Elfowie też walczyli

Kolejne drabble, tym razem Tolkienowskie.
Jestem pewien, że już ktoś kiedyś nabijał się z tego, ale nigdy na taki tekst nie natrafiłem, więc na wszelki wypadek… Napisałem.
A trzeba przyznać, że wkład elfów w Wojnę O Pierścień był przecież nie do przecenienia. 😀

Elfowie też walczyli

– Ale co media powiedzą? – przekonywała Arwena, trafiając w czuły punkt.
Na wschodzie trwała wojna, Gondorczycy składali ofiarę dla przyszłego świata, tak przynajmniej pisały gazety. Ale elfowie? Elfów była jedna sztuka, niejaki Legolas, z konkurencyjnej Mrocznej Puszczy.
– Wiesz dobrze, że nie chcę odsyłać ludzi – tłumaczył Elrond. – kto miałby tu śpiewać pod ich nieobecność?
– Ale ojcze, to będzie tragicznie wyglądać z punktu widzenia Public Relations.
Elrond zamyślił się. Musiał przyznać, że Arwena ma rację.
– Dobrze! Wyślę tam tych, co najbardziej fałszują. Dołączę do nich tych no, od Elendila, to nikt nie zauważy, że naszych będzie tylko dwóch. I uszyjesz im ładną flagę.

Z kanonu Rivskich opowieści: Nowy rok szkolny

Niewiele to opowiadanie ma może sensu, ale przecież szkoła to nie jest (nawet w wypadku takiej szkoły) tylko Quidditch i machanie różdżkami.
Przy okazji chcę poinformować, że utworzyliśmy grupę na Eltenie, w której rozwijamy całą otoczkę Rivską. Osoby zainteresowane dołączeniem zapraszam do pisania prywatnie, mamy już coś koło trzydziestu tekstów o nauczycielach, uczniach czy różnych ciekawostkach. 🙂

Bardzo dziękuję mojemu liceum, Bukowej, za inspirację. Owszem, początki roku szkolnego wyglądały u nas bardzo podobnie, choć troszkę podkoloryzowałem.

Nowy Rok Szkolny

Skwer Kościuszki rozbrzmiewał pożegnaniami, ostatnimi objęciami i zapewnieniami o regularnym pisaniu. Wszystko to razem sprawiało, że Artur odczuwał niemal pewność, iż w ciągu kilku lat mugole zorientują się wreszcie, że na początku roku szkolnego pojawia się podejrzany statek wycieczkowy. Na razie dzień ten wyglądał jednak na dość odległy. I przyznać tu trzeba, że nie radowało to chłopaka, który całkiem chętnie zacząłby nowy rok szkolny od małego skandalu, najlepiej opóźniającego pierwsze zajęcia. Rozglądał się wokół, w tłumie ludzi jednak nie dostrzegł jeszcze poszukiwanych.
– Cześć, Artur! – zawołała Natalia, machając do niego, jednak już po chwili tłum uczniów, rodziców i przypadkowych przechodniów porwał ją tak, że nie zdążył odpowiedzieć. Miał już się odwrócić, gdy poczuł silne klepnięcie w plecy.
– Artur! – To był oczywiście Konrad, ubrany jak zawsze w (niekoniecznie przystające do uroczystości) dresy, trzymający w ręku rączkę od walizki i uśmiechający się tym rodzajem uśmiechu, na którego widok wszyscy nauczyciele natychmiast wołali "Nawet o tym nie myśl!". – Jak minęły wakacje? – spytał, puszczając oko, jakby wakacje były jakąś podejrzaną i zdecydowanie nielegalną zabawą.
– Byłem we Włoszech. – odparł Artur. – A ty?
– W Londynie! – odparł Kasprzyk konspiracyjnym szeptem. – i zakupiłem tam nieco magicznych dowcip…
Ostatnie słowa Konrada zagłuszył dźwięk dzwonu z pokładu Czarodzieja.
– Potem! – rzucił Artur, wbiegając na trap, by zdążyć zająć swoje miejsce na statku. Statek nie zmienił się od czerwca. Odpryski farby pozostały w miejscach, gdzie były, a trzeci bulaj od prawej dalej miał na sobie ślady po zagubionym expeliarmusie w zeszłym roku.
– Jak to się dzieje, że tyle kasy idzie na remonty, a jakoś ich efektów nie widać? – zastanawiał się, siadając na jednym z wolnych krzeseł.
– Hej, Artur!
To Andrzej dawał mu znak ręką. Chłopiec skierował się szybko w stronę przyjaciela, łokciami i kolanami przeciskając się przez rwącą pod prąd rzekę uczniów. Już po chwili, z jedynym uszczerbkiem w postaci bolącej nogi trafionej przez obcas jednej z mijanych osób, dopadł do Blondyna.
– Jeszcze Ciebie nie wywalili? – Udał zdziwienie, podając rękę Andrzejowi i rozglądając się w pobliżu za dwoma miejscami obok siebie. – Masz mi sporo do opowiedzenia!

* * *

Pięknie zdobione, bogate i umieszczone na dziesiątkach pamiątkowych fotografii odrzwia Rivskiej Szkoły Magii i Czarodziejstwa raz jeszcze udowodniły swoją całkowitą niepraktyczność, gdy ponad tysiąc uczniów napotkało na złoconą, rzeźbioną, ale przez to wcale nie prostszą do przebycia od drutu kolczastego przeszkodę.
– Ustawić się w szereg! – krzyczał Woźny, ale nikt go nie słyszał w zamęcie głosów. Nieokiełznana rzeka forsująca wejście była z resztą nie do opanowania nawet, gdyby krzyczało dwudziestu Białoniów z megafonami w rękach. Kolejka większa niż do gorącej herbaty w trakcie długiej przerwy zimą była niepisanym, ale stałym elementem rytuału otwarcia roku szkolnego. Elementem tyleż niepotrzebnym, co prostym do uniknięcia: wystarczyło otworzyć przecież wszystkie trzy pary tylnich drzwi i rozlać prąd uczniowski na kilka mniejszych. Niestety tak logiczne rozwiązania nie przychodziły do głowy dyrekcji, przynajmniej pierwszego dnia, bo drugiego, oczywiście, będzie już inaczej.
Miałoby to sens, gdyby uczniowie mogli jeszcze podziwiać w całej okazałości szkołę. Nawet Artur przyznać musiał, że Rivia robiła wrażenie ze swoimi witrażami w oknach, zdobionymi portalami i kandelabrami. Rzecz tylko w tym, że obecnie jedynymi widocznymi obiektami były torby, walizki, kufry, plecaki i głowy napierające ze wszystkich stron oraz energicznie i całkowicie bezskutecznie gestykulująca profesor Czarnecka, próbująca przejść między uczniami. Równie dobrze mogła próbować przeniknąć przez litą ścianę. W końcu dała za wygraną, a Artur z niejakim rozbawieniem dostrzegł, jak w uroczystej chwili nauczycielka zamienia się w gęś.
– A niech to gęś kopnie! – zawołał, nim zdążył się powstrzymać, całkiem nieźle parodiując surowy ton pani profesor.
W końcu los się do niego uśmiechnął, dostrzegł wyrwę, w którą natychmiast wraz z Andrzejem zanurkowali i… już stali przed recepcją. Dali się porwać, mniej dzikiej całe szczęście, rzece schodami do góry i już po chwili stali w auli.
– Nie wierzę! – zawołał Andrzej, wskazując na dwa krzesła. Dzikim skokiem dopadli do nich i zajęli miejsca.
Radość była uzasadniona. Jako uczeń szóstej klasy Artur zajął miejsce siedzące podczas szkolnej uroczystości właśnie po raz pierwszy. Projektując aulę jakoś nikt nie pomyślał o tym, że będą tu się gromadzić wszyscy uczniowie, w skutek czego niemal połowa zebranych będzie musiała stać przed drzwiami. A chłopak doskonale wiedział, co ich czeka. Już za chwilę…
– Szkoła, baczność! – Zawołała Oliwia, przewodnicząca Samorządu Uczniowskiego, uświęcone wieloletnią, Polską tradycją hasło. Przez moment na jej twarzy było widać lekkie zawahanie, ale przecież musiało do tego dojść. – Poczet sztandarowy, wystąp! – Prawie udało się jej ukryć niepokój w głosie. Prawie.
Wszystko zaczęło się od drzwi, uczniowie próbujący się rozejść, ale każdy obrał inny kierunek, w skutek czego się zakotłowało, a po chwili Artur dostrzegł pierwsze upadające ciało należące do nieznanej mu uczennicy, która potknęła się o rąbek spódnicy stojącej obok koleżanki. Po chwili też wszedł i poczet, całkiem skutecznie manewrując szkolnymi insygniami, by nie uderzyć nikogo w głowę.
– Może nasze wnuki doczekają się czasu, gdy ktoś tu pomyśli, by wpuszczać ich pierwszych? – szepnął do Andrzeja, z niejakim podziwem patrząc na Piotrka, który wraz z asystą właśnie pokonywał ostatnie stopnie, nie powalając nikogo ciężkim drzewcem flagi.
– Do hymnu! – zawołała Oliwia z nieskrywanym podziwem zerkając na Piotrka.
– Czasem mam wrażenie – szepnął Artur, gdy ostatnie słowa pieśni umilkły, a poczet sztandarowy usunął się ze sceny, – że nie wybierają Piotrka od trzech lat dlatego, że jest taki dobry, a dlatego, że w jego wypadku śmiertelność postronnych jest najniższa.
Najbliżsi uczniowie, którzy dosłyszeli tę uwagę, dzielnie walczyli, ale musieli polec. Nie potrafili powstrzymać śmiechu.
– Drodzy uczniowie! – Zawołała Dorota Osiecka, dyrektor szkoły, stając na scenie, a jej magicznie wzmocniony głos potoczył się echem po korytarzach. – Niezmiernie się cieszę, widząc was wszystkich całych i zdrowych, gotowych rozpocząć kolejny rok nauki w naszej placówce. Pragnę przede wszystkim powitać naszych pierwszoklasistów. Mam szczerą nadzieję, że te lata nauki będziecie wspominać z radością i wzruszeniem. Na początek chciałabym przywitać wszystkich pracowników i nauczycieli.
– Ustawiłeś? – zapytał Artur Andrzeja, dyskretnie wskazując palcem na nadgarstek przyjaciela.
– Jasne! Przecież przebicie dwóch godzin z ostatniego roku byłoby prawdziwym osiągnięciem.
– Można popcorn do tej telenoweli? – zapytała Aneta, nachylając się z tyłu, widocznie nie mogąc się powstrzymać przed dodaniem kilku swoich groszy.
– Tak, ale musi Pani dostać się do recepcji, tam sprzedają. – odparł Andrzej, szczerząc zęby. – A przeciśnięcie się tam może być osiągnięciem większym od słuchania naszej pani dyrektor.
– Ja wiem, kto by się podjął. – szepnęła Natalia, wskazując przed scenę, gdzie Marta bezskutecznie próbowała skłonić Piotrka, by się nachylił. Ten wydawał się nawet tego nie zauważać, słuchając pani dyrektor z uwagą niewiele tylko ustępującą tej, którą wykazywał na lekcjach. Artur był pewien, że jeśli jutro spyta Piotrka, o czym mówiła pani Osecka, ten zapyta tylko: "W której minucie".
– Teraz nie pozostaje mi już nic innego – kontynuowała dyrektorka, której jeszcze pozostało bardzo wiele, zważywszy na stoper Andrzeja w pozycji 47 minut 24 sekundy – jak powitać wszystkich naszych uczniów! To dzięki wam Rivia rozkwita. W szczególności mam zaszczyt powiedzieć, że Piotr Jarzębski z klasy od tego roku siódmej zajął trzecie miejsce w Międzynarodowej Olimpiadzie wiedzy o Teorii Magicznej. Piotrek, wyjdź tu do nas!
Andrzej niemal ze współczuciem spojrzał na Piotrka, który z widocznym ociąganiem skierował się ponownie na schodki. Współczuł koledze nie tylko dlatego, że przyjdzie mu stać teraz przynajmniej 40 minut (czas optymistyczny), aż pani dyrektor wyliczy osiągnięcia wszystkich wybitnych jednostek i poprosi je do wspólnego zdjęcia, ale przede wszystkim dlatego, że nie było chyba szkolnej uroczystości, w której Piotr nie byłby wyszczególniany. A Artur doskonale wiedział, jak ten chłopak tego nienawidzi.
– To właśnie tacy uczniowie jak Piotrek wskazują… – kontynuowała pani dyrektor, ale Artur nie miał najmniejszego zamiaru dowiedzieć się, na co tacy uczniowie wskazują, widząc znacznie ciekawsze zajęcie w postaci planszy "kółka i krzyżyka" podsuwanej mu przez Andrzeja.
– Na koniec – oznajmiła wreszcie dyrektorka, gdy już pokazała całej szkole dwudziestu zdolnych uczniów, przypomniała o Rivskiej tradycji i zrobiła jeszcze kilka rzeczy, których Artur nie słyszał, ogrywając kolegę ósmy raz z rzędu – moim obowiązkiem jest oznajmić, że rok szkolny 2019-2020 uważam za otwarty!
– Godzina 58 minut! – Zawołał Andrzej, zrywając się z miejsca i biegnąc w stronę drzwi. – Widzimy się w kawiarni!

Jak to Hogwart z Polską chciał współpracować

Wiele stron liczy w sobie "Historia Hogwartu", a jednak wśród obszernych rysów pióra pani profesor Bagshot występują liczne luki, niedopowiedzenia. Nie ma z resztą w tym niczego zaskakującego, część historii uległa zamazaniu w pamięci kolejnych pokoleń czarownic i czarodziejów, inne jej odcinki uznała autorka za nieważne, wszak księga i tak już gruba, a próba przedstawienia wszystkich annałów doprowadziłaby prawdopodobnie do tego, że uczniowie pokroju pani Granger nie mieliby już naprawdę czasu na sen, byle zdążyć przeczytać całość powieści w ciągu siedmiu lat edukacji; z resztą obrońcy praw zwierząt natychmiast zawnioskowaliby o zakaz rozprowadzania literatury tych rozmiarów przez sowy – w przekonaniu, że niehumanitarne jest kazać dźwigać żywym stworzeniom takie ciężary. Powszechnie jednak uważa się, że są i takie zdarzenia, które autorka pominęła celowo, a przecież to one odkrywane są często przez ich świadków jako prawdziwą, najciekawszą historię szkoły i jej absolwentów.
Różne opinie krążyły o Minervie McGonagall – o czym z resztą doskonale wiedziała sama zainteresowana. Jedni jej nienawidzili, inni uwielbiali, każdy jednak był przekonany, że to surowa, bezwzględna, choć przy tym bardzo uczciwa nauczycielka. Przyznać tu z drugiej strony należy, że niezależnie od jej prawości czy uczciwości, jakoś nikt Gryfonom opiekunki nie zazdrościł – już chyba lepiej mieć stronniczego Snape’a, który nie przepuści okazji, by dodać tych kilku punktów swym podopiecznym, niż panią profesor, która miała zasłynąć w historii szkoły jako ta, która przez cały okres działania placówki, rok w rok odejmowała swojemu domowi więcej, niż mu dodawała. Niezależnie jednak od tego, bano się jej straszliwie, a marny los tego, kto podjąłby się w jej obecności zrobić cokolwiek stojącego w sprzeczności z regulaminem szkoły. Być może inne byłoby spojrzenie na tę sprawę, gdyby uczniom dane było obserwować profesor transmutacji tego dnia. Niestety albo stety, żaden z uczniów Hogwartu zdarzeń tych nie widział, a więc profesor M na zawsze miała pozostać postrachem Hogwartu.

Historia nasza rozpoczyna się pewnego upalnego dnia. Słońce wisiało jeszcze nisko nad Ziemią, wczesnymi promieniami rozpraszając ostatnie cienie nocy, pierwsi ludzie wychodzili na ulice w pogoni codziennych spraw. Niewiele jednak cudów w roztaczającej się wokół scenerii dostrzegała profesor McGonagall. Nie chodziło tu jednak o to, by nauczycielka nie potrafiła radować się pięknem świata, a raczej o to, że w owej chwili znajdowała się w mało wyjściowym stanie, oględnie rzecz ujmując. Aportowała się w rzece, tak właśnie kończą się niedokładności pokazanych zdjęć. Obecnie, cała mokra, w nadziei, że woda nie przemoczy dokumentów w jej teczce, próbowała wydostać się na ląd, walcząc z własnym odziankiem, uciekającymi jej z rąk przedmiotami i rybkami, które chyba uznały to za całkiem niezły widok. W końcu jako tako oswojona z nietypowymi warunkami, pół leżąc, pół płynąc skierowała się w stronę brzegu, mijając kilka mugolskich łodzi, ale… nic z tym.
– Patrzcie, Sawa! – Krzyczał ktoś, stojąc na nadburciu i machając rękami w jej stronę. Nie wiedziała – z radością czy przerażeniem, nie było to z resztą ważne. Ważne było, by dostać się na brzeg, nim ktoś z czarodziejskiego świata ją zauważy.
Już po chwili, wytrząsając kropelki wody z włosów, stała na lądzie. Upewniwszy się, że nikt nie patrzy w jej stronę – niech błogosławiony będzie ranek, którym wszyscy spieszą się do pracy i na dziwy w stylu kobiety wynurzającej się z wody uwagi nie zwracają – szybkim machnięciem różdżki, wysuszyła się.
Wreszcie miała czas uważniej rozejrzeć się po okolicy. Wszędzie wokół dostrzegała ludzi biegnących za swoimi sprawami, pewnie spieszących do pracy. Po uliczkach sunęły samochody, w dali zajaśniały światła jakiegoś autobusu. Nieco na lewo przez rzekę przerzucony był most, w którego cieniu dostrzegła pomnik trytona. Nie była pewna, w którą stronę powinna się skierować, skoro, aportując się, chybiła. Miała tylko nadzieję, że chociaż miasto się zgadza.
– Nie ma innego sposobu, jak spytać. – Uznała po chwili na mysłu i weszła w jedną z licznych, maleńkich uliczek. Musiała przyznać, że całkiem malowniczo prezentował się ten kraj. Po bokach dostrzegała witryny otwierających się sklepów i restauracji. Na jednej z ławeczek zasiadł grajek i, brzdękając na gitarze, przygotowywał się do występu. Nieco dalej dostrzegła człowieka ubranego w długą, powłuczystą szatę, wyraźnie na coś czekającego. To mogła być jedyna okazja.
– Przepraszam Pana. – Zagadnęła Minerva.
Zatrzymany obdarzył ją długim, przenikliwym spojrzeniem.
– Czy mogę w czymś pomóc? – Zapytał. Chce pani może, bym wyciągnął dla Pani królika z kapelusza?
Miły ten człowiek, bo miły, ale McGonagall była nader uczulona na odchyły od wszelkich zasad. A na pewno odchyłem takim – i to dość znacznym – jest proponowanie pokazów magicznych każdemu napotkanemu człowiekowi. Uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy. Nie była już podziwiającą zagraniczną architekturę Minervą, była profesor McGonagall gotową odjąć punkty każdemu, kto zrobi cokolwiek niezgodnego z prawem – takim czy innym.
– A nie słyszał pan – zapytała ostro – o międzynarodowym kodeksie tajności czarów?
Zapytany spojrzał na nią z dziwnym wyrazem twarzy. Przez chwilę jakby się nad czymś namyślał, a potem wybuchnął:
– A co ja, teraz to mam znać wszystkie prawa i dekrety, wszystkie chore dzienniki ustaw, konstytucyje? – Zapytał. – Nie ja na was głosowałem, to odczepcie się ode mnie i swoje bzdury wygadujcie tam, gdzie chcą was słuchać. To już nawet nie można na ulicy zarobić. – Mamrocząc tak pod nosem, odbiegł, nim oszołomiona Minerva zdążyła go zatrzymać.
– Dziwny jest ten kraj. – Pomyślała, patrząc za zbiegiem.
– Przepraszam, gdzie mogę znaleźć metro? – Zapytała kolejną, pierwszą napotkaną osobę, którą okazał się chłopiec, może w wieku dwunastu lat, który, z plecakiem na plecach, czekał najwyraźniej na autobus.

– A więc tak… – Powtórzył setny z kolei raz Maciej Rewicz, minister, drapiąc się po głowie i przypatrując siedzącej przed nim czarownicy. Wysyła Panią więc ów pan Albus Dumb, Dumbl, coś tam, tak?
– Owszem. – Wycedziła przez zaciśnięte zęby nauczycielka. Wiele widziała dziwactw – prace domowe będące plagiatami, a jakimś cudem zawierające więcej błędów od oryginałów, niezdary zdobywające Wybitne na SUMach, a jednak tym razem jej cierpliwość wystawiona została na dużo większą próbę.
Musiała przyznać, że wiele poznała sposobów ukrywania Ministerstwa Magii. W jej rodzinnym kraju należało spuścić się wraz z wodą w toalecie, tu jednak sprawa była dużo prostsza. Ministerstwo nie było w żaden sposób ukryte – prosta kamienica z napisem ZUS. Jak ją przekonała ochrona, w tym kraju było to lepsze zabezpieczenie, niż wszelkie zaklęcia antymugolskie i iluzje.
W samym ministerstwie spędziła już kilka godzin, co bowiem dziwne, zdawało się, iż nikt nie wie, kto tu rządzi. Oto jednak wreszcie siedziała przed panem Ministrem Rewiczem i zastanawiała, jak to się dzieje, że jeszcze go nie wywalono z posady.
– Doskonale! – Przyklasnął Minister, jakby wreszcie, po powtórzeniu schematu: "zaduma, wypicie łyka herbaty, zapytanie o jakąś bzdurę, wypicie łyka herbaty", wreszcie postanowił się ruszyć i coś zrobić. Bardzo dziękuję profesorowi Dumblodorowicz – tu z trudem profesor McGonagall powstrzymała się od wtrącenia kilku nieprzyzwoitych słów – za zaostrzenie współpracy z naszym państwem, to dla nas zaszczyt pracować z tak wybitną placówką, jak Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Harwardzie. – Otworzył jedną z szuflad biurka.
– Zaraz, zaraz – Wymamrotał do Siebie. – Książka o ogórkach… Podręczny zestaw piromana… O, jest! – Wyciągnął pieczątkę, przykładając ją do jednego z dokumentów.
– Ten dokument zapewnia o mojej przychylności dla Pani sprawy. – Powiedział Minister. – Proszę przekazać go komu trzeba.
– Dziękuję. – Odpowiedziała, nie kryjąc ulgi. – Czy mógłby Pan jeszcze tylko wskazać mi drogę do tej szkoły w Rivii?
– Obawiam się, że nie. – Zmartwił się jej rozmówca. – Nigdy jej nie ukończyłem.
Minerva wstała, bardzo powoli, z krzesła i skierowała się do wyjścia.
– Bardzo Panu dziękuję. – Zawołała na odchodnym.
Już na korytarzu, kojąc swoje nerwy, wyciągnęła otrzymany dokument, by sprawdzić, czy ten człowiek śmiący się nazywać ministrem nie postawił przypadkiem na nim pieczątki ONZ. Oczom nauczycielki ukazały się następujące słowa:
"Drogi Jarku,
Być może wyraziłem się poprzednio nieprecyzyjnie, a więc postaram się tym razem sprawę postawić jasno. Nie wiem nic o żadnym samolocie, nic.
Pozdrawiam cieplutko!"

Jak to było, czyli podejmując wyzwanie

Drabble to opowiadanie na 100 słów – ani jednego mniej, ani jednego więcej. Jedna osoba zaproponowała mi, bym tak się pobawił, a ja przyjąłem wyzwanie.
Przyznam się, że zabawa całkiem przyjemna. 🙂

– Klasyk nad klasyki! – Westchnął, bębniąc palcami po powierzchni biurka. Recepta na każdą banalną powieść przygodową, głupią grę, szablonową bajkę dla dzieciaków. Trzy pierścienie, siedem medalionów, dziewięć diademów…
Ciekawe swoją drogą, Skąd to artystyczne upodobanie w biżuterii? Wydaje się, że obserwujemy wpływ żon na twórców literatury, którzy już nie dawali rady po kolejnym "Kochanie, a może kupisz mi te kolczyki? I tę broszkę? I…"
Czasami, słysząc podobne prośby, zastanawiał się, jak można żyć w domu z taką żmiją.
Żmiją… Zawahał się.
To dość ryzykowne… Ale… Z pewnością niekonwencjonalne… Na to nikt nie wpadł. Nigdy.
– Chodź tu, Nagini! – Wysyczał w mowie węży.

Z kanonu Rivskich opowieści: Gdy nie ma w szkole dzieci, to jesteśmy niegrzeczni

Nic takiego, od, kolejna miniaturka: zwykły wieczór nauczycielski w Rivii.
Raz jeszcze zachęcam do współpracy nad projektem!

Drzwi uchyliły się i do pokoju weszła profesor Czarnecka.
– Dobry wieczór! – Zawołała wyraźnie zmęczonym głosem i usiadła ciężko na najbliższym krześle, odkładając na stole stos książek.
Każdy, kto spojrzał na jej twarz, domyślał się, że ciężki był to dla niej dzień.
– Co się stało, Mario? – Zapytał niski, łysy, ale wesoły przy tym człowieczek – siedzący przy kominku i cierpliwie zakreślający na czerwono stosik prac uczniowskich profesor Wierzbicki.
Pokój nauczycielski Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Rivii był urządzony bardzo przytulnie. Prócz dużego stołu, wokół którego ustawiono wygodne krzesła, wyposażenie uzupełniały regały z dziennikami i książkami, barek z wiadomą zawartością i wesoło trzaskający ogniem kominek ustawiony pod ścianą. Przed kominkiem znajdowało się także kilka staroświeckich, wygodnych foteli, profesor Wierzbicki jednak siedział obecnie w jedynym zajętym. Reszta obecnego grona pedagogicznego zajmowała miejsca przy stole, pogrążona w dyskusji o nauce, uczniach, ich wynikach i plotkach ze szkolnego życia. Teraz jednak, skoro weszła profesor Czarnecka, rozmowy umilkły i wszystkie oczy skierowały się ku niej.
– Darek z trzeciej klasy zamienił ołówek w krowi placek podczas lekcji. – Wyjaśniła wyraźnie zmęczona nauczycielka.
Ryk śmiechu, jaki potoczył się przez pokój, byłby prawdopodobnie słyszany i w uczniowskim internacie, gdyby nie rzucone na drzwi zaklęcia wyciszające. Pióro wypadło z rąk profesora Wierzbickiego, kreśląc za jednym zamachem kilka akapitów, profesor Ossowska postawiła zaś szklankę z herbatą na stole z taką siłą, że napój wyleciał fontanną w górę, zalewając kilka najbliższych osób. Nawet profesor Czarneckiej trzeba przyznać, że wesołe ogniki rozbłysły w oczach.
– Jaki był temat lekcji? – Zapytała profesor Osecka, z trudem próbując zapanować nad wyrazem twarzy. Cóż jednak z tego, skoro jej głos wyraźnie świadczył o obecnym nastroju pani dyrektor – nastroju wyraźnie rozbawionym.
– Wprowadzenie do transmutacji organicznej. – Odparła transmutarzystka.
– Moim zdaniem – zachichotał profesor Wierzbicki – praca pana Dariusza była całkowicie zgodna z poruszanym tematem. Choć trzeba przyznać, że to dość… interesujący pomysł… Może powinniśmy zaproponować takie polecenia Ministerstwu na najbliższych kotach? Zawsze to ciekawsze od obserwowania, jak większość egzaminowanych męczy się nad przywołaniem piórnika, a w trzech na cztery wypadkach kredki pozostają na stoliku, piórnik zaś ma jedną dziurę więcej.
– Pełna zgoda! – Zawołała entuzjastycznie profesor Ossowska. – Ale wyjaw nam, nad czym tak siedzisz, Pawle? Co kazałeś tym biednym uczniom wypisywać? – Zerknęła tu na kolejną pracę przeglądaną przez nauczyciela, na oko liczącą koło dziesięciu stron zapisanych literami tak drobnymi, iż w zdumienie wprawiał fakt zdolności nauczyciela do ich rozczytania bez szkła powiększającego.
– Aaa, to? – Uśmiechnął się profesor. – Nic takiego, magiczne sposoby manipulowania pogodą. Tylko że to praca Piotrka z szóstej.
Na twarzach profesorów pojawił się wyraz zrozumienia. Faktem powszechnie znanym było, że praca Piotrka na dowolny temat będzie czterokrotnie dłuższa od prac innych uczniów i dwukrotnie od dowolnej zakładanej przez nauczyciela długości możliwej.
– No nic. – Zawołał profesor Skrzynecki, podchodząc do barku. – Kto ma ochotę na kremowe piwo?

Z kanonu Rivskich opowieści: transmutacja pozorna

Taka miniaturka, bo naciskają na mnie, by coś napisać. 🙂

– […] Podstawowa różnica między prawdziwą transmutacją jednej formy życia w inną, a przemianą pozorną opiera się na budowie tkanek. Nasze poruszające się kubki nie tyle zyskiwały zdolność życia, co nabywały umiejętność poruszania się. Prawdziwe przekształcenie jednego stworzenia w inne, na przykład żuka w motyla, wymaga dogłębnego zrozumienia tego, co sprawia, że żuk jest żukiem, a motyl motylem. Tym będą się zajmować Ci z was, którzy zdecydują się na specjalizację transmutacyjną i dotrwają do ósmego roku. My jednak tym czasem zastanówmy się, w jaki sposób upozorować, że ten talerzyk nabył umiejętność latania.
Nie było prawdą, że Adriana nie interesowała treść wykładów prowadzonych przez profesor Czarnecką. Starał się słuchać, a czasem nawet coś zanotował. Każdemu, kto go o to pytał, pokazywał swój gruby zeszyt nie wspominając jednak, że jest to zeszyt zgodnie z zasadami oszczędności współdzielony również z kilkoma innymi przedmiotami. Rzecz jednak w tym, iż po prostu zdawał sobie sprawę z faktu, że i tak nie ogarnie, o czym profesor Czarnecka mówi, a do tego miał dużo ciekawsze zajęcia. Po lekcjach zaś uśmiechnie się do Piotrka, który zawsze chętnie odpowiadał na wszelkie pytania.
W tym momencie myślący człowiek zastanawiałby się, dlaczego Adrianowi chciało się tracić wieczór, skoro mógł nauczyć się tu i teraz. Właściwie były trzy przyczyny. Pierwsza to fakt, że chłopaka nie bardzo interesowało kontynuowanie transmutacji po Kotach, a na potrzeby egzaminu musiał umieć zmienić tę głupią szklankę w królika czy tam skowronka, a nie główkować nad tym, czy królik jest szklanką. Druga była znacznie bardziej prozaiczna – o wiele łatwiej było mu się skupić o czwartej po południu, niż o ósmej rano, w dodatku po niemal nieprzespanej nocy. Tak naprawdę jednak chodziło o coś zupełnie innego, bo trzecia przyczyna…
– Łup! – Szyba zawibrowała, gdy trzecia przyczyna objawiła się w całej swojej okazałości.
Przyczyna miała potężną paszczę pełną cienkich, ostrych zębów, parę błoniastych skrzydeł, którymi mogłaby przykryć bez trudu całą powierzchnię okna i ogon dłuższy od Adriana przynajmniej trzykrotnie. Jej grzbiet przecinał rząd ostrych, metalicznych łusek, z pyska zaś dobywał się potężny ryk Spiżobrzucha ukraińskiego. Wszyscy rzucili się do drzwi – wszyscy prócz pani profesor, która wycelowała w zwierzę różdżką i Nikoli, której chyba nawet smok nie mógł przeszkodzić w uzupełnieniu notatek.
– Chodź! – Zawołał Adrian, chwytając Paulinę za rękę i dbając, by znaleźć się z nią w środku uciekającego tłumu – nie na samym przedzie, ale też nie w tyle. Był to jednak środek całkowicie zbyteczny, na korytarzu bowiem wpadli w rwącą rzekę ludzi umykających w popłochu przed ostrymi pazurami i łuskami. Gdy tylko upewnił się, że nikt na niego nie patrzy, dał Pauli znak i zanurkował w splocie ludzkich ciał, usiłując niepostrzeżenie wymknąć się ku najbliższym schodom. Z początku miał nadzieję, że porwie go tam spanikowany tłum, ten jednak skotłował się w korytarzu, pewnie uznając budynek szkoły za miejsce bezpieczniejsze od otwartej przestrzeni wyspy.
* * *
– Wygląda na to, że nie miało żadnego znaczenia, czy to była transmutacja prawdziwa, czy tylko nadanie figurce potraktowanej engorgio zdolności latania. – Zachichotał Adrian, gdy po kolejnym uderzeniu wiosła na horyzoncie pojawiły się pierwsze zabudowania Gdyńskiego portu.

Legendy Gdyńskie

Słowem wstępu

W ostatnich miesiącach coraz częściej na myśl przychodził mi pomysł opracowania legend związanych z Gdynią. Miałem okazję kilkukrotnie z różnymi osobami rozmawiać na ten temat, a, jak się okazuje, na próżno szukać w Internecie zbioru liczącego więcej, niż 3-4 pozycje.
Spis legend Pomorskich na własny użytek prowadziłem od roku 2011, są to jednak bardziej skrótowe notatki, niż streszczenia. Postanowiłem więc zebrać wszystkie te materiały i zredagować do możliwie przystępnej formy.
Jak się okazuje, część podań ziem kaszubskich jest znana również poza Pomorzem, a jednak niekoniecznie kojarzone są z Gdynią. Inne opowieści wyglądają na zapożyczone, przeniesione w nasze realia, zdumiewająco podobne są bowiem do historii spotykanych w innych częściach kraju. W spisie tym umieszczone są więc jedynie te legendy, co do których mam pewność o ich Pomorskim pochodzeniu.
Sortując i porządkując swoje zapiski, zauważyłem, że dość ładnie dzielą się na legendy gdyńskie, gdańskie, wokółwejherowskie, puckie, helskie, krzyżackie i hen-dalekie. Na początek opowiem o tych gdyńskich, kiedyś jednak może, jeśli ten spis kogoś zainteresuje, pokażę więcej.
Zbierając materiały do tej małej antologii, posiłkowałem się zarówno książkami związanymi z historią Kaszub, jak i licznymi witrynami Internetowymi, ale przede wszystkim relacjami ludzi z mojej rodziny i znajomych. W ten sposób odkrywałem też bardzo liczne różnice między poszczególnymi wersjami tych samych legend.
Poniższe historie pozwoliłem sobie samemu opracować. W wypadku wielu znanych mi wersji, wskazałem na różnice. W kilku wypadkach napotkałem na mniejsze czy większe błędy historyczne, które pozwoliłem sobie sprostować. Nie mogę jednak wykluczyć, że jakieś nieścisłości czekają jeszcze, niezauważone. Taka już magia legend.
Najczęstszą niejasnością jest miejsce wspominanych wydarzeń. Przykładowo, w kilku podaniach spotkałem się z grodem o nazwie "Obłuże". O ile mi jednak wiadomo, gród taki nigdy nie istniał, Obłuże pozostawało przez cały czas – aż do przyłączenia do Gdyni w 1933 roku – wioską rybacką. Gród natomiast istniał w oddalonym o kilka kilometrów Oksywiu. Nie umiem ocenić czy jest to ślad po wymienności nazw, czy też błąd przekazu.
Na koniec pozostaje mi już tylko życzyć miłej lektury.

Rys historyczny

Najstarsze ślady osadnictwa na terenie współczesnej Gdyni sięgają epoki neolitu. Istniała tu najpewniej w owym czasie wieś lub grupa wsi rybackich, kulturę ową nazywamy kulturą Oksywską.
Nie da się dziś określić czy i ile razy ludy na terenie Gdyni się zmieniały, można jednak stwierdzić, że za czasów wczesnopiastowskich istniały tu osady, które w przyszłości stać się miały dzielnicami Gdyni, jak chociażby wspominane Obłuże.
Istniał tu także gród, Oksywie, jeden z najstarszych grodów na Pomorzu, założony najpewniej w IV lub V w. N.E.
Najwięcej legend Gdyńskich opowiada właśnie o tych, zamierzchłych, przedpiastowskich czasach. Czy powstały one jednak rzeczywiście już wtedy i przetrwały półtora tysiąca lat, czy też stworzone zostały później,? Nie wiem.
W XIII wieku, dekretem króla Przemysła II, część współczesnej Gdyni przekazana została klasztorowi Norbertanek, okolice Orłowskie oddano zaś do opactwa Cystersów Oliwskich. Tu gasną legendy miejskie.
W latach 1308-1466 ziemie Pomorza należały do Krzyżaków. Nie natrafiłem na żadne historie odnoszące się także do owego okresu – bliższe nam legendy Gdyńskie pochodzą z XVI, XVII i XVIII wieku.

Gdynia wczesnego średniowiecza

Jako, że większość opowieści tu przytoczonych toczy się dawno, dawno temu, za czasów z przed chrztu Polski, myślę, że warto przedstawić ogólny wygląd Gdyni w tym okresie.
Położona w dogodnym miejscu nad morzem, przy klifie tworzącym naturalną przystań, a za razem prostą do obrony linię brzegową, Gdynia była oczywistym miejscem ku budowie grodu, wspominanego Oksywia. Pierwsze umocnienia tego terenu, wały ziemne, datuje się nawet na 1000-2000 lat przed naszą erą. Z tamtych czasów do naszych dni przetrwało niewiele, a największym zabytkiem jest cmentarz Oksywski, na którym odkryto kilkanaście tysięcy grobów, najstarsze z nich datowane na 4000 lat przed naszą erą, najmłodsze na okolice IX wieku naszej ery, swoją drogą jeden z największych tak starych cmentarzy w Europie.
Na terenach Oksywia znajdowało się źródełko solankowe, co pozwalało miejscowym na pozyskiwanie soli. A, ze względu na konserwacyjne właściwości, sól w średniowieczu cenniejsza była od złota.
Stąd bogaty był gród Oksywski, a wokół niego szybko wyrastały kolejne wioski: Obłuże, Redłowo, Orłowo, Chylonia…
Skarby i bogactwa zawsze jednak przyciągały chciwe spojrzenia. Wkrótce do Pomorza przybijać jęły statki ze Szwecji, Danii, a nawet Irlandii, próbując grabieży. W związku z tym pojawiła się potrzeba powołania drużyny wojów, broniących grodu. Za czasów Mieszka I załoga mogła liczyć koło trzystu do pięciuset wojów. Nie da się natomiast określić, jak dużą Oksywie dysponowało flotą. Na pewno statki budowano, gdyż odpowiadał gród pięknym za nadobne, a już wkrótce obawiano się jak morze długie i szerokie korsarzy Słowiańskich, czego ślady odkryć możemy nawet w VII-wiecznych zapisach angielskich.
Oksywie pozostawało największym lub jednym z największych grodów na Pomorzu aż do roku 997, gdy powstaje miasto Gdańsk i roku 1050, gdy wznoszony jest tam o wiele większy gród obronny w widłach Motławy. Od tej pory znaczenie Oksywia szybko malało, gród wkrótce porzucono, a z kilku tysięcy mieszkańców za panowania Mieszka I, podczas rządów Przemysła II w roku 1295 notuje się już jedynie 170 osób.

Gdynia renesansu

Za czasów renesansu niewiele już pozostaje śladów po dawnej świetności Oksywskiej. Gdynia podzielona jest przez wpływy Gdańskie, Helskie i Pruskie, łącznie liczy niecałe pół tysiąca mieszkańców i jest zbiorem wiosek rybackich.
Mimo to stanowi na społy z Helem i Puckiem wciąż najważniejszą rolę na północ od Gdańska, stając się ważnym punktem postojowym pielgrzymów. Z biegiem czasu ludzie podróżujący z Oliwy do Swarzewa czy Wejherowa chętnie zatrzymywali się nad morzem. W rezultacie już w 1224 roku pojawia się w Gdyni pierwsza kaplica,: pod wezwaniem św. Michała Archanioła, a wkrótce później kaplica Matki Boskiej Anielskiej (1340) i nieistniejący już kościół Świętej Rodziny (1382).
Dalej, święta góra św. Mikołaja i cudowne Źródło Marii tym bardziej zaczęły przyciągać pielgrzymów.
W wielu ubogich wsiach, jak chociażby w moim Bolszewie, nie było stać ludzi na ciągłe wyprawy do oddalonej o 20km Gdyni. Stąd też, gdy wyprawę taką podjęto, długo o niej opowiadano. I stąd powstawały legendy Gdyni renesansu. Dlatego też okazuje się, iż wiele z tych opowieści lepiej jest znanych poza samym miastem (Jastarnia, Orle, Gniewino). Paradoksalnie największą ilość ich usłyszałem na Półwyspie Helskim.

Notka o nazwach

Jak to już bywa, nazwy ulegają zmianie wraz z kolejnymi pokoleniami. Dzisiejsze Oksywie było dla przykładu dawniej formą żeńską – mówiono więc o grodzie Oksywia czy wojach Oksywii.
Tak też Chylonia była Kiloną, a sama Gdynia, Gdiną.
Jako, że mogłoby to prowadzić do pewnych niejasności, w niniejszym opracowaniu posłużyłem się współczesnymi nazwami.

Legendy Gdyńskie

Herb miasta Gdyni stanowi wizerunek dwóch żółtych śledzi na tle białego miecza, umieszczonych na czerwonej tarczy.
Śledzie przypominają dawny, rybacki charakter miasta, miecz zaś rolę Gdyni jako miasta, w którym umiejscowiona jest Polska Admiralicja i Marynarka Wojenna. Herb ten nie jest herbem bardzo historycznym, wybrany został podczas plebiscytu w 1946 roku, w dwudziestolecie uzyskania przez Gdynię praw miejskich.
A jednak mógłby stanowić dobrą ilustrację dla legend zebranych w tej antologii, z niemal każdej z nich wyłania się bowiem taki właśnie charakter miasta, z jednej strony spokojnej wsi rybackiej, z drugiej mieszkańców gotowych wojować, pragnących przeżyć niesamowite przygody, dopływających swymi statkami aż do lądów Afryki i Azji.

Legendy grodu Oksywskiego

Poniższe legendy odnoszą się do czasów istnienia grodu Oksywskiego. Pierwszych pięć z nich to legendy typowo Gdyńskie, kolejne trzy różnią się miejscem akcji w zależności od podania.
Przynajmniej jedna z tych opowieści – o Operze Leśnej – powstała długo po czasach, o których mówi, gdyż po prostu opery wtedy jeszcze nie było. Inne, kto wie, może liczą sobie naprawdę i 1000-2000 lat?

Na początku był… Stolem

Nazwa Oksywie pochodzi ponoć od głowy byka wyłaniającej się z fal morskich. Cóż była to za głowa?
Była to głowa olbrzyma, stolema. Nim pierwsi rybacy tu zamieszkali, na całych ziemiach wzdłuż i wszerz spotkać można było stolemów – olbrzymów tak wysokich, że sięgali chmur, tak wielkich, że ich oddech niósł zawieję, tak ciężkich, że tam, gdzie stąpali, ziemia się zapadała. Ukształtowanie Kaszub – tu pagórek, tam dolinka – to nic innego, jak ślady stolemowych stóp.
Najpewniej dawniej któryś z żeglarzy dostrzegł, jak stolem wynurza się z fal, a widząc jego byczą głowę, natychmiast skojarzył obraz ten z miejscowością, w jakiej mieszkał. Tak oto nazwano gród Oksywiem.
Tak przynajmniej twierdzi legenda. Rzecz jednak w tym, że Oksywie nie oznacza głowy byka, a, z języka duńskiego, głowę wołu. Najpewniej w kolejnych podaniach ustnych doszło do zniekształcenia.
W każdym jednak razie, w owym czasie Oksywie było jeszcze wyspą, na której żyli stolemi. Znajdował się tam piękny zamek, a władał nim król stolemów. Nie mogła mu jednak żona urodzić syna, a obawiając się, że kraj pozostawi bez dziedzica, postanowił król znaleźć męża godnego jego córki, Ewy.
Ewa jednak w żadnym razie nie może być nazwana piękną i miłą księżniczką z bajki. Piękna, prawda, była, ale przy tym niezwykle uparta i bezlitosna. Odznaczała się siłą większą od wartowników pełniących służbę w zamku jej ojca i nie zważała na jego prośby, by wyszła za któregoś ze stolemskich książąt. Powiedziała, że wyjdzie tylko za tego, kto kamieniem dorzuci dalej, niż ona.
Ściągano więc z lądu liczne głazy, a z całej krainy stolemi przybywali, by spełnić ten warunek. Nikt jednak nie potrafił osiągnąć tego, czego żądała królewna. Jej złość zaś sprawiała, że, gdy nieszczęśnicy płynęli sprawdzić, jak daleko ich kamień poszybował, ciskała w nich kolejny z głazów, zabijając zalotnika.
Mijały lata, a nikt nie mógł okazać się silniejszy. Z biegiem czasu rzucono już tyle skał, że zasypano przesmyk morski dzielący Oksywie od lądu, a jednak wciąż Ewa była bez męża.
Aż pewnego dnia spod Kamiennej Góry przybył mężczyzna, imieniem Adam. Nie był on stolemem, lecz ludzkim rybakiem. Widząc jednak złość Ewy, postanowił sobie, że może, gdy zobaczy drobnego człowieka, nie zgładzi go, poczuje wyrzuty sumienia i poniecha zła. Przybył więc na zamek króla stolemów i powiedział mu, że chce się zmierzyć z jego córką.
Ewa jednak przyjęła wyzwanie, a Adam zrozumiał, że oto przyszedł czas umrzeć. Nie stracił jednak odwagi, chwycił i rzucił kamieniem.
Neptun, dostrzegając czystość jego zamiarów, poniósł ten kamień przez fale, w dal, ku Gdyni, aż spoczął na skraju lasu i trwa tam do dziś.
Widząc to, Ewa zamachnęła się silniej, niż kiedykolwiek dotąd, ale mimo to jej kamień spoczął jedynie nad klifem Orłowskim. Z biegiem lat, w pamiątce tamtych wydarzeń, ludzie nadali kamieniom tym imiona Adama i Ewy, aż wreszcie postawili na obydwu pomniki.
Ewa zaś przerażona zrozumiała, co musiało zajść, poślubiła Adama, aż w końcu zmieniło się jej serce.
Razem założyli dynastię, która władała później Oksywiem i o której potomkach traktować będą następne historie.
Istnieją również wersje, w których Adam jest także stolemem, jak również taka, w której to Ewa jest człowiekiem. W innych podaniach Ewa żąda trzech prób: przeniesienia lasu, zgaszenia gwiazd i dorzucenia kamieniem dalej, niż ona dorzuci.

Ostatni stolem

Ludzie lękali się stolemów, ich siły i wielkości. Niewielu olbrzymów było tak bezlitosnych jak Ewa, lecz ludzie o tym nie wiedzieli. Wcale nie podobało im się sąsiedztwo stworzeń, które jednym oddechem mogłyby zburzyć wioskę.
Patrzyli więc na stolemów coraz mniej życzliwie, aż wreszcie jęli zakradać się po nocach, podstępnie zabijając śpiących, podpalać ich miasta, rozganiając trzodę… Wreszcie pozostał już tylko jeden, ostatni ze stolemów. Przybył do Gdyni, wszedł pośród tamtejszych rybaków, stanął na środku miasta i opowiedział o swym bólu.
A gdy tak płakał za tymi, których Gdynianie zabili, jego łzy spadały na ziemię. Łzy stolema nie są jednak łzami podobnymi do ludzkich, są kamieniami. Te z nich, które upadły na terenie miasta, stały się pagórkami; te, które wpadły w fale morza, mieliznami.
Przerazili się wtedy ludzie, poznali bowiem, jakiej zbrodni się dopuścili. Nie mogli jednak już za dość uczynić ostatniemu stolemowi tego, co uczynili.
Wreszcie i trwający w środku miasta Stolem sam zmienił się w głaz i trwa tam do dziś na pamiątkę rodu wybitego przez człowieka. Dziś nazywany jest wzgórzem Świętego Maksymiliana.
Nie jest to jedyna legenda o ostatnim stolemie. Zdaje się, że każdy region Kaszub chce po swojemu opowiedzieć, w jaki sposób te olbrzymy odeszły z tego świata.

Historia o Niedźwiedziu

W wiele, wiele lat po tym, jak minęły czasy stolemów, księciem Oksywia był Ragnak, człowiek odważny i waleczny, prawdziwy miłośnik bitew. Pływał na swych okrętach daleko, łupiąc ziemie Danii, Anglii i Irlandii, a każda jego wyprawa przynosiła Oksywiu wielkie bogactwa.
Miał piękną żonę, Rozalię. Niewiele jednak zważał na sprawy domowe, więcej czasu spędzał na morzach niż w grodzie, prosząc o opiekę nad Rozalią swą matkę.
Smutne były to dni dla księżnej, tęskniącej za mężem. Chadzała często po klifie Orłowskim, rzucając chleb mewom i łabędziom. Prócz ptactwa, jedynym jej przyjacielem był niedźwiedź, jakiego niegdyś Ragnak schwytał i trzymał skutego łańcuchem w swym grodzie.
Matka Ragnaka nienawidziła swej synowej. Gdy więc ta urodziła dziecko, które, jak się okazało, porosło futrem, skoro tylko książę powrócił z kolejnej z wypraw, nie omieszkała mu wyjawić prawdy, twierdząc, że dziecko to jest na pewno owocem romansu Rozalii z niedźwiedziem.
Rozgniewany Ragnak nakazał wsadzić matkę i dziecko do czółna i rzucić na fale wraz z odpływem. Tak też się stało.
Neptun jednak zlitował się nad nimi i poniósł łódkę bezpiecznie na wyspę Bornholm. Tamtejsi, Duńscy rybacy przyjęli Rozalię i jej syna z litością i życzliwością. Pod ich opieką, Bjorn, jak nazwano chłopca, dorastał na silnego i odważnego mężczyznę.
Nie odpowiadało mu jednak nudne życie, jakie prowadzili rybacy. Nie cieszyło go rzucanie sieci i bierne czekanie ryb. Był wojownikiem.
Wraz z przyjaciółmi pływał po morzach, chroniąc kupieckie statki, walcząc z piratami, a tak był w tych staraniach zacięty, że wkrótce jego imię słyszano wszędzie, jak Bałtyk długi i szeroki.
Stało się pewnego dnia tak, że dostrzegł w dali piękny okręt otoczony przez korsarzy. Nie bacząc na bezpieczeństwo, pożeglował tam, by ocalić nieszczęśników. Zaczęła się długa bitwa morska, z której jednak Biorn wyszedł zwycięsko.
Okręt ocalony przez Biorna okazał się należeć do Oksywskiego księcia Ragnaka. Ten, poznawszy, że ocalił go wygnany syn, zrozumiał swój błąd, natychmiast go przeprosił i przygarnął na powrót Biorna i Rozalię.
A co z teściową? Widząc, jak znienawidzona synowa powraca, w swej złości rzuciła się w przepaść, od tej pory nazywaną Babim Dołem.
Spotkałem się także z wersją tej opowieści, w której Biorn nazywa się po prostu Niedźwiedź, Ragnak na imię ma Oksyn, syn jego natomiast dorasta pośród wróżek lub też syren, zależnie od podania. W przedstawionej powyżej, najbardziej rozpowszechnionej wersji tych wydarzeń, widać bardzo silne wpływy legend duńskich, Duńczycy rzeczywiście podają opowieść o księciu Ragnaku i synu jego, Biornie, jednak nie ma w nich żadnej wzmianki o Oksywiu czy Słowianach, a całość historii toczy się w Danii, na lądzie. Nie pojawia się także motyw wygnania. Można więc przewidywać, że to dawna, słowiańska legenda przemieszana została z opowieściami z za morza.

O syrenie i rycerzu

Od zawsze opowiadano o syrenach żyjących w odmęcie wód Bałtyku, choć bardzo nieliczni spotkali to plemię. Ci zaś, którzy mieli ten zaszczyt, opowiadają o ich niesamowitej urodzie, która ustępuje jedynie przed pięknem ich śpiewu.
Syreny przychylnie odnosiły się do ludu Oksywia, wskazując drogę zagubionym żeglarzom, ratując tonących, pocieszając tęskniących. Po dziś dzień można usłyszeć ich śpiew, gdy wypłynąć na morze – głos znany każdemu z żeglarzy. Chyba jednak żaden człowiek nie poznał ich tak dobrze, jak Sylwin, rycerz Oksywia.
Pewnego dnia do jego łodzi podpłynęła jedna z nich, wyznając mu swoją miłość, od dawna bowiem pływała przy jego statku i pokochała w tym czasie przystojnego wojownika. Odtąd coraz częściej spotykała się z rycerzem, towarzysząc mu w jego patrolach i żeglugach.
Gdy jednak pewnym razem przypłynęła , nie była wcale radosna, jak dawniej.
– Do Twojego grodu zbliżają się piraci z Irlandii. – Zawołała, skoro wyłoniła się z fal.
Nie zwlekając, Sylwin pożeglował do swego grodu, niosąc ostrzeżenie. Skoro więc Irlandczycy przybyli na Pomorze, zastali Oksywie gotowe do walki. Nie zlękli się mimo to, przystąpili do oblężenia grodu.
W końcu zaczęło kończyć się w Oksywiu jedzenie, a rada zaczęła rozważać kapitulację. Wtedy jednak Sylwin stanął na Orłowie, błagając o pomoc swą ukochaną.
Od tej pory syreny co ranka dostarczały mieszkańcom grodu wory świeżych ryb, które Ci odnajdywali wśród trzcin Redłowa.
Donosiły też o wszystkich planach nieprzyjaciół, które podsłuchiwały, podpływając pod ich obozowiska i okręty.
W końcu, po długim oblężeniu, Irlandczycy uznali swoją porażkę i powrócili do siebie.
Skoro Oksywie ocalało, władca grodu chciał podziękować Sylwinowi za jego pomoc, nadać mu ziemie i tytuły. Ten jednak odmówił, mówiąc, że jego serce nie należy już do lądu. Pewnej nocy pożeglował sam na małej łodzi, aż spotkał się znów ze swą ukochaną. I odszedł na zawsze w fale, by przeżyć z nią do końca swoje dni.
Jest to jedna z najspójniejszych legend Gdyńskich. Choć napotkałem na liczne jej podania, różnią się tylko szczegółami, a największym z nich jest rola Sylwina. Jedni powiadają, że to Sylwin był księciem grodu, inni, że po prostu jednym z rycerzy.

O niewolnicy

Kilka jeszcze razy syreny angażowały się w jawną pomoc mieszkańcom Oksywia.
Żył niegdyś rybak imieniem Leszek, zakochany w pięknej dziewczynie, Milenie. Planowali wspólne życie, a rodzice obydwojga cieszyli się szczęściem młodych, jednak stała się tragedia.
Pewnej nocy, gdy Leszek był na morzu i zarzucał sieci, do brzegu przybił statek piracki. Nim zdążono skrzyknąć wojów, piraci zdobyli, czego chcieli i uciekli pod osłoną nocy.
Byli to Szwedzi, szukający niewolników.
Milena była piękną, młodą dziewczyną, taką właśnie, jakich poszukiwano. Gdy więc powrócił Leszek do grodu, zastał jej rodzinę w rozpaczy po utracie córki.
Nie bacząc na nic, wypłynął Rybak na morze w swojej łódce, pragnąc za wszelką cenę odnaleźć ukochaną. Widząc jego żal, przybyła do niego syrena, oferując pomoc.
Prowadziła go dniami i nocami tropem za statkiem piratów, aż przybił do brzegów Szwecji. Szybko odnalazł miejsce, gdzie trzymano niewolników, zakradł się tam nocą i wyzwolił porwanych, z Mileną zaś wrócił do domu na swej łodzi.
Jest to jedna z legend, które bardzo różnią się między podaniami. Nie wspominając o tym, że imiona bohaterów są najróżniejsze, także inne bywają losy poszukującego. W pewnej wersji trafia Leszek na Milenę po wielu latach, przypadkiem, w trakcie jednej z podróży. W jeszcze innej wchodzi na sam targ niewolników, pragnąc odkupić Milenę, nie stać go jednak. Wtedy w desperacji chce ją choć pożegnać, gdy jednak jej dotyka, topnieją jej łańcuchy, rozgrzane ogniem ich miłości, przerażeni piraci zaś uwalniają porwanych. W jeszcze innych wersjach Leszek w ogóle nie pochodzi z Gdyni, a z Pucka, Helu lub nawet Szczecina.

Gdynia także ma swoich Romea i Julię

Pewnego dnia przybył do Oksywia syn samego Neptuna. Czego tu szukał? – Nie wiadomo.
Może miał przekazać poselstwo od swego ojca? Może ostrzec gród przed niebezpieczeństwem? Może po prostu obejrzeć tak słynny na morzach port?
Nigdy się tego nie dowiemy, w Gdyni bowiem poznał pewną młodą, piękną dziewczynę, natychmiast zapomniał o wszystkim i zapragnął się z nią związać. Także i ona odwzajemniła jego uczucia.
Ich szczęście nie mogło jednak długo trwać. Danusia, bo tak zwała się owa wybranka, należała do rybackiej, ubogiej rodziny. Jako zaś, że głód panował w grodzie, musiała pomagać swym braciom i ojcu w połowach.
Neptun zaś wcale nie pochwalał związku swego syna z człowiekiem – i to nie księżną, nie królową, a rybaczką. Skoro więc Danusia odpłynęła na morze, wezwał sztorm, który rzucił jej łódź daleko od brzegów słowiańskich.
Gdy ukochana nie wracała, syn Neptuna popłynął na jej poszukiwania.
Ona zaś długo błąkała się po wodach, aż wreszcie, z pomocą wielu ludzi, powróciła do Oksywia. Tu jednak powiedziano jej, że jej wybranek najpewniej nie żyje, dawno bowiem już odpłynął na morze i nigdy nie wrócił. Zrozpaczona, rzuciła się w fale z klifu Orłowskiego.
Syn boga mórz zaś wciąż żegluje po oceanach, szukając ukochanej – po całą wieczność.

O operze leśnej

Żyła kiedyś piękna, młoda dziewczyna imieniem Alda, córka jednego z zamożniejszych Oksywskich rodów. Wiele osób się do niej zalecało, ona jednak każdą kandydaturę odrzucała, a przed co uciążliwszymi zalotnikami uciekała do pobliskich lasów.
W trakcie jednej z takich ucieczek odkryła cichą polankę, na środku której rzucony był jeden kamień. Zasiadła na nim i, rozmyślając o swym losie, smutek swój zamieniła w pieśń.
Gdy tak śpiewała, z pośród drzew wychynęły zwierzęta – ptaki, wilki, sarny, króliki i wszyscy mieszkańcy lasu, otaczając dziewczynę i przysłuchując się melodii.
Coraz częściej chadzała Alda do zagajnika, pokochała bowiem jego mieszkańców i chętnie im śpiewała. Jeden jednak z zalotników, śmielszy od innych, śledził ją i, gdy ujrzał, że zasiada na kamieniu, uznał, że właściwa to pora ku jego zamiarom. Wychynął na polanę i zażądał, by dziewczyna go pocałowała.
Alda odmówiła, doszło do szarpaniny. Wtedy jednak zewsząd wychynęły zwierzęta, chcąc uratować swą nową przyjaciółkę.
Zalotnik rzucił się do ucieczki, jednak, spowalniany przez zwierzęta, za późno dotarł na keję, gdzie czekała jego łódź. Zamierzał porwać Aldę, Bestwin jednak – książę grodu – zaniepokojony długą ich nieobecnością, domyślił się prawdy, skrzyknął swą świtę i czekał już na brzegu.
Zalotnika pojmano, Alda zaś z biegiem czasu pokochała księcia Bestwina. Na pamiątkę tamtych wydarzeń wybudowano zaś operę leśną, która, co prawda, należy dziś do Sopotu.

A czym są bursztyny

Dawno, dawno temu morzem Bałtyckim władała potężna królowa imieniem Jurata. Dobra i sprawiedliwa była to władczyni, nie pozwoliłaby skrzywdzić żadnego ze swych poddanych, a i oni kochali ją za to.
Niestety, do czasu. Przybyli kiedyś przed jej tron dworzanie, donosząc o pewnym rybaku z Oksywia, który śmierć niesie setkom ryb. Długo zastanawiała się królowa, w jaki sposób go ukarać. Wreszcie doradziły jej rusałki, aby wywabić śpiewem śmiałka na dno morza i tam utopić. Spodobał się ten pomysł władczyni.
Następnego dnia przybyła wraz ze swą świtą na Oksywie, aby wdrożyć swój plan. Skoro rybak usłyszał śpiew, uniósł wzrok, a wtedy spojrzenie jego spotkało się ze spojrzeniem Juraty. Ta zaś nie zrealizowała swych zamiarów, zaraz bowiem zapałała miłością do człowieka.
Nie podobało się jednak to Perunowi. Pewnego dnia więc w swej złości uderzył piorunem w pałac Juraty, grzebiąc ją w jego głębinach, rybaka zaś przykuł łańcuchami na dnie morza.
Od tej pory w trakcie sztormów słychać zawodzenie męczonego rybaka, na plażach zaś odnaleźć można czasem bursztyny – wyrzucane przez fale ruiny pałacu Juraty.
Ta legenda jest znana powszechnie w dość podobnej formie, lecz niemal każdy obszar przypisuje ją sobie. Gdynianie powiedzą, że rybak pochodził z Oksywia, Pucczanie, że z Pucka, a Jastarnianie, że z Jastarni. Nie sposób dziś określić, gdzie opowieść się zrodziła.

Legendy późnego średniowiecza i renesansu

O biskupie Rzymskim

Pewnego dnia do Oksywskiego (już nie) portu przybił pewien statek, na którym znajdował się nieznany ludziom człowiek, co więcej, nieznający języka polskiego.
Znaleziono jednak przy nim ściętą głowę. Surowe w owym czasie prawo trwało na Pomorzu, a zgodnie z nim każdy rozbójnik stawał się niewolnikiem księcia Świętopełka.
Nakazano to też pracować przybyszowi przy żarnach w młynie.
W jakiś czas później w pobliżu Gdyni znalazł biskup pomorski Jaromir. Gdy tak przejeżdżał, usłyszał, jak przy młynie śpiewa ktoś Magnificat, po Łacinie.
Zapytał więc ludzi, kto to. Ci jednak odpowiedzieli, że to człowiek, który kiedyś przybył do Gdyni, podejrzewany o morderstwo. Biskup nie wierzył jednak, by grzesznik mógł tak pięknie śpiewać pobożną pieśń, kazał więc go postawić przed sobą.
Skoro niewolnik dojrzał biskupa i poznał oznakę pełnionego przez niego urzędu, przywitał go po Łacinie. Tak też okazało się, że był to biskup Rzymski Sanoza, a głowa, którą przywiózł, to relikwia – głowa świętej Barbary, dar papieża Innocentego IV dla księcia Świętopełka.

O świętym Mikołaju, a raczej jego figurce

Pielgrzymi udający się do Kalwarii Wejherowskiej z Gdańska czy Oliwy często zatrzymywali się po drodze, w Gdyni, na Chylońskich wzgórzach. Z biegiem czasu powstała tam niewielka kapliczka poświęcona świętemu Mikołajowi, a skoro zbudowano kapliczkę, to zadbano i o figurkę.
Nie podobało się to jednak Luteranom, których na Pomorzu nie brakowało. Pewnej nocy uprowadzili figurkę z kaplicy. Ta jednak cudownie wróciła.
Jeszcze kilkukrotnie ponawiano próby, bezskutecznie. Wreszcie zdecydowano się, by św. Mikołajowi odciąć nogi.
Niewiele to jednak pomogło, figurka ponownie powróciła, a, co więcej, na miejscu wytrysnęło cudowne źródełko, które przywracało wzrok niewidomym.
W wiele lat później jednak pewien szlachcian Oliwski postanowił wystawić świętych na próbę, przyprowadził więc do źródełka swojego starego, ślepego konia i kazał napić mu się wody. Nie spodobało się to w niebie. Koń, owszem, wzrok odzyskał, ale stracił go rycerz, źródełko zaś w tej samej chwili wyschło.
Kapliczka jak i figurka wciąż jednak trwają na wzgórzu zwanym od tej pory wzgórzem świętego Mikołaja.
Można przewidywać, że w legendzie tej doszło do pomieszania dwóch podań. Owo źródełko może nawiązywać do źródełka Marii.

O Źródełku Marii

Trudno wyodrębnić jedną legendę związaną ze źródełkiem Marii, jest to raczej szereg legend czy też cudów, o jakich podania trwają od renesansu.
Źródełko to miało w renesansie cudownie leczyć chorych podczas wielkich zaraz, przywracać wzrok niewidomym i słuch niesłyszącym.
Historie te dotyczą z resztą i bliższych nam czasów.
W 1923 roku doszło do pewnego wypadku, z pobliskich torów wypadł wagon towarowy, spadając na pracujących koło źródełka robotników. To, że nikomu nic się nie stało, uznano za cud.
Koło źródełka znajduje się kaplica Matki Boskiej, a turyści i pielgrzymi do dziś często kosztują z niego wody.

Dzwonnik z Chwarzna

Po długiej chorobie poznał pewien ojciec, że oto umiera. Wezwał więc do siebie rodzinę i poprosił ją, aby po śmierci odcięli mu głowę. Ci, przerażeni, odmówili, ojciec zaś zmarł.
Wkrótce później go pochowano. Następnej nocy jednak na całą Gdynie rozbrzmiały dzwony, rano zaś rodzina z przerażeniem odkryła, że nie żyje matka. Skoro ją pochowano, znów rozbrzmiały w nocy dzwony, tym razem zmarł pierworodny syn.
Wtedy najmłodszy z braci powiedział do swej najstarszej siostry:
– Gosiu, boję się, że skoro tej nocy uderzą dzwony, umrzesz i ty. Pójdę więc do kaplicy, aby zobaczyć, kto w nie uderza.
Tak też zrobił. Ku swemu przerażeniu ujrzał swego ojca wspinającego się po wieży.
– Cóż czynisz, ojcze? – Zapytał go, przerażony. Ojciec spojrzał na niego i odparł:
– Nie dotrzymaliście mojej prośby, a więc muszę teraz zadzwonić, na Gosię.
Przerażony młodzieniec zrzucił jednak ducha swego ojca z wieży.
– Zadzwonię jutro! – Zawołał tamten, spadając.
Skoro wstał świt, odkopali potomkowie grób ich rodziców, ucięli ich głowy wedle prośby, a dla pewności jeszcze zawiązali ich w sieć. Od tej pory ustały nagłe śmierci w Chwarznie.
Mało przyjemna to legenda, ale i takie się zdarzają. Historycy uważają, że to ślad po zarazie, jaka zapanowała w Chwarznie w owym czasie.

Skarby pod Kamienną Górą

Pewnego dnia do Gdyni przybył konno przerażony człowiek, wioząc ze sobą worki, w których miały mieścić się kosztowności – złoto i srebro, diamenty, rubiny i szafiry. Był wyraźnie przerażony. Jedni powiadali, że wykradł te skarby Krzyżakom, inni, że to złotnik, który uciekł, ścigany przez swych wierzycieli.
Poprosił Gdynian o schronienie, którego też mu udzielono.
Każdej nocy wykradał się jednak pod Kamienną Górą, a gdy wracał, coraz mniej niósł skarbów. Tak i wszystkie kosztowności znikły.
Wkrótce później podziękował za pomoc i odjechał. A gdzie są skarby?
Wielu ich pod Kamienną Górą szukało, ale nikt nigdy nie znalazł.

Podziękowania

Nie jest tych legend może bardzo wiele, ale, jak się mawia, lepszy rydz niż nic.
Czy istnieją inne historie, powyżej niespisane? Oczywiście. Jednych pewnie ja nie znam, inne są zbyt niejasne lub zatarte. To, co tu umieściłem, to historie powszechnie znane.
Mam nadzieję, że była to miła lektura.
Dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi w zebraniu materiałów do tej antologii.