No i stało się, napisałem tekst, który zapowiadałem.
Przynoszę go wam w wersji oryginalnej, celowo, bo jak zacznę poprawiać, to z poprawkami nie skończę do końca roku.
Uznajcie to za taką literacką próbę powrotu do formy, mam nadzieję, że dam wam coś do myślenia.

Błękitny ogień

SG-131-24 jaśniała w promieniach Słońca, gdy pierwszy raz po tylu latach spojrzał na nią z orbity. Taką właśnie miał ją zapamiętać na zawsze.
Kapitan Prometeusz patrzył, zamyślony, na ekran prezentujący znajdujący się pod nim świat. Patrzył i rozmyślał.
Kiedy niemal dwa lata wcześniej opuszczał port międzygwiezdny Arkadii, spodziewał się w zasadzie wszystkiego, ale nie tego, że na koniec będzie się uśmiechał; uśmiechał przez łzy, ale jednak uśmiechał na widok tak pięknej krainy, jak ta, która mieniła się w dole.
Niemal dwa lata wcześniej… Po podróży zdawało się mu, że było to w innym życiu, w innym czasie i innym wszechświecie. A przecież wcale nie było tak daleko, nie jak na współczesne technologie. Światło, które wyemitowano, miało trafić na planetę w dole dopiero za kilka tysięcy lat.
Czy będą w stanie je odebrać? A jeśli tak, jak je zinterpretują?
Czy wezmą je za kolejną Supernową, rozświetlającą blaskiem wszechświat wokół? Czy domyślą się prawdy?

Był dwudziesty ósmy dzień pięć tysięcy trzynastego roku od kolonizacji Arkadii.
Gdy kapitan Prometeusz się obudził, przez chwilę nie rozumiał, co tak naprawdę wyrwało go ze snu. Niewiele go zaznał w ostatnim czasie, ciągle spięty, ciągle gotowy.
Chwilę zajęło mu zorientowanie się, że wokół wyją wszystkie syreny, a jego własny komunikator wyświetla czerwone wezwanie do admiralicji.
Nie było czasu, wybiegł z pokoju, na szczęście kładł się do snu w ubraniu, spodziewając się takiego obrotu wydarzeń.
Ziemia trzęsła się pod nim, gdy biegł przez korytarze centrum dowodzenia. Zdawało mu się, że za oknem widzi promienie laserów, bijących w powierzchnię planety.
Zaczęło się, znowu się zaczęło.

Gabinet admiralski wyglądał tak samo, jak poprzedniego dnia, gdy Prometeusz go opuszczał. Papiery rozrzucone po całej wolnej przestrzeni, nikt bowiem nie miał czasu, by je uporządkować; ludzie o zmęczonych twarzach… Obraz rozpaczy targającej całą planetę.
Główny ekran strategiczny pokazywał cztery krążowniki, zawieszone na orbicie synchronicznej i gotujące się do zrzucenia na powierzchnię planety broni jądrowej. Nie pierwszy raz, choć kto wie czy nie ostatni.
Wokół potężnych jednostek migało kilka niewielkich, zielonych kropek – resztki floty broniącej Arkadii, ostatni z ostatnich kapitanowie, którzy wciąż byli gotowi bronić swojego domu.
Ile jeszcze mogli tak przetrwać? Tego Prometeusz nie wiedział.
Dzień? Dwa? Pięć?
To nie miało tak naprawdę znaczenia, nie mogli już oczekiwać wsparcia z żadnej strony.
Był pewien, jakie otrzyma teraz rozkazy – poderwać Jaskółkę, jego własny okręt, do beznadziejnej bitwy.
Poderwać ją raz jeszcze, mimo ran statku, by dać Arkadii choć kilka godzin więcej.
Wiedział także, co zrobi.
Raz jeszcze wzbije się w niebo, a potem będzie strzelał – strzelał do krążowników, do wyrzucanych przez nich głowic jądrowych, strzelał i niszczył. Stanie się maszyną noszącą zagładę tym, którzy chcieli przynieść zagładę jemu, jego rodzinie i domowi.
A potem? Potem ktoś przyniesie zagładę Jaskółce, jak również reszcie pozostałej floty. A potem w miejscu, w którym jeszcze znajdowała się Arkadia, sensory innych światów, o ile jakiekolwiek światy na nich patrzą, zarejestrują odczyt nagłej, gorącej eksplozji.
Ludzkość raz jeszcze zatryumfuje.

Gdy kilka lat temu wybuchła wojna, Prometeusz był podróżnikiem i odkrywcą. Latał po niezbadanych obszarach Drogi Mlecznej, odkrywając nowe światy. Nie spodziewał się tragedii, jaka miała spaść wkrótce na wszystko, co znał.
Kosmici? Gdzie tam, żadni kosmici.
Tyle stuleci kręcono filmy, tworzono gry i opowieści o inwazji tajemniczych obcych… Nigdy jednak obcych nie spotkano, nie było trzeba.
Gdy sojusz Rzeszy Planet Deris wypowiedział wojnę federacji Arkadyjskiej, nikt nie spodziewał się, do jak krwawego konfliktu miało dojść.
Kilka miesięcy przyniosło zagładę kilkunastu światom – obydwie strony bez opamiętania, w pogoni za bogactwami nowo odkrytych planet w galaktyce Andromedy, stosowały broń jądrową i antymaterię, bez zahamowania niszcząc wszystko na swej drodze.
Prometeusz nie wiedział, jakie straty przynieśli Rzeszy, nie chciał wiedzieć. Oto jednak wokół niego ginęła ostatnia z planet Federacji, stołeczna Arkadia. Dziesięć lat przyniosło śmierć wszystkim obywatelom Federacji, bilionom ludzi zamieszkujących dziesiątki światów.
Mimo to wiedział, co musi robić i co będzie robić. Będzie walczył do samego końca, do póki Jaskółka nie zniknie w wybuchu plazmy. Będzie bronił ludzi, którzy byli jego przyjaciółmi.
Będzie niósł zniszczenie, choć nie miało to niczego dać.

Pogrążony w tych myślach, z początku nie spostrzegł, że admirał się odezwał.
– Przepraszam, panie admirale? – Zapytał, nieco zakłopotany.
Pytanie, jakie zadał admirał było tak dalekie od oczekiwań, iż Prometeusz przez moment zastanawiał się czy aby na pewno jego zmęczony umysł poprawnie rozumie to, co do niego dociera. Był środek wojny, cały świat czekała nieuchronna katastrofa, więc skąd to pytanie admirała? Dlaczego admirał pytał, gdzie znajduje się ta planeta zdatna do życia, którą Prometeusz odnalazł w trakcie swej ostatniej podróży – ta, której wciąż nie ma w bazach danych?

I oto znów tu był, po tylu latach SG-131-24 wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętał.
Patrzył na zamglone szczyty gór, falujące morza, zielenie traw i kwiatów.
Planety, które pozwalały powstać życiu były rzadkością. Zawsze marzył, że odnajdzie jedną z nich. I oto odnalazł, u progu wojny. A teraz to tu kryła się nadzieja.

– Pokład startowy, przygotujcie wahadłowiec pierwszy do lądowania. – Powiedział przez terminal.
Nie słyszał potwierdzenia, znów wpatrzony w powierzchnie świata, na którym miał zaraz stanąć.
Powierzchnię tak różną od znanych mu, uprzemysłowionych planet.

Tam, gdzie na Arkadii wyrastały metalowe anteny, tu Słońca sięgały szczyty górskie.
Tam, gdzie na Arkadii stały wielkie fabryki, tu błękitem mieniły się oceany.
A mimo to wiedział, że nigdy nie zapomni o swoim domu. Przekaże pamięć o nim w legendach. I choć Arkadia dawno już nie istniała, sensory tachionowe Jaskółki ze wszystkimi szczegółami pokazały zagładę cztery dni po wylocie z portu, nie pozwoli zapomnieć o tym świecie.
I choć nie przekaże przyszłym pokoleniom prawdy, nie może, to jednak da przetrwać choć imieniu.

– Kapitanie, wahadłowiec gotowy do lądowania. – Głos wyrwał go z zamyślenia.
– Doskonale. – Odparł. – Zaraz się pojawię na pokładzie. Muszę tylko zabrać naszych pasażerów.

Kilka kroków dzieliło go od ceramicznego korytarza. Znał tę trasę niemal na pamięć, przechodził tu niemal codziennie, gdy zdawał wachtę.
W prawo, schodami w dół, w lewo, do infirmerii.

Twarzyczka dziewczynki była uśmiechnięta, chłopczyk wydawał się dużo poważniejszy. Wyglądało na to, że dzieci bawiły się w jakąś grę.
– Zbliżamy się do waszego nowego domu. – Powiedział Prometeusz.
Dzieci, które urodziły się w roku upadku Arkadii, mogły jednocześnie być jej największą nadzieją.
Polubił je od samego początku, czuł się niczym ojciec.
Miał się nimi opiekować, dać im dorastać na planecie SG-131-24, stworzyć własną historię. Historię bez wojen i przemocy, historię zapisaną na czystej karcie.
– Daj im światło i miłość, naucz je dobra. – Powiedział mu na pożegnanie admirał. – Rozpal ich dusze, ale nie przynoś im przemocy i zła. Daj im ogień, ale ogień miłości, który zatli się w ich sercach, a nie ogień nienawiści, który strawi tę planetę.
– Dom? – Zapytał chłopczyk. – A jak się nazywa ten dom?
Prometeusz zmierzwił mu czuprynę. A to już zależy od was, Adamie. Od ciebie i Ewy – powiedział, uśmiechając się do dziewczynki, po czym wskazał za okno, gdzie mienił się cudowny krajobraz nieskażonego świata.
Chłopczyk wychylił się, patrząc na rzeźbę terenu w dole i podziwiając każdy z obrazów. Wydawał się przez moment zamyślony, w końcu spojrzał na Prometeusza i, niezwykle poważnie, jak na swój wiek, powiedział:
Nazywa się Ziemia.

6 uwag do wpisu “Błękitny ogień

  1. Będę bić! Naprawdę, będę bić! Bo znowu gdzieś znalazłam tą, zamiast tę. I to dwa razy, o ile się nie pomyliłam.
    Jednak poza tym, bardzo poprawiłeś styl. Nie stracił Twojej poetyckości, tego czegoś Twojego, a jest zdecydowanie bardziej spójny, dopracowany. Duży przeskok. Aż mnie zdziwił. Brawo!
    Odnośnie fabuły… Nie wiem dlaczego, przez cały czas nie mogłam się pozbyć skojarzenia z „Gwiezdnymi wojnami”. Ale to tylko, jeśli chodzi o klimat. Prometeusz, Adam i Ewa i to zakończenie… Bardzo lubię takie zabawy motywami.
    Gratuluję najlepszego do tej pory opowiadania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *