Drogi „hakierze”

Drogi hakierze. Jestem pewien, że czytasz tego bloga, a nawet jeśli nie, pewnie prędzej czy później ktoś wskaże Ci ten wpis. Wiem, że pewnie pogardzasz dorabianiem etyki do Eltena, a więc o żadnej etyce nie będzie. Chciałbym jednak Tobie i całej reszcie użytkowników przekazać do przemyślenia trzy myśli i na tym temat zamknę.

1. Pewnie zabawne Ci się wydało, że ominięcie funkcji premium jest tak proste. Cóż, jest tak proste, bo ważniejsze były nowości wersji 2.4, niż dodawanie zabezpieczeń.
Były konferencje głosowe, były blogi, zmiany w interfejsie… Dużo tego było. Uznałem więc, że więcej dobrego przyniesie na przykład dzwonienie, niż zabezpieczanie się przed crackami.
Wczoraj przez kilka wieczornych godzin, a dzisiaj od świtu pracuję nad doszczelnieniem serwera w tym wypadku tak, by nie dało się korzystać z funkcji premium, a weryfikacja tego odbywała się na serwerze. Ilość pracy, którą w to włożę, z pewnością dużo lepiej byłaby poświęcona na poprawianie błędów albo aplikację mobilną, cokolwiek innego.

2. W sumie, drogi Hakierze, strzelasz sobie w stopę. I ja wiem, że do większości Eltenowiczów ten argument nie dociera, ale jeśli nie będzie wpłat, nie będzie Eltena.
Możesz mówić, że nie potrzebujesz tego programu, że jest głupi. Ale jednak jest przecież jakaś przyczyna, dla której tu jesteś, dla której go crackujesz.
Jakkolwiek duża jest przyczyna takiego postępowania, jednak nie odinstalowałeś go. A więc choć trochę Ci zależy, nawet gdy sam nie chcesz tego przyznać. Może strata wielka nie będzie, ale na pewno będzie jakaś.

3. Drwiłeś w wiadomości, którą wysłałeś, że "nie jest to sprzedaż, a więc nie jest to kradzież". I w tej sytuacji powyższy fakt powinien Ciebie cieszyć jak mało co.
Dlaczego? Czy zastanowiłeś się, jak łatwo namierzyć tego cracka? Wystarczyłoby jedno zerknięcie do logów: kto pobierał tematy dźwiękowe, kto oznaczał wątki albo dodawał fora do śledzonych, nie posiadając funkcji premium. Jedna byłaby z tego rzecz dobra, pewnie dość szybko uzbieralibyśmy pieniądze na Eltena.
Czy wiesz, że za posiadanie nielegalnego oprogramowania grozi do trzech lat więzienia, a na rzecz poszkodowanego do 3-krotności opłaty za oprogramowanie?
W tym wypadku wyświadczyłbyś wielu, często nieświadomym użytkownikom wilczą wręcz przysługę.

Z pozdrowieniami,
Dawid Pieper

Ostatnia Letnia Róża

Lubię zimę. Tę zimę, gdy spada śnieg, gdy z dachów zwisają sople, gdy świat robi się taki tajemniczy, zasłonięty. Nie lubię się zimą poruszać, ale ją lubię.
Nie lubię jesieni ani tej namiastki zimy, którą klimat raczył nas w ostatnich latach, gdy śnieg występuje tylko w formie niemal błota, a substytutem lodu są mgły i ciężkie chmury. Dlatego z przyjemnością donoszę, że na Kaszubach od środy pięknie śnieży. W tej chwili na termometrze 6 stopni Celsjusza poniżej zera, ale niestety od jutra mamy wracać do mokro-błotnistej normy.
Wiem, że dawno niczego nie pisałem, wiem że w ogóle "dawno" jest dobrym określeniem wielu aspektów mojej osoby. Nie powiem nic odkrywczego, ale 24 godziny okazują się czasem zdecydowanie zbyt krótkim na połowę rzeczy, które chciałbym robić. Co nie zmienia naturalnie faktu, że w tych 24 godzinach trzeba robić wiele rzeczy, których zdecydowanie robić bym nie chciał.
Obecnie największym pochłaniaczem wolnego (i szybkiego) czasu jest zbliżająca się premiera Eltena 2.4 (24 stycznia), która, czego nie da się ukryć, od paru tygodni "pożera" mi całe dnie. Mam więc szczerą – i najpewniej naiwną – nadzieję, że za moment znacznie mi przybędzie chwil na robienie masy rzeczy, których robić teraz nie mogę. A do tej listy należy zdecydowanie prowadzenie tego bloga.
Czasem jednak trzeba nieco odetchnąć od klas, obiektów i funkcji: a wydaje mi się, że moment, gdy prosi się o 10 łyżeczek cukru, mając na myśli dwie, jest tym najwyższym. Postanowiłem więc się nieco wykopać spod metaforycznych stosów dokumentacji Opusa, kodu Eltena i Czerwonej Księgi Błędów Zagrożonych, aby choć kilka zdań tu umieścić.
Eltenowe "Co nowego" zapowiada "Nowe wpisy na śledzonych blogach (35)". Obiecuję, że będę to w przyszłym tygodniu nadrabiał, tak więc brak moich komentarzy nie znaczy, że jestem aż tak rozczarowany Eltenowymi treściami, a raczej że mam przynajmniej kilkutygodniowe opóźnienia w lekturze. Nie mówiąc nawet o tym, że skończył się rok 2020, a ja nadal nie zrecenzowałem nawet połowy przeczytanych wtedy książek.
Od dobrych dwóch lat chodzi też za mną pomysł na pewnego fanfika. Fabuła jest już dopieszczona może nie w najdrobniejszych, ale całkiem drobnych szczegółach, ale na razie na fabule się kończy. I… No, jest jeszcze dużo i…
Wczoraj pomagałem bratu z zadaniem domowym. Wiecie, czwarta klasa, początki przyrody… Miał takie fajne polecenie, by dopasować objawy do chorób. Co myśmy tam mieli? Wysoka temperatura? Ból gardła? Duszności? Hmmm, utraty węchu i smaku nie było. A wiecie o co chodziło? O anginę i grypę.
Zadanie niżej: "W jaki sposób można zapobiegać roznoszeniu chorób zakaźnych?" Izolacja? Dystans? Maseczka?
Zdecydowanie powinni uaktualnić podręczniki (wydanie wspominanego 2019).
Na urodziny (kiedy to było? ) dostałem od Julity taką fajną, małą, elektryczną kawiarkę. Piszę o tym, bo zauważyłem, że w pracy bardzo brakuje mi jakiegoś fizycznego przerywnika. Dużo lepiej, a poważnie dużo lepiej, pracuje mi się, kiedy na biurku stoi filiżanka z kawą, latem koktajl truskawkowy albo… no, cokolwiek, co można w chwili namysłu nad tym, "dlaczego to nie działa" upić, wiecie, to taki syndrom wampira.
Potrafi być ten nawyk jednak naprawdę przeszkadzający, bo gdybym miał robić co godzinę herbatę, Eltena 2.4 dostalibyście za dwa lata. Skończy się zaraz na tym, że będę robił ją masowo i znosił sobie po trzy szklanki na raz.
Skoro o wampirach mowa, przypomniało mi się bardzo interesujące pytanie zadane kiedyś przez kolegę. Nie wiem, czy już się tą refleksją na blogu nie dzieliłem, najwyżej się powtórzę. "Jeśli zombie szukający mózgu do pożarcia, spotkawszy was na drodze, spojrzy tylko i pójdzie sobie dalej, należy się cieszyć, czy rozpaczać"?
Właśnie iPhone mnie poinformował, że dziś przyjedzie kurier z drukarką. Czy wiecie, jak ciężko jest dostać dobrą drukarkę? Ja jeszcze w zeszłym tygodniu nie wiedziałem.
Dwa lata temu do Warszawy kupiłem całkiem fajną drukarkę na nasze potrzeby. Nie był to najtańszy sprzęt, ale za to praktycznie bezobsługowy i śmiesznie tani w eksploatacji. Wadą brak skanera i to, że to drukarka monochromatyczna, ale i tak uważam, że był to strzał w dziesiątkę. W zeszłym tygodniu jednak ostatecznie rodzicom odmówiła współpracy drukarka w jednym ze sklepów, a więc powzięta została decyzja, aby przenieść tam drukarkę z biura, a do biura sprowadzić nową. I tu zaczęła się zabawa. Budżet nie jest najniższy, żadnych specjalnych wymagań… Myślałem sobie, że nie będzie z tym żadnego problemu. Jaki ja byłem naiwny!!!
Wiecie, jak łatwo jest dostać tanią w eksploatacji (a mówiąc tanią mam na myśli przewidywanie drukowania tysięcy stron miesięcznie), szybką, kolorową (bo etykiety), o dużej rozdzielczości, z obsługą druku dwustronnego, skanerem i kopiarką oraz, nie zapominajmy, łącznością bezprzewodową drukarkę? Chętnych zapraszam do zabawy.
Mamy papugę, pamiętacie? No więc Saphira od kilku dni uznała, że ona też będzie robić zapasy makaronu – czy tam ziarna. Przyłapaliśmy ją na tym, że zamiast wyjadać z miseczki, w dziobie zbierała te ziarenka i chowała gdzieś w kącie. Dzisiaj to samo po raz drugi. W sumie zastanawiam się, czy nieco się tym zachowaniem niepokoić, ale żadnych innych zmian nie dostrzegam.
Tyle, że Saphira jest najbardziej przywiązaną do ludzi papugą, jaką widziałem, a nieco z tymi zwierzątkami miałem do czynienia. Siadanie na ramionach, nawet pozwalanie się głaskać się zdarzało, ale nie widziałem jeszcze nigdy ptaka, który przyzwyczaiłby się do tego na taką skalę. Żałuję tylko, że nie nauczyliśmy jej reagować na głos, bo na razie to jest z niej despotka, która przylatuje, kiedy chce i robi, co chce.
Dobra, zasiedziałem się nad edytorem, a pewnie na forum betatesterskich już 50 nowych zgłoszeń błędów. Ja więc was z tego miejsca pozdrawiam i wracam do zastanawiania się, "dlaczego to nie działa".
Z pozdrowieniami,
Dawid Pieper

Opcje zaawansowane nigdy nie będą przyjazne

Wiecie, że ten blog ma już 4 lata? Tak się śmiesznie złożyło, że założyłem go 11 listopada 2016, a więc razem z dniem Niepodległości, świętuję co roku taki mały jubileusz. Myślę, że z racji na tę rocznicę, należy coś napisać.

Obok mnie stoi komputer stacjonarny, na którym instaluje się system Windows 10. I przy okazji wspomniałem dawne czasy.

Ja uwielbiałem instalację Windowsa XP. Przyznać tu należy, że nigdy nie wypracowałem idealnej metody jego stawiania bezwzrokowego. Można użyć instalacji nienadzorowanej, ale to masa roboty. Można użyć 16-bitowego SCR, ale wymagany jest syntezator sprzętowy. Ostatecznie najlepszym rozwiązaniem wymyślonym przeze mnie było podłączanie swojego laptopa do portu RS232 komputera docelowego, odpalanie na nim scr, na swoim laptopie zaś Puttego i po prostu pozwalanie NVDA odczytywać komunikaty. Ale, umówmy się, nie było to jakoś wybitnie dobre rozwiązanie.
Mimo to instalacja XP była procesem niezwykle… klimatycznym, zawsze ją tak odczuwałem. Wciskanie klawiszy na klawiaturze w celu akceptowania licencji (F8 zdaje się), wybór dysku literą C, no miało to coś w sobie. Sam proces był wtedy podzielony na wiele etapów, a w trakcie instalacji pojawiały się pokazy i prezentacje innowacyjnego, nowoczesnego systemu Windows XP. Nie do przecenienia jest też muzyczka słyszana podczas pierwszej konfiguracji, choć usłyszenie jej było sporym wyczynem, gdyż prawdopodobieństwo, że Windows XP posiada sterowniki do naszej karty dźwiękowej, wynosiło jakoś z 1 na 100.

W ogóle Windows XP był dla mnie ostatnim systemem, przy którym w kontakcie z komputerem odczuwało się tę informatyczną magię. Potem wyszedł Windows 7, moim zdaniem system bardzo dobry, ale już obnażony z tej atmosfery nowości i tajemniczości, już zbyt próbował być przyjazny dla użytkownika, zbyt wiele robił w tle.

No i teraz mamy Windowsa 10. W trakcie instalacji widzimy okna o treści "Mamy teraz pewną ważną konfigurację do wykonania", musimy się męczyć, by nie zakładać konta Microsoft i w ogóle cały proces wygląda mi jak wielki wstęp do "szpiegowania by Microsoft", miast stawiania systemu operacyjnego.
Zastanawiam się, dlaczego Microsoft zdecydował się na sprawienie, by instalacja wyglądała, jakby przed komputerem siedział szary użytkownik, który w dodatku ma chyba jakieś problemy z głową, a jego wiedza informatyczna wynosiła mniej niż zero. Z doświadczenia wiem, że i tak nigdy przeciętny użytkownik nie odważy się stawiać tego systemu samemu, chociażbym mu i dopłacił.
Informatyka próbuje udawać prostą i przyjazną, ale to, co w 2005 roku było dla większości ludzi czarną magią, czarną magią pozostało. I prawdopodobnie będzie tak już zawsze.
Microsoft i inne firmy, udając przyjazne instalatory i kreatory, zamieniając "Bluescreena" na ekran ze smutną buźką, usuwając lub ukrywając narzędzia diagnostyczne, tylko utrudniają informatykom życie i sprawiają, że czują się oni traktowani jak idioci. A problemów i tak to nie rozwiązało, nie rozwiązuje i nigdy nie rozwiąże.

Rozkołysanie blogów, nominacja od jamajki

Maju, bardzo dziękuję za nominację! Bardzo mnie ucieszyła, a i pytania wymagały chwili refleksji.

1. Jaka była sytuacja, w której ostatnio ryzykowałeś? Sposób i stopień ryzyka dowolny.

Pierwsza myśl to Infinity, ale to dawno… Ostatnio nic mi się nie przypomina, nawet nie spotykam się ze znajomymi, by o koronawirusie pisać.
Chyba najbardziej emocjonującym ryzykiem ostatnich dni jest znoszenie herbaty. Ale proszę się mi tu nie śmiać, to jest prawdziwe zagrożenie. Bo trzymałem w dwóch kubkach dwie ręce, przepraszam, miało być dwa kubki w dwóch rękach. Gdyby to się wylało, to byłoby… ciepło.
Prawie że zrozumiałem, jak czuł się Luke w trakcie ataku na Gwiazdę Śmierci. Ale u niego ryzyko było mniejsze, bo lasery Imperialne to nic w porównaniu z herbatą, malinową konkretnie!

2. Czy w snach wyłącznie widzisz, co się dzieje, czy jesteś uczestnikiem wydarzeń?

A to zależy od snu, ale zwykle w wydarzeniach uczestniczę. A nawet jak zaczynam obserwować, bardzo często z roli obserwatora staję się uczestnikiem.

3. Jeżeli mógłbyś spotkać się z jakąś postacią na świecie, żyjącą / nieżyjącą, to kto by to był i o co byś zapytał?

Osobą żyjącą byłby chyba Artur Andrus. Wiecie, bardzo mnie ciekawi, jaki jest w takim obejściu codziennym, niescenicznym.
Osób nieżyjących jest tak wiele, a ja mam wybrać tylko jedną? Dobra, chyba Mieszko I. Głównie dlatego, że wreszcie rozwiązałbym wielką zagadkę ludzkości, tj. czy Siemomysł był jego ojcem, czy nie był.

4. Jeśli mógłbyś na, powiedzmy tydzień, wykonywać jakiś zawód, którego teraz lub w przyszłości w żadnym razie nie możesz, to jaki to by był zawód?

Ale nie mogę, bo nie wiąże się to w żaden sposób z moimi zainteresowaniami, czy z powodu tego, że ktoś zgasił światło?
Założę opcję pierwszą, bo ciekawsza. No więc przez tydzień chciałbym być nawigatorem na statku, względnie radiooperatorem. Nie ciągnie mnie na morze tak na stałe, ale morze i żagle kocham i bardzo chętnie taki tydzień bym spędził.

5. Gdyby powstała twoja biografia, jaki byłby jej tytuł?

To jest proste!
"Jak to jest 200 metrów…"

Raz jeszcze bardzo dziękuję. Aż żałuję, że nie mogę nominować ponownie. 🙂

Rozkołysanie blogów, nominacja od Zuzler

Przyznam uczciwie, że już zaczynałem być pewien, że nikt nigdy mnie nie nominuje w moim własnym wyzwaniu. Dziękuję bardzo więc Zuzler za zmianę tego stanu rzeczy. Lecimy!

1. Jakiej czynności naprawdę nie lubisz wykonywać w swoim domu i dlaczego?

Dużo tego, ale chyba najbardziej odkurzać. Nie mam nic do ścierania kurzy czy zmywania podłóg, ale odkurzania nie cierpię. Głównie dlatego, że nie mam kontroli nad tym procesem, nigdy nie wiem, czy się odkurza, czy nie, czy męczę się z odkurzaczem przez pięć minut nad zupełnie czystym metrem kwadratowym podłogi, czy może przeciwnie, uważam coś za już czyste, a to czyste nie jest.
Jak się zmywa podłogę, ściera kurze czy nawet myje okna, zlewy, nawet bawi domestosem, czuć jakiś efekt, chociażby w formie zapachu. Przy odkurzaniu mam wrażenie, że jeżdżę sobie z tym odkurzaczem i niczego to w świecie nie zmienia. 🙂

2. Kupienie lub dostanie czego uważasz za najlepszy interes lub najkorzystniejszą okazję 2020 roku?

Było coś takiego, poważnie. I nie mogę teraz na to wpaść.
Aaa, wiem! Kupiłem sobie taki fajny adapterek na USB-C, mały, podłączany do jednego gniazda USB-C, przez którego można i ładować laptopa, więc praktycznie nie zabiera gniazd, a do tego ma trzy porty USB, jeden RJ45, jeden Jack, HDMI i czytnik kart SD. Moim zdaniem małe cudeńko, bardzo użyteczne, bo teraz zamiast masy kabli i przejściówek, mogę brać tylko jedną.

3. Gdybyś mógł/mogła urodzić się i żyć w innych czasach, ale nie w przyszłości, tylko tych mniej lub bardziej nam znanych, jakie byłyby to czasy i dlaczego?

Niedawno, kilka lat wcześniej, może rok 1985-1990? Dawniej nie żyłoby się niewidomym zbyt fajnie, za to urodzić się 10-15 lat wcześniej byłoby dla mnie o tyle ciekawe, że mógłbym już bardziej świadomie obserwować wielką rewolucję informatyczną, testować Windowsa XP po 98 i tak dalej.

4. Jaka była najśmieszniejsza, najdziwniejsza lub najgłupsza rzecz, jaką kazano Ci zrobić w szkole albo która się tam Tobie zdarzyła?

Nie do końca wiem, jak rozumieć to pytanie, bo najgłupsza może być śmieszna albo żenująca.
Najgłupsza żenująca to, pamiętam, klasa piąta. Zostałem wtedy oskarżony przez kolegów z klasy o rzekome "granie" na laptopie w trakcie lekcji. Żadnych konsekwencji nie wyciągnięto, ale do dziś się zastanawiam, czy nasza wychowawczyni potraktowała te oskarżenia poważnie.
Kto pracował na lekcjach na komputerze i nigdy nie próbował poczytać książki albo zająć się czymkolwiek innym niech pierwszy rzuci kamień! Tylko cały dowcip polega na tym, że wtedy naprawdę byłem niewinny. Nie mówię, że zawsze zajmowałem się lekcjami na lekcjach (wiecie ile książek przeczytałem na polskim w liceum albo matematyce w gimnazjum)? Tylko akurat w sytuacji, w której te oskarżenia padły, po prostu otwierałem na pierwszej lekcji laptopa i pokazały się na ekranie okna niezamknięte z domu. Tak naprawdę regularnie zacząłem zajmować się, nazwijmy to, działalnością poboczną dopiero w gimnazjum, a to dlatego, że matematyka była wtedy najnudniejszym przedmiotem, jaki mogłem sobie wyobrazić.
Z wydarzeń śmiesznych pamiętam dzień Polskiego Czerwonego Krzyża w liceum. To była zabawa, na której jako klasa byliśmy dość zintegrowani. To ważna sprawa, bo na przykład na Otrzęsinach jeszcze się nie znaliśmy i ten dystans był widoczny.
Pamiętam, że z powodu dnia PCK zorganizowane były różne zabawy integracyjne. Tu ogromny plus dla mojej klasy, która, mimo zaleceń organizatorów, bym się jako niewidomy nie bawił, stanęła na wysokości zadania i bardzo się starała mnie włączyć, co z resztą w wielu wypadkach było najśmieszniejszymi aspektami dnia. Nie wdając się w skomplikowane szczegóły, mam w pamięci do dziś żywy obrazek plątaniny ramion Mateusza, kostek Oli i głowy Izy – i biednego, przewróconego na ziemię Dawida, który, z głową na plecach Kingi, zastanawia się, co się właśnie, za słowem któregoś tam roku, odjaniepawliło.

5. Jakie masz podejście do weganizmu, 0 waste i tym podobnych ideologii czy ruchów? Jak myślisz, dałbyś radę przyjąć taki sposób życia?

Nie wiem, czy potrafiłbym zostać weganinem. Uważam, że takie ruchy mają sens w znaczeniu ideologicznym, ale nie praktycznym.
To znaczy kiedy ktoś nie je mięsa z powodu swoich przekonań, pokazuje tym coś światu lub chociaż sobie, jego wola. Jednak jeśli go nie je z powodu, by nie zabijać zwierząt, myślę, że dąży do czegoś niemożliwego, bo zabija chociażby miliony bakterii z każdym krokiem.
Chodzi mi tu o różnicę niejedzenia, by okazać światu, że jest się przeciw zabijaniu zwierząt, a niejedzenia z myślą, że z tego powodu nie zabije się zwierząt.

Raz jeszcze dzięki za nominację!

Lektury Świata Dysku, część 3 #wyzwanieczytelnicze2020

Niespodzianka? Nadal pamiętam! 🙂

Lektury Świata Dysku, część 3

Wydaje mi się, że w tych książkach autor bardziej postanowił wyśmiać świat, niż, jak w późniejszych, skrytykować go. Oczywiście jest tu wiele cennych refleksji, ale te najtrudniejsze powieści dopiero przed nami, o, już w następnym wpisie.

40. Muzyka duszy

Na koniec "Morta", Ysabel – adoptowana córka Śmierci, wraz z jego uczniem Mortem postanawiają się pobrać i przeżyć swoje życie na świecie. I wszystko byłoby prawie normalne, gdyby nie to, że przydarzyło im się urodzić córkę i umrzeć krótko później.
Susan Sto Helit jest całkiem normalną, 16-letnią dziewczyną uczęszczającą do Quirmskiej Pensji dla Młodych Panien. No dobra, prawie normalną, bo większość nastolatek nie umie stawać się niewidzialnymi albo zamrażać czasu. Wszystko to jednak wydaje się po prostu osobliwymi zdolnościami, przynajmniej do czasu, gdy dowiaduje się, że jej dziadek jest chwilowo zajęty i wnuczka musi go zastąpić. Normalna sprawa, zdarza się w każdej rodzinie. Choć chyba mało kto ma dziadka, który jest Śmiercią, a tymczasowym obowiązkiem jest skoszenie kilku dusz.
Co do mnie, to bardzo ucieszyła mnie postać Susan. Śmierć to jedna z najtragiczniejszych postaci Świata Dysku. Bo kto lubi, kocha Śmierć? Kto cieszy się na spotkanie z nim? Chyba tylko osoby o problemach psychicznych. Cieszyło mnie w specyficzny sposób, że doczekał się po tych tysiącach lat wnuczki, która może go po prostu kochać, wygadać się, pokrzyczeć i pozłościć, być. Chyba najbardziej o samotności Śmierci świadczy to, że w "Morcie" próbował znaleźć sobie ucznia.
Przede wszystkim jednak ja tutaj widzę próbę odpowiedzi na trudne pytania o życie, wszechświat i całą resztę. Próbę odszukania sensu życia i śmierci, celu codzienności. To dla mnie także była bardzo poruszająca pozycja.
— Cytat:
ZNOWU TO ROBIĘ! CZEMU MNIE INTERESUJE, CO ZNACZYTO PRZEKLĘTE ZDANIE? ALBO TO, JAK MNIE NAZYWASZ? NIEISTOTNE! PLĄTANIE SIĘ W LUDZKIE SPRAWY PRZYĆMIEWA JASNOŚĆ MYŚLENIA. MOŻESZ MI WIERZYĆ. STARAJ SIĘ NIE MIESZAĆ.
– Ale ja jestem człowiekiem.
NIE MÓWIŁEM, ŻE TO BĘDZIE ŁATWE, PRAWDA? STARAJ SIĘ NIE MYŚLEĆ. NIE ODCZUWAJ.
-Jesteś w tym ekspertem, co? – rzuciła gniewnie Susan.
BYĆ MOŻE, W NIEDALEKIEJ PRZESZŁOŚCI POZWOLIŁEM SOBIE NA JAKIEŚ DRGNIENIE EMOCJI, przyznał Śmierć. ALE MOGĘ Z TEGO ZREZYGNOWAĆ, KIEDYTYLKO ZECHCĘ.
Znowu podniósł klepsydrę.
(…)
NIC WAŻNEGO. FRAGMENT MITOLOGICZNYCH ODPADKÓW. SPRAWY SAME SIĘ UŁOŻĄ, MOŻESZ MI WIERZYĆ.
– Co to znaczy, że same się ułożą?
PRAWDOPODOBNIE ZA KILKA DNI BĘDZIE MARTWY.
Susan spojrzała na życiomierz.
– Przecież to okropne!
(…)
ALE WIĘKSZOŚĆ LUDZI JEST RACZEJ GŁUPIA I MARNUJE SWOJE ŻYCIE. PRZEKONAŁAŚ SIĘ JUŻ? CZYNIE PATRZYŁAŚ Z KONIA W DÓŁ, NA MIASTO, I NIE MYŚLAŁAŚ, JAK BARDZO PRZYPOMINA KOPIEC MRÓWEK PEŁEN ŚLEPYCH STWORZEŃ WIERZĄCYCH, ŻE ICH PRZYZIEMNY MAŁY ŚWIATEK JEST PRAWDZIWY? WIDZISZ OŚWIETLONE OKNA I CHCESZ WIERZYĆ, ŻE KRYJĄ SIĘ ZA NIMI CIEKAWE HISTORIE. ALE WIESZ, ŻE TAK NAPRAWDĘ SĄ ZA NIMI NUDNE DUSZYCZKI, ZWYKLI KONSUMENCI ŻYWNOŚCI, KTÓRZY SWOJE INSTYNKTY BIORĄ ZA EMOCJE, A SWE KRÓTKIE ŻYWOTY ZA ISTOTNIEJSZE OD SZEPTÓW WIATRU.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Tylko że… złamałeś właśnie mnóstwo zasad…
MOŻE CZASAMI SĄ TO TYLKO WSKAZÓWKI.
– Ale moi rodzice jednak zginęli.
NIE MOGŁEM IM DAĆ DŁUŻSZEGO ŻYCIA. MOGŁEM TYLKO OFIAROWAĆ IM NIEŚMIERTELNOŚĆ. UZNALI, ŻE NIE JEST TO WARTE TAKIEJ CENY.
-Ja… chyba wiem, o co im chodziło.
OCZYWIŚCIE, ZAWSZE MOŻESZ MNIE ODWIEDZAĆ.
– Dziękuję.
ZAWSZE BĘDZIESZ TAM MIAŁA DOM. JEŚLI ZECHCESZ.
– Naprawdę?
ZACHOWAM TWÓJ POKÓJ DOKŁADNIE W TAKIM STANIE, WJAKIM GO ZOSTAWIŁAŚ.
– Dziękuję.
POTWORNY BAŁAGAN.
– Przepraszam.
PODŁOGI PRAWIE W OGÓLE NIE WIDAĆ. NAPRAWDĘ MOGŁAŚ TROCHĘ POSPRZĄTAĆ.
– Przepraszam.
W dole zajaśniały światła Quirmu. Pimpuś wylądował delikatnie.
(…)
Śmierć odchrząknął. SĄDZĘ…
– Słucham?
WIEM, ŻE TO WŁAŚCIWIE ŚMIESZNE…
– Co takiego?
NIE ZNAJDZIESZ PRZYPADKIEM CAŁUSA DLA SWOJEGO STAREGO DZIADUNIA?
Susan popatrzyła na niego.
Błękitny blask w oczach Śmierci stopniowo przygasał, a znikające światło wsysało jej spojrzenie, wciągało je w oczodoły i leżącą za nimi ciemność… która trwała i trwała bez końca. Nie było dla niej imienia. Nawet "wieczność" jest ludzkim pojęciem. Nadanie jej nazwy daje jej także długość, choć istotnie wyjątkowo wielką. Ale owa ciemność była tym, co pozostaje, kiedy nawet wieczność się podda. Tam właśnie mieszkał Śmierć. Samotnie.
Przyciągnęła do siebie jego głowę i pocałowała w sam czubek. Czaszka była gładka i biała jak kość, jak kula bilardowa.
— Koniec cytatu.

41. Ciekawe czasy
"

Obyś żył w ciekawych czasach", to na Świecie Dysku klątwa. Bo zwykle czasy ciekawe są mało przyjemne dla żyjących w nich. Znowu Rincewind, który tym razem trafia na Kontynent Przeciwwagi, gdzie właśnie trwają przepychanki polityczne i walka o władzę. Wikipedia twierdzi o tej książce, że symbolizuje ona komunizm, ale ja się nie zgodzę. Ona symbolizuje każdy system rządów.
Opłacanie terrorystów, którzy mają zaatakować własny kraj? Przecież USA tak robiły nie raz i nie dwa. Potajemne wspieranie własnej opozycji, by w odpowiednim momencie przejąć nad nią kontrolę? No pierwsza strona podręcznika "Jak zostać politykiem".
I wszystko by prawdopodobnie się udało, gdyby nie fakt, że Cohen Barbarzyńca z grupą przyjaciół postanowili coś ukraść… Konkretnie… Królestwo.
Nie jestem wielkim fanem Rincewinda i dlatego miejscami książka mnie męczyła. Jednak zdecydowanie nie mogę nie docenić genialnej charakterystyki wielu postaci, ukazania ich naiwności i cynizmu, który przejawia świat.
— Cytat:
Edukacja na Niewidocznym Uniwersytecie działała uświęconą przez wieki metodą umieszczania dużej grupy młodych ludzi w pobliżu dużego zbioru książek, w nadziei że coś przejdzie z jednych na drugich. Tymczasem zainteresowani młodzi ludzie najchętniej umieszczali się w pobliżu oberży i tawern – z tego samego powodu.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Nie zaczynałem jako barbarzyńca. Kiedyś byłem nauczycielem w szkole. (…) Ale zrezygnowałem i postanowiłem zarabiać na życie mieczem.
– Chociaż wcześniej przez całe życie był pan nauczycielem?
– Przyznaję, wymagało to zmiany perspektywy.
– Ale… no… przecież… niedostatki, straszliwe zagrożenia, codzienne narażanie życia…
Saveloy ucieszył się wyraźnie.
– Więc pan też uczył kiedyś w szkole?
— Koniec cytatu.

42. Maskarada

Agnes dokładnie wie, co chce robić. A jeszcze dokładniej, czego nie chce. Nie chce być czarownicą. A chce śpiewaczką operową. No więc zapisuje się do opery, w której całkiem przypadkiem straszy upiór.
W między czasie niania Ogg zarabia kilka milionów na wydanej książce, więc udaje się w podróż życia do Ankh-Morpork razem z babcią Weatherwax. I wspólnie przy okazji postanawiają rozwiązać problem "Upiora w operze". Tylko czy naprawdę upiór istnieje?
Ta powieść, moim zdaniem, skupia się na szaleństwie. Ale nie na szaleństwie w potocznym znaczeniu, a znaczeniu psychologicznym.
— Cytat:
Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Iloraz inteligencji tłumu jest równy IQ najgłupszego jego przedstawiciela podzielonemu przez liczbę uczestników.
— Koniec cytatu.

43. Na glinianych nogach

Wybaczcie, ale ja naprawdę uwielbiam powieści o Straży Miejskiej – i to nie za fabułę, ale poruszane przez nie problemy i płynące z nich refleksje. A tym razem tematem przewodnim są roboty, niewolnictwo i problemy moralne z nimi związane.
Nie nie, nikt oczywiście nie zbudował robotów na Świecie Dysku. Ale magiczne istoty powołane do życia przez kapłanów przed tysiącami lat, zmuszone zaklęciami do przestrzegania co do joty słów umieszczonych na zwitkach papieru w ich głowach, wykonujące najtrudniejsze prace w całym mieście… Najlepiej, by nic się nie zmieniało. Golemy jednak, bo tak istoty te się nazywają, decydują, że muszą mieć króla. Więc tworzą nowego golema i umieszczają mu w głowie słowa takie jak "zaprowadź pokój i sprawiedliwość dla wszystkich", "rządź nami mądrze", "naucz nas wolności". Szczytny cel, ale kończący się katastrofą, bo zamiast dobrego władcy dostają mordercę.
W tej sytuacji Marchewa podejmuje niezwykle kontrowersyjną decyzję. Umieszcza jednemu z golemów w głowie słowa "Jesteś panem swojego losu". I w ten sposób zaczyna się rewolucja.
W tle trwa oczywiście, naprawdę pomysłowy moim zdaniem, kryminał o bardzo zaskakującym zakończeniu.
Jest to pierwsza część przygód Straży Miejskiej, w której organizacja ta nie jest już pośmiewiskiem. Liczy już 54 funkcjonariuszy i staje się siłą, z którą trzeba się liczyć.
— Cytat:
– Czy Wolność Jest Przerażająca?
– Ty to powiedziałeś.
– Mówisz ludziom: Zrzućcie Łańcuchy, A Oni Wykuwają Dla Siebie Nowe??
– Owszem, wydaje się, że to podstawowa ludzka działalność.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Jaka Jest Lepsza Praca Dla Tego, Który Ukochał Wolność, Niż Funkcja Strażnika? Prawo Jest Sługą Wolności. Wolność Bez Ograniczeń To Tylko Słowo.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Vimes westchnął bezgłośnie. Miał notes. Zapisywał w nim notatki. Zawsze był mu przydatny. A potem Sybil, niech bogowie ją błogosławią, podarowała mu piętnastofunkcyjnego chochlika, który robił tak wiele rzeczy… Co prawda, o ile Vimes się zorientował, przynajmniej dziesięć funkcji polegało na przepraszaniu za nieskuteczne działanie pozostałych pięciu.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Nie słuchamy cię! – zawołał kapłan. – Nie jesteś żywy!
Dorfl kiwnął głową.
– Stwierdzenie To Jest Zasadniczo Prawdziwe.
– Widzicie? Sam się przyznał!
– Proponuję, Żebyście Wzięli Mnie, Rozbili, Odłamki Roztłukli Na Kawałki, A Kawałki Roztarli Na Proszek, Po Czym Przemielili Je Na Najdrobniejszy Z Możliwych Pył. Wierzę Wam, Że Nie Znajdziecie W Nim Nawet Jednego Atomu Życia…
– To prawda! Tak zróbmy!
– Jednakże, Aby W Pełni Przetestować Tezę, Jeden Z Was Musi Zgodzić Się Poddać Temu Samemu Procesowi.
Zapadła cisza.
– To nie fair – stwierdził po chwili jeden z kapłanów. – Przecież potem wystarczy ulepić cię z tego pyłu i wypalić, a znowu będziesz żywy…
Tym razem milczenie trwało dłużej.
– Czy tylko mnie się tak wydaje – rzekł w końcu Ridcully – czy stąpamy tu po śliskim teologicznym gruncie?
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Vetinari odwrócił się gwałtownie.
– Rada Kościołów, Świątyń, Świętych Gajów i Wielkich, Groźnie Wyglądających Głazów żąda… no, kilku rzeczy, z których pewne wymagają dzikich koni. Na początek jednak chcą, żebym pana zwolnił.
– Doprawdy, sir?
– Otrzymałem łącznie siedemnaście listów żądających pańskiej odznaki. Niektórzy chcieli, żeby dołączyć do niej pewne części pańskiego ciała. Dlaczego musi pan wszystkich irytować?
– Myślę, że to wrodzony talent, sir.
– Ale co pan właściwie chciał osiągnąć?
– No więc, sir, skoro pan pyta, to odkryliśmy, kto zamordował ojca Tubelceka i pana Hopkinsona, i kto podawał panu truciznę, sir. – Vimes przerwał na chwilę. – Dwa z trzech to niezły wynik, sir.
Vetinari znowu zajrzał do papierów.
– Właściciele zakładów, skrytobójcy, kapłani, rzeźnicy… wydaje się, że doprowadził pan do furii większość liczących się osób w tym mieście. – Westchnął. – Doprawdy, nie mam chyba wyboru. Od tego tygodnia podnoszę panu pensję.
— Koniec cytatu.

44. Wiedźmikołaj

Gildia skrytobójców miewała najdziwniejsze zlecenia, ale zabicie Wiedźmikołaja (Dyskowego odpowiednika Mikołaja) zdecydowanie mieści się w czołówce ich listy. Susan, wnuczka śmierci, jest 19-letnią guwernantką. Można sobie wyobrazić więc jej zdumienie, gdy do domu przybywa dziadek przebrany za Wiedźmikołaja i zaczyna rozdawać dzieciom prezenty. Na Niewidocznym Uniwersytecie mają w tym czasie zaś pewien problem. Mianowicie przypadkiem stworzyli potwora pożerającego skarpetki.
W międzyczasie na całym Świecie Dysku dzieci zaczynają dostawać prezenty, o których marzyły. I oto setki Dyskowych matek przeraziły się, odnajdując w domu konia czy miecz kawalerzysty.
Susan postanawia więc zbadać sprawę w towarzystwie boga kaca, zwanego "Obogiem". A skąd takie imię? A no to jasne, że ludzie, budząc się skacowani, mówią tylko "O boże". No i zostało!
Mimo absurdalności całej sytuacji, i tutaj przemycono pewne przesłanie. Pratchett pochyla się tu nad istotą kultury, legend i baśni. Dochodzi do wniosku, że "Gdyby nie było Wiedźmikołaja, Słońce by nie wzeszło". Co najwyżej "ZWYKŁA KULA PŁONĄCYCH GAZÓW ROZJAŚNIŁABY ŚWIAT." Ale to już nie to samo.
— Cytat:
LUDZIE POTRZEBUJĄ FANTAZJI, ŻEBY BYĆ LUDŹMI. ŻEBY BYĆ TYM MIEJSCEM, GDZIE SPADAJĄCY ANIOŁ SPOTYKA SIĘ Z WSTĘPUJĄCĄ MAŁPĄ.
-Wróżki Zębuszki? Wiedźmikołaje? Małe…
TAK. JAKO ĆWICZENIE. MUSICIE ZACZĄĆ OD NAUKI WIARY W MAŁE KŁAMSTWA.
-Żebyśmy potem mogli uwierzyć w wielkie?
TAK. SPRAWIEDLIWOŚĆ. MIŁOSIERDZIE. OBOWIĄZEK. TAKIE RZECZY.
– To przecież całkiem co innego!
TAK MYŚLISZ? WEŹ ZATEM WSZECHŚWIAT I ROZGNIEĆ GO NA NAJDROBNIEJSZY PYŁ, PRZESIEJ PRZEZ NAJDROBNIEJSZE SITO, A POTEM POKAŻ MI CHOCIAŻ JEDEN ATOM SPRAWIEDLIWOŚCI, JEDNĄ MOLEKUŁĘ MIŁOSIERDZIA. A JEDNAK… Śmierć machnął ręką. A JEDNAK DZIAŁACIE, JAK GDYBY ISTNIAŁ JAKIŚ IDEALNY PORZĄDEK ŚWIATA, JAK GDYBY BYŁA WE WSZECHŚWIECIE JAKAŚ… JAKAŚ SŁUSZNOŚĆ, WEDŁUG KTÓREJ MOŻNA GO OCENIAĆ.
– No tak, ale przecież ludzie muszą w to wszystko wierzyć, inaczej nie ma sensu…
WŁAŚNIE O TO MI CHODZI.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Nadzieja jest ważna. Nadzieja, istotna część wiary. Dać ludziom dżem dzisiaj, a siądą i zwyczajnie go zjedzą. Za to dżem jutro podtrzymuje ich bez końca.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
CHŁOP MA GARŚĆ FASOLI, A KRÓL MA TYLE, ŻE NAWET NIE ZAUWAŻY TEGO, CO ODDA. CZY TO SPRAWIEDLIWE?
– No tak, ale gdyby wszystko oddać chłopu, to za rok czy dwa będzie tak samo zarozumiały jak król… – zaczął Albert, cyniczny obserwator ludzkiej natury.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Strasznie ich dużo… – szepnął Bilious.
– Przynajmniej dwadzieścia milionów, jeśli wziąć pod uwagę rozmiar przeciętnego zęba mlecznego – odparła Susan. Ze zdumieniem odkryła, że wynik ten podała automatycznie, bez zastanowienia.
– Skąd możesz to wiedzieć?
– Objętość stożka – wyjaśniła. – Pi razy kwadrat promienia razy wysokość podzielić na trzy. Pani Butts nie podejrzewała nawet, mogę się założyć, że ta informacja przyda mi sie w takim miejscu.
— Koniec cytatu.

45. Bogowie, honor, Ankh-Morpork

Istnieją najróżniejsze, najgłupsze sposoby wywoływania wojny. Od, na przykład pokłócenie się o niewielką wyspę, którą można obejść w ciągu paru minut. Dochodzi więc do konfliktu zbrojnego, a w synach miasta Ankh-Morpork nagle rodzą się wielkie, patriotyczne zapędy. Konflikt jest tak absurdalny, że z początku nikt nie bierze go pod uwagę, a potem jest już za późno.
Komendant Vimes ze swoją Strażą Miejską postanawiają złamać otrzymane rozkazy, odzyskać porwaną Anguę i spróbować jakoś zapobiec konfliktowi. Towarzyszy im pewien magiczny terminarz, który jednak w wyniku błędu, miast przypominać o ważnych zdarzeniach, zaczyna opowiadać o tym, co by się stało, gdyby strażnicy nie wyruszyli na tę wyprawę. Wreszcie wypowiada znamienne "…biip… Zadania na dzisiaj: Zginąć…"
Powieść próbuje odpowiedzieć, gdzie jest granica między prawem a moralnością, kiedy prawa się przestrzega, a kiedy przestrzeganie go jest złe. Kto sądzi sędziów?
— Cytat:
O wiele łatwiej wyobrażać sobie ludzi w jakimś zadymionym pokoiku, obłąkanych i cynicznych od przywilejów i władzy, konspirujących nad kieliszkiem brandy. Tego obrazu trzeba się trzymać, bo jeśli nie, trzeba by się pogodzić z innym faktem: złe rzeczy zdarzają się, ponieważ zwyczajni ludzie, którzy szczotkują psa i opowiadają dzieciom bajki na dobranoc, potrafią potem wyjść i zrobić coś strasznego innym zwyczajnym ludziom.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Veni, vidi, vici. Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem.
Vimes zawsze uważał to za wypowiedź nazbyt gładką. Takich słów nie wymyśla się pod wpływem chwili. Brzmiały, jakby ułożył je sobie wcześniej. Prawdopodobnie spędzał w namiocie długie noce, przeglądał słownik i szukał krótkich słów zaczynających się na V. Veni, verdi, vomui – przybyłem, zzieleniałem, zwymiotowałem? Visi, veneri, vamoosi – odwiedziłem, złapałem wstydliwą chorobę, uciekłem? Na pewno z ulgą odkrył trzy krótkie, sensowne słowa. Pewnie ułożył je najpierw, a potem ruszył, żeby zobaczyć coś i podbić.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Vimes, ty naprawdę oszalałeś – oburzył się Rust. – Nie możesz aresztować dowódcy armii!
– Prawdę mówiąc, panie Vimes, sądzę, że możemy – oświadczył Marchewa. – A także armię. To znaczy, nie widzę powodów, które by to uniemożliwiały. Możemy ich oskarżyć o zachowanie zmierzające do zakłócenia spokoju, sir. Przecież na tym właśnie polega wojna.
Na twarzy Vimesa pojawił się maniakalny uśmiech.
– To mi się podoba.
– Ale uczciwie mówiąc, nasza… to znaczy armia Ankh-Morpork… także…
– Więc lepiej ich też aresztujcie. Aresztujcie wszystkich. Spisek zmierzający do zakłócenia porządku publicznego… – Zaczął odliczać na palcach. – Posiadanie narzędzi przestępstwa, utrudnianie ruchu, groźby karalne, włóczęgostwo złośliwe, włóczęgostwo zbiorowe, ha, wyprawy w celu popełnienia przestępstwa, świadome stawianie oporu i noszenie ukrytej broni.
(…)
– Vimes, rozkazuję ci, żebyś natychmiast odzyskał zmysły! – ryknął lord Rust. – Za długo siedziałeś na słońcu?
– A, to doliczymy jego lordowskiej mości jako obraźliwe zachowanie.
Książę wciąż przypatrywał się Vimesowi.
– Poważnie sądzi pan, że może aresztować armię? A może wydaje się panu, że dysponuje większą armią?
– Nie jest mi potrzebna – odparł Vimes. – Siła przyłożona we właściwym punkcie, jak powiada Tacticus. A to właśnie ten punkt, na samym czubku kuszy Ahmeda. Nie przestraszyłoby to D’rega, ale pan… pan na pewno nie myśli tak jak oni. Proszę polecić swoim żołnierzom, by złożyli broń. Chcę, żeby taki rozkaz padł natychmiast.
— Koniec cytatu.

46. Ostatni kontynent

Rincewind naprawdę nie chce zbawiać świata. Czemu więc tak ten świat usilnie chce być przez niego, akurat niego zbawiony? Tym razem trafia na kontynent XXXX, który większość osób uważa za miejsce mityczne. Grupa akademików z Niewidocznego Uniwersytetu zaś, całkiem przypadkiem, cofa się o kilka tysiącleci w czasie.
Nie lubię… dobra, już to mówiłem tyle razy, że podaruję sobie. 🙂
— Cytat:
Słowo "przyjaciel" wyskoczyło na płaty czołowe mózgu Rincewinda. Istnieje wiele powodów, by się z kimś zaprzyjaźnić. Fakt, że ów ktoś trzyma wymierzoną w ciebie śmiercionośną broń, według Rincewinda zaliczał się do pierwszej czwórki.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Ludzie nie żyją na Dysku, tak samo jak nie żyją na kulach w innych, nie aż tak ręcznie modelowanych okolicach wszechświata. Owszem, planety są może tym miejscem, gdzie ich ciało wchłania herbatę, ale żyją całkiem gdzie indziej: we własnych światach, bardzo wygodnie orbitujących wokół środków ich głów.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
-Jesteśmy uniwersytetem, musimy mieć bibliotekę. Jakimi bylibyśmy ludźmi gdybyśmy do niej nie chodzili?
-…Studentami.
— Koniec cytatu.