiegokolwiek, naprawdę. Najbardziej bawi mnie sytuacja, gdy dana osoba zamiast zabrać się do nauki, spędza pół roku na rozważaniu za i przeciw różnych technik, zaczyna jedno i zaraz przerywa, coś tam napisze w języku A, by przejść na B, C i D.
Jedyne ważne jest to, by był to język mainstreamowy, najlepiej należący do najpopularniejszych. Wg portalu Toward’s Data Science, w roku 2020 najpopularniejsze języki to, w kolejności, JavaScript, Python, Java, Go, TypeScript, C++, Ruby, PHP, C# i C. W tej mainstreamowości chodzi o to, by łatwo było znaleźć poradniki i przykłady danego języka, a nie męczyć się z szukaniem odpowiedzi, jak napisać coś w języku znanym przez trzydziestu ludzi w Polsce.
Jako programiści i tak będziecie musieli w praktyce poznać przynajmniej kilka języków biegle, a znośnie właściwie ze 10-20. Będzie jeszcze czas na wybranie tych ulubionych, tym czasem zastanawianie się, co wolicie na samym początku, początek ten tylko oddala.
Są kłótnie i spory, czy lepiej zaczynać od języków strukturalnych czy obiektowych, poznać najpierw podstawy, czy zrobić od razu coś dużego i do podstaw wrócić. Szkół jest tyle, że i tak nie zadowolicie wszystkich, więc spróbujcie po prostu zadowolić siebie.

3. Ile muszę się uczyć przed napisaniem pierwszego programu?

Jak najmniej, bo to pisząc się uczy. I nie ma na to innego sposobu. Nigdy nie poznacie programowania tak naprawdę, jeśli nie wydacie pierwszego, drugiego, dziesiątego projektu. Jeśli spojrzycie na swój kod z przed trzech lat i nie powiecie sobie "Jaki głupek to pisał?", to znaczy tylko tyle, że niczego się nie nauczyliście.
Fakt, dobrze jest rozplanować pracę, ale nie stworzycie dobrego planu bez doświadczenia. W programowaniu są różne wzorce projektowe, struktury danych, rozwiązania i biblioteki. Ale nie ma żadnego poradnika, który dokładnie wam wyjaśni, jakie rozwiązanie pasuje do jakiego problemu.
Po pierwsze dlatego, że taka książka miałaby z milion stron, a po drugie, że to także od waszego indywidualnego stylu będzie zależało.

4. A ten pierwszy program, to co to ma być?

Coś małego, użytecznego, ale prostego. Często słyszę o programistach (choć akurat widzących), których gubią nadmierne ambicje co do pierwszego projektu.
Jeśli zaczniecie od pisania na przykład nowego edytora dokumentów PDF albo klienta Facebooka, to raczej daleko nie zajdziecie. A przecież są inne, małe zadania, które można sobie uprościć.
I co, że na początek program będzie pisany w konsoli? Ważne, by działał.
Jeśli macie komu, pokażcie kod, bądźcie otwarci na sugestie. A potem napiszcie coś nowego. I nowego. Z biegiem czasu przyjdzie czas i na interfejs graficzny, i większe wyzwania.

5. Z innej bajki, jaki edytor na początek?

A nawet niech będzie to i Notatnik. To nieśmiertelne rozwiązanie, które będzie wam towarzyszyło do szybkiego szkicowania już na zawsze. O nowym edytorze czas pomyśleć wtedy, gdy pojawi się taka potrzeba. Na początek macie się nauczyć programowania, a nie obsługi złożonych narzędzi.
A jeśli wam jednak mimo wszystko od razu zależy na profesjonalnym wyglądzie albo już tego następnego narzędzia szukacie, to ja zdradzę, że pracuję w Visual Studio Code oraz Vimie.

6. Czego jeszcze trzeba się nauczyć, prócz języka programowania?

To dość złożone zagadnienie. Generalnie zanim sięgniecie głębiej do istoty tematu, naprawdę uznajcie, że coś umiecie. Analiza złożonych przypadków bez ogólnego pojęcia w temacie jest jak uczenie się gramatyki języka bez słówek.
Nie odkładajcie tego jednak też zbyt daleko. Pewne wzorce, struktury i pomysły w programowaniu powstawały przez lata nie w celu utrudnienia, ale uproszczenia wam życia. I nauczenie się poprawnej implementacji gotowych rozwiązań nie tylko wam uprości pracę, ale i sprawi, że będzie ona czytelniejsza dla innych.
Z drugiej strony nic na siłę. Często widuję kody początkujących programistów, które są tak na siłę budowane wedle wzorców projektowych, że wyglądają jak jakieś przykłady encyklopedyczne, a nie gotowe aplikacje, a ich czytelność, miast zyskiwać, traci. To po prostu kwestia wprawy, kiedy coś się przyda, a kiedy trzeba machnąć na to ręką.
Jak już wydacie kilka projektów z GUI, na pewno polecam zapoznanie się z tematem najpopularniejszych szablonów aplikacji (MVC, MVVM, MVP), jak również z najważniejszymi wzorcami projektowymi i strukturami danych. Gorąco też polecam książkę pt. "Programowanie współbieżne i rozproszone" autorstwa panów Zbigniewa Weis oraz Tadeusza Gruźlewskiego, która w moim wypadku była bardzo ważnym podręcznikiem dobrych praktyk algorytmicznych.

7. Kiedy używać tych klas, interfejsów?

Dość często zauważam, że osoby uczące się programowania, nie do końca łapią się w tym, kiedy stosować które narzędzia. Dostajemy więc aplikacje napisane np. w C++ zawierające 80 funkcji i ani jednej klasy, z jakimiś dziwnymi zmiennymi albo, najgorsza praktyka z możliwych, tablicami, w których elementy o danym indeksie oznaczają dany zasób, ale schemat tworzenia ich występuje naturalnie tylko w głowie twórcy.
Czasami jest to zachowanie korzystne, ale w zdecydowanej większości przypadków nie. Dlatego warto eksperymentować z nowo poznawanymi elementami programowania obiektowego lub strukturalnego. Wszystko się jakoś samo poukłada, kiedy zauważycie, co pomaga, a co nie.

8. Ile plików ma mieć mój program?

To jest generalnie ciekawe zagadnienie i nie ma na nie dobrej odpowiedzi. Zależy to od ilości plików, pomysłu na organizację kodu i preferencji twórcy. Czasem wygodniej jest mieć pliki giganty, czasem lepiej mieć dużo karłów.
Na pewno jednak należy unikać dwóch skrajnych sytuacji, gdy program ma 10 plików po 10 linijek albo jeden plik zawierający linijek 38520. Generalnie na początku najlepszą praktyką jest dzielenie programu wg zastosowania.
Jeśli piszę więc kalkulator, jeden plik może odpowiadać za interfejs graficzny, drugi za obliczenia, a trzeci za przekazywanie informacji między jednym a drugim. I tak, to jest klasyczny przykład schematu MVC typu 2, mówiłem, że szablony i wzorce są przydatne.

9. Optymalizować, czy nie optymalizować?

Oto jest pytanie!
Współcześnie bardzo się zaciera granica między tym, kiedy kod lepiej optymalizować, a kiedy dbać o jego czytelność. W czasach, kiedy platforma Dotnet używa wirtualnej maszyny do wykonywania kodu, naprawdę sprawa staje się złożona.
Z jednej strony, kiedy mamy za zadanie posortowanie gigantycznej listy, na pewno będziemy zastanawiać się nad najlepszym algorytmem. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzi przycinanie się programu.
Z drugiej strony mamy na przykład wybór większej wartości. Załóżmy, że mamy dwie liczby i zastanawiamy się, która z nich jest większa. Pokażę to na przykładzie zmiennych a i b, chcemy w zmiennej x zapisać większą z nich.
Najprościej zrobić to tak:
Jeśli a jest większe od b, zapisz x równe a,
w przeciwnym wypadku zapisz x równe b.
W języku C++:
if(a>b) x=a;
else x=b;
Czy można zrobić to wydajniej? Oczywiście!
Zapiszemy, że x jest równe różnicy a oraz wartości powstałej z iloczynu bitowego różnicy a i b oraz różnicy a i b przesuniętej bitowo o rozmiar w prawo.
x = a – ((a-b) & ((a-b) >> sizeof(x)*8-1));
Gratuluję! Właśnie stworzyliśmy wspaniale wydajny kod! Wydajny w każdym razie dla komputera, bo jak za tydzień będziemy go czytać, spędzimy na pewno dobrych kilka sekund zastanawiając się, jak to ma działać, co robić i obiecując sobie, że od tej pory będziemy programować tylko na trzeźwo.
Dla jasności, są sytuacje, gdy takie sztuczki naprawdę się przydadzą. Jeśli dysponujemy ograniczoną pamięcią lub mocą obliczeniową, bez nich się nie obędziemy. A to nie jest aż tak nieprawdopodobne, wszak mikrokontrolery są wszędzie, a rzadko który przekracza 4kB pamięci RAM i 16MHz.
Ale po pierwsze, wtedy stosuje się makra, a po drugie… Uznajmy, początkujący programiści nie piszą oprogramowania dla mikrokontrolerów.

10. Jak się ćwiczyć w programowaniu?

To chyba najważniejsza sprawa. Programowanie to przede wszystkim gra wyobraźni. Trzeba się nauczyć algorytmicznego myślenia, odruchowego rozwiązywania kłopotów.
Wiele jest żartów o programistach, które jednak doskonale to lustrują. Ja przytoczę dwa.
Pierwszy z nich: Jak zająć programistę? Dać mu kartkę z napisem:
Przeczytaj poniższą linijkę.
Przeczytaj powyższą linijkę.
Drugi natomiast: Żona do męża programisty:
– Kup chleb, a jak będą jajka, kup 10.
Nasz programista wchodzi więc do sklepu i pyta: "Są jajka"?
– Są – odpowiada ekspedientka.
– To poproszę dziesięć chlebów.
Komputer to taka maszyna, która robi tylko i dokładnie to, co jej każemy. A początkujący programiści mają taką skłonność do myślenia po ludzku, nie zaś po komputerowemu. I z tego wynika masa błędów.
Z drugiej strony doświadczeni programiści mają skłonność odwrotną i… też bywa ciekawie.
Na koniec pozostawiam was z zagadką logiczną, którą powinno się zadawać na pierwszych zajęciach z programowania, a jakoś się tego nie robi.
Jasiu dostał pięć jabłek i zjadł dwa. Ile jabłek ma Jasiu?
Zapraszam do odpowiadania w komentarzach.

Ufff, przebrnęliśmy przez to. Wiem, że wpis był nieco chaotyczny, ale mam nadzieję, że dla kogoś będzie jakąś tam podpowiedzią.
Zapraszam do zadawania wszelkich waszych pytań w komentarzach, spróbuję na nie odpowiedzieć, a będą one tylko motywacją do napisania jednak tego następnego wpisu.
Jeśli będę widział zainteresowanie, następnym razem omówię 10 grzechów głównych początkujących programistów na Eltena i Eltenowiczów przykładzie. 🙂

Z pozdrowieniami,
Dawid Pieper
Chociaż raczej powinienem napisać
446177696420506965706572

Kontrtest i doskonały przykład na to, jak to jest z tymi wieloma rdzeniami i kiedy to jest fajne

Ostatnio zasugerowany został mi pewien eksperyment. Chodziło o porównanie kilku komputerów pod względem jednego zadania obliczeniowego. Długo zastanawiałem się nad konkretnym zadaniem, aż wreszcie wpadłem przypadkiem na pewien pomysł.
Chciałbym znaleźć zadanie, które jednocześnie pozwoli na dość dobre porównanie wielu komputerów, ale i pokaże czytelnikom tego bloga zawiłości związane z obliczeniami wykonywanymi na komputerze.

Cel zadania

Archiwum Klango jest dość spore. Postanowiłem więc je nieco skompresować. W tym celu zdecydowałem się na konwersję całego forum głosowego z MP3 96kbps (oryginał) do Opusa 32kbps. Zapewnia to relatywnie niewielki spadek jakości zważywszy na używane przez Klangowiczów mikrofony, a zmniejszy rozmiar całości z 46 do 15 GB.
Napisałem więc do tego prosty skrypt w Rubym i go uruchomiłem. Kiedy po czterech godzinach zadanie tylko raczkowało, zrozumiałem, że miałem tu zdecydowanie błędne podejście.

Z czego składa się konwersja audio

Konwersja audio z MP3 do Opusa składa się zasadniczo z dwóch faz. W pierwszej audio musi być zdekodowane z formatu MP3 do zapisu PCM, który następnie zrozumie enkoder, zamieniając go na Opusa. Nie jest możliwa bezpośrednia zmiana jednego formatu na drugi, bo stosują one zupełnie inne algorytmy.

Dekodowanie

Dekodowanie MP3 jest stosunkowo łatwym zadaniem. To między innymi prostota była jedną z poszukiwanych cech kodeka audio, pamiętajcie, że MP3 pochodzi z roku 1993, celując w różne wieże, później odtwarzacze przenośne itp. W tamtych czasach sprzęt nie cechował się współczesną mocą obliczeniową, tak więc poszukiwano rozwiązań, przy których odtworzenie formatu będzie tak mało wymagające, jak to tylko możliwe, kosztem jakości.
Jedną z cech, którymi miał się wyróżniać ten format, jest możliwość rozpoczęcia dekodowania od danego momentu, bez dekodowania całego pliku. W tym celu enkoder buduje pewną bazę informacji, które pozwalają później dekodować konkretne, wybrane fragmenty. Umożliwia to podzielenie zadania dekodowania pliku MP3 między wiele jednostek, np. mając 8 komputerów możemy zdekodować ten sam plik 8 razy szybciej.

Enkodowanie

Zakodowanie audio jest procesem dużo trudniejszym od jego odczytania. Wynika to z koncepcji dotyczącej formatów audio, w której plik powstaje raz, za to odtwarzany razy może być i tysiąc. Można więc ciężar obliczeniowy przenosić na producenta. Tak też na początku istnienia stratnej kompresji audio pliki w formatach typu MP3 potrafiły być przygotowywane wielokrotnie dłużej niż same trwały, za to odczytywane niemal w czasie rzeczywistym.
Opus, jak większość formatów stratnych, dzieli się na tak zwane ramki. Każda ramka to maleńki fragment pliku, np. 20ms. Enkoder pobiera taką ramkę z pliku źródłowego i ją analizuje. Następnie, zależnie od jej zawartości, dobierany jest odpowiedni sposób kompresji.
Przykładowo, jeśli nasze 20ms to 20ms ciszy, zamiast zapisywać informację: "cisza, cisza, cisza, cisza, cisza" (i tak 960 razy), idealny kodek mógłby napisać po prostu "To tylko cisza". W praktyce z wyjątkiem sytuacji wygenerowanych programowo, istnienie idealnej ciszy jest niemal niespotykane.
Enkoder musi więc się zastanowić nad dynamiką dźwięku, tym, co ucho wychwyci lepiej, a co gorzej. W tym celu potrzebuje informacji o tym, co było wcześniej, nie może dojść do sytuacji, gdy co chwilę dźwięk zaczyna brzmieć inaczej, bo enkoder uznał, że na czym innym oszczędzi.
W rezultacie enkodowanie jest procesem ciągłym. Nie można jednocześnie kodować pliku w kilku miejscach, zawsze przed kolejnym fragmentem trzeba zapisać poprzedni. W rezultacie, gdybyśmy mieli 8 takich samych komputerów, czas kodowania jednego pliku do formatu Opus byłby taki sam, jak gdybyśmy użyli tylko jednego komputera.
W powyższym przykładzie użyłem pewnego uproszczenia. Proces kodowania audio jest częściowo wątkowalny, to znaczy można pewne operacje wykonywać jednocześnie, np. jeden komputer mógłby analizować plik, drugi kompresować, a trzeci umieszczać w kontenerze OGG. Jako jednak, że w tym wypadku analiza stanowi jakieś 90 procent czasu, moglibyśmy ugrać na tym tylko 10 procent, czyli używając trzech komputerów, z kompresji trwającej pół godziny nie zrobimy 10 minut, a 27 minut.

Komputery to rdzenie

W powyższym przykładzie dzieliłem pracę między kilka komputerów. Dziś jednak zdecydowana większość procesorów to jednostki wielordzeniowe. Oznacza to, że potrafią one pracować jednocześnie nad kilkoma zadaniami.
Najlepiej wyobrazić sobie je jako wiele połączonych z sobą mniejszych procesorków. Tak więc, skoro przykładowo dekodować audio można w kilku miejscach na raz, ten sam procesor posiadający 8 rdzeni zrobi to 4 razy szybciej od jednostki posiadającej tylko 2 rdzenie.

Co więc zrobiłem źle?

Jak już pokazałem, dekodowanie audio jest procesem wielokrotnie szybszym od zapisu. W praktyce dekoder tworzył zapis PCM dużo szybciej, niż enkoder go odczytywał. Komputer wielordzeniowy nie miał więc niemal żadnej przewagi nad jednostką posiadającą rdzeń tylko jeden.
Nie jest możliwe ugranie żadnego znacznego przyspieszenia kompresji audio na wielu rdzeniach (tylko od ok. 5 procent do 15 procent zależnie od formatu). Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by kompresować w tym czasie wiele plików audio. Jeśli kompresujemy pliki o długości minuty, a rdzeni mamy na przykład 4, możemy albo w tej minucie skompresować tylko jeden plik, albo cztery na raz. Ale nie możemy skompresować jednego pliku w 15 sekund.

Przy okazji powstał znakomity test

Na potrzeby testu wydzieliłem tylko angielskie forum głosowe. To 9,69 GB danych, czyli ok. 241 godzin nagrań, co jednak ważniejsze, składających się z małych plików, łącznie tych plików jest 14535. Zawartość tych plików jest różna: prezentacje, notki, recytacje, muzyka, raz na mikrofonie wbudowanym, raz studyjnym. Czyli piękny przekrój wszystkiego.
Następnie wykonałem na trzech komputerach dwa testy. Pierwszy test polegał na uruchomieniu kompresji sekwencyjnie, jedną po drugiej. W podejściu drugim kompresowałem tyle nagrań na raz, iloma rdzeniami logicznymi dysponował procesor.

Test ma pewną słabość

Celowo użyłem zewnętrznego dysku SSD, by zmniejszyć wpływ samego nośnika na kompresję. Opisując jednak działanie enkodera, posłużyłem się pewnym uproszczeniem, przedstawiając cały proces jako zadanie dla procesora.
W praktyce, choć może się to wydawać paradoksem, w kompresji audio dość aktywnie wspomaga procesor układ graficzny, który dużo lepiej jest dostosowany do pracy na dużych danych, wyliczania sum kontrolnych, kompresji itp.
Nie jest to wpływ decydujący, szacuję go na kilka procent, jednak trzeba o sprawie pamiętać.

Dość gadania, czas na dane.

Platforma testowa

Komputery biorące udział w teście to:
1. Dell XPS 15 9550
Procesor Intel Core I7-6700HQ, 8 rdzeni logicznych, 3,5GHz.
2. MacBook Pro 13 2017
Procesor Intel Core I7-7560U, 4 rdzenie logiczne, 4,0GHz.
3. Dell XPS 15 9500
Procesor Intel Core I7-10750H, 12 rdzeni logicznych, 5,0GHz.

Przebieg sekwencyjny, jedno po drugim

Najszybciej z zadaniem poradził sobie mój nowy Dell XPS 9500, osiągając czas 6 godzin i 47 minut. Drugi był MacBook z czasem 7 godzin i 41 minut. Najniższe miejsce zajął XPS 9550, czas tutaj wyniósł 8 godzin i 3 minuty.
Jak warto tu zauważyć, MacBook teoretycznie posiadał gorszy procesor od XPS-a 9550, procesor kategorii U, czyli energooszczędnej. Miał mniej rdzeni, mniej pamięci podręcznej.
Jako jednak, że zadanie większościowo wymagało tylko jednego rdzenia, o wyniku decydowała niemal wyłącznie częstotliwość pracy i to dlatego MacBook przebił teoretycznie lepszego Della.

Przebieg równoległy, na raz tyle nagrań, ile rdzeni

Ponownie pierwsze miejsce osiągnął Dell XPS 9500, czas wyniósł 47 minut. Miejsce drugie należy do starszego XPS 9550, który dopiął swego w godzinę i 31 minut. MacBook sprawował się najgorzej, a cała kompresja zajęła mu aż 2 godziny i 42 minuty.
Jak widać, tutaj jednak zaważyła właśnie wielordzeniowość. XPS 9550, choć posiadający nieco wolniejszy procesor od MacBooka pod względem częstotliwości, właśnie dzięki ośmiu miast czterech rdzeni poradził sobie w czasie niemal dwukrotnie mniejszym.

A wnioski? Nie takie rdzenie piękne, jak je malują.

Wielordzeniowość procesora jest zagadnieniem bardzo złożonym. W tym wypadku podziałała na moją korzyść. Istnieją jednak dwa przypadki, w których by tak nie było.

Po pierwsze, gdybym miał kompresować tylko jeden, bardzo długi plik.

W tym wypadku mój nowy laptop okazał się najszybszy, ale mając wybrać między MacBookiem a poprzednim XPS-em, musiałbym wybrać komputer z Jabłuszkiem i to mimo faktu, że w teście drugim był niemal dwukrotnie wolniejszy.

Po drugie, gdybym nie miał odpowiedniego oprogramowania.

Pisanie aplikacji z myślą o procesorach wielordzeniowych jest zagadnieniem bardzo trudnym. Dzielenie aplikacji na równoległe wątki wymaga od programisty rozważenia sposobu zarządzania pamięcią czy wymianą danych. Nie wspominając o tym, że nawet jeśli jakiś problem da się podzielić na części, najpierw sprawę trzeba głęboko przemyśleć i wykombinować, jak to zrobić.
W rezultacie jestem przekonany, że wiele dostępnych na rynku narzędzi (nawet tych popularnych) do dzisiejszego mojego zadania podeszłoby w sekwencyjny sposób, czyli program miast kompresować dane od 47 minut, czyniłby to niemal 7 godzin.
Należy więc pamiętać, że naprawdę dla większości użytkowników lepiej wybrać 6/8 rdzeniowy procesor o lepszym taktowaniu, niż 24-rdzeniowy o gorszym. Bardzo niewiele zadań uda się podzielić na tak wiele części. A nawet jeśli się uda, mało który program weźmie to pod uwagę. I niestety nie zanosi się na to, by coś w tej kwestii miało się zmienić.