Lektury Świata Dysku, część 3 #wyzwanieczytelnicze2020

Niespodzianka? Nadal pamiętam! 🙂

Lektury Świata Dysku, część 3

Wydaje mi się, że w tych książkach autor bardziej postanowił wyśmiać świat, niż, jak w późniejszych, skrytykować go. Oczywiście jest tu wiele cennych refleksji, ale te najtrudniejsze powieści dopiero przed nami, o, już w następnym wpisie.

40. Muzyka duszy

Na koniec "Morta", Ysabel – adoptowana córka Śmierci, wraz z jego uczniem Mortem postanawiają się pobrać i przeżyć swoje życie na świecie. I wszystko byłoby prawie normalne, gdyby nie to, że przydarzyło im się urodzić córkę i umrzeć krótko później.
Susan Sto Helit jest całkiem normalną, 16-letnią dziewczyną uczęszczającą do Quirmskiej Pensji dla Młodych Panien. No dobra, prawie normalną, bo większość nastolatek nie umie stawać się niewidzialnymi albo zamrażać czasu. Wszystko to jednak wydaje się po prostu osobliwymi zdolnościami, przynajmniej do czasu, gdy dowiaduje się, że jej dziadek jest chwilowo zajęty i wnuczka musi go zastąpić. Normalna sprawa, zdarza się w każdej rodzinie. Choć chyba mało kto ma dziadka, który jest Śmiercią, a tymczasowym obowiązkiem jest skoszenie kilku dusz.
Co do mnie, to bardzo ucieszyła mnie postać Susan. Śmierć to jedna z najtragiczniejszych postaci Świata Dysku. Bo kto lubi, kocha Śmierć? Kto cieszy się na spotkanie z nim? Chyba tylko osoby o problemach psychicznych. Cieszyło mnie w specyficzny sposób, że doczekał się po tych tysiącach lat wnuczki, która może go po prostu kochać, wygadać się, pokrzyczeć i pozłościć, być. Chyba najbardziej o samotności Śmierci świadczy to, że w "Morcie" próbował znaleźć sobie ucznia.
Przede wszystkim jednak ja tutaj widzę próbę odpowiedzi na trudne pytania o życie, wszechświat i całą resztę. Próbę odszukania sensu życia i śmierci, celu codzienności. To dla mnie także była bardzo poruszająca pozycja.
— Cytat:
ZNOWU TO ROBIĘ! CZEMU MNIE INTERESUJE, CO ZNACZYTO PRZEKLĘTE ZDANIE? ALBO TO, JAK MNIE NAZYWASZ? NIEISTOTNE! PLĄTANIE SIĘ W LUDZKIE SPRAWY PRZYĆMIEWA JASNOŚĆ MYŚLENIA. MOŻESZ MI WIERZYĆ. STARAJ SIĘ NIE MIESZAĆ.
– Ale ja jestem człowiekiem.
NIE MÓWIŁEM, ŻE TO BĘDZIE ŁATWE, PRAWDA? STARAJ SIĘ NIE MYŚLEĆ. NIE ODCZUWAJ.
-Jesteś w tym ekspertem, co? – rzuciła gniewnie Susan.
BYĆ MOŻE, W NIEDALEKIEJ PRZESZŁOŚCI POZWOLIŁEM SOBIE NA JAKIEŚ DRGNIENIE EMOCJI, przyznał Śmierć. ALE MOGĘ Z TEGO ZREZYGNOWAĆ, KIEDYTYLKO ZECHCĘ.
Znowu podniósł klepsydrę.
(…)
NIC WAŻNEGO. FRAGMENT MITOLOGICZNYCH ODPADKÓW. SPRAWY SAME SIĘ UŁOŻĄ, MOŻESZ MI WIERZYĆ.
– Co to znaczy, że same się ułożą?
PRAWDOPODOBNIE ZA KILKA DNI BĘDZIE MARTWY.
Susan spojrzała na życiomierz.
– Przecież to okropne!
(…)
ALE WIĘKSZOŚĆ LUDZI JEST RACZEJ GŁUPIA I MARNUJE SWOJE ŻYCIE. PRZEKONAŁAŚ SIĘ JUŻ? CZYNIE PATRZYŁAŚ Z KONIA W DÓŁ, NA MIASTO, I NIE MYŚLAŁAŚ, JAK BARDZO PRZYPOMINA KOPIEC MRÓWEK PEŁEN ŚLEPYCH STWORZEŃ WIERZĄCYCH, ŻE ICH PRZYZIEMNY MAŁY ŚWIATEK JEST PRAWDZIWY? WIDZISZ OŚWIETLONE OKNA I CHCESZ WIERZYĆ, ŻE KRYJĄ SIĘ ZA NIMI CIEKAWE HISTORIE. ALE WIESZ, ŻE TAK NAPRAWDĘ SĄ ZA NIMI NUDNE DUSZYCZKI, ZWYKLI KONSUMENCI ŻYWNOŚCI, KTÓRZY SWOJE INSTYNKTY BIORĄ ZA EMOCJE, A SWE KRÓTKIE ŻYWOTY ZA ISTOTNIEJSZE OD SZEPTÓW WIATRU.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Tylko że… złamałeś właśnie mnóstwo zasad…
MOŻE CZASAMI SĄ TO TYLKO WSKAZÓWKI.
– Ale moi rodzice jednak zginęli.
NIE MOGŁEM IM DAĆ DŁUŻSZEGO ŻYCIA. MOGŁEM TYLKO OFIAROWAĆ IM NIEŚMIERTELNOŚĆ. UZNALI, ŻE NIE JEST TO WARTE TAKIEJ CENY.
-Ja… chyba wiem, o co im chodziło.
OCZYWIŚCIE, ZAWSZE MOŻESZ MNIE ODWIEDZAĆ.
– Dziękuję.
ZAWSZE BĘDZIESZ TAM MIAŁA DOM. JEŚLI ZECHCESZ.
– Naprawdę?
ZACHOWAM TWÓJ POKÓJ DOKŁADNIE W TAKIM STANIE, WJAKIM GO ZOSTAWIŁAŚ.
– Dziękuję.
POTWORNY BAŁAGAN.
– Przepraszam.
PODŁOGI PRAWIE W OGÓLE NIE WIDAĆ. NAPRAWDĘ MOGŁAŚ TROCHĘ POSPRZĄTAĆ.
– Przepraszam.
W dole zajaśniały światła Quirmu. Pimpuś wylądował delikatnie.
(…)
Śmierć odchrząknął. SĄDZĘ…
– Słucham?
WIEM, ŻE TO WŁAŚCIWIE ŚMIESZNE…
– Co takiego?
NIE ZNAJDZIESZ PRZYPADKIEM CAŁUSA DLA SWOJEGO STAREGO DZIADUNIA?
Susan popatrzyła na niego.
Błękitny blask w oczach Śmierci stopniowo przygasał, a znikające światło wsysało jej spojrzenie, wciągało je w oczodoły i leżącą za nimi ciemność… która trwała i trwała bez końca. Nie było dla niej imienia. Nawet "wieczność" jest ludzkim pojęciem. Nadanie jej nazwy daje jej także długość, choć istotnie wyjątkowo wielką. Ale owa ciemność była tym, co pozostaje, kiedy nawet wieczność się podda. Tam właśnie mieszkał Śmierć. Samotnie.
Przyciągnęła do siebie jego głowę i pocałowała w sam czubek. Czaszka była gładka i biała jak kość, jak kula bilardowa.
— Koniec cytatu.

41. Ciekawe czasy
"

Obyś żył w ciekawych czasach", to na Świecie Dysku klątwa. Bo zwykle czasy ciekawe są mało przyjemne dla żyjących w nich. Znowu Rincewind, który tym razem trafia na Kontynent Przeciwwagi, gdzie właśnie trwają przepychanki polityczne i walka o władzę. Wikipedia twierdzi o tej książce, że symbolizuje ona komunizm, ale ja się nie zgodzę. Ona symbolizuje każdy system rządów.
Opłacanie terrorystów, którzy mają zaatakować własny kraj? Przecież USA tak robiły nie raz i nie dwa. Potajemne wspieranie własnej opozycji, by w odpowiednim momencie przejąć nad nią kontrolę? No pierwsza strona podręcznika "Jak zostać politykiem".
I wszystko by prawdopodobnie się udało, gdyby nie fakt, że Cohen Barbarzyńca z grupą przyjaciół postanowili coś ukraść… Konkretnie… Królestwo.
Nie jestem wielkim fanem Rincewinda i dlatego miejscami książka mnie męczyła. Jednak zdecydowanie nie mogę nie docenić genialnej charakterystyki wielu postaci, ukazania ich naiwności i cynizmu, który przejawia świat.
— Cytat:
Edukacja na Niewidocznym Uniwersytecie działała uświęconą przez wieki metodą umieszczania dużej grupy młodych ludzi w pobliżu dużego zbioru książek, w nadziei że coś przejdzie z jednych na drugich. Tymczasem zainteresowani młodzi ludzie najchętniej umieszczali się w pobliżu oberży i tawern – z tego samego powodu.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Nie zaczynałem jako barbarzyńca. Kiedyś byłem nauczycielem w szkole. (…) Ale zrezygnowałem i postanowiłem zarabiać na życie mieczem.
– Chociaż wcześniej przez całe życie był pan nauczycielem?
– Przyznaję, wymagało to zmiany perspektywy.
– Ale… no… przecież… niedostatki, straszliwe zagrożenia, codzienne narażanie życia…
Saveloy ucieszył się wyraźnie.
– Więc pan też uczył kiedyś w szkole?
— Koniec cytatu.

42. Maskarada

Agnes dokładnie wie, co chce robić. A jeszcze dokładniej, czego nie chce. Nie chce być czarownicą. A chce śpiewaczką operową. No więc zapisuje się do opery, w której całkiem przypadkiem straszy upiór.
W między czasie niania Ogg zarabia kilka milionów na wydanej książce, więc udaje się w podróż życia do Ankh-Morpork razem z babcią Weatherwax. I wspólnie przy okazji postanawiają rozwiązać problem "Upiora w operze". Tylko czy naprawdę upiór istnieje?
Ta powieść, moim zdaniem, skupia się na szaleństwie. Ale nie na szaleństwie w potocznym znaczeniu, a znaczeniu psychologicznym.
— Cytat:
Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Iloraz inteligencji tłumu jest równy IQ najgłupszego jego przedstawiciela podzielonemu przez liczbę uczestników.
— Koniec cytatu.

43. Na glinianych nogach

Wybaczcie, ale ja naprawdę uwielbiam powieści o Straży Miejskiej – i to nie za fabułę, ale poruszane przez nie problemy i płynące z nich refleksje. A tym razem tematem przewodnim są roboty, niewolnictwo i problemy moralne z nimi związane.
Nie nie, nikt oczywiście nie zbudował robotów na Świecie Dysku. Ale magiczne istoty powołane do życia przez kapłanów przed tysiącami lat, zmuszone zaklęciami do przestrzegania co do joty słów umieszczonych na zwitkach papieru w ich głowach, wykonujące najtrudniejsze prace w całym mieście… Najlepiej, by nic się nie zmieniało. Golemy jednak, bo tak istoty te się nazywają, decydują, że muszą mieć króla. Więc tworzą nowego golema i umieszczają mu w głowie słowa takie jak "zaprowadź pokój i sprawiedliwość dla wszystkich", "rządź nami mądrze", "naucz nas wolności". Szczytny cel, ale kończący się katastrofą, bo zamiast dobrego władcy dostają mordercę.
W tej sytuacji Marchewa podejmuje niezwykle kontrowersyjną decyzję. Umieszcza jednemu z golemów w głowie słowa "Jesteś panem swojego losu". I w ten sposób zaczyna się rewolucja.
W tle trwa oczywiście, naprawdę pomysłowy moim zdaniem, kryminał o bardzo zaskakującym zakończeniu.
Jest to pierwsza część przygód Straży Miejskiej, w której organizacja ta nie jest już pośmiewiskiem. Liczy już 54 funkcjonariuszy i staje się siłą, z którą trzeba się liczyć.
— Cytat:
– Czy Wolność Jest Przerażająca?
– Ty to powiedziałeś.
– Mówisz ludziom: Zrzućcie Łańcuchy, A Oni Wykuwają Dla Siebie Nowe??
– Owszem, wydaje się, że to podstawowa ludzka działalność.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Jaka Jest Lepsza Praca Dla Tego, Który Ukochał Wolność, Niż Funkcja Strażnika? Prawo Jest Sługą Wolności. Wolność Bez Ograniczeń To Tylko Słowo.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Vimes westchnął bezgłośnie. Miał notes. Zapisywał w nim notatki. Zawsze był mu przydatny. A potem Sybil, niech bogowie ją błogosławią, podarowała mu piętnastofunkcyjnego chochlika, który robił tak wiele rzeczy… Co prawda, o ile Vimes się zorientował, przynajmniej dziesięć funkcji polegało na przepraszaniu za nieskuteczne działanie pozostałych pięciu.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Nie słuchamy cię! – zawołał kapłan. – Nie jesteś żywy!
Dorfl kiwnął głową.
– Stwierdzenie To Jest Zasadniczo Prawdziwe.
– Widzicie? Sam się przyznał!
– Proponuję, Żebyście Wzięli Mnie, Rozbili, Odłamki Roztłukli Na Kawałki, A Kawałki Roztarli Na Proszek, Po Czym Przemielili Je Na Najdrobniejszy Z Możliwych Pył. Wierzę Wam, Że Nie Znajdziecie W Nim Nawet Jednego Atomu Życia…
– To prawda! Tak zróbmy!
– Jednakże, Aby W Pełni Przetestować Tezę, Jeden Z Was Musi Zgodzić Się Poddać Temu Samemu Procesowi.
Zapadła cisza.
– To nie fair – stwierdził po chwili jeden z kapłanów. – Przecież potem wystarczy ulepić cię z tego pyłu i wypalić, a znowu będziesz żywy…
Tym razem milczenie trwało dłużej.
– Czy tylko mnie się tak wydaje – rzekł w końcu Ridcully – czy stąpamy tu po śliskim teologicznym gruncie?
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Vetinari odwrócił się gwałtownie.
– Rada Kościołów, Świątyń, Świętych Gajów i Wielkich, Groźnie Wyglądających Głazów żąda… no, kilku rzeczy, z których pewne wymagają dzikich koni. Na początek jednak chcą, żebym pana zwolnił.
– Doprawdy, sir?
– Otrzymałem łącznie siedemnaście listów żądających pańskiej odznaki. Niektórzy chcieli, żeby dołączyć do niej pewne części pańskiego ciała. Dlaczego musi pan wszystkich irytować?
– Myślę, że to wrodzony talent, sir.
– Ale co pan właściwie chciał osiągnąć?
– No więc, sir, skoro pan pyta, to odkryliśmy, kto zamordował ojca Tubelceka i pana Hopkinsona, i kto podawał panu truciznę, sir. – Vimes przerwał na chwilę. – Dwa z trzech to niezły wynik, sir.
Vetinari znowu zajrzał do papierów.
– Właściciele zakładów, skrytobójcy, kapłani, rzeźnicy… wydaje się, że doprowadził pan do furii większość liczących się osób w tym mieście. – Westchnął. – Doprawdy, nie mam chyba wyboru. Od tego tygodnia podnoszę panu pensję.
— Koniec cytatu.

44. Wiedźmikołaj

Gildia skrytobójców miewała najdziwniejsze zlecenia, ale zabicie Wiedźmikołaja (Dyskowego odpowiednika Mikołaja) zdecydowanie mieści się w czołówce ich listy. Susan, wnuczka śmierci, jest 19-letnią guwernantką. Można sobie wyobrazić więc jej zdumienie, gdy do domu przybywa dziadek przebrany za Wiedźmikołaja i zaczyna rozdawać dzieciom prezenty. Na Niewidocznym Uniwersytecie mają w tym czasie zaś pewien problem. Mianowicie przypadkiem stworzyli potwora pożerającego skarpetki.
W międzyczasie na całym Świecie Dysku dzieci zaczynają dostawać prezenty, o których marzyły. I oto setki Dyskowych matek przeraziły się, odnajdując w domu konia czy miecz kawalerzysty.
Susan postanawia więc zbadać sprawę w towarzystwie boga kaca, zwanego "Obogiem". A skąd takie imię? A no to jasne, że ludzie, budząc się skacowani, mówią tylko "O boże". No i zostało!
Mimo absurdalności całej sytuacji, i tutaj przemycono pewne przesłanie. Pratchett pochyla się tu nad istotą kultury, legend i baśni. Dochodzi do wniosku, że "Gdyby nie było Wiedźmikołaja, Słońce by nie wzeszło". Co najwyżej "ZWYKŁA KULA PŁONĄCYCH GAZÓW ROZJAŚNIŁABY ŚWIAT." Ale to już nie to samo.
— Cytat:
LUDZIE POTRZEBUJĄ FANTAZJI, ŻEBY BYĆ LUDŹMI. ŻEBY BYĆ TYM MIEJSCEM, GDZIE SPADAJĄCY ANIOŁ SPOTYKA SIĘ Z WSTĘPUJĄCĄ MAŁPĄ.
-Wróżki Zębuszki? Wiedźmikołaje? Małe…
TAK. JAKO ĆWICZENIE. MUSICIE ZACZĄĆ OD NAUKI WIARY W MAŁE KŁAMSTWA.
-Żebyśmy potem mogli uwierzyć w wielkie?
TAK. SPRAWIEDLIWOŚĆ. MIŁOSIERDZIE. OBOWIĄZEK. TAKIE RZECZY.
– To przecież całkiem co innego!
TAK MYŚLISZ? WEŹ ZATEM WSZECHŚWIAT I ROZGNIEĆ GO NA NAJDROBNIEJSZY PYŁ, PRZESIEJ PRZEZ NAJDROBNIEJSZE SITO, A POTEM POKAŻ MI CHOCIAŻ JEDEN ATOM SPRAWIEDLIWOŚCI, JEDNĄ MOLEKUŁĘ MIŁOSIERDZIA. A JEDNAK… Śmierć machnął ręką. A JEDNAK DZIAŁACIE, JAK GDYBY ISTNIAŁ JAKIŚ IDEALNY PORZĄDEK ŚWIATA, JAK GDYBY BYŁA WE WSZECHŚWIECIE JAKAŚ… JAKAŚ SŁUSZNOŚĆ, WEDŁUG KTÓREJ MOŻNA GO OCENIAĆ.
– No tak, ale przecież ludzie muszą w to wszystko wierzyć, inaczej nie ma sensu…
WŁAŚNIE O TO MI CHODZI.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Nadzieja jest ważna. Nadzieja, istotna część wiary. Dać ludziom dżem dzisiaj, a siądą i zwyczajnie go zjedzą. Za to dżem jutro podtrzymuje ich bez końca.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
CHŁOP MA GARŚĆ FASOLI, A KRÓL MA TYLE, ŻE NAWET NIE ZAUWAŻY TEGO, CO ODDA. CZY TO SPRAWIEDLIWE?
– No tak, ale gdyby wszystko oddać chłopu, to za rok czy dwa będzie tak samo zarozumiały jak król… – zaczął Albert, cyniczny obserwator ludzkiej natury.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Strasznie ich dużo… – szepnął Bilious.
– Przynajmniej dwadzieścia milionów, jeśli wziąć pod uwagę rozmiar przeciętnego zęba mlecznego – odparła Susan. Ze zdumieniem odkryła, że wynik ten podała automatycznie, bez zastanowienia.
– Skąd możesz to wiedzieć?
– Objętość stożka – wyjaśniła. – Pi razy kwadrat promienia razy wysokość podzielić na trzy. Pani Butts nie podejrzewała nawet, mogę się założyć, że ta informacja przyda mi sie w takim miejscu.
— Koniec cytatu.

45. Bogowie, honor, Ankh-Morpork

Istnieją najróżniejsze, najgłupsze sposoby wywoływania wojny. Od, na przykład pokłócenie się o niewielką wyspę, którą można obejść w ciągu paru minut. Dochodzi więc do konfliktu zbrojnego, a w synach miasta Ankh-Morpork nagle rodzą się wielkie, patriotyczne zapędy. Konflikt jest tak absurdalny, że z początku nikt nie bierze go pod uwagę, a potem jest już za późno.
Komendant Vimes ze swoją Strażą Miejską postanawiają złamać otrzymane rozkazy, odzyskać porwaną Anguę i spróbować jakoś zapobiec konfliktowi. Towarzyszy im pewien magiczny terminarz, który jednak w wyniku błędu, miast przypominać o ważnych zdarzeniach, zaczyna opowiadać o tym, co by się stało, gdyby strażnicy nie wyruszyli na tę wyprawę. Wreszcie wypowiada znamienne "…biip… Zadania na dzisiaj: Zginąć…"
Powieść próbuje odpowiedzieć, gdzie jest granica między prawem a moralnością, kiedy prawa się przestrzega, a kiedy przestrzeganie go jest złe. Kto sądzi sędziów?
— Cytat:
O wiele łatwiej wyobrażać sobie ludzi w jakimś zadymionym pokoiku, obłąkanych i cynicznych od przywilejów i władzy, konspirujących nad kieliszkiem brandy. Tego obrazu trzeba się trzymać, bo jeśli nie, trzeba by się pogodzić z innym faktem: złe rzeczy zdarzają się, ponieważ zwyczajni ludzie, którzy szczotkują psa i opowiadają dzieciom bajki na dobranoc, potrafią potem wyjść i zrobić coś strasznego innym zwyczajnym ludziom.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Veni, vidi, vici. Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem.
Vimes zawsze uważał to za wypowiedź nazbyt gładką. Takich słów nie wymyśla się pod wpływem chwili. Brzmiały, jakby ułożył je sobie wcześniej. Prawdopodobnie spędzał w namiocie długie noce, przeglądał słownik i szukał krótkich słów zaczynających się na V. Veni, verdi, vomui – przybyłem, zzieleniałem, zwymiotowałem? Visi, veneri, vamoosi – odwiedziłem, złapałem wstydliwą chorobę, uciekłem? Na pewno z ulgą odkrył trzy krótkie, sensowne słowa. Pewnie ułożył je najpierw, a potem ruszył, żeby zobaczyć coś i podbić.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Vimes, ty naprawdę oszalałeś – oburzył się Rust. – Nie możesz aresztować dowódcy armii!
– Prawdę mówiąc, panie Vimes, sądzę, że możemy – oświadczył Marchewa. – A także armię. To znaczy, nie widzę powodów, które by to uniemożliwiały. Możemy ich oskarżyć o zachowanie zmierzające do zakłócenia spokoju, sir. Przecież na tym właśnie polega wojna.
Na twarzy Vimesa pojawił się maniakalny uśmiech.
– To mi się podoba.
– Ale uczciwie mówiąc, nasza… to znaczy armia Ankh-Morpork… także…
– Więc lepiej ich też aresztujcie. Aresztujcie wszystkich. Spisek zmierzający do zakłócenia porządku publicznego… – Zaczął odliczać na palcach. – Posiadanie narzędzi przestępstwa, utrudnianie ruchu, groźby karalne, włóczęgostwo złośliwe, włóczęgostwo zbiorowe, ha, wyprawy w celu popełnienia przestępstwa, świadome stawianie oporu i noszenie ukrytej broni.
(…)
– Vimes, rozkazuję ci, żebyś natychmiast odzyskał zmysły! – ryknął lord Rust. – Za długo siedziałeś na słońcu?
– A, to doliczymy jego lordowskiej mości jako obraźliwe zachowanie.
Książę wciąż przypatrywał się Vimesowi.
– Poważnie sądzi pan, że może aresztować armię? A może wydaje się panu, że dysponuje większą armią?
– Nie jest mi potrzebna – odparł Vimes. – Siła przyłożona we właściwym punkcie, jak powiada Tacticus. A to właśnie ten punkt, na samym czubku kuszy Ahmeda. Nie przestraszyłoby to D’rega, ale pan… pan na pewno nie myśli tak jak oni. Proszę polecić swoim żołnierzom, by złożyli broń. Chcę, żeby taki rozkaz padł natychmiast.
— Koniec cytatu.

46. Ostatni kontynent

Rincewind naprawdę nie chce zbawiać świata. Czemu więc tak ten świat usilnie chce być przez niego, akurat niego zbawiony? Tym razem trafia na kontynent XXXX, który większość osób uważa za miejsce mityczne. Grupa akademików z Niewidocznego Uniwersytetu zaś, całkiem przypadkiem, cofa się o kilka tysiącleci w czasie.
Nie lubię… dobra, już to mówiłem tyle razy, że podaruję sobie. 🙂
— Cytat:
Słowo "przyjaciel" wyskoczyło na płaty czołowe mózgu Rincewinda. Istnieje wiele powodów, by się z kimś zaprzyjaźnić. Fakt, że ów ktoś trzyma wymierzoną w ciebie śmiercionośną broń, według Rincewinda zaliczał się do pierwszej czwórki.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Ludzie nie żyją na Dysku, tak samo jak nie żyją na kulach w innych, nie aż tak ręcznie modelowanych okolicach wszechświata. Owszem, planety są może tym miejscem, gdzie ich ciało wchłania herbatę, ale żyją całkiem gdzie indziej: we własnych światach, bardzo wygodnie orbitujących wokół środków ich głów.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
-Jesteśmy uniwersytetem, musimy mieć bibliotekę. Jakimi bylibyśmy ludźmi gdybyśmy do niej nie chodzili?
-…Studentami.
— Koniec cytatu.

Lektury Świata Dysku, część 2 #wyzwanieczytelnicze2020

Niespodzianka! Jednak napisałem część drugą.

Lektury Świata Dysku, część 2

Dziś kilka słów o kolejnych siedmiu powieściach, o ile poprzednie były prekursorami, te nazwałbym wstępem, otwarciem.
Poznajemy tu już konkretne wydarzenia, bohaterów i normy, które rządzą "Światem dysku".

33. Eryk

Pamiętacie, jak pisałem, że nie lubię zbytnio podcyklu o Rincewindzie? Istnieje poziom absurdalności i groteski, który dla mnie jest już zbyt absurdalny i groteskowy. "Eryk" to na tej liście chlubny wyjątek.
Na koniec zamieszania w powieści "Czarodzicielstwo", nasz bohater trafił do piekielnych wymiarów. Nie można więc dziwić się, że "Trzynastoletni demonolog i epicentrum ataku trądziku młodzieńczego", próbując wezwać mroczną siłę, przypadkiem wzywa… Tak, zgadliście!
A jak zabrać się za spełnianie takich życzeń, jak nieśmiertelność, najpiękniejsza kobieta czy królestwo? Zdecydowanie proponuję podróże w czasie do początku świata i udział w Wojnie Trojańskiej.
A przy okazji cała teoria ewolucji bierze w łeb, gdy okazuje się, że życie na świecie powstało nie w wyniku dziwnych przemian kwantowych ani Słowa, tylko… bakterii z papieru po kanapce, pozostawionego przypadkiem na brzegu morza pierwszego dnia.
— Cytat:
– To właśnie pomyślałem. – Rzucił w Bagaż kolejną kanapką. – Skąd jesteś?
Rincewind postanowił mówić prawdę.
– Z przyszłości – oświadczył.
Nie wywarł oczekiwanego wrażenia. Mężczyzna kiwnął tylko głową.
– No no – powiedział. I dodał: – Wygraliśmy?
– Tak.
– Aha. Pewnie nie pamiętasz żadnych wyników wyścigów konnych? – zapytał bez wielkiej nadziei.
– Nie.
– Tak właśnie przypuszczałem. Dlaczego otworzyłeś nam bramę?
Rincewind uznał, że choć to dziwne, jednak twierdzenie, że zawsze entuzjastycznie popierał efebiańską politykę, nie byłoby właściwe. Postanowił raz jeszcze spróbować prawdy. To nowatorskie podejście wydało mu się warte eksperymentu.
– Szukałem wyjścia – powiedział.
– Żeby uciec…
– Tak.
– Zuch. To jedyna rozsądna decyzja, biorąc pod uwagę okoliczności.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Człowieczek podrapał się w nos.
– Na przykład szybko ci się kończą pomysły na płatki śniegu.
– Kończą się?
– Wtedy zaczynasz myśleć, że łatwo będzie przepchnąć dwa identyczne.
– Zaczynasz?
– Myślisz sobie: przecież jest ich bilion trylionów squilionów. Nikt nie zauważy. Ale wtedy liczy się profesjonalizm, mniej więcej.
– Liczy się?
– Niektórzy… – w tym miejscu stwórca obrzucił surowym wzrokiem wirującą dookoła nie uformowaną materię – uważają, że wystarczy zainstalować kilka podstawowych zasad fizycznych, wziąć pieniądze i zwiewać. A miliardy lat potem na całym niebie są przecieki, latają czarne dziury wielkie jak głowa, a kiedy człowiek zjawia się z reklamacją, znajduje za ladą tylko panienkę, która powtarza, że nie wie gdzie wyszedł szef. Osobiście sądzę, że ludzie preferują kontakt osobisty.
– Aha… – wykrztusił Rincewind. – To znaczy… Kiedy kogoś trafi błyskawica, tego… to nie z powodu jakiś wyładowań elektrycznych i najwyższych punktów i w ogóle, ale tego… naprawdę to zaplanowałeś?
— Koniec cytatu.

34. Ruchome obrazki

Mam ogromną słabość do tej powieści. I nie do końca wiem, dlaczego. Może ze względu na dość ciekawie wykreowane postacie? Albo ze względu na fakt, że powieść ta, i nie próbuje tego ukrywać, jest ukłonem w stronę Lovecrafta, którego twórczość bardzo cenię? A może ze względu na cenne refleksje o człowieczeństwie i etyce? W każdym razie "Ruchome obrazki" zdecydowanie zapadły mi w pamięć.
Fabułę można podsumować kilkoma krótkimi zdaniami:
Grupa alchemików odkrywa metodę utrwalania serii obrazów. Powstaję miejsce, w którym zaczyna się masową produkcję tak zwanych "ruchomych obrazków". Nagle okazuje się, że niektórzy ludzie, choć nikt nie wie dlaczego, stają się sławni.
Wszystko dzieje się w tak zwanym Świętym Gaju. A teraz zastanówcie się, jak to będzie po angielsku.
Przy okazji wprowadzane są postacie, które będą nam towarzyszyły do samego końca serii, w szczególności kadra Niewidocznego Uniwersytetu, która, prócz Kwestora i Bibliotekarza, jest nam przedstawiana bliżej po raz pierwszy.
— Cytat:
Wiesz co jest największą tragedią tego świata? Ludzie, którzy nigdy nie odkryli, co naprawdę chcą robić i do czego mają zdolności. Synowie, którzy zostają kowalami, bo ich ojcowie byli kowalami. Ludzie, którzy mogliby fantastycznie grać na flecie, ale starzeją się i umierają, nie widząc żadnego instrumentu muzycznego, więc zostają oraczami. Ludzie obdarzeni talentem, którego nigdy nie poznają. A może nawet nie rodzą się w czasie, w którym mogliby go odkryć.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Wszechświat dopuszcza liczne sposoby straszliwego przebudzenia, na przykład ryk tłumu wyłamującego drzwi frontowe, wycie syren straży pożarnej czy nagła świadomość, że dziś jest właśnie poniedziałek, który jeszcze w piątek wieczorem wydawał się przyjemnie odległy.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Całe życie jest jak oglądanie migawki, pomyślał. Tylko zawsze wygląda to tak, jakby człowiek przyszedł o dziesięć minut spóźniony i nikt nie chce mu opowiedzieć o co chodzi, więc musi się sam wszystkiego domyślać. I nigdy, ale to nigdy nie zdarza się okazja, żeby zostać na drugi pokaz.
— Koniec cytatu.

35. Kosiarz

Patrzę na tę pozycję i nie wiem, po prostu nie wiem, co powinienem napisać. Elanor gdzieś o tej książce umieściła słowa "Nie czytałam chyba jeszcze powieści bardziej absurdalnej i wzruszającej jednocześnie." I trudno mi nie przytaknąć. Człowiek po lekturze może tylko śmiać się przez łzy.
Śmierć ma umrzeć. Nie ma kto odprowadzać ludzkich dusz, nie ma komu pocieszać umierających, przeprowadzać na drugą stronę. Bo Śmierć stał się śmiertelny. I pierwszy raz odkrył, co to znaczy się bać, tak, bać śmierci.
Przychodzi więc do pewnej kobiety, pragnąc spędzić na pracy u niej swoje ostatnie dni. I odkrywa współczucie, strach, ale przede wszystkim poświęcenie i litość.
Nie wiem, co więcej mógłbym napisać. To niezwykle poruszająca historia, nad którą było mi i pierwszy raz, gdy ją czytałem w 2015 roku, i teraz po raz drugi po pięciu latach przejść do porządku dziennego. I to mimo, że znałem zakończenie. A swoją drogą zakończenie jest jednym z najpiękniejszych znanych mi domknięć w literaturze.
— Cytat:
Nikt nie jest ostatecznie martwy, dopóki nie uspokoją się zmarszczki, jakie wzbudził na powierzchni rzeczywistości – dopóki zegar przez niego nakręcony nie stanie, dopóki wino przez niego nastawione nie dokończy fermentacji, dopóki plon, jaki zasiał, nie zostanie zebrany.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Wiara jest jedną z najpotężniejszych sił organicznych w multiwersum. Być może, nie potrafi dosłownie przenosić gór, ale potrafi stworzyć kogoś, kto potrafi.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Wiesz – powiedział Windle.- to było wspaniałe życie pozagrobowe. Gdzie się podziewałeś?
BYŁEM ZAJĘTY.
Windle właściwie nie słuchał.
– Poznałem ludzi, o których nawet nie wiedziałem, że istnieją. Robiłem różne rzeczy. I dowiedziałem się, kim jest naprawdę Windle Poons.
A KIM JEST?
– Windle Poonsem.
— Koniec cytatu.
Ale także w tej powieści nie zabrakło oczywiście specyficznego humoru Pratchetta.
— Cytat:
Stosunki między Niewidocznym Uniwersytetem i Patrycjuszem, absolutnym władcą i niemal dobroczynnym dyktatorem Ankh-Morpork, były złożone i subtelnej natury.
Magowie utrzymywali, że jako słudzy wyższej prawdy nie podlegają przyziemnym prawom miejskim.
Patrycjusz zgadzał się, że tak jest w istocie, ale – do licha – mają płacić podatki jak każdy.
Magowie twierdzili, że jako podążający za światłem mądrości nie są winni posłuszeństwa żadnemu śmiertelnemu.
Patrycjusz przyznawał, że może to być prawda, jednak są winni miastu podatek w wysokości dwustu dolarów od głowy rocznie, płatny w ratach kwartalnych.
Magowie argumentowali, że uniwersytet stoi na gruncie magicznym i jest zatem wyłączony z podatków, a zresztą i tak nie da się opodatkować wiedzy.
Patrycjusz odpowiadał, że da się. I że wynosi to dwieście dolarów per capita, a jeśli per capita stanowi jakiś problem, to można bez trudu zorganizować decapita.
Magowie przypominali, że uniwersytet nigdy nie płacił podatków żadnym cywilizowanym władcom.
Patrycjusz zaznaczał, że nie upiera się przy cywilizowanych zachowaniach.
Magowie pytali, co ze szczególnym złagodzeniem wymagań.
Patrycjusz wyjaśniał, że właśnie mówi o szczególnie złagodzonych wymaganiach. Nie chcieliby się przekonać, jakie są wymagania surowe?
Magowie wspominali, że był taki władca, zaraz, to chyba w Stuleciu Ważki, który usiłował nakazywać uniwersytetowi, co ma robić. Patrycjusz może przyjść i go sobie obejrzeć, jeśli ma ochotę.
Patrycjusz zapewniał, że to zrobi. Naprawdę to zrobi.
W końcu zgodzono się, że chociaż magowie – oczywiście – nie płacili żadnych podatków, dokonywali jednak całkowicie dobrowolnej wpłaty wysokości, powiedzmy, no, dwustu dolarów od głowy, z czystej uprzejmości, mutatis mutandis, bez dodatkowych warunków, do wykorzystania w celach ściśle niemilitarnych i akceptowalnych ekologicznie.
— Koniec cytatu.

36. Wyprawa czarownic

Od dość filozoficznych "Ruchomych obrazków" i "Kosiarza" wracamy do kraju absurdu. Trzy czarownice z Lancre udają się na pewną wyprawę. I, jak zwykle, nie do końca rozumieją normy, a ze wszystkim radzą sobie na swój wiedźmowaty sposób, to jest w jednym miejscu ocalą życie dziecka, w drugim zabiją wampira, a w trzecim, tak przy okazji, wygrają fortunę w karty. A wszystko to przecież wspaniała zabawa!
Książka dla mnie niczego sobie. Może nie jest to najwybitniejsza Pratchettowska pozycja, ale czytało się ją naprawdę przyjemnie.
— Cytat:
Kiedy Dezyderata Hollow była jeszcze małą dziewczynką, babcia udzieliła jej czterech ważnych rad, które miały pokierować jej krokami na zaskakująco krętych ścieżkach życia.
Oto te rady:
Nigdy nie ufaj psu z pomarańczowymi brwiami.
Zawsze zapisuj nazwisko i adres młodego człowieka.
Nigdy nie stawaj między dwoma lustrami.
I zawsze noś absolutnie czystą bieliznę, codziennie, bo nigdy nie wiesz, czy nie przewróci cię i nie stratuje na śmierć spłoszony koń, a kiedy ludzie zobaczą, że masz na sobie brudną bieliznę, umrzesz ze wstydu.
Później Dezyderata urosła i została czarownicą. Jedną z korzyści tego stanu jest, że człowiek dokładnie wie, kiedy umrze, więc może nosić taką bieliznę, na jaką ma ochotę.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Błędna wymowa może mieć fatalne skutki. Pewien chciwy szeryf Yl-Abi został kiedyś przeklęty przez niewykształcone bóstwo i wszystko, czego dotknął, zmieniało się w Zołto, który okazał się niedużym krasnoludem z oddalonej o setki mil górskiej osady. Klątwa magicznie ściągała go do królestwa i kopiowała bezlitośnie. Jakieś dwa tysiące Zołtów później klątwa się wreszcie wyczerpała. Obecnie mieszkańcy Yl-Abi znani są z niezwykle niskiego wzrostu i skłonności do irytacji.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Nienawidzę luster – mruknął Duc.
– Dlatego, że mówią ci prawdę, mój chłopcze.
– Więc to okrutne czary.
— Koniec cytatu.

37. Pomniejsze bóstwa

Terry Pratchett przez większość życia pozostawał ateistą, do czasu, jak to nazwał, "objawienia", które miało miejsce w roku 2008. W jego książkach dość często poruszane są tematy religii, o tyle cennie, że z obydwu perspektyw, i tej dobrej, i złej; widzimy więc uczynki miłosierdzia płynącego z wiary, ale i wiarę służącą jako narzędzie wpływów, bogactwa… "Pomniejsze bóstwa" są książką podwójnie specyficzną.
Po pierwsze, jako jedyna toczy się na przynajmniej kilkadziesiąt lat przed pozostałymi. Po drugie, to jedyne tak bezpośrednie odniesienie do tematyki religijnej w "Świecie dysku".
Mamy więc pewnego Boga, zwanego Omem i kościół Omiański – tysiące wyznawców, własna gwardia, armia… No więc dlaczego okazuje się, że z całego wielo-tysięcznego kościoła w Oma wierzy tak naprawdę tylko jeden uczeń?
A no dlatego, że kościół stał się narzędziem realizacji prywatnych celów. W imię Oma wywołuje się wojny, podpisuje umowy handlowe, zbiera bogactwa…
Księgi wskazują dokładny dzień, którego ma się objawić prorok Oma. Warto tu zauważyć, że hierarchowie kościoła już wiedzą, kto to będzie. Nie, nie dowiedzieli się tego od Oma.
— Cytat:
Ludzie! Żyją w świecie, gdzie trawa wciąż jest zielona, gdzie codziennie wschodzi słońce, a kwiaty regularnie zmieniają się w owoce. A co im imponuje? Płaczące posągi. Zamiana wody w wino. Zwykły kwantowy efekt tunelowy, który i tak by się zdarzył, gdyby tylko ktoś zechciał poczekać parę zylionów lat. Jak gdyby zamiana słonecznego światła w wino, dokonywana przez winorośle, ich grona, czas i enzymy, nie była tysiąc razy bardziej cudowna i nie zdarzała się stale…
— Koniec cytatu.
— Cytat:
W co zawsze wierzyłem?
Że tak w ogóle, generalnie, jeśli człowiek żył jak należy, nie według tego, co mówią jacyś kapłani, ale według tego, co wewnątrz wydaje się przyzwoite i uczciwe, to w końcu wszystko mniej więcej dobrze się skończy.
Nie da się tego wypisać na sztandarach.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Pamiętam, zanim oślepłem, odwiedziłem kiedyś Omnię. To było jeszcze przed zamknięciem granic. Kiedy pozwalaliście ludziom podróżować. I w waszej Cytadeli widziałem tłum kamienujący na śmierć człowieka w wykopie. Oglądałeś coś takiego?
– Tak musiało się stać. By dusza mogła odpokutować i…
– Nie znam się na duszach. Nigdy nie należałem do tej szkoły filozofii. Wiem tylko, że to straszny widok.
– Stan ciała nie…
– Och, nie mówię o tym biedaku w dole. Mówię o ludziach rzucających kamieniami. Oni byli pewni, całkowicie. Byli pewni, że to nie ich wrzucono do jamy. Każdy mógł to łatwo poznać po ich twarzach. Byli tacy szczęśliwi, że to nie oni, że rzucali z całej siły.
— Koniec cytatu.

38. Panowie i damy

Nie do końca wiem, jak pisać o tych powieściach Pratchetta, które nie skupiają się na konkretnym problemie etycznym, są po prostu, powiedzielibyśmy, przygodówkami. A jednak przygodówkami z wyrazistymi i ciekawymi postaciami, nietuzinkowymi pomysłami i z ogromną dozą humoru i przenieconych przemyśleń. A taką powieścią są "Panowie i damy".
"Panowie i damy" to powieść silnie zainspirowana "Snem nocy letniej" Szekspira. Do "Świata dysku" próbują przedostać się elfy. Ale nie miłe i pomocne elfy Świętego Mikołaja, nie wojownicze elfy Tolkiena. Nie, te elfy są złe i pragną z ludzi uczynić niewolników.
A na przeciw im staje znana nam trójka czarownic z Lancre i magowie z Niewidocznego Uniwersytetu.
— Cytat:
Elfy są przedziwne. Budzą zadziwienie.
Elfy są cudowne. Sprawiają cuda.
Elfy są fantastyczne. Tworzą fantazje.
Elfy są urocze. Rzucają urok.
Elfy są czarowne. Splatają czary.
Ich uroda powala. Strzałą.
Kłopot ze słowami polega na tym, że ich znaczenie może się wić jak wąż. A jeśli ktoś chce znaleźć węże, powinien ich szukać za słowami, które zmieniły swój sens.
Nikt nigdy nie powiedział, że elfy są miłe. Elfy są złe.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Nie wolno mówić: gdyby to się nie stało, to tamto by się spełniło, bo przecież nie wiesz wszystkiego, co mogło się stać. Może ci się wydawać, że coś było dobre, ale to dobre może się przecież obrócić na gorsze. Nie mów "Gdybym tylko…", bo nie wiadomo, do czego by to doprowadziło. Chodzi o to, że nigdy nie wiesz na pewno. Chwila przeminęła. Nie warto już o tym myśleć. Więc nie myśl.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Tam jest? Niania przytaknęła.
– Przyciągnęła go tutaj aż z lasu – dodała.
– Przecież ta bestia jest całkiem dzika! Niania potarła nos.
– Niby tak… Ale ona ma kwalifikacje, prawda? Jeśli chodzi o poskramianie jednorożców. Nie ma to nic wspólnego z czarownictwem.
– Nie rozumiem…
– Myślałam, że wszyscy wiedzą o pewnych sprawach dotyczących łapania jednorożców – rzekła z godnością niania. – Usiłuję delikatnie zasugerować, kto konkretnie może je łapać. Przecież nasza Esme zawsze umiała biec szybciej od pana. Potrafiła prześcignąć każdego mężczyznę.
Ridcully stał nieruchomo z otwartymi ustami.
– Bo ja, na ten przykład – mówiła dalej niania – zawsze się potykałam o pierwszy z brzegu korzeń. Czasami całe wieki musiałam jakiegoś szukać.
– Chce pani powiedzieć, że kiedy wyjechałem, ona nigdy…
– Niech się pan nie roztkliwia. Zresztą w naszym wieku to i tak wszystko jedno.
— Koniec cytatu.

39. Zbrojni

Powracamy do mojego ukochanego podcyklu o Straży Miejskiej Ankh-Morpork. Do rąk dostajemy drugi kryminał. Ludzie zawsze wiedzą, jak się najskuteczniej wykończyć. Przykład? Od, wymyślmy broń palną!
Tylko co, gdy ta broń palna trafi w niepowołane ręce? Co, gdy ktoś próbuje zabić patrycjusza miasta, a ten patrycjusz robi wszystko, co w jego mocy, by jednak dać się zabić?
No cóż, nasza Straż Miejska musi znów zacząć działać. A do pomocy dostaje mały bonus od miasta, czyli trolla, krasnoluda i… wilkołaka.
Przy okazji obserwujemy wielką zmianę u Marchewy, który nie jest już naiwnym krasnoludem. Nie znaczy to jednak, że nie żyje w świecie ideałów. Znaczy to, że on tymi ideałami zaraża innych. Tak sobie myślę, że chciałbym znać kogoś takiego jak on.
— Cytat:
Są ludzie, którzy odbierają innym pieniądze. W porządku, to zwykła kradzież. Ale są też ludzie, którzy jednym krótkim słowem potrafią odebrać komuś samo człowieczeństwo. To zupełnie inna sprawa.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Myślałem, że krasnoludy nie wierzą w diabły, demony i takie rzeczy.
– To prawda, ale… nie jesteśmy pewni, czy one o tym wiedzą.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Sądzisz, że istnieje coś takiego jak przestępczy umysł? Marchewa niemal słyszalnie próbował się zastanowić.
– Czy… ma pan na myśli kogoś takiego… jak Gardło Sobie Podrzynam Dibblera?
– On nie jest przestępcą.
– A zjadł pan kiedyś jego pasztecik, kapitanie?
– No niby… niby tak, ale… on jest po prostu geograficznie rozbieżny na półkuli finansowej.
– Słucham?
– Rozumiesz, on tylko nie zgadza się z innymi co do położenia rzeczy. Na przykład pieniędzy. Uważa, że wszystkie powinny być w jego kieszeni.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Mówią do ciebie "sir" – odezwała się Angua. – Zauważyłeś?
– Wiem. Nie powinno tak być. Ludzie powinni myśleć samodzielnie. Tak mówi kapitan Vimes. Ale problem polega na tym, że myślą samodzielnie tylko wtedy, kiedy ktoś im każe. Jak piszesz "możliwość"?
– Wcale.
– Aha. – Marchewa wciąż się nie odwracał. – Chyba utrzymamy jakoś miasto do rana. Wszyscy nabrali rozsądku.
Nie, pomyślała Angua. Oni zobaczyli ciebie. To działa jak hipnoza.
Ludzie przeżywają twoją wizję. Marzysz, jak Wielki Fido, tylko on wymarzył sobie koszmar, a ty marzysz dla wszystkich. Naprawdę wierzysz, że ludzie są w zasadzie przyzwoici. Przez jedną chwilę, póki są blisko ciebie, oni także w to wierzą.
— Koniec cytatu.

C.d.n.

Lektury Świata Dysku, część 1 #wyzwanieczytelnicze2020

Wiecie co? Dochodzę do wniosku, że nie mam szans spełnić wyzwania, które postawiła przed nami Julitka. Dla tych, którzy nie wiedzą, celem wyzwania jest przeczytanie i zrecenzowanie choć w kilku słowach stu książek w roku 2020.
I nie, w żadnym razie nie chodzi mi o to, bym tylu nie przeczytał. Mój licznik przed chwilą osiągnął wartość 95, a jeszcze mam ponad dwa miesiące. Nie, ja obawiam się, że nigdy nie zbiorę się, by to wszystko zrecenzować, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wskaźnik tego bloga zatrzymał się na pozycji 24.
Ale, dobra, spróbujmy nieco nadrobić!

Ziemia jest okrągła i krąży wokół Słońca. Przynajmniej w tym naszym świecie, bo istnieją i takie, w których to Słońce krąży wokół Ziemi niewiele mającej z kulą wspólnego, bo o kształcie dysku. Dysku umiejscowionego na grzbiecie czterech słoni. Cztery słonie, zielone słonie… No dobrze, czy zielone były nie wiem, wiem jednak, że cała czwórka stoi na grzbiecie wielkiego żółwia, Atuina. Można teraz powiedzieć, że coś takiego jest nieprawdopodobne. Ale świat ma dziwną skłonność do wybierania właśnie tych najmniej prawdopodobnych rozwiązań. Bo jaki sens mają jajka z majonezem (produkowanym z jajek) albo pomidor z ketchupem?

Twórczość pana Pratchetta znam i szanuję od dawna. Znałem ją jednak wyrywkowo, jakieś skrawki, pojedyncze wyrwane z kontekstu powieści lub opowiadania. Uznałem, że czas stan rzeczy zaktualizować i od marca do czerwca przeczytałem 41 powieści składających się na "Świat dysku". Dziś chciałbym zacząć ich recenzowanie, kajam się za opóźnienie. Zacząć, bo pewnie wszystkich 41 nie opiszę.
Najpierw jednak Ci, którzy pana Pratchetta nie znają, zasługują na kilka słów wyjaśnienia.

Czym jest "Świat dysku"?

Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Pierwsze pozycje mają być parodią fantastyki:
— Cytat:
– Co teraz będzie? – zapytał Dwukwiat.
Hrun podłubał w uchu i z roztargnieniem obejrzał palec.
– No… – stwierdził. – Pewnie za chwilę otworzą się drzwi i strażnicy mnie zaciągną na jakąś arenę w świątyni. Pokonam tam parę gigantycznych pająków albo niewolnika z dżungli Klatchu mającego z osiem stóp wzrostu. Potem ocalę jakąś księżniczkę, przeznaczoną na ofiarę, zabiję kilku strażników albo co, a ta dziewczyna pokaże mi tajemne wyjście. Zdobędziemy parę koni i uciekniemy ze skarbem.
Hrun wsparł głowę na splecionych dłoniach i zapatrzył się w sufit, pogwizdując fałszywie.
– Wszystko na raz? – zdziwił się Dwukwiat.
– Zwykle tak.
— Koniec cytatu.
Kolejne części jednak bardzo zmieniają tematykę i choć cały świat pozostaje niemal żartem, obserwujemy coraz trudniejsze decyzje, rozwijające się postacie.
— Cytat:
Wybory… Zawsze pojawiały się wybory. ?Był tamten człowiek w Szpachli. ten, który pozabijał te dzieci. Posłali po nią, a ona spojrzała na niego i zobaczyła poczucie winy wijące się w jego głowie niczym czerwony robak. Potem zaprowadziła ich na jego farmę i pokazała, gdzie kopać, a on rzucił się na ziemię i to ją prosił o litość, bo – jak mówił – był pijany i wszystko stało się z powodu alkoholu.
Słowa powróciły w pamięci. Powiedziała wtedy trzeźwo: „Niech skończą to konopie".
Więc wywlekli go i powiesili na konopnym sznurze, a ona patrzyła, gdyż przynajmniej tyle była mu winna. Przeklinał ją, co nie było sprawiedliwe, bo powieszenie to czysta śmierć, a przynajmniej czyściejsza, niż go czekała, gdyby mieszkańcy wioski odważyli się jej sprzeciwić, i zobaczyła cień przybywającego Śmierci, a dalej, za Śmiercią nadeszły mniejsze, jaśniejsze postacie dzieci, i wtedy…
Fotel skrzypiał w ciemności, kołysząc się tam i z powrotem.
Wieśniacy uznali, że sprawiedliwość się dokonała, a babcia straciła cierpliwość, kazała im wracać do domów i modlić do bogów, w których wierzyli, by nigdy im samym sprawiedliwości nie wymierzono. Dumna maska tryumfującej cnoty może być niemal tak straszna, jak oblicze ujawnionej niegodziwości.
(…)
Wspomnienia przeciskały się w umyśle. Inne postacie maszerowały w cieniu wokół świecy.
Robiła wiele rzeczy i bywała w wielu miejscach; znalazła takie sposoby kierowania gniewu na zewnątrz, które nawet ją samą zaskakiwały. Stawała naprzeciw innych, o wiele potężniejszych od niej, gdyby tylko pozwoliła im w to uwierzyć. Tak wiele oddała, ale i nauczyła się wiele…
Nie zaprosili jej. To znak. Wiedziała, że prędzej czy później nadejdzie… (…)
Co właściwie zyskała? Nagrodą za trud jest większy trud. Jeśli ktoś kopie najlepsze rowy, dają mu większą łopatę.
Dają te gołe ściany, tę pustą podłogę, tę zimną chatę.
(…)
Nigdy, ale to nigdy nie prosiła o nic w zamian. Ale problem z tym, że nie prosi się o nic w zamian, polega na tym, że czasem nic się w zamian nie dostaje.
— Koniec cytatu.
Jesteśmy też świadkami nagłej rewolucji przemysłowej, z jej konsekwencjami – dobrymi i złymi.
— Cytat:
Zwykle załogę stanowili mężczyźni, choć na równinach powtarzano żart, że wieżę 181 obsadzają wampiry i wilkołaki. W rzeczywistości, jak w wielu innych wieżach, obsługiwały ją dzieci.
Wszyscy wiedzieli, jak się to dzieje. Może poza nowym kierownictwem, które prawdopodobnie nie wiedziało, ale gdyby nawet to odkryli, nie zrobiliby niczego poza starannym zapomnieniem o tym, że wiedzą. Dzieciom nie trzeba płacić.
Na ogół młodzi mężczyźni w wieżach pracowali ciężko, w każdą pogodę, za ledwie wystarczające pensje. Byli samotnikami, marzycielami, uciekinierami od prawa, o których prawo zapomniało, albo od wszystkich innych ludzi. Dręczył ich szczególny rodzaj ukierunkowanego szaleństwa; podobno stukot sekarów w końcu trafia człowiekowi do głowy, a wtedy jego umysł działa w tym samym rytmie, aż wcześniej czy później potrafi odczytywać przekazywane wiadomości, słuchając jedynie trzaskania przesłon. W swoich wieżach pili herbatę z dziwacznych blaszanych kubków, o wiele szerszych od dołu, aby się nie przewracały, kiedy wichura uderzy w wieżę. Na urlopie pili alkohol z czegokolwiek. I opowiadali bzdury o przykluczu i nieprzykluczu, o komunikatach systemowych i przestrzeni pakietowej, o wybijaniu, o gorącej stopie, o wieży 181
(dobrze) albo zapchaniu (niedobrze) czy totalnym zapchaniu (całkiem niedobrze), kodzie wejścia, kodzie klucza, dzikim kodzie i żakardzie…
Lubili dzieci, które przypominały im o tych, które zostawili, albo tych, których nigdy nie będą mieli, natomiast dzieci uwielbiały wieże. Przychodziły, kręciły się wszędzie, pomagały przy różnych pracach, może też – patrząc tylko – uczyły się sztuki semaforów. Zwykle były inteligentne, jakby z pomocą czarów opanowywały klawiaturę i dźwignie, na ogół miały dobry wzrok. Większość z nich uciekła z domu, choć nie opuściła go naprawdę.
Ponieważ w wieżach mogły wierzyć, że da się spojrzeć aż na skraj świata. Z pewnością w pogodny dzień dało się zobaczyć kilka sąsiednich wież. Można było udawać, że też umie się odczytywać wiadomości ze stukotu przesłon, gdy pod palcami przepływają nazwy dalekich miejsc, których miały nigdy nie zobaczyć, ale tutaj, w wieży, czuły się jakoś z nimi połączone…
Dla ludzi z wieży 181 była Księżniczką, choć naprawdę miała na imię Alice. Skończyła trzynaście lat i potrafiła obsługiwać linię całymi godzinami bez żadnej pomocy. Później czekała ją interesująca kariera, która…
— Koniec cytatu.
Myślę, że tak naprawdę "Świat dysku" stał się odbiciem naszego świata, odbiciem, na które możemy spojrzeć z pewnego dystansu i zastanowić się nad pewnymi kwestiami. Mamy tu bohaterów i złoczyńców, ludzi, którzy próbują zawiązać koniec z końcem i innych, którzy są okrutnymi tyranami. I tyrana, który coś mało tyrański się okazuje.
To też w pewnym sensie miejsce marzeń, tego, jakim nasz świat mógłby się stać, gdyby ludzie nie byli ludźmi.
Pratchetta w wielu opracowaniach nazywa się filozofem XX wieku. I w tym sensie Świat Dysku staje się doskonałą płaszczyzną, na której można rozważać… Rozważać właściwie wszystko. Ten świat, mimo swojej komiczności, pozostawia czytelnikowi w głowie nieokreśloną tęsknotę.

Lektury "Świata dysku", część 1.

Dziś omówię pierwsze książki wydane w tym cyklu, które, w pewnym sensie, mógłbym nazwać prekursorami. Widać tu jeszcze wiele koncepcji, z których część przetrwa, a część zostanie zapomniana. Poznamy przyszłych bohaterów i to, jak działa "Świat dysku".
Po "Świat dysku" sięgnąłem w gimnazjum, zachęcony przez nauczyciela polskiego. Proponował on, by nie zaczynać lektury od części pierwszych, ale gdzieś od środka, gdzie ten dysk już dojrzał. Zrobiłem tak i stwierdzam, że miał rację. Jak zwykle.

25-26: "Kolor magii" i "Blask fantastyczny".

Gdybym trafił na te książki, po ich lekturze prawdopodobnie nie byłbym zbyt chętny, by czytać dalej. Na pewno znajdą się czytelnicy, którzy polubiliby budowaną w nich groteskę, ja jednak do tego grona nie należę. I o ile powieści doceniam, raczej do nich więcej nie wrócę.
Powiedzieć o Rincewindzie, że jest złym magiem, to jak powiedzieć o oceanie, że to kilka kropel wody. Liczba znanych mu zaklęć wynosi jeden. Jest też najlepszym biegaczem na dysku w myśl zasady, że gdy się ucieka, nie jest ważne, przed czym.
Jednocześnie ma jednak kilka interesujących cech. Po pierwsze, umie wyjść cało z nawet największych opresji i uratować przy okazji świat, chociaż wcale nie z własnej woli. Z własnej woli nie ruszałby się z domu, leżał w łóżku do południa i zajadał syte posiłki. Los jednak lubi się bawić ludźmi, a Rincewind jest najlepszym na to przykładem.
Otrzymuje polecenie, by zaopiekować się Dwukwiatem, turystą przybyłym z dalekiego "Kontynentu Przeciwwagi". Zadanie jest tym z rodzaju nie do odrzucenia, to znaczy rezygnacja oznaczałaby w dużym przybliżeniu oddzielenie głowy Rincewinda od reszty ciała. A jako przywiązany do swojej głowy, postanawia spełnić powierzoną misję – z resztą jaki problem zająć się turystą?
No dobrze, problem może i jest, gdy przebywa się w mieście pełnym przestępców, a podopiecznym jest człowiek, który założył nie tylko "rużowe okulary", ale chyba i soczewki, przyłbice i specjalne filtry, bo najwięksi złoczyńcy są dla niego lekko uszczypliwymi panami, a śmiertelne zagrożenia stają się przygodami życia.
Obydwie książki stanowią po prostu parodię fantastyki. Czego konkretnie? Trudno powiedzieć, jeśli jakaś książka fantastyczna została wydana do momentu ukazania się "Koloru magii", najpewniej i dla niej dziesięć minut się znajdzie.
— Cytat:
– Jakie są najwspanialsze rzeczy w życiu mężczyzny? – zapytał wódz nomadów. Należy mówić o takich sprawach, aby zachować szacunek w kręgach barbarzyńców.
Siedzący po prawej wychylił koktajl z kobylego mleka zmieszanego z krwią śnieżnej pantery, po czym przemówił.
– Ostry horyzont stepu, wiatr we włosach i świeży koń pod siodłem.
– Krzyk białego orła na wysokości, śnieg padający w lesie i celna strzała na cięciwie – oświadczył ten z lewej. Wódz pokiwał głową.
– Jest to z pewnością widok twego wroga leżącego bez życia, hańba jego szczepu i lamenty jego kobiet – stwierdził.
Wokół rozległy się pomruki aprobaty wobec tak skandalicznych przechwałek.
Wódz zwrócił się z szacunkiem do gościa, niewielkiej postaci, starannie rozgrzewającej przy ogniu ślady odmrożeń.
– Oto gość nasz, którego imię jest legendą – powiedział. – On nam powie, co jest najwspanialszego w życiu mężczyzny.
Gość przerwał kolejną nieudaną próbę zapalenia papierosa.
– Czo mówiłeś?
– Pytałem, jakie są najwspanialsze rzeczy w życiu? Wojownicy pochylili się. Warto będzie tego posłuchać. Gość zastanawiał się dość długo i w skupieniu. I po pewnym czasie oświadczył:
– Gorącza woda, dobre zęby i miękki papier toaletowy.
— Koniec cytatu.

27: "Równoumagicznienie".

Kobiety stają się czarownicami, a mężczyźni magami. To bardzo proste. A przynajmniej proste pozostaje do momentu, gdy przez pomyłkę pewne niemowlę otrzymuje w spadku laskę maga. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, normalna praktyka, gdyby dziecko nie miało na imię Eskarina.
Babci Weatherwax, wiejskiej czarownicy, nie pozostaje nic innego, jak zabrać małą na Niewidoczny Uniwersytet. A oznacza to dla babci wyruszenie w świat, którego nigdy wcześniej nie znała.
Wszystko rozwija się bezproblemowo, do póki Eskarina przypadkowo nie zamienia wina w mleko. A potem już droga prosta do stworów z piekielnych wymiarów, pojedynku między babcią a nadyrektorem Niewidocznego Uniwersytetu i…
— Cytat:
– Prowadź – rozkazał Cutangle. -I przestań się jąkać, człowieku! Można by pomyśleć, że w życiu nie widziałeś kobiety.
Mag nerwowo przełknął ślinę i z zapałem pokiwał głową.
– Oczywiście. I… to znaczy… Proszę za mną… um…
– Nie miałeś chyba ochoty wspominać o tradycji, co? – spytał Cutangle.
– Ee… Nie, Nadrektorze.
– To dobrze.
Biegli tuż za nim, wymijając zapracowanych magów, z których większość na widok Babci nieruchomiała.
– Sytuacja robi się krępująca – mruknął kącikiem ust Cutangle. -Będę musiał mianować cię honorowym magiem.
Babcia patrzyła przed siebie, a jej wargi prawie się nie poruszyły.
– Spróbuj tylko – syknęła. – A mianuję cię honorową czarownicą.
— Koniec cytatu.
To oczywiście Pratchettowa odpowiedź na dylemat równości płciowej, z resztą od kilku miesięcy zajmujący wszystkie media. A Eskarina nam z kart "Równoumagicznienia" mówi: "To nie takie proste".

28: "Mort".

Normalną rzeczą jest, że mistrz cechowy szuka czeladników, by przekazać im wiedzę o swojej sztuce. Normalną rzeczą na "Świecie dysku" jest także, że każdy mieszkaniec spotka pewnego mistrza, mistrza zwanego Śmiercią.
Mniej normalne jest, że Śmierć postanawia adoptować córkę, ma własnego kucharza (założyciela Niewidocznego Uniwersytetu z resztą) i lubi grać na skrzypcach. A już w ogóle nienormalne, gdy postanawia odnaleźć czeladnika, którego zapozna z fachem i… zatrudnić się w ramach odpoczynku od pracy w restauracji.
Mam ogromną słabość do tej powieści. Zajmuje tak wiele tematów, że nie wiem, na czym się skupić. Z jednej strony pokazuje dojrzewanie, ale i to, poco jest czas, czemu się zmieniamy. Pokazuje też Śmierć, samotnego, mającego za jedyne towarzystwo nieco zbzikowanego maga. Postać Śmierci jeszcze bliżej, i na swój sposób tragiczniej, pokażą nam później powieści "Kosiarz" i, zwłaszcza, "Muzyka duszy".
Widzimy Ysabel, córkę Śmierci, która dostała perspektywę wiecznego życia i wiecznej młodości, ale wcale jej to nie uszczęśliwiło. I to, jak bardzo głupia potrafi być miłość.
I Śmierć, który postanawia zostać kucharzem, ale to już zupełnie inna para kaloszy.
— Cytat:
– On tu nigdy nie przychodzi, wiesz? – odpowiedziała Ysabell, patrząc na rybę. – Zrobił to wszystko dla mojej przyjemności.
– Nie udało mu się?
– To nie jest prawdziwe. Nic tu nie jest prawdziwe. Nie takie naprawdę prawdziwe. On po prostu lubi się zachowywać jak człowiek. Zauważyłeś pewnie, że w tej chwili bardzo się stara. Wydaje mi się, że masz na niego wpływ. Wiesz… kiedyś próbował grać na banjo.
– Mam wrażenie, że jest raczej typem organowym.
– Nie potrafił. – Ysabell nie zwracała na chłopca uwagi. – On nie umie niczego stworzyć. Rozumiesz?
– Mówiłaś, że stworzył sadzawkę.
– To kopia jakiejś, którą gdzieś zobaczył. Wszystko tu jest kopią. Mort poruszył się niespokojnie. Mały owad wspinał mu się po nodze.
– Smutne – stwierdził z nadzieją, że używa odpowiedniego tonu.
– Tak.
Podniosła z alejki garść żwiru i zaczęła z roztargnieniem rzucać kamyki do wody.
[…]
– Jest bardzo dobry […] Tylko tak jakby stale myślał o czymś innym.
– Nie jest twoim prawdziwym ojcem?
– Moi rodzice zginęli w drodze przez Wielki Nef. Wiele lat temu. Chyba wybuchła burza. On mnie znalazł i przyprowadził tutaj. Nie wiem, czemu to zrobił.
– Może było mu cię żal?
– On nigdy niczego nie czuje. Nie ma czym, brakuje mu… jakże się nazywają… gruczołów. Pewnie tylko pomyślał, że mu mnie żal.
Zwróciła bladą twarz do Morta.
– Nie mogę się na niego skarżyć. Stara się jak najlepiej potrafi. Tyle że ma tak wiele spraw na głowie…
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Brzęknął dzwonek nad drzwiami. Keeble wzniósł oczy do góry. Śmierć uznał, że jest mu coś winien. Nie powinien dopuścić, żeby stracił zarobek, rzecz najwyraźniej bardzo przez ludzi cenioną.
Odsunął zasłonę z paciorków i przeszedł do recepcyjnej części biura. Niska, tęga kobieta, podobna do rozgniewanego bochenka chleba, waliła dorszem o ladę.
– Chodzi o tę posadę kucharki na Uniwersytecie – oznajmiła. – Mówił pan, że to dobre miejsce, a to czysty skandal, te studenckie dowcipasy, więc żądam… chciałabym… nie po to…
Jej głos cichł z wolna.
– Ee… – powiedziała, choć dało się poznać, że straciła entuzjazm. – Pan nie jest Keeble’em, prawda?
Śmierć spoglądał na nią. Jeszcze nigdy nie miał do czynienia z niezadowolonym klientem. Wreszcie zrezygnował.
ODEJDŹ STĄD, POSĘPNA CZAROWNICO!
Kucharka gniewnie zmrużyła małe oczka.
– Kogo to nazywasz pan posępną stolnicą? – spytała oskarżycielskim tonem i znowu uderzyła rybą o ladę. – Popatrz pan tylko. Wczoraj wieczorem to był mój termofor, a dzisiaj rano? Ryba. Co to ma znaczyć?
WSZYSTKIE DEMONY PIEKIEŁ ROZERWĄ NA STRZĘPY TWĄ DUSZĘ, JEŚLI W TEJ CHWILI NIE OPUŚCISZ BIURA, spróbował Śmierć.
– Nic o tym nie wiem. A co z moim termoforem? Tam u nich nie ma miejsca dla porządnej kobiety. Próbowali…
JEŚLI SOBIE PÓJDZIESZ, przerwał jej desperacko Śmierć, DAM CI TROCHĘ PIENIĘDZY.
– Ile? – zapytała kucharka z szybkością, która pozwoliłaby jej wyprzedzić atakującą kobrę, a błyskawicy sprawiłaby przykrą niespodziankę.
— Koniec cytatu.

29: "Czarodzicielstwo".

Kim jest ósmy syn ósmego syna ósmego syna? Na "Świecie dysku" czarodzicielem, czyli magiem o niezwykłej mocy. Wszyscy czarodziciele odeszli już dawno temu. Przynajmniej do teraz.
Dochodzi do pewnego zamieszania, gdy w trakcie bankietu z okazji wyboru nowego nadyrektora Niewidocznego Uniwersytetu, przychodzi ośmio-letni chłopiec, informuje, że pragnie fotela nadyrektora, a na koniec pokonuje w pojedynku kilku najlepszych magów. Jego zdaniem przyszedł czas, by zawładnąć światem. I trudno się dziwić, że magowie uznali to za niezwykle wspaniały pomysł.
Kto uratuje nasz świat? No, wychodzi na to, że znany nam Rincewind, złodziejka i… pewien magiczny dywan. Cała trójka zupełnym przypadkiem. I nie zapominajmy o ogromnym wkładzie pewnego kapelusza!
Przyznam uczciwie, że książki o Rincewindzie są chyba w całym "Świecie dysku" moimi najmniej ulubionymi, jak to się mawia. Chyba nie jestem zwolennikiem wielkiej groteski i stu dwudziestu trzech sposobów na koniec świata. Ale czytało się przyjemnie.
— Cytat:
Rincewind usiłował wrzasnąć przez zaciśnięte zęby. Czuł już, że pocą mu się kostki nóg.
– Nie będę latał na żadnym dywanie! – syknął. – Mam lęk gruntu.
– Chciałeś powiedzieć: wysokości – poprawiła go Conena. -I nie bądź głuptasem.
– Wiem, co chciałem powiedzieć. To grunt zabija!
— Koniec cytatu.

30: "Trzy wiedźmy".

Ta pozycja wcale, ale to wcale nie jest parodią "Makbeta".
Są więc trzy czarownice: znana nam babcia Weatherwax, niania Ogg i… I Magrat, która jeszcze jakoś tytułu się nie dorobiła. No i jest morderstwo króla.
Nic nowego, królowie ciągle zabijają i są zabijani, prawda? Tylko że ten nowy król… No jakoś tak… nie jest zbytnio lubiany.
I chyba przydałoby się sprowadzić nowego. Tylko jak tu się do tego zabrać?
Nic prostszego, niż przenieść całą krainę w czasie, zatrudnić następce króla jako aktora i przywołać demona z użyciem przyborów toaletowych.
Jedyne moje prywatne zastrzeżenie dotyczy narracji, która ewidentnie jest parodią stylu Szekspira, ale – nie wiem, czy to tłumaczenie, czy oryginał, ale… Staje się po prostu dość ciężko strawna.
— Cytat:
– Wiesz co, Magrat? Najlepiej się znasz na sabatach. Równie dobrze możemy to załatwić jak należy. Co dalej?
Magrat zawahała się. Raczej nie ośmieli się zaproponować tańca nago.
– Jest pieśń – powiedziała. – W hołdzie księżycowi w pełni.
– Nie jest w pełni – zauważyła Babcia. – On… ten… jak mu… pęcznieje.
– Przybiera – podpowiedziała usłużnie Niania.
– Myślę, że to w hołdzie księżyców w pełni ogólnie – zaryzykowała Magrat. – A potem musimy wznieść naszą świadomość. Obawiam się, że księżyc w pełni jest jednak niezbędny. Księżyce w ogóle są bardzo ważne.
Babcia przyjrzała jej się z uwagą.
– To jest to nowoczesne czarownictwo? – spytała.
– Między innymi, Babciu. Jest tego o wiele więcej. Babcia Weatherwax westchnęła.
– Każdej wedle gustu, jak sądzę. Ale niech mnie rozerwie, jeśli pozwolę tej błyszczącej kuli z kamienia mówić mi, co mam robić.
– Jasne. Do licha z tym wszystkim – zgodziła się Niania. – Rzućmy na kogoś urok.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Przepraszam! – powtórzyła Magrat, tym razem głośniej. – Kto to była Czarna Aliss? I – dodała szybko – żadnych znaczących spojrzeń i gadania tak, żebym nie zrozumiała. W tym sabacie uczestniczą trzy czarownice. Pamiętajcie o tym.
– Żyła długo przed tobą – wyjaśniła Niania Ogg. – Właściwie nawet przede mną. Mieszkała pod Skundem. Bardzo potężna czarownica.
– Jeśli wierzyć plotkom – dodała Babcia Weatherwax.
– Kiedyś zmieniła dynię w królewską karocę – oświadczyła Niania.
– Na pokaz. Komu to pomoże, jeśli zjawi się na balu pachnąc jak ciasto z dyni? A ta sprawa ze szklanym pantofelkiem… niebezpieczna moim zdaniem.
– Ale największe jej dokonanie – ciągnęła Niania, nie zważając na słowa Babci – to uśpienie całego pałacu na pełne sto lat, dopóki… – Zawahała się. – Nie mogę sobie przypomnieć. Chodziło o krzewy róż, a może coś z kołowrotkiem? Zdaje się, że jakaś księżniczka miała ukłuć… Nie, to książę. Właśnie.
– Ukłuć księcia? – zaniepokoiła się Magrat.
– Nie. On miał ją pocałować. Bardzo romantyczna była ta Czarna Aliss. W jej zaklęciach zawsze tkwiła odrobina romansu. Najbardziej lubiła Dziewczę spotykające Żabę.
– Dlaczego nazywali ją Czarną Aliss?
– Przez paznokcie – wyjaśniła Babcia.
– I zęby – dodała Niania Ogg. – Aliss uwielbiała słodycze. Mieszkała w prawdziwej chatce z piernika. W końcu dwójka dzieciaków wepchnęła ją do pieca. Szokujące.
– I zamierzasz uśpić cały zamek? – spytała Magrat.
– Ona nigdy nie uśpiła zamku. To tylko bajki starych bab. -Babcia spojrzała znacząco na Nianię. – Po prostu zakołysała trochę czas. To nie takie trudne, jak się wydaje. Wszyscy to robią. Czas jest jak guma. Można go naciągnąć, jak komu wygodnie.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Magrat unosiła się na miotle kilkaset stóp ponad obrotową granicą Lancre, spoglądając w dół na morze mgieł, skąd z rzadka sterczał czubek jakiegoś drzewa podobny do obrośniętej wodorostami skały w czasie przypływu. Wydęty księżyc sunął nad nią; pewnie znowu przybierał. Porządny wąski rogalik byłby lepszy. Bardziej odpowiedni.
Zadrżała. Zastanowiła się, gdzie jest teraz Babcia Weatherwax.
Miotła starej czarownicy była powszechnie znana i budziła lęk na niebie Lancre. Babcia dość późno poznała lot i po krótkim okresie nieufności polubiła go jak mucha gnijący rybi łeb. Problem jednak polegał na tym, że każdy lot Babcia pojmowała jako prostą linię łączącą punkty A i B; nie mogła pogodzić się z faktem, że inni użytkownicy powietrza też mają jakieś prawa; to proste zjawisko zmieniło trasy lotów migracyjnych na całym kontynencie. Przyspieszona ewolucja wśród miejscowego ptactwa stworzyła generację latającą na grzbiecie, by czujnie obserwować całe niebo.
Głęboka wiara Babci, że wszystko powinno schodzić jej z drogi, dotyczyła też innych czarownic, wysokich drzew, a czasem także gór.
Babcia zmusiła również żyjące pod górami krasnoludy, by z lęku o życie zwiększyły szybkość jej miotły. Wiele jajek zostało złożonych w powietrzu przez niczego nie podejrzewające ptaki, które nagle zauważyły pędzącą ku nim Babcię, spoglądającą groźnie znad kija miotły.
– Ojej – zmartwiła się Magrat. – Mam nadzieję, że nikogo nie trafiła.
— Koniec cytatu.

31: "Piramidy".

Nie mogę powiedzieć o żadnej książce Pratchetta, żebym jej nie lubił. W każdej coś się znajdzie, humor, trudne przemyślenia, inspirujące postacie… Ale nie umiem pojąć, co, jak to się na polskim mawia, "autor chciał powiedzieć". Nie jestem pewien, co dokładnie autor chciał parodiować, ale gdyby nie nikła szansa, by dzieło to znał, podejrzewałbym, iż chodzi o "Faraona". Z całą pewnością jest to jednak parodia starożytnego Egiptu.
Właściwie pomysł na książkę można przedstawić jednym zdaniem: nowy faraon obejmuje władzę, ale w tym czasie jego dawno zmarli przodkowie uznają, że to doskonały moment na odwiedziny w królestwie.
A no i przy okazji jest jeszcze największy matematyk na Świecie Dysku, który okazuje się być wielbłądem.
— Cytat:
Brak palców był kolejnym czynnikiem przyspieszającym rozwój intelektualny wielbłądów. Rozwój matematyczny ludzi zawsze był hamowany przez powszechną instynktowną skłonność, by wobec czegoś naprawdę skomplikowanego – jak choćby wielomiany trój-foremne czy różniczki parametryczne – liczyć na palcach. Wielbłądy od samego początku liczyły na liczbach.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
Dios siedział na stopniach tronu i ponuro wpatrywał się w podłogę. Bogowie nie słuchali. Wiedział to. Wiedział to najlepiej ze wszystkich. Tyle że nigdy nie miało to znaczenia. Człowiek wykonywał właściwe ruchy i znajdował odpowiedź. To rytuał był ważny, nie bogowie. Bogowie mieli pełnić funkcję megafonu, bo w przeciwnym razie kogo ludzie zechcieliby słuchać?
— Koniec cytatu.

32: "Straż! Straż!".

W jednym z opracowań twórczości Pratchetta przeczytałem, że seria o Straży Miejskiej stanowi perłę całego Świata Dysku. I trudno się z tym twierdzeniem nie zgodzić. W głosowaniu na najlepszą część w roku 2015 wszystkie trzy pierwsze miejsca zajęły powieści z tego właśnie podcyklu.
Tu nie chodzi tylko o to, że Pratchett zdecydowanie miał smykałkę do kryminałów, bo rzeczywiście kryminały pisał dobre, ale znalazłyby się lepsze. Tu chodzi o to, jak na przestrzeni kolejnych książek obserwujemy zmianę zgniłej, wyśmiewanej formacji w sprawną, stawianą na całym świecie za przykład policję. Tu chodzi o to, jak można bohatera narodowego zmienić doświadczeniami w pijaka, a pijaka we wzorowego męża i ojca. Przede wszystkim jednak chodzi o rozprawienie się z dyskryminacją, nierównością społeczną, niesprawiedliwością. O to, że istnieć mogą ludzie na wskroś uczciwi i prawi. Czytając zwłaszcza ostatnią powieść z tego podcyklu, książkę "Niuch", niemal wyczuwałem poszukiwania właśnie takiego świata.
Nie bez znaczenia w tym wszystkim są doskonale wykreowani bohaterowie dojrzewający z kolejnymi stronami i przebijający z każdej strony Pratchettowski humor.
Pewnie brzmię teraz jak jakiś naganiacz przed sklepem, ale dla mnie powieści dotyczące Straży Miejskiej pozostaną jednymi z najważniejszych książek czytanych w życiu.
To jednak pierwszy element tej układanki, w którym dopiero poznajemy pierwszych bohaterów i po którym nie widać jeszcze tego wszystkiego, o czym pisałem.
Straż Miejska Ankh-Morpork jest cieniem samej siebie. Jak myślicie, ilu ludzi powinna liczyć formacja policyjna liczącego ponad milion mieszkańców miasta? No cóż, tutaj jest ich dokładnie trzech, w tym kapitan znany z pijaństwa, sierżant, który za żadne skarby świata nie chce zostać oficerem oraz kapral, który musi nosić ze sobą pisemny dokument poświadczający, że naprawdę jest człowiekiem, a nie brakującym ogniwem w ewolucji małp.
Do tego w żadnym razie nie można nazwać naszej grupy skutecznymi siłami mundurowymi. Pewnie gdyby spytać kapitana o jakieś udane aresztowanie, przypomniałby sobie jakąś sprawę z przed trzech, może czterech lat. Dziś jedynym celem straży jest chodzenie po ulicach, dzwonienie i mówienie jak najcichszym głosem "Jest dwunasta i wszystko w porządku"! Właściwie nikt nie wie, poco straż miejska jeszcze istnieje, skoro absolutnie nikt nie traktuje jej poważnie, a miasto jest znane na całym świecie ze swojej przestępczości.
Wszystko zmienia się, gdy do kapitana Vimesa zgłasza się ochotnik. I choć nikt nie umie pojąć, kto jest na tyle szalony, by zgłaszać się do Straży Miejskiej jako ochotnik, Marchewa Żelazny Watson nie czuje się tym zrażony i natychmiast, chętnie i z niezwykłym zaangażowaniem przyjmuje nowe obowiązki.
Nowy nabytek straży to ponad 2-metrowy, potężnie zbudowany mężczyzna, co nie przeszkadza mu czuć się krasnoludem (został adoptowany przez rodzinę krasnoludów). A życie w kopalni nie przypomina trudnego, pełnego pułapek i złoczyńców miasta. To jednak żaden problem dla Marchewy, to problem dla Ankh-Morpork!
A, no i jeszcze jest taka drobna sprawa. Mianowicie na miasto napada smok.
— Cytat:
Kapitan Vimes biegł ulicą Krótką – najdłuższą w mieście, co ukazuje słynne z subtelności poczucie humoru w Morpork – a sierżant Colon potykał się za nim i protestował. Nobby stał przed Bębnem, przeskakując z nogi na nogę. W chwilach zagrożenia potrafił się przemieszczać z miejsca na miejsce, na pozór omijając dzielącą je przestrzeń, w sposób, który mógłby zawstydzić prosty transmiter materii.
– On się tam bije! – zawołał, chwytając kapitana za ramię.
– Całkiem sam? – spytał Vimes.
– Nie, ze wszystkimi! – krzyknął Nobby i podskoczył.
– Aha.
Sumienie podpowiadało: Jest was trzech. On nosi taki sam mundur. To jeden z twoich ludzi. Pamiętaj o biednym Gaskinie.
Inna część umysłu, znienawidzona i pogardzana, która jednak pozwoliła mu przeżyć w Straży ostatnie dziesięć lat, mówiła: Niegrzecznie jest się wtrącać. Zaczekamy, aż skończy, a potem zapytamy, czy potrzebna mu pomoc. Poza tym Straż z zasady nie miesza się do bójek. O wiele prościej jest wkroczyć później i aresztować wszystkich nieprzytomnych.
Z trzaskiem wypadło pobliskie okno, a oszołomiony zabijaka wylądował po drugiej stronie ulicy.
– Sądzę – rzekł kapitan – że trzeba działać szybko.
– Słusznie – przyznał sierżant Colon. – Tutaj człowieka może spotkać krzywda.
Przesunęli się ulicą kawałek dalej, gdzie trzaski pękającego drewna i brzęk tłuczonego szkła nie były tak głośne. Starannie unikali patrzenia sobie w oczy. Od czasu do czasu z tawerny dobiegał wrzask, a niekiedy tajemniczy dźwięk, jakby ktoś kolanem uderzył w gong.
(…)
– Chyba nie byłby szczęśliwy w Straży – stwierdził pocieszająco sierżant.
Drzwi Załatanego Bębna wyrywano w bójkach tak często, że niedawno zamontowano je na specjalnie hartowanych zawiasach. Fakt, że następne straszliwe uderzenie wyrwało z muru całe drzwi razem z futryną, dowodził tylko, że zmarnowano sporo pieniędzy. Postać leżąca wśród odłamków spróbowała unieść się na łokciach, stęknęła i opadła.
– Zdaje się, że już po… – zaczął kapitan.
– To ten piekielny troll – przerwał mu Nobby.
– Co? – nie zrozumiał Vimes.
– To troll! Ten, który pilnuje wejścia!
(…)
– Nie myślicie chyba – powiedział sierżant – że on wygrywa? Kapitan mężnie wysunął podbródek.
-Jesteśmy to winni naszemu koledze i funkcjonariuszowi -oznajmił. – Musimy wejść i sprawdzić.
(…)
Było to może najostrożniejsze wejście w całej historii wojskowych manewrów, na samym dole skali, na której szczycie znajdują się takie wyczyny jak Szarża Lekkiej Brygady.
Wszyscy trzej wyjrzeli czujnie zza wyłamanych drzwi.
Kilka osób leżało rozciągniętych na podłodze i tym, co pozostało ze stołów. Ci, którzy wciąż jeszcze zachowali przytomność, byli z tego powodu dość nieszczęśliwi.
Marchewa stał pośrodku sali. Jego zardzewiała kolczuga była porwana, stracił hełm, kołysał się lekko na boki, a jedno oko już zaczynało mu puchnąć. Rozpoznał jednak dowódcę. Opuścił na podłogę słabo protestującego klienta, którego trzymał, i zasalutował.
– Melduję posłusznie trzydzieści jeden przypadków Naruszania Spokoju Publicznego, pięćdziesiąt sześć przypadków Obraźliwego Zachowania, czterdzieści jeden przypadków Utrudniania Funkcjonariuszowi Straży Wykonywania Obowiązków, trzynaście przypadków Rozboju z Użyciem Niebezpiecznego Narzędzia, sześć
przypadków Złośliwego Zwlekania i… i… kapral Nobbs nie pokazał mi, jak działa cokolwiek.
— Koniec cytatu.
— Cytat:
– Z pewnością masz rację! Nikt nade mną nie zapanuje! Wonse uniósł dłoń uspokajająco.
– Oczywiście, oczywiście – zgodził się. – Ale istnieją sposoby i sposoby. Tak, sposoby i sposoby. A ryki i płomienie, rozumiesz, nie będą ci potrzebne…
Głupia małpo! A jak mam ich zmusić, żeby robili, co im każę?
Wonse splótł ręce za plecami.
– Zrobią to dobrowolnie – zapewnił. – A z czasem uwierzą, że sami tego chcieli. Stworzą nową tradycję. Możesz mi wierzyć. My, ludzie, łatwo się dostosowujemy.
Smok przyglądał mu się długo.
– Minie trochę czasu – mówił Wonse, starając się powstrzymać drżenie głosu – a kiedy ktoś im powie, że smok na tronie to zły pomysł, sami go zabiją.
Smok mrugnął.
Po raz pierwszy, odkąd Wonse pamiętał, zdawał się wahać.
– Po prostu znam ludzi – wyjaśnił Wonse. Smok przygniatał go wzrokiem. Jeżeli mnie okłamujesz…
– Wiesz, że nie mogę. Nie ciebie. Naprawdę tak się zachowują?
– Oczywiście. Przez cały czas. To typowa ludzka cecha.
(…)
Nie doczekam się potężnych wojowników, chcących mnie zabić? pomyślał smok niemal żałośnie.
– Raczej nie. Ani bohaterów?
-Już nie. Za dużo kosztują.
Przecież będę zjadać ludzi!
Wonse zaskomlał.
Poczuł, jak smok przeszukuje jego umysł, próbując znaleźć wskazówkę umożliwiającą zrozumienie. Na wpół zobaczył, na wpół poczuł migotanie przypadkowych wizji, obrazy smoków, mitycznej ery gadów i – tutaj smok był szczerze zdumiony – pewnych niezbyt chwalebnych okresów ludzkiej historii, stanowiących zresztą większą jej część. A po zdumieniu napłynął gniew. Nie istniało właściwie nic, co smok mógł zrobić ludziom, a czego sami wcześniej czy później nie wypróbowali na sobie nawzajem, często z entuzjazmem.
Macie czelność się skarżyć, pomyślał smok. A przecież my byliśmy smokami. Smoki powinny być okrutne, chytre, nieczułe i straszne. Ale coś ci powiem, małpo…
Wielki pysk zbliżył się jeszcze i Wonse spojrzał prosto w głębie bezlitosnych smoczych ślepi.
Smoki nigdy nie paliły na stosie, nie torturowały, nie rozpruwały na kawałki i nie nazywały tego moralnością.
— Koniec cytatu.

C.d.n.

Nigdy nie udawałem, że jestem normalny

Astronomowie z Europejskiej Agencji Kosmicznej potwierdzają start niezidentyfikowanego obiektu z terytorium Środkowej Europy. Czy jest to nielegalna próba rakietowa?
W ogniu zaostrzającego się konfliktu, pytań i niepewności, grupa… niewidomych… próbuje rozstrzygnąć zagadkę. Po długotrwałych obliczeniach okazuje się, że obiekt zagrażający Międzynarodowej Stacji Kosmicznej jest maszyną brajlowską Perkins.
Czy zdążą na czas przekazać swoje wyniki? Kto odpowiada za start tej niecodziennej satelity? Czy załoga ISS zdoła przetrwać?
Czy uratować ich przyjdzie polskim brajlistom?
"Punkty w czerni", wkrótce w kinach!