Nigdy nie udawałem, że jestem normalny

Astronomowie z Europejskiej Agencji Kosmicznej potwierdzają start niezidentyfikowanego obiektu z terytorium Środkowej Europy. Czy jest to nielegalna próba rakietowa?
W ogniu zaostrzającego się konfliktu, pytań i niepewności, grupa… niewidomych… próbuje rozstrzygnąć zagadkę. Po długotrwałych obliczeniach okazuje się, że obiekt zagrażający Międzynarodowej Stacji Kosmicznej jest maszyną brajlowską Perkins.
Czy zdążą na czas przekazać swoje wyniki? Kto odpowiada za start tej niecodziennej satelity? Czy załoga ISS zdoła przetrwać?
Czy uratować ich przyjdzie polskim brajlistom?
"Punkty w czerni", wkrótce w kinach!

Lektury lutego #wyzwanieczytelnicze2020

Przymierzamy się do zamontowania na domu fotowoltaiki. Na razie jednak jest z tym więcej problemów, niż pożytku. A wszystko przez jeden program.
Uznałem, że wykażę się matematyczną sztuką i napiszę program, który obliczy optymalne ustawienie i kąty paneli fotowoltaicznych dla najlepszej mocy układu. I wszystko pięknie ładnie, program działa. Wcześniej jednak napisałem podsumowanie lutowej listy lektur, a że dość pospiesznie plik zapisywałem do późniejszej korekty, nazywał się d.txt. Potem zaś, by przejrzeć na spokojnie dane w jakim notatniku, kazałem zapisać mojemu programowi je w tymczasowym pliku, który postanowiłem nazwać… d.txt. I tak oto zestawienie lektur zamieniło się na obliczenia ustawienia paneli fotowoltaicznych, swoją drogą paneli czterdziestu trzech, gdyby to kogoś interesowało.
Nie pozostaje więc nic innego, jak zacząć od nowa.

Lektury przeczytane przeze mnie w lutym

Jak przewidywałem, lista krótsza od styczniowej, pozycji w sumie jest dziewięć.
W lutym trafił mi się dość mroczny zestaw – mroczny przynajmniej o tyle, że niewiele było tu pozytywnych lub pięknych zakończeń. Postanowiłem nadrobić nieco nieznanej mi klasyki, a klasyka ma jakoś taki dziwny zwyczaj bycia lekko demotywującą.

16. Stephen G. Michaud, Beck Weathers, "Everest – na pewną śmierć"

Autobiografia… 10 maja 1996 roku na Mount Evereście doszło do burzy, w której zginęło dziewięciu wspinaczy. Beck, który cudem przeżył te wydarzenia, wspomina zmianę, jaka zaszła w jego życiu. Pochłonięty swoimi pasjami zagubił gdzieś rodzinę. Na całe tygodnie znikał. Perspektywa śmierci stała się dla niego początkiem nowego życia.
Książkę czytałem bardzo szybko i przyjemnie. Tematyka himalaistyczna mnie interesowała, uznajmy, w stopniu umiarkowanym – czasem coś przeczytałem czy usłyszałem. Koleżanką z klasy mojej mamy jest polska himalaistka Kinga Baranowska, więc siłą rzeczy jakoś tam o temat się otarłem. Nigdy jednak nie była to moja pasja. "Na pewną śmierć" nie opowiada jednak o samych górach, a raczej o przemianie w życiu człowieka.
Jest jednak taka jedna rzecz, a nawet dwie rzeczy, które mnie w tej historii zastanawiają.
Po pierwsze, Beck porzucił wspinaczkę. I nie ma czemu się w sumie dziwić – zwłaszcza, że musiano dokonać amputacji. Zastanawia mnie jednak może nie wyrażone bezpośrednio, ale jakoś w tle przeze mnie dostrzegane potempienie dla Himalaizmu – takie słowa "I poco ja, my to robimy?" Nie powiem, że kiedykolwiek to zrozumiem. Wiem jednak, że ludzie mają różne pasje, a choć wspinaczka górska wydać się może ekstremalna i zbędna, dla mnie jest w niej coś bardzo szlachetnego.
Po drugie, wina zawsze leży częściowo po dwóch stronach. Może przesuwać się ciężar odpowiedzialności, można szukać bezpośrednich przyczyn, ale żadne trudne sytuacje rodzinne nie wynikają tylko z jednego ogniwa. I czytając tę powieść utwierdzałem się tylko w przekonaniu, że czegoś tu bardzo brakuje. Czy Beck czynił dobrze, zostawiając tak rodzinę samą sobie? Nie, nie czynił. Czy jednak ta rodzina próbowała mu pomóc, zrozumieć?
Mimo to "Na pewną śmierć" zdecydowanie polecam.

17. Jane Austen, "Duma i uprzedzenie"

Nie umiem pojąć, jak to się stało, że aż do tego roku nie zapoznałem się z tą powieścią – zwłaszcza, że miałem po nią sięgnąć jakoś od końca gimnazjum. Kiedy jednak szukałem następnej lektury, ta wylatywała mi z głowy, a gdy o niej pamiętałem, byłem w połowie cyklu lub w innej, podobnej sytuacji.
Przełom XVIII i XIX wieku. Do pewnej wsi przybywa bogaty człowiek z miasta. Historia pięciu sióstr w tym czasie. Co więcej napisać?
Powieść tak bardzo obyczajowa, że każda próba opisywania fabuły stawałaby się streszczeniem. A jednak bardzo mnie wciągnęła. Tego typu dobrze napisane książki lepiej niż jakiekolwiek podręczniki ukazują psychologie, tradycję i kulturę określonego miejsca i czasu.
Chyba najsmutniejsze jest w tym wszystkim to, że nadal dziś mamy taki problem z tytułowymi dumą i uprzedzeniami. Podobnie jak bohaterki powieści, tak często i my oceniamy ludzi po tym, co nam się wydaje, albo na podstawie plotek, przekazywanych szeptem podczas przyjęć.
Zdecydowanie polecam tym, którzy nie potrzebują wartkiej akcji i licznych przygód, a ze swej strony tylko dodam, że pod pewnymi względami cieszę się, że jednak mamy XXI wiek. Czy to dobrze, czy też źle o nas świadczy nie wiem, ale tamto życie wydawało się takie bardzo poważne i nudne.

18. F. Scott Fitzgerald, "Wielki Gatsby"

O tej powieści wiele napisano i na różne sposoby interpretowano, czym jest. Dla mnie jest przede wszystkim historią o tym, jak bardzo można zagubić się w pogoni za czymś, co nie istnieje.
Stany Zjednoczone kilka lat po I Wojnie Światowej. Główny bohater zamieszkuje w domu nieopodal bogatej posiadłości człowieka imieniem Gatsby, o którym krążą przeróżne plotki, podejrzewa się go nawet o morderstwo. Wszystko ze względu na dość nietypowy styl życia Gatsby’ego, który regularnie wyprawia w swym domu huczne przyjęcia i zdaje się średnio interesować w ogóle tym, kto jest zaproszony, a kto nie – kto tańcuje, a kto leży upity pod drzewem.
Prawda jest jednak, oczywiście, zupełnie inna, a wszystko to, bogactwa, przyjęcia, samochody i domy zdobył w pogoni za iluzją, która nigdy nie była rzeczywista. I wcale nie chodzi tu o iluzję bogactwa.
"Wielki Gatsby" to powieść o niezwykłej podłości, ale i honorze i szlachetności. Pokazuje tak skrajnie różne postawy ludzkie. Bogacz wcale nie musi być zarozumiały i podły, a piękna kobieta dobra i wierna.
Choć niewiele optymizmu płynie z tej lektury, zdecydowanie jakoś tak porusza za serce i zachęca do wielu, bardzo wielu refleksji nad sobą i światem.

19. John Steinbeck, "Ludzie i myszy"

Myśl, że w sumie prawie niczym nie różnimy się często od takich małych gryzoni włażących nam do domów niekoniecznie jest przyjemna, ale trudno się jej oprzeć po przeczytaniu "Ludzi i myszy". I wcale nie jest to powieść fantastyczna o "Mousemanie".
Dwóch przyjaciół poszukuje pracy na farmie, łapiąc się od zajęcia do zajęcia, marząc o kupnie własnej ziemi, choć bez realnych perspektyw. Są jak liście rzucane przez wiatr. I pewnie tyle można powiedziećby o całym ich życiu, gdyby nie pewna przeszkoda. Jeden z nich jest upośledzony umysłowo i pewnego dnia nieświadomie dokonuje morderstwa.
To przede wszystkim powieść o najtrudniejszych decyzjach w przyjaźni. O wiernej przyjaźni, w której wierność wobec druha musi podyktować decyzję o jego zastrzeleniu. Powieść, w której wszystkie wartości wydają się powykręcane ukazane za jakimś bardzo brudnym oknem. Autor pokazuje, że to, co wydaje się złem, czasem może być największym dobrem; a pozornie słuszne czyny prowadzić mogą do katastrofy.
Lekturę zdecydowanie polecam, ale chyba na taki jeden raz w życiu. Bo ja raczej wrócić do niej już nie zdołam.

20. Emily Brontë, "Wichrowe wzgórza"

Jeśli to możliwe, staram się zapoznać z informacjami o powieści i autorze już po skończonej lekturze. Wszystko dlatego, by nie wpływały one na obraz. W wypadku "Wichrowych wzgórz" wystarczyło mi przeczytanie kilku pierwszych stron, by wiedzieć, że mam do czynienia z romantyzmem w najklasyczniejszym z wydań. I, rzeczywiście, "Wichrowe wzgórza" uważa się za jeden z najwybitniejszych tekstów romantyzmu brytyjskiego.
Mamy tu zasadniczo wszystko, co potrzebuje powieść romantyczna. Jest miłość wbrew rozsądkowi, są wydarzenia, które trudno wyjaśnić naukowo, a jednak przecież można, są ludzie o charakterach przerysowanych tak, że książka mogłaby chyba świecić na półce. Ogólnie mamy lekturę, która Dawida Piepera wciągnęła i nie wypuściła do ostatniej strony, choć już od początku domyślał się zakończenia.
"Wichrowe wzgórza" to ukazanie tego, jak bardzo podli mogą być ludzie i że wcale podłość, zło i okrucieństwo nie kreślą ich zdolności do miłości. Szokujące jest dla mnie na kartach tej powieści, ile zła może kryć się w człowieku – chociażby i fikcyjnym, ale także ile miłości i cierpliwości może okazać mu ktoś inny.
Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy mają zamiar poznać romantyzm inny,, niż "ickiewicz wielkim poetą był".

21. Kazuo Ishiguro, "Okruchy dnia"

Świetna powieść o niczym – gdybym miał "Okruchom dnia" ułożyć reklamę, właśnie taki slogan bym stworzył. Choć istnieje także spore ryzyko, że byłby to natychmiastowy koniec mojej reklamotwórczej kariery.
Są to wspomnienia kamerdynera fikcyjnego angielskiego lorda, który pierwszy raz udaje się w podróż po Anglii, a przy okazji wspomina swoje życie. Całe życie służył u lorda, który swoją polityką tylko szkodził Anglii – próby układania się z Hitlerem, chwilowe zainteresowanie antysemityzmem… A jednak wydaje się dobrym człowiekiem. Pojawia się pytanie: czy był człowiekiem dobrym, czy też to przywiązanie głównego bohatera jako dobrego go kreśli?
W książce pojawia się wiele pytań, na które musimy sobie odpowiedzieć, dotyczących godności, tożsamości i lojalności, a przy okazji odkrywać możemy tradycje domów szlacheckich w Anglii międzywojennej.
I choć wydawać się może, że to naprawdę książka o niczym, zdecydowanie tak nie jest.

22. Colleen McCullough, "Ptaki ciernistych krzewów"

"Za późno. Po prostu za późno." – takie były moje refleksje po lekturze tej powieści. Rzecz toczy się w Australii w latach 1915-1969 i zasadniczo jest doskonałym przepisem na wielopokoleniową katastrofę. I to wcale nie dlatego, że bohaterowie są źli, wręcz przeciwnie.
Dla mnie "Ptaki ciernistych krzewów" na pierwszym miejscu są ostrzeżeniem, do czego prowadzi pogubienie się w codzienności – do odkrycia, że się kocha swoją żonę, dzieci, rodziców, gdy jest już zbyt późno.
W wielu opisach możemy przeczytać, że jest to historia tragicznej miłości Australijskiej dziewczyny Meggie i księdza Ralfa de Bricassart. To jednak nie jest pełny obraz wydarzeń. Powieść dotyczy przede wszystkim sytuacji rodziny, w której przy dobrych chęciach, wzajemnej miłości i trosce, o tych chęciach, miłości i trosce zapomniano. W pogoni codziennych spraw, pod wpływem różnych ran, po prostu z czasem roztopiły się uczucia – choć przecież nigdy nie znikły.
Wspomniany romans także wcale nie jest w żaden bezpośredni sposób związany z celibatem, nie w znaczeniu fabularnym. Równie dobrze można przenieść tę historię do średniowiecza i przedstawić miłość chłopki do szlachcica – na to samo by wyszło.
To niesamowita, dobrze napisana, ale trudna powieść opowiadająca o wielu problemach i trudnościach, których przezwyciężyć się po prostu nie da. Skłania do wielu refleksji o tym, ilu cierpień dałoby się uniknąć, gdyby tylko na czas sobie przypomnieć o innych ludziach wokół nas.
Gorąco zachęcam do lektury, choć ze swej strony przyznaję, że cieszy mnie niezmiernie, iż choć kilku bohaterów na końcu ma szanse wyrwać się z rodzinnej sytuacji. Gdyby nie oni, naprawdę nie wiem, na ile bym się po lekturze pozbierał.

23-24. Artur Andrus, "Blog osławiony między niewiastami" oraz "Vietato fumare"

Te dwie książki stanowią zbiór satyryczno-komicznych wpisów z bloga Artura Andrusa – reportera pracującego niegdyś w Radiowej Trójce. Trudno napisać jakiekolwiek streszczenie, bo – jak to na blogu – jest tu po prostu wszystko. Wierszyki, satyryczne komentarze do sytuacji społecznej, a nawet refleksje o znaczeniu metafizycznym znaków drogowych. Prócz wszystkiego miło było wrócić w takiej kapsule czasu i raz jeszcze powspominać, co to w tej Polsce się działo i o czym się mówiło tych 10 lat temu.
Spontaniczne i trudne do powstrzymania wybuchy śmiechu gwarantowane.