Czasami pomysł na tekst przychodzi nagle: pod wpływem snu, wydarzenia, przeczytanej książki albo właściwie nie wiadomo skąd, ale po prostu przychodzi.
Ale czasami kiełkuje przez miesiące lub lata, kształtuje się, a gdy zaczyna się pisać, ma się wrażenie, że bohaterowie to starzy przyjaciele. Czasem Ci przyjaciele zaskakują, robią psotę, zachowują się zupełnie inaczej, niż pisarz by chciał. Ale wciąż zna się ich od lat.
Tak właśnie było z "Dziećmi Rohanu".

Wkroczenie do Śródziemia było dla mnie sporym wyzwaniem. Pisanie fanfików w wielu fandomach jest dość proste i mało zobowiązujące, ale twórczość Tolkiena zawsze mnie onieśmielała. Mam nadzieję, że nie zniszczyłem zbytnio tego świata.

Tekst ten chciałbym dedykować przede wszystkim dzieciom Ukrainy, ale też wszystkim, dla których świat dzieciństwa skończył się zbyt wcześnie.

Jeszcze mała kwestia organizacyjna. W chwili, gdy to piszę, napisanych jest dziewięć rozdziałów, ale muszę je wygładzić, zredagować i powyłapywać ewentualne błędy. Więc publikować będę je w tempie zdecydowanie ślimaczym.

Dzieci Rohanu

Rozdział I
Bogatka

– Ti-ti-ta, ti-ti-ta! – Srebrzysty głos bogatki przeciął gęstwinę.
Ilge pochylała się nad splątanym krzewem malin. Ostrożnie zanurzała dłoń w gąszczu liści, wyławiając owoce.
– Ti-ti-ta, Ti-ti-ta! – powtórzył ptak.
Zaczynało się lato. Pierwsze karawany kupców powinny być widoczne już od kilku dni. Ich dzwonki, śpiewy i krzyki powinny budzić zaspanych mieszkańców. W tym roku nic takiego nie miało miejsca.
Strach stał się towarem cenniejszym niż wełna. Zachodnia Brózda była zawsze pograniczem, surowym i wymagającym, ale teraz stała się pułapką. Drogi opustoszały. Wędrowni kramarze, którzy niegdyś ciągnęli tędy od Wrót Rohanu, teraz omijali te ziemie szerokim łukiem. Wystarczył jeden spalony wóz, jedna wieść o kupcu, którego znaleziono przebitego strzałą… lub którego nie znaleziono wcale.
Handlarze byli pierwszym celem ataków. Nie były to jeszcze wielkie armie maszerujące pod sztandarami. Były to małe, szybkie bandy wilczych jeźdźców polujące na najsłabszych: pasterzy, podróżnych, pojedyncze wozy.
Zaczęło brakować rzeczy codziennych: soli do konserwowania mięsa na zimę, żelaznych gwoździ, przyzwoitego płótna.
A te maliny? Te maliny były smakiem dawnego świata.
– Ti-ti-ta, ti…
Śpiew urwał się, jakby przecięto strunę.
Ilge zamarła.
Ręka zawisła w pół ruchu, oddech uwiązł w gardle, stłumiony gwałtownym uderzeniem serca. Nie było słychać wiatru w liściach, zamilkły świerszcze, ustało brzęczenie muchy.
Wytężyła słuch do granic bólu. Nasłuchiwała nie ptaka, lecz tego, co mogło go spłoszyć: tępego odgłosu ciężkiego buta na ściółce, szczęku metalu o kolczugę, niskiego, gardłowego charkotu…
Nic. Tylko pulsowanie krwi w uszach, głuche i powolne.
Sekundy ciągnęły się bez końca. Ręka, wciąż uniesiona nad krzakiem, zaczęła drżeć z napięcia.
Nagle z kępy młodych brzóz przy strumieniu rozległo się piskliwe:
– Ce-ce-ce! Ti-ti-ta!
Ilge wypuściła powietrze. Drżący oddech rozwiał mgłę strachu.
Ach. A więc tylko to. Coś ją spłoszyło. Może sokół przeleciał zbyt nisko, rzucając cień. Może lis przemknął przez poszycie. Zwykły niepokój leśnego życia.
Ale ruchy, gdy wróciła do pracy, były odrobinę szybsze, bardziej nerwowe. Napełniała teraz glinianą miseczkę w pośpiechu, a każdy kolejny owoc wydawał się mniej doskonały od poprzedniego.
Chciała upiec ciasto. Prawdziwe, domowe ciasto. Nie twardy, wojenny zakalec, pieczony nad ogniskiem, ale pulchne, wyrośnięte ciasto, słodkie od miodu – bo cukier był już tylko wspomnieniem – i cierpkie od tych świeżo zerwanych, leśnych malin.
To było ważne. Ważniejsze niż wypatrywanie dymu na horyzoncie. Mały akt normalności w czasach, które normalne być przestały; znak, że dom wciąż jest domem, a mrok, który gęstniał na zachodzie, jeszcze nie przekroczył jego progu. Jeszcze nie.
Z glinianą miseczką pełną purpurowych owoców ruszyła w stronę miasteczka. Dno naczynia było już lepkie od soku, a jej palce, porysowane przez kolce, wyglądały jak umoczone we krwi.
Ale nie wyszła na otwarty trakt. Nie skierowała się prosto ku bramie. Zamiast tego trzymała się skraju lasu. Jej stopy bezszelestnie stąpały po miękkiej warstwie zeszłorocznych liści i igliwia, tuż przy granicy, gdzie wielkie drzewa ustępowały miejsca wysokiej, smaganej słońcem trawie pastwisk. Przemykała od pnia do pnia, wybierając drogę, na której łatwo było zniknąć w cieniu.
Nie myślała o tym. To był już odruch. Pierwszy z wielu, jakie stawały się codziennością dla mieszkańców Zachodniej Bruzdy. Nikt już nie spacerował dla przyjemności po otwartych wzgórzach. Pasterze nie siadywali na szczytach, by grać na fujarce, podziwiając widok. Dzieci nie bawiły się w chowanego przed palisadą.
Ludzie nieświadomie przyswoili sobie nowe mądrości: otwarte niebo jest okiem wroga. Cień jest przyjacielem. Cisza jest ostrzeżeniem.
Ten instynkt sprawił, że jej kark ścierpł, a serce zabiło mocniej, gdy ptak zamilkł. I ten sam instynkt rozluźnił mięśnie dopiero, gdy zobaczyła pierwsze dachy.

Arlath wyglądało jak wtedy, gdy je opuszczała.
Z kominów unosił się rzadki, niebieskawy dym – znak, że rozpalano paleniska na obiad, używając suchego drewna, a nie mokrego torfu. Słychać było miarowe klepanie z kuźni przy trakcie, gdzie Armund prostował obręcze na beczki. Gdzieś dalej beczał baran, a gromadka dzieci przekrzykiwała się w jakiejś prostej zabawie. Było normalnie. Spokojnie. Tak jak wtedy, gdy wychodziła.
Zbeształa się w duchu. Wyszła do lasu na dwie, może trzy godziny. Zbierała maliny tuż przy skraju zagajnika, nie dalej niż o milę od palisady. Co niby miało się stać w tym czasie? Czy spodziewała się, że wróci i zastanie płonące ruiny? Że ciszę poranka przetnie obcy róg?
Ten strach był jak choroba. Wciskał się do umysłu i zatruwał nawet najprostsze czynności.
Wyszła spomiędzy drzew, prostując plecy. Ciężar miseczki w dłoniach nagle stał się przyjemny, był dowodem jej pracy, a nie łupem zdobytym w pośpiechu.
Uśmiechnęła się do kilku napotkanych ludzi. Był to szybki, niemal nerwowy gest, który stał się powszechnym pozdrowieniem. Uśmiech do Eomunda, który niósł nowe pale w stronę palisady, i skinienie głową Wynfridzie wyrywającej chwasty przed domem. Oni odpowiedzieli tym samym, ulotnym potwierdzeniem: "Widzę cię. Ty widzisz mnie. Wciąż tu jesteśmy. Wszystko w porządku".

Minęła główny plac i skręciła w boczną alejkę, wchodząc na niewielkie, schludne podwórko.
Chata była prosta, zbudowana z solidnych, ociosanych bali drewna, które przez lata ściemniały od deszczu i słońca. Była jednak zadbana. Płotek wokół małego ogródka z ziołami był cały, a okiennice, choć nieco surowe, wisiały prosto na żelaznych zawiasach.
Najważniejszy był jednak dach. Chata miała prawdziwe, ciężkie dachówki z wypalanej gliny i porządny, kamienny komin. Większość domów w Arlath kryta była grubą warstwą słomy i trzciny: tanich, łatwo dostępnych i zapewniających ciepło zimą. To, że w tym przypadku było inaczej, wynikało z zamożności rodziców w lepszych czasach. Jej ojciec był kiedyś mistrzem cechu stolarzy, człowiekiem majętnym, który mógł pozwolić sobie na sprowadzenie drogich, ciężkich dachówek aż z Lossarnach. Uważano to za fanaberię, przejaw dumy. Teraz ten dach znaczył więcej niż pełna skrzynia srebra.
Strzecha stała się ostatnio przekleństwem. Wystarczyła jedna płonąca strzała wystrzelona przez orkowego zwiadowcę, jedna pochodnia rzucona przez dunlendzkiego rabusia. Słoma zajmowała się ogniem w sekundę, płonąc jak sucha trawa na wietrze. Ale gliniana dachówka się nie paliła.
Ten dach oznaczał, że nie obudzą się w płomieniach. Był to luksus dawnych lat, który okazał się tarczą na nadchodzącą wojnę.

Rodziców jeszcze nie było.
Wnętrze chaty powitało ją chłodem i znajomym zapachem wysuszonego drewna, ziół wiszących pod sufitem i lekką wonią starego dymu z paleniska. Cisza była niemal absolutna. Ojciec zapewne sprawdzał postępy przy wzmacnianiu wschodniej palisady, a matka pomagała w szpitalu.
– Tym lepiej. – Uśmiechnęła się do siebie, stawiając ostrożnie miskę z malinami na ciężkim, dębowym stole. – Zrobi im prawdziwą niespodziankę.
Odkaszlnęła, otrzepując ręce z kurzu i soku, i ruszyła do spiżarni.
Sięgnęła po duży kamionkowy dzbanek z mąką. Już gdy go podnosiła, poczuła niepokojącą lekkość. Zajrzała do środka. Mielone ziarno ledwo zakrywało dno. Zostało go może na trzy, cztery bochenki chleba. Albo na jedno porządne ciasto.
Ktoś inny mógłby powiedzieć, że to szaleństwo. Ktoś, kto liczył zapasy na oblężenie, kto myślał tylko o przetrwaniu, uznałby wykorzystanie takiej ilości cennej mąki na zwykły deser za skrajne marnotrawstwo. Mąka była chlebem, a chleb był życiem.
Ktoś, kto pomyślałby w ten sposób, z całą pewnością nie żył jednak w Zachodniej Bruździe. Codzienny strach powoli, lecz nieubłaganie odzierał ich ze wszystkiego, co nie było niezbędne do przeżycia. Uczył ich chodzić cicho, mówić szeptem, jeść szybko i bez radości, spać czujnie. Zamieniał ich w zwierzęta kryjące się w norze, skulone w oczekiwaniu na drapieżnika.
A oni chcieli być ludźmi. Zatrwożonymi, zmęczonymi, kryjącymi się w cieniu drzew, ale wciąż ludźmi. A ludzie trzymają się takich rzeczy jak ciasto.
Podeszła do małej beczułki stojącej na półce. Gdy zdjęła drewnianą pokrywkę, uderzył ją intensywny zapach wrzosu i gryki. Ciemnozłoty, gęsty miód wypełniał naczynie niemal po brzegi. Pasieki, rozstawione wewnątrz palisady oraz w gęstych zagajnikach tuż przy strumieniu, pozwalały na zaspokojenie wszystkich potrzeb. I to z nawiązką. Okazało się, że orkowie, choć siali postrach, panicznie bali się rozzłoszczonych pszczół, a pszczoły, zajęte swoją pracą, nic sobie nie robiły ze wzbierającego nad Rohanem cienia.
Półkę niżej, w glinianym garnuszku, przykrytym kawałkiem czystego płótna, leniwie pracował gęsty zaczyn. Matka karmiła go codziennie odrobiną mąki.
Także mleka nie brakowało. Zeszła po trzech skrzypiących stopniach do zimnej ziemianki pod podłogą kuchni. W półmroku stał tam wielki, drewniany ceber, po brzegi pełen wczorajszego udoju. Na wierzchu zebrała się już gruba warstwa śmietany. Obok, w misce z zimną wodą, leżała osełka świeżo ubitego, jasnożółtego masła, owinięta w liście łopianu. Zabrała stamtąd również kilka jaj przyniesionych przed świtem przez Rinę.
Miała wszystko.
Wróciła do kuchni i wysypała mąkę do wielkiej, drewnianej dzieży. Tak zaczynał się jej mały bunt.

Uklękła przy piecu. Nie przy głównym palenisku, ale masywnym, glinianym piecu chlebowym, wbudowanym w boczną ścianę chaty – kolejny luksus z czasów ojcowskiego dobrobytu. Otworzyła ciężkie, żelazne drzwiczki. Uderzył ją chłód i zapach starego popiołu. Wsunęła do mrocznej czeluści najpierw garść suchego mchu i wiórów, potem połamane gałązki, a na końcu grubsze szczapy suchego, bukowego drewna. Krzesiwo uderzyło o krzemień raz i drugi, bez skutku. Dopiero za trzecim razem snop bladych iskier trafił w hubkę. Ilge przytknęła ją do mchu i dmuchnęła.
Najpierw pojawił się ledwo widoczny, szary dymek, gryzący w oczy. Dmuchnęła mocniej. Leniwy płomyk zadrżał, zawahał się, a potem chwycił suche wióry z głośnym, radosnym trzaskiem. W okamgnieniu wnętrze pieca rozjaśniło się pomarańczowym blaskiem rzucającym tańczące cienie na jej skupioną twarz. Zamknęła drzwiczki, zostawiając ledwo widoczną szparę, by ogień złapał cug. Woń dymu z drewna bukowego zaczęła wypełniać izbę, mieszając się z zapachem ziół.
Wróciła do stołu, do wielkiej dzieży. Rytm pracy był dla niej ukojeniem. Rozbiła jaja, dodała sporą chochlę gęstej, kwaśnej śmietany i hojną porcję roztopionego masła. Z garnuszka z zaczynem wzięła dwie łyżki. Na końcu chwyciła ciężki, gliniany słój z miodem. Złota, leniwa struga spłynęła do misy, ciągnąc się jak jedwabna nić.
Zaczęła mieszać, najpierw powoli, drewnianą warząchwią, łącząc składniki. Miarowe uderzenia łyżki o gliniane boki naczynia były jedynym dźwiękiem w chacie, poza narastającym szumem ognia w piecu. Ciasto powoli nabierało bladego, złotego koloru.
I właśnie w tej mechanicznej, powtarzalnej czynności, myśl, od której uciekała w lesie, wróciła ze zdwojoną siłą.
Czy to nie ostatnie ciasto, które piecze? Odepchnęła tę myśl, tak jak odgarniała ciasto od brzegów dzieży. Ale ona wracała. Czy za tydzień będzie jeszcze mąka? Czy za miesiąc będzie jeszcze dom, w którym można piec? Czy ten słodki zapach nie zostanie zastąpiony przez swąd spalenizny, który czuć było czasem, gdy wiatr zawiał mocniej od Methedrasu?
Jej ręce na chwilę znieruchomiały. Spojrzała na swoje dłonie, blade i upstrzone mąką.
Jeśli to ma być ostatni smak domu, jaki zapamiętają rodzice, to nie będzie to smak strachu. Nie będzie to smak rezygnacji. Będzie to smak najlepszego ciasta malinowego, jakie kiedykolwiek wyszło spod jej rąk. Będzie pulchne, słodkie od miodu i cierpkie od leśnych owoców. Będzie smakiem normalności.

Drzwiczki pieca zamknęły się z trzaskiem. Przez chwilę stała nieruchomo, czując na twarzy falę suchego gorąca, która buchnęła z czeluści. Zrobiła krok w tył, otarła dłonią czoło, które natychmiast pokryło się smugą mąki.
Teraz pozostało tylko czekać. I pilnować ognia.
Podeszła do drewnianej balii w rogu izby i opłukała ręce. Lodowata woda ze studni przyjemnie koiła skórę rozgrzaną od pieca. Obmyła lepkie ciasto spomiędzy palców, starła mączny pył z przedramion. Poczuła, jak z każdym ruchem dłoni ustępuje napięcie. Tym czasem powoli, bardzo powoli, słodki, maślany zapach wypieku zaczął mieszać się z ostrzejszą wonią dymu bukowego.
Otarłszy ręce w lniany ręcznik, weszła do swojego pokoju – jak szumnie nazywała tę małą izdebkę.
Spojrzała i musiała przyznać matce rację. Panował tu bałagan. Jej łóżko, choć wąskie, było zawalone. Obok poduszki leżała otwarta księga, a obok niej grzebień, który zaginął trzy dni temu. Na podłodze stały wysokie buty, jeszcze umazane błotem z wczorajszego deszczu. Na małym stoliku przy oknie piętrzyły się zasuszone kwiaty, które miała wpleść we wianek, obok nich kubek z zaschniętą na dnie resztką ziół i mały, ostry nożyk.
W jej głowie zabrzmiał głos matki, pełen tej znajomej mieszanki rezygnacji i czułości: "Ilge, dziecko, przyjdzie kiedyś wiatr, otworzy okno i wszystko ci to wywieje. Jak ty cokolwiek znajdujesz w tym… w tym gnieździe?".
Nie żeby kiedykolwiek przyznała się do tego na głos. O nie. Była gotowa do obrony. "Ależ mamo, to jest porządek!" albo "Właśnie sprzątałam!".
Z drugiej strony doskonale wiedziała, gdzie co jest. Ten rozgardiasz miał swój własny, tajemny kod, zrozumiały tylko dla niej. Rzeczy nie leżały tam, gdzie powinny, ale tam, gdzie ostatnio były używane, co wydawało się o wiele bardziej logiczne.
Na przykład śpiewnik. Jej cenny śpiewnik, oprawiony w starą, wytartą skórę, z pożółkłymi stronami pełnymi ballad o Eorlu Młodym i rohańskich pieśni o koniach i bitwach. Gdzie był? Przez chwilę błądziła wzrokiem po pokoju. To oczywiste: pod zieloną sukienką.
Sukienka, którą miała na sobie wczoraj i którą naprawdę miała wrzucić do kosza na pranie, leżała teraz niedbale przerzucona przez oparcie jedynego krzesła w pokoju. Zsunęła się z niego częściowo, tworząc na podłodze fałdę lnu. A pod tą fałdą, bezpieczny przed kurzem i słońcem, spoczywał śpiewnik. Gdzie indziej miałby leżeć? Przecież odkładała go, śpiesznie przebierając się do kolacji. Idealne miejsce. Sięgnęła, wsuwając rękę pod materiał, i jej palce natychmiast natrafiły na twardą, znajomą fakturę skórzanej oprawy. Wyciągnęła go triumfalnie.

Z książką wróciła do głównej izby. Ciepło bijące od pieca było teraz wyraźnie wyczuwalne, napełniając chatę obietnicą. Słodka woń pieczonego miodu i owoców stawała się coraz wyraźniejsza.
Przysunęła sobie niski, trójnożny stołek, siadając bokiem do paleniska, tak by czuć jego gorący oddech na policzku i jednocześnie móc zerkać przez okno na podwórko. Położyła ciężki śpiewnik na kolanach. Przez moment przerzucała strony. Szeleściły jak suche liście. Były grube i lekko pofalowane od pitej przez lata wilgoci. Nuty i słowa zapisane były starannym, choć miejscami wyblakłym atramentem – pismem jej matki, a na wcześniejszych stronach, innym, bardziej zamaszystym i pewnym siebie, pismem babci.
Przesuwała palcem po tytułach: "Na przód, Eorlingowie", "Dziewczyna znad Śnieżnego Potoku", "Lament po Helmie Żelaznorękim". To były pieśni dumne, głośne i gorzkie. Ale nie tego szukała. Zapach, który właśnie zaczynał wypełniać dom, kojarzył jej się z inną melodią. Szukała piosenki, którą tak często nuciła babcia Eorinda przy pieczeniu, gdy jej spracowane dłonie ugniatały ciasto w dzieży. Cichej, prostej kołysanki.
Jest. "Pod gwiazdami". To była prosta, sielska piosenka o miłości. Nie było w niej bitew, huku rogów ani sławy. Opowiadała o pasterzu i dziewczynie spotykających się nocą na wzgórzach, gdy gwiazdy nad Rohanem były tak jasne, że rzucały cienie na trawę. Opowiadała o obietnicach składanych szeptem i o przyszłości, która wydawała się tak ciepła i długa jak letnia noc.
Była tak obca w świecie, w którym noc oznaczała strach, a wzgórza były miejscem, z którego wypatrywano ognia i wilczych jeźdźców. I właśnie dlatego była tak bardzo potrzebna. Była jak chłodny łyk wody po długim marszu.
Babcia… Jej palce, które śledziły słowa, znieruchomiały. Ciepło pieca nagle przestało być kojące. Zrobiło jej się zimno. Babcia, która zaginęła trzy miesiące temu. Wyszła z domu wczesnym rankiem, tak jak zawsze. Poprawiła chustę na siwych, lecz wciąż gęstych włosach, wzięła swój ulubiony jesionowy koszyk i sakiewkę. Szła do wioski Therdall, jakieś pięć mil na zachód, by kupić lepsze, twarde ziarno na targowisku. To był zwykły dzień targowy, słoneczny i spokojny.
I od tej pory nikt jej nie widział. Ani jej, ani koszyka, ani sakiewki. Zniknęła. Rozpłynęła się na trakcie, który znała na pamięć od pięćdziesięciu lat. Zwiadowcy, których wysłał Eomund, znaleźli tylko ślady walki na drodze, trochę rozrzuconego ziarna i jedną, ciemną plamę w kurzu, którą deszcz zmył następnego dnia.
A teraz, gdy Ilge siedziała w cieple własnego domu, wąchając ciasto, ta straszna, wstydliwa myśl wróciła. Może to i lepiej?
Poczuła ukłucie winy za samą tę myśl, ale nie potrafiła jej odgonić. Wolała się łudzić. Wolała myśleć, że babcia straciła pamięć i błąka się gdzieś daleko na południu, że znalazła schronienie w jakimś dobrym domu w Gondorze, że żyje. Wolała wymyślać dziesiątki absurdalnych, dziecinnych historii, nawet świadoma, że się łudzi… niż dostać tę straszną pewność, której tak panicznie bał się jej ojciec.
Niż dostać jej głowę odciętą przez jakiegoś orka. Niż usłyszeć od strażnika, że znaleźli jej poćwiartowane ciało w rowie. Niż zobaczyć, co Dunlendingowie zrobili ze starą kobietą dla kilku marnych miedziaków i koszyka jedzenia.
Nie! Nie będzie o tym myśleć! Nie teraz! Nie przy tym cieście!
Siłą woli zmusiła wzrok, by wrócił do pożółkłych stron śpiewnika. Odetchnęła głęboko, wciągając w płuca słodką woń, by przepędzić smród tamtych myśli.
I zaczęła śpiewać.


1 komentarz

Julitka · 7 stycznia 2026 o 16:34

Ciekawa jestem, ilu fanów Śródziemia tutaj znajdziesz. 🙂

Dodaj komentarz

Symbol zastępczy awatara

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

EltenLink