Kilkukrotnie wspominałem na tym blogu o pewnym weekendzie, który należy uznać za ósmy cud świata, przede wszystkim za to, że w ogóle go przeżyłem.
Jak to już w moim wypadku bywa, napisanie o czymś w terminie w miarę aktualnym jest czynem prawdopodobnie nieosiągalnym, a zatem doceńcie, że minął mniej, niż miesiąc.
Bo na przykład takiej wymiany do Bad Marienberg wciąż nie opisałem, choć opisać ją obiecałem… 6 marca zeszłego roku.

Pewnego piątku wsiadł Dawid do pociągu odjeżdżającego z Gdyni Głównej w kierunku Warszawy. I tak zaczęła się podróż w nieznane.

O tym, że będzie ciekawie, przekonałem się jeszcze przed stacją docelową. Doszło bowiem do katastrofy na przynajmniej narodową skalę.
Mianowicie, jedna z pasażerek była Brytyjką.
Zdawałoby się, że w świecie nazywanym globalną wioską nie powinno stanowić to ani problemu, ani zaskoczenia. Stanowiło i jedno, i drugie, przynajmniej dla konduktora.
Zaistniała w następstwie scena była godna skeczu kabaretowego.
– Przepraszam panią, ale ja nie mówię po angielsku. – Powtarzał jak mantrę pan konduktor.
– I’m sorry, I don’t speak polish. – Powtarzała przyczyna zamieszania.
Już miałem zamiar się wtrącić, ale zostałem uprzedzony przez jadącego w tym samym wagonie nauczyciela języka angielskiego.

Kolejny dialog z pociągu? Ponownie z owym nauczycielem.
– Przepraszam, nie woleliby Pana uczniowie siedzieć z panem? – Zapytała jakaś kobieta.
– Proszę pani. – odparł nauczyciel, – Oni błogosławią PKP za to, że sprzedano mi tak dalekie miejsce i tylko modlą się, bym jakimś cudem z nimi nie usiadł.
I kto tu mówi, że nauczyciele nie wiedzą nic o swoich uczniach?

W końcu, po trzech godzinach i siedmiu minutach, pociąg zatrzymał się na stacji Warszawa Wschodnia. I tu koszmar się zaczął.

Niektórzy mogliby zastanawiać się, po kiego licha jechałem do Warszawy. W sumie, dobre to pytanie.
Licho to jest dziewczyną starszą ode mnie trzy dni (nigdy mi nie przestanie tego wypominać) wzrostu, no właśnie. Niski to za mało, by to opisać.
Kiedyś mama zapytana o jej wygląd przez Ginia odpowiedziała tymi słowy: "Małe, drobne, prawie jej nie ma".
Bardzo mi się spodobało.
Mowa oczywiście o Mai, znanej tu jako jamajka.

W Warszawie spotkałem się z jej babcią, poznaną mi już wcześniej, która pomogła mi kupić bilet i skierowała mnie na dalszy pociąg w strony zamieszkania owego licha.
Tu bardzo za tą pomoc dziękuję.

Oczywiście, pociąg, choć jechał jakoś ze dwadzieścia minut po moim przyjeździe, był dla mnie nieosiągalny, ponieważ kolejka była tak długa, że zdążył odjechać, nim kupiliśmy bilet.
Wreszcie, po kolejnych czterdziestu minutach, dotarłem na stację docelową.

Oczywiście, moja wizyta musiała zacząć się w sposób bardzo zorganizowany i typowy, a więc od próby kupienia pizzy od człowieka, który pizzy nie sprzedawał, ale to drobiazg.

Trzeba wam także wiedzieć, że dom Mai nawiedzają dwa stworzenia zwane z łacińskiego Nymphicus hollandicus, po polsku nimfy, powszechniej znane jako papugi.

Kiedyś miałem papugę nimfę, później lorę i falistą, więc troszkę gatunków się tu przewinęło. To są jednak już czasy dawne, jeszcze podstawówkowe, a od szóstej klasy niestety owych stworzonek już nie ma. Nimfa nam niestety uciekła, lora zginęła (do dziś nie wiemy, co się stało), a falistą oddaliśmy, ponieważ mama nie mogła się już nią zajmować z braku czasu.
Miłością do papug zaraził mnie dziadek, który był ornitologiem. I, jak mogła zobaczyć Maja, nie przeszło mi.
Owe dwie papużki (Ozzy i Kuba) to naprawdę przymilne stworzonka. Nawet jeśli przyczepiły się mnie i dały się głaskać, ja tu myślałem, że takie miłe, a one tylko przyczajały się na pizzę. Ale to nieważne.
Nieważne jest także, że, co było przewidywalne, natychmiast zapałały miłością do mojego wisiorka. Emila, siostra Mai, poradziła mi go zdjąć. Ale nic z tych rzeczy, ja go naprawdę rzadko zdejmuję.
No więc papużki miały zabawkę.
No chyba, że po prostu próbowały mnie udusić.
Maju, przyznaj się, co im o mnie naopowiadałaś.

Co jeszcze o tym pierwszym dniu mogę wam opowiedzieć? Większość minęła na niezwykle inteligentnej zabawie godnej osiemnastolatków.
Siostra Mai, Emila, ma zestaw magnesów. Składa się z takich metalowych kulek i rurek i można z nich budować różne dziwne rzeczy.
Zaczęło się od tego, że Emila rozłożyła ja na podłodze, a myśmy z Mają siedzieli na łóżku i rozmawiali.
Potem Emila pokazała mi swoją konstrukcję, myśmy z Mają po chwili do rozmowy wrócili.
W następnym etapie ja już siedziałem z Emilą na podłodze, rozmawiając wciąż z Mają i coś tam budując.
Kilka minut później Maja siedziała obok.
A w ciągu kwadransa budowaliśmy wspólnie rakietę.
Fajna była, miała korpus, głowicę i nawet sensowne ustatecznienie.
Polecam się na przyszłość.

Podczas tej konstrukcji Maja wyraziła irytację nad moimi niezwykłymi zdolnościami artystycznymi.
Dialog wyglądał mniej-więcej tak.
– tutaj załóż ten prostokątny klocek, bo to się rozleci.
– No to zakładam.
– Ale nie tak, pokaż mi to.
Po chwili.
– Widzisz? Tak.
– Dzięki, rozumiem.
Kilka sekund, po czym Maja ogląda i nieskończenie cierpliwym głosem.
– Daaawiiidzieee, tuuutaaaj teeen prooostooookąąątnyyy kloooceeeek.
A ja nadal mówię Maju, że gdybym wiedział, iż my rakietę będziemy budować, to bym świsnął silnik z Focusa i byśmy to odpalili. TO by dopiero była gwiazda wieczoru. Nie wiedziałem, następnym razem się poprawię.

Poza tym było dużo rozmawiania, mówienia bardziej lub mniej sensownych rzeczy i ogólnie przekonwersowaliśmy naprawdę sporo, ale to nie materiał na ten wpis, więc proponuję zrobić przeskok do dnia następnego.

Dnia następnego zaplanowaliśmy z Mają wypad do tak zwanych Lasek, gdzie chciałem się spotkać z kilkoma osobami.
Pociągowych przygód ciąg dalszy.
– Przepraszam, jaka to stacja? Pytam ja albo Maja, już nie pamiętam.
– Warszawa Centralna.
Dziękujemy, kierujemy się do wyjścia.
– Państwo tu wysiadacie? Bo to Zachodnia.
Tak, coraz lepiej, dobrze, że nie peron 34. Następnym razem skierują nas na ekspres do Hogwartu.
Swoją drogą, ten pociąg był starego typu. Mała dygresja: dlaczego Mazowieckie pociągi starego typu są w lepszym stanie niż Pomorskie nowego?

Bez dalszych przygód. Ha, ha, ha, kogo ja oszukuję? Jasne, że z masą przygód dotarliśmy do Izabelina.
Okazało się tu, że droga jest rozkopana. Oczywiście, Maja poprzedniego dnia pytała telefonicznie Klaudię, jestem świadkiem, czy powinniśmy o czymś wiedzieć. Widocznie zdaniem Klaudii o remoncie wiedzieć nie powinniśmy. No widzicie, ta też chciała nas zabić.
Dodatkowo, żeby było jeszcze ciekawiej, tego dnia w Laskach odbywały się biegi, co oznacza masę ludzi biegnących przed siebie i nie patrzących, gdzie lecą.
I, jak zauważyła Maja, wcale nie niewidomych trzeba się tu bać najbardziej.

W końcu trafiliśmy pod internat dziewcząt, gdzie czekała na nas, jak mieliśmy nadzieję, pierwsza osoba na liście tych do odwiedzenia.
Mówię tu o Klaudii, na Eltenie klaudia27 .
Dlaczego mieliśmy nadzieję? A no dlatego, że w rozmowie telefonicznej poprzedniego dnia mówiła, że przed jedenastą nie wstanie. Fakt, było po jedenastej, ale wcale nie byliśmy pewni marginesu błędu.
A jedną z pierwszych rzeczy jakich się o Klaudii dowiedziałem swego czasu jest to, że, jakby wam to powiedzieć.
Wyrzucenie jej z łóżka bez węża ogrodowego i zimnej wody może okazać się bardzo trudnym zadaniem.
Tak trudnym, że jak w końcu wam się uda, to sami będziecie mieli już tylko ochotę się zdrzemnąć.

Po tym, jak Klaudia zaprowadziła nas, a raczej mnie, ponieważ Maja już tam bywała, do swojego pokoju, mój mózg został przełączony z trybu standardowego poboru mocy na przetaktowanie przynajmniej trzykrotne, połączone z obudzeniem rdzeni logicznych i funkcji turboboost.
Mam wrażenie, że szyna FSB podskoczyła przynajmniej do wartości terahercowych, a płyta główna tylko jęknęła "ratuj".
Kiedy poprzednio widziałem się z Klaudią w towarzystwie Mai, to obciążenie wyniosło jedynie jakieś marne 100 gigaherców, ale tym razem tamto to był pikuś.
Po czym rozpoznać dwie przyjaciółki znające się od jedenastu lat? Po tym, że rozumieją się w półsłówkach i występuje tu najprawdopodobniej już jakieś splątanie kwantowe, bo procesy przekazu danych odbywają się z prędkościami zdecydowanie nadświetlnymi.
W każdym razie, najłatwiej rozpoznawalne zdanie brzmiało "Majka, ogarnij się". Powtórzone, liczyłem, czterokrotnie w ciągu jakoś dziesięciu minut.

W następnym kroku program przełączył się na tryb 1024-bitowy, w którym stała się mniej-więcej możliwa jako tako spójna rozmowa.
Kolejnym, niezwykle trudnym krokiem, było przekonanie Klaudii, by się z nami gdzieś ruszyła, podziwiam Maju za zdolności perswazyjne.

Następnym spotkanym człowiekiem, już przez naszą trójkę, był Arek znany tu jako żywek, także pozdrawiam.

Dalej? Bardzo proszę.
Dalej to zadzwoniliśmy do siostry Moniki, z którą obiecaliśmy się spotkać.
W pierwszej minucie się witaliśmy.
W drugiej wywiązał się dialog:
– Siostra coś robi?
– Nie, a czemu pytacie?
– To siostra już robi.
W trzeciej wyciągnęliśmy ją do McDonalda. Nie, to nie był mój pomysł, TO był pomysł Mai.
I tak sobie w czwórkę: ja, Maja, Klaudia, siostra Monika poszliśmy na mało zdrowy, ale za to zdecydowanie ciekawy obiad.
Mówiliśmy o wszystkim, od nauczania w Laskach, przez maturę, po rozmowy o wspomnieniach szkolnych i zakonie.
Tu padły słowa, które najprawdopodobniej staną się moim cytatem roku. Obawiam się, że by zrozumieć, trzeba było usłyszeć na żywo ton, ale spróbuję opisać.
O maturze z matematyki…
Siostra, lekko zdumionym tonem, jakby nie rozumiała, skąd nasze załamanie – "Fakt, trochę trudniejsza była." Chwila namysłu, przetwarzanie danych, przełączanie poziomu myślenia z doktoranckiego na licealny… I, zupełnie już innym głosem. "No tak, trudna była, naprawdę trudna."
Aż żal, że nikt tego nie nagrał.

Po krótkim obiedzie i zdecydowanie dłuższej rozmowie o wszystkim, powróciliśmy do Lasek, gdzie z siostrą musieliśmy się pożegnać, bo, jak mówiła sama, w sumie to w zakonie nikt nie wiedział, gdzie jest.
Zmywała naczynia, gdy dzwoniliśmy. To też rzuciła zmywanie naczyń, powiedziała tylko komuś, że idzie. I tyle ją widzieli. Przez kilka godzin.
Bardzo siostrze dziękuję za poświęcony czas i niezwykle przyjemne spotkanie.

Jako, że wcale nam z powrotem się nie spieszyło, a wciąż Słoneczko świeciło, tak przynajmniej podejrzewam, skierowaliśmy się w trójkę do internatu, by spotkać się z kolejną znaną mi już osobą, siostrą Agatą.
I znowu do przegadania tematów zakres był ogromny, od matur, przez samodzielność i wybór szkoły po zabawy internatowe.
I cały szereg innej tematyki.
Po tym, gdy siostra musiała nas opuścić, Klaudia zaprosiła nas raz jeszcze do siebie do grupy w internacie.
Co prawda nieco zaniepokoiła mnie w pierwszej chwili, mówiąc coś o ciasteczkach, do których zamiast cynamonu kazała dodać cyjanku, ale… Nieważne.
TU poznałem kolejną niezwykle ciekawą osobę, Mirelę, która najprawdopodobniej tego wpisu nie czyta, ale pozdrowić nie zaszkodzi.

Tu mogłem zaobserwować troszkę internatowego życia w postaci:
– A co to jest?
– Nie wiem.
– A to?
– Też nie wiem.
– A tamto?
– Cukier. Albo sól. W sumie nie wiem.
Czułem się po prostu jak w domu, a nawet jak w pracowni.
– Dawid. Nie ruszaj się, spróbuję tu postawić herbatę. I wolałabym na ciebie nie wylać.
I to się nazywa pocieszyć człowieka.

Tam przesiedzieliśmy, prześmialiśmy i przegadaliśmy już resztę dnia, aż w końcu nadeszła ta pora, gdy trzeba było już wracać do Mai do domu.
Po powrocie nasz stan był, oględnie mówiąc, ciekawy. Chcieliśmy pograć na klawiszach, poogarniać Eltenowe sprawy. Gdzie tam, myśmy tam prawie zasnęli ledwo wróciliśmy do Mai pokoju.
Na szczęście po chwili stan zmęczenia minął, ja z Mają ogarnęliśmy kilka Eltenowych spraw administracyjnych, a potem jeśli mnie pamięć nie myli do pierwszej w nocy dyskutowaliśmy o szkolnictwie i osobach niewidomych. Pokłosiem tych rozmów jest wpis na blogu.
I tyle z naszego zmęczenia.

Następny dzień był już dniem ostatnim, gdyż Maja jechała na badania, na których stwierdzono, że nie ma mózgu, a ja wracałem do domu, no prawie.
Najpierw pojechałem z rodzicami Mai do Warszawy centralnej, gdzie spotkaliśmy się z Kamilem (tu Talpa171).
Kolejna osoba do pozdrowienia.
Tam przegadaliśmy o komputerach, Warszawie, politechnice i poruszaniu się kolejną godzinę, po czym Kamil poprowadził mnie na pociąg, na szczęście się nie zgubiliśmy i z powodzeniem trafiłem do Gdyni.
W owej mieścinie z kolei dokonałem niemożliwego. Nie wiem, w jaki sposób zdążyłem na pociąg SKM do Wejherowa, który odjeżdżał trzy minuty po moim przyjeździe, ale jakimś cudem udało mi się w te trzy minuty przelecieć niemal całą długość dworca, a po drodze ani siebie, ani nikogo innego nie zabić. Kolejny sukces.

I tak minął mi pobyt w Warszawie.
Z tego miejsca bardzo dziękuję szczególnie rodzicom Mai za gościnę.
Emili za to, że, choć bywa denerwująca, naprawdę bardzo ją lubię i jest niezwykle inteligentna jak na swój wiek.
Klaudii, Kamilowi, Arkowi, Mireli, siostrze Monice i siostrze Agacie za bardzo ciekawe rozmowy i miło spędzony czas.
Oraz, przede wszystkim, Mai za cały ten czas, za to, że przyjęła u siebie szaleńca i za to, że jednak nie pozwoliła Klaudii dać mi tego cyjanku.
Dziękuję.

16 uwag do wpisu “Majka, ogarnij się, trochę trudniejsza była. – Co Dawid na Mazowszu porabiał.

  1. Oj Dawidzie Dawidzie. Nie zdążyłeś na pociąg boś widać masochista. Zamiast to sobie grzecznie pójść do pociągu i, do czego masz święte prawo, kupić bilet u konduktora, a może nawet nie jeśli nie będzie mu się chciało przejść, żeby sprawdzać, to Ty wolisz stać w kolejce… Echhhhhhh…

  2. Kto zbudował ustatecznienie? No kto zbudował? :d
    Nie wchodnia, tylko, na szczęście, zachodnia. Gdybyśmy się zorientowali na wchodzniej, to jużbyśmy byli w gorszym położeniu. xd
    Mam dla ciebie challenge. Czasami podajesz przykłądowe zdanie z dialogu, spróbuj zaimitować kawałek naszego. xd. Z Klaudią.

  3. To samo miałem napisać. Bilety tylko u konduktora. Nigdzie indziej!
    No chyba, że możesz płacić tylko kartą, a pociąg jest stary. W tych starszych nie zawsze jest terminal, choć teoretycznie powinien być.

  4. Ja sobie wyobrażam, Maju, te wasze dialogi z Klaudią.
    Tu nie ma czego imitować, rzeczywiście. 😀

    Ale ten tekst siostry Moniki apropos matury, najlepszy. Serio mogliście nagrać. 😀

  5. Suuuper! Podoba Mi się ten wpis. Kilka razy się uśmiechnęłam, a raczej od początku, do końca czytania, uśmiech nie schodził Mi z twarzy. Gdyby nie to, żę jest jedenaście po północy, to mój komentarz był by bardziej konstruktywny.

  6. Łał, jak to opisywałeś, to czułam się tak, jak bym z wami tam była. Pozdrawiam was oboje tu, z tego miejsca. Mieliście niesamowity weekend. To się nazywa ciekawa relacja weekendowa. Najciekawsza, jaką tu na eltenie chyba czytałam. 🙂

  7. Bardzo mi się podoba. To znaczy wczoraj, po jego przeczytaniu, miałam więcej przemyśleń, ale jakoś ich nie spisałam, bo strasznie dużo ich było i teraz mogę napisać przede wszystkim to, że uwielbiam Twoje pociągowe przygody. Normalni ludzie wsiadają sobie do pociągu, jadą, potem zniego wychodzą i jest ok, ale u Dawida Piepera (chciałam napisać „Pajpera”) nie może być tak nudno 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *