Wygnani

Ziemia i KsiężycSłowem wstępu

„Wygnani” to pierwsze napisane przeze mnie opowiadanie, a i jak dotąd najdłuższe.

Co skłoniło mnie do sięgnięcia po gatunek, jakim jest fantastyka naukowa?

Po pierwsze, fakt, że to, co wydaje się wciąż nam bajką lub – w najlepszym razie – mglistą przyszłością następnego tysiąclecia dzieje się dokoła nas, a loty w kosmos, jak i związane z nimi trudne decyzje, będą tylko powszechnieć. Niezależnie od tego czy będzie to „Deep Space Gate” NASA, baza kosmiczna Space X czy projekt nieistniejącej jeszcze firmy, powstanie stacja jak Artemis, a my (bądź nasze dzieci) staniemy w obliczu nie jednej katastrofy i nie jednego dylematu takiego, jak przedstawiony w tym opowiadaniu.

Prócz tego chciałem w „Wygnanych” poruszyć problemy nam bliższe, nie tylko te związane z lotami kosmicznymi, ale i naszą codziennością.

I, wreszcie, chciałem tchnąć trochę życia we wszystkich odpowiedzialnych za programy Apollo, STS, ISS i każdy inny program kosmiczny, który jest dziś realizowany tak, byśmy pamiętali, że za tym stoją ludzie: niektórzy to pewnie marzyciele, inni realiści twardo stąpający po ziemi. Jedni spojrzą ku wielkiej przyszłości, gotowi poświęcić dla niej ofiary jak admirał Johanson, inni pozostaną idealistami jak Sanders.

Niniejszy tekst doskonałym nie jest, ale jest za to dokładnie takim, jakim zrodził się w myślach człowieka, który pewnej mroźnej nocy spojrzał w niebo i zastanowił się, co tam na nas czeka. I nie ma znaczenia, że żadnych gwiazd nie widział. Tak jest nawet lepiej, bo mógł je sobie wyobrazić takimi, jakimi chciałby je oglądać.

Za redakcję, jak i do owej redakcji cierpliwość, dziękuję Weronice Wołoszyn.

 

Wygnani

Część 1.

 

Dzisiaj, kiedy głosy ucichły na powierzchni Księżyca, gdy w niegdyś tak często przemierzanej równinie Arthemis nie odbijają się już żadne kroki, gdy ostatnie światła zgasły na zawsze, chciałbym opowiedzieć naszą historię.

Historię piątki szczęśliwców, którzy mieli postawić nowy krok dla rozwoju ludzkości, krok, który pchnie wszystkich na przód.

Dzisiaj, z perspektywy czasu, nie odczuwam żalu do nikogo z ludzi, którzy odpowiadali za tamtą sytuację.

To nie ich wina, wszystko, co się wydarzyło, to nieszczęśliwy wypadek.

I chociaż czasem zastanawiam się czy nie mogli podjąć lepszej decyzji, rozumiem, że nie mieli wyboru.

Wiem jednak, że do końca życia, każdej nocy spoglądając na księżyc będę wspominał to, co działo się podczas misji Arthemis 1, zastanawiając się, czy nie przeoczyłem jakiejś możliwości, jakiejś innej ścieżki.

Przepraszam was, bo zawiodłem.

Tim Manor, kapitan.

 

Arthemis, Orbita okołoksiężycowa

 

Statek wynurzył się z cienia Księżyca i przystąpił do wejścia na orbitę. Cichy szum silników manewrowych musiał ustąpić narastającemu powoli rykowi głównego napędu, gdy dochodziło do gwałtownego hamowania z prędkości niemal dwudziestu kilometrów na sekundę do niespełna dwóch. Odczuwaną przez załogę misji Arthemis nieważkość zastąpiło przyspieszenie niemal pięciu G, wbijając całą piątkę w fotele podczas, gdy Kathleen precyzyjnie kierowała pojazd na niską orbitę. Właśnie do tego była stworzona, kochała wolność, jaką oferował jej kosmos, wolność niemożliwą do osiągnięcia w jakimkolwiek locie atmosferycznym.

– Jesteśmy na orbicie o peryselenium 14 km i aposelenium 86 km. – Przekazała załodze. – Za 10 minut osiągniemy perycentrum. Odpalenie silników hamujących zgodnie z harmonogramem.

W napiętym oczekiwaniu pięć par oczu śledziło zmniejszające się cyfry na głównym ekranie podczas, gdy pod nimi przesuwały się obszary Srebrnego Globu aż znaleźli się nad tym, który miał się stać ich domem przez najbliższe dwa tygodnie.

– … 3, 2, 1. Osiągnęliśmy perycentrum. – Powiedziała Kate nieco trzęsącym się od emocji głosem. – Odpalam O.M.S.

Statkiem dosłownie zatrzęsło, gdy O.M.S. (silniki kontroli orbity) rozpoczęły swoją pracę, inicjując obniżanie pojazdu.

– Deorbitacja za dwie minuty. – Tym razem głos trząsł jej się już wyraźnie.

Pozostałe cztery pary oczu wbijały się w konsolę nawigacyjną, w ciszy interpretując pojawiające się ciągi liczb, skupiając się na każdej wartości, każdym znaku, wspomagając Kate, by nic nie uciekło jej uwadze.

Gwałtowny wzrost ciążenia działającego na astronautów był niechybnym znakiem deorbitacji. Arthemis powoli opadała nad powierzchnią Srebrnego Globu, utrzymywana przez silniki RCS. Grawitacja Księżyca jest około sześć razy mniejsza od Ziemskiej, co pozwoliło na znaczną oszczędność ciągu i paliwa podczas manewru lądowania. Liczby podawane przez wysokościomierz malały, odliczając ostatnie sekundy lotu.

Osiem kilometrów… Pięć… Dwa… Półtorej… Jeden…

I wtedy właśnie wszystko poszło źle.

Wokół rozbrzmiały syreny alarmowe, wbijając się w uszy, nie pozwalając nie zwrócić na siebie uwagi i odciągając na moment wzrok załogi od ekranów. I to było zgubne.

Poczuli nagłe szarpnięcie, gdy silnik się wyłączył. Przez chwilę statek pozostawał niemal w bezruchu. Potem jednak zaczął gwałtowny, niekontrolowany lot ku powierzchni Księżyca.

Kathleen zdążyła tylko wcisnąć guzik awaryjnego zapłonu silnika, nie żeby wiele mogło to teraz dać.

Poczuła gwałtowne zahamowanie statku, uderzającego w powierzchnię Księżyca z ogromną prędkością, usłyszała kolejne alarmy.

A potem już niczego nie widziała, gdy pogrążyła się w ciemności.

 

Europejskie Centrum Operacji Kosmicznych

 

– utrata kontaktu. – Powiedział Josh. W zasadzie nie było potrzeby, by o tym informować, każdy w sali, a i prawdopodobnie większość ludzi na całym świecie, wiedział już, że wystąpiła utrata kontaktu.

Nie. – Poprawił się Christopher Rowle, dyrektor misji Arthemis. – Nie strata kontaktu. Każdy na całej planecie widział katastrofę podawaną przez statek kosmiczny do ostatnich sekund przed zderzeniem. Każdy mógł na własne oczy ujrzeć powierzchnię Księżyca zbliżającą się z prędkością kilkuset metrów na sekundę, by zginąć w rozbłysku światła, najpewniej eksplozji.

Każdy członek ESA widział to w ostatnich zapisach telemetrii. Każdy rozumiał, co się stało.

I wszyscy wiedzieli, że kontakt nie zostanie już odzyskany. Nie przy takim zderzeniu.

Arthemis, duma Europejskiej Agencji Kosmicznej, statek wielokrotnego użytku, tak wiele razy testowany, zawiódł w momencie, kiedy Chriss był taki dumny ze swojego zespołu i z załogi, kiedy wierzył, że będzie to kolejny wielki krok człowieka, stacja Księżycowa.

A teraz szczątki najwspanialszego pojazdu zbudowanego przez Ziemię leżały gdzieś na Mare Tranquillitatis, na powierzchni Księżyca, a załoga nie żyła.

Dziesięć lat testów bezpieczeństwa okazało się warte tyle, co nic.

Na morzu spokoju rzeczywiście zapanował spokój.

 

Morze spokoju, powierzchnia Księżyca

 

Wokół wyły chyba wszelkie alarmy, jakie zaprogramowano w systemach statku Arthemis. Jednak to alarm o utracie atmosfery przywrócił Kate do przytomności. Lata treningów nie poszły na marne.

Statek był wystawiony na działanie atmosfery Księżyca, co w praktyce oznaczało, że niewiele dzieliło ją od przebywania w otwartej próżni.

Żyła tylko dzięki procedurom bezpieczeństwa ESA, które nakazywały przebywanie w skafandrach kosmicznych podczas startu i lądowania.

Rozejrzała się po wnętrzu pojazdu. Widziała obraz katastrofy. Pozostała czwórka ludzi z jej załogi nadal była nieprzytomna. I tak cudem było, że pojazd wytrzymał. Sama widziała, że prędkość zderzenia wyniosła niemal czterysta metrów na sekundę. Nie powinni tego przetrwać.

Chciała odruchowo spojrzeć na ekran, ale ten był ciemny. Prawdopodobnie temperatura Księżyca mogła doprowadzić do jego uszkodzenia. Wiedziała jednak, że elektronika statku nadal działa, w przeciwnym wypadku nie wyłyby alarmy.

Spojrzała w kierunku włazu. Nie był otwarty, co oznaczało, że wyciek występuje w innym miejscu.

Podeszła chwiejnie do swojej konsoli. W chwili zderzenia została wyrzucona z fotela i wylądowała kilka metrów dalej.

Odruchowo wpisała odpowiednie polecenie.

Uzupełnianie powietrza natychmiast ustało, nie marnując już cennych gazów.

Usłyszała za sobą ruch. Odwróciła się. Thomas, lekarz wyprawy, wstawał, rozglądając się oszołomiony.

– Dlaczego żyjemy? – Zapytał nie do końca przytomny.

Kate również zadawała sobie to pytanie, nie miała jednak powodów do narzekania.

Cokolwiek zamortyzowało upadek, ocaliło im życie.

– Nie wiem. – Odpowiedziała. – Musimy znaleźć miejsce, w którym rozhermetyzował się statek, straciliśmy już całkiem sporo atmosfery.

 

* * *

 

– Silnik jest całkowicie niesprawny. – Powiedział cicho Paul, inżynier napędu misji Arthemis.

Przywrócenie statku do jako takiego porządku zajęło załodze prawie trzy godziny. Odnaleźli dość łatwo przeciek i załatali go, ale to nie było wszystko. Złożenie mostka, naprawa stanowisk, wymiana ekranu.

Całe szczęście – Pomyślała Kate, – że dostaliśmy tyle części zapasowych.

Arthemis miała być misją trwającą przez 15 dni. Ich celem miało być założenie stacji Księżycowej, punktu lądowania dla przyszłych misji. Z tej też przyczyny dostali całkiem sporo części zapasowych i systemów awaryjnych. Kate czuła, że tylko dlatego jeszcze żyją.

Kiedy statek był już uporządkowany i wyglądał prawie tak dobrze, jak w chwili, w której opuszczał kosmodrom Kourou, Paul zasiadł do konsol, by ocenić uszkodzenia.

Wieści nie były pomyślne, chociaż i tak cudem było, że załoga jeszcze żyła.

Jak wynikało z analizy logów przeprowadzonej przez Paula i Tima, ocalił ich silnik Arthemis, odpalony awaryjnie w ostatniej chwili przez Kate. Nie miał dość siły, by zatrzymać upadek, ale z niewielkim ciągiem rozruchowym zdołał zamortyzować ich lądowanie.

Niestety, zarówno silnik, jak i systemy łączności były całkowicie niesprawne.

Wystające ze statku anteny zostały dosłownie starte na proch w zetknięciu z powierzchnią srebrnego globu. A gwałtowny wstrząs najprawdopodobniej uszkodził komorę spalania napędu.

Niezależnie od przyczyn, misja Arthemis była teraz uwięziona na ziemskim satelicie, bez szans na ratunek, gdyż Ziemia pewnie sądzi, że statek się rozbił.

 

* * *

 

Tim nie umiał tak po prostu przyjąć do świadomości, że to koniec. Każdy astronauta był odważny, to prawda, każdy gotów do ryzyka. Taki zawód. Ale Tim nie był tylko astronautą, nie był tylko dowódcą misji. Był programistą, nauczono go kiedyś, że zawsze musi istnieć inne wyjście, zawsze jakieś rozwiązanie.

Kiedy tak patrzył na załogę siedzącą w milczeniu wiedział, że nadeszła pora na jego działanie.

Jeśli on nic nie zrobi, umrą tutaj, na Księżycu, z daleka od domu. I nikt się nie dowie, jak rzeczy się faktycznie miały.

Tim wiedział, że ich podstawowym obowiązkiem jest teraz poinformowanie Ziemi o obecnej sytuacji.

Nawet, jeśli załodze przeznaczona była śmierć na Ziemskim Satelicie, ostatnie zapisy z lotu mogą być niezwykle użyteczne dla ziemskich inżynierów, którzy prawdopodobnie nie wiedzieli, co się stało.

Po prawdzie, Tim też nie znał jeszcze przyczyny katastrofy. Ale miał do dyspozycji gigabajty danych ze wszystkich systemów i sensorów. W ESA pracuje wielu ludzi, na pewno zdołają to zinterpretować.

Trzeba to jedynie wysłać.

By wysłać wiadomość na Ziemię, trzeba mieć radio.

Tim wiedział, gdzie może takie znaleźć.

– Kto idzie ze mną? – Zapytał, przerywając ciszę. – To całkiem niedaleko stąd.

 

* * *

 

Odnalezienie miejsca historycznego lądowania misji Apollo 11 nie było takie proste, jak przypuszczał Tim. Wraz z Lucy długo przeszukiwali obszar, w którym, jeśli wierzyć szacunkom Kate co do miejsca lądowania Arthemis, powinien znajdować się Eagle, lądownik misji.

Podobnie, jak w przypadku misji Apollo 11, tak i w misji Arthemis miejscem lądowania stało się Mare Tranquillitatis, morze spokoju. ESA uznała, że dobrze będzie powrócić na Księżyc tak, jak ludzie przybyli na niego po raz pierwszy.

Zresztą, teren był niezmiernie ciekawy z perspektywy geologicznej, dostarczał wielu informacji o historii srebrnego globu. Tym czasem misja Apollo 11 przygotowywana w pośpiechu nie mogła przeprowadzić wielu eksperymentów, które były niezwykle ważne dla nauki. Te cele miała zrealizować Arthemis.

O ile miejsce lądowania Eagle nie było sekretem, jego określenie udało się z dokładnością metrową, o tyle problem był inny. Tak naprawdę załoga Arthemis nie miała pojęcia, gdzie wylądowała.

Wiedzieli, że punkt lądowania nie był zbyt daleki od tego planowanego, gdyż silnik zawiódł w ostatnich chwilach misji. Nie znali jednak swojej dokładnej pozycji.

Dlatego też Timowi i Lucy zlokalizowanie historycznego miejsca zajęło niemal cztery godziny – cztery godziny, podczas których nie mieli kontaktu z załogą. Tim wolał nie myśleć o tym, jak bardzo martwią się ich współtowarzysze.

Apollo 11 wyglądał tak, jak Tim go zapamiętał z filmów z odlotu. Niewielki pojazd, dolny stopień lądownika, który pozostał na Księżycu, nadal stał po środku terenu, na którym swoje ślady poczynili pierwsi wysłannicy ludzkości na Srebrny Glob.

Nieco dalej stało to, o co Timowi chodziło. EASEP, aparatura naukowa pozostawiona tutaj przez Armstronga i Aldrina w 1969 roku.

Od lądowania pierwszych ludzi na Księżycu minęło ponad pół wieku. EASEP stracił łączność z Ziemią 27 sierpnia 1969 roku z powodu nieznanej usterki.

Tim miał jednak nadzieję, że uda im się naprawić tę aparaturę. Bo EASEP miał radio.

Pojawił się jednak problem, którego nie przewidział żaden z członków załogi. Masa aparatury, która wynosiła 48 kg.

Co prawda w pomniejszonej grawitacji Księżyca było to, jak 8 kg na Ziemi. Ale nawet 8 kg to dość sporo, jak na niesienie tego przez 16 km oddzielających ich od statku kosmicznego.

A nie mogli sobie pozwolić na przerwę. W ich skafandrach kosmicznych pozostał tlen na jakieś pięć, może sześć godzin.

– No cóż. – Powiedział cicho Tim. – Nikt nie mówił, że praca astronauty jest prosta. Będziemy musieli go rozebrać.

EASEP składał się z sejsjometru i czujnika pyłów. Mimo, że mogłyby przynieść ważne dla ESA informacje, gdyby aparaturę udało się naprawić, Tim z żalem zdecydował o ich odłączeniu.

Podczas, gdy Lucy rozpinała przewody, Tim ostrożnie odkładał na bok odpięte elementy.

Nie chciał ryzykować uszkodzenia któregoś z nich. Nigdy nie wiadomo, co się przyda.

Pracowali szybko, ale uważnie. Na koniec odpięli również zasilanie, mające postać dwóch paneli Słonecznych.

Tim bez żalu odpiął ten akurat element zestawu.

Nie sądził, by po ponad połowie wieku panele dawały chociaż najmniejszą ilość prądu. A nawet gdyby, to misja Arthemis miała cały zapas własnych, zabranych na potrzebę budowy stacji księżycowej.

Teraz EASEP był znacznie lżejszy. Brali zasadniczo tylko jednostkę centralną i, tak ważny dla załogi, moduł radiowy.

Sądził, że wymieniając się ciężarem z Lucy zdoła chyba to donieść do statku.

 

Kompleks komunikacyjny Canberra Deep Space

 

Julie Leran, dyżurująca w centrum łączności NASA, zamrugała, gdy na ekranie jej komputera pojawił się sygnał nowej transmisji. To się zdarzało od czasu do czasu. W kosmosie pełno było sygnałów, które komputery NASA mogły odebrać jako transmisję z jednej z ich sond.

Nie było to jednak znowu tak częste zjawisko, by wpaść w monotonię. Julie widziała to trzy, może cztery razy.

Natychmiast poleciła komputerowi zlokalizować miejsce nadania sygnału i zamrugała raz jeszcze.

Komputer wskazał Księżyc. Natychmiast kazała wykonać triangulację, by oszacować dokładną pozycję. Obszar znajdował się niecałe 3 km od planowanego miejsca lądowania nieudanej misji Arthemis przeprowadzonej przez Europejską Agencję Kosmiczną poprzedniego dnia.

– Czy to możliwe, że któryś z Esowskich systemów przetrwał lądowanie i zaczął nadawać status? – Zamyśliła się Julie.

Wiedziała, że każdego dręczy brak jakiejkolwiek wiedzy o tym, co się stało. Co więcej, jak dotąd nie udało się określić miejsca rozbicia się misji, a więc nie było gdzie pokierować sondy w celu sfotografowania statku.

Jeśli jednak sygnał pochodził z któregoś z rozbitych komputerów, ESA mogła odtworzyć przebieg zdarzeń.

Julie przez chwilę pomyślała ze smutkiem o załodze. Było tam dwóch astronautów NASA, Paul Robens i Lucy Auris. Znała obydwoje. Wiedziała jednak, że o ile elektronika może przetrwać naprawdę wiele, o tyle delikatne ludzkie ciała nie miałyby szans przy takim upadku.

Podeszła do telefonu, by zadzwonić do kierownictwa NASA z pytaniem o dalsze postępowanie. To oni powinni zająć się poinformowaniem ESA, że ich statek zaczął odpowiadać.

Wstrzymał ją pisk wydany przez komputer. Dokonał identyfikacji źródła sygnału.

Spojrzała zdziwiona. Ich systemy nie mogły wykryć układów diagnostyki ESA. Oczywiście przekazano im awaryjnie protokoły komunikacji diagnostycznej, ale nigdy ich nie wgrano na komputery.

To była misja ESA, a więc do komunikacji pełne prawo miała ESA, NASA zaś miała zadziałać tylko w wypadku konieczności.

Komputer nie powinien rozpoznać sygnału z Arthemis, więc dlaczego to zrobił?

Wtedy spojrzała na ekran, zamrugała, przetarła oczy, ale napis nie znikał.

Early Apollo Scientific Experiments Package, Apollo 11. Łączność odzyskana po ponad połowie wieku. Ale EASEP nie znajdował się już tam, gdzie go pozostawili astronauci Neil Armstrong i Buzz Aldrin. Znajdował się w miejscu, w którym mogliby go pozostawić członkowie misji Arthemis.

 

Morze spokoju, powierzchnia Księżyca

 

Gdy ekran na statku Arthemis potwierdził wykryty sygnał radiowy skierowany w kierunku Ziemi, wszyscy członkowie misji zaczęli wiwatować.

Wiedzieli, że łączność nie oznacza dla nich ratunku. Nie łudzili się, nikt po nich nie zdoła przylecieć.

Jednak fakt, że Ziemia się dowiedziała, przynajmniej oznaczał wypełnienie obowiązków.

Podłączenie modułu EASEP okazało się banalnie proste.

Po przeczyszczeniu styków i podpięciu zasilania 5 woltów, moduł automatycznie się włączył i zaczął nadawać.

Prawdopodobnie przyczyną utraty kontaktu były zatem niedziałające już poprawnie panele słoneczne.

Tim siedział teraz i zastanawiał się, jak podłączyć moduł komunikacji do ich własnych systemów.

Gdyby to się udało, mogliby porozumieć się z Ziemią, powiedzieć im dokładnie, co się stało, przesłać diagnostykę.

Ale osiągnęli przynajmniej tyle, że poinformowali Ziemię, że nadal żyją i, co ważniejsze, gdzie żyją. Teraz ESA będzie mogła wykonać zdjęcia powierzchni Księżyca. Dlatego też Lucy i Kate wyszły chwilę wcześniej, by wykonać notkę z użyciem skał. W zasadzie przekaz był prosty, z wykorzystaniem kodu awaryjnego opracowanego właśnie na takie okoliczności.

Zaw RCS H 800m awaryj zapł wsz żyją Arth spr napęd niespr radio niespr

Co należało czytać: zawiódł silnik RCS na wysokości 800 metrów. Wszyscy żyją, statek jest sprawny prócz napędu i radia.

Niewiele więcej mogli obecnie zrobić chyba, że Tim wymyśli, jak podłączyć układy z EASEP do ich komputera.

Chwilę wcześniej zjedli śniadanie, ponieważ spędzili na Księżycu już jeden ziemski dzień. To zdumiewające, że czas tak szybko mijał. Został im miesiąc, nim skończą się zapasy.

A załoga zamierzała wykorzystać ten czas jak najlepiej.

Byli astronautami, zdawali sobie sprawę z ryzyka, gdy lecieli.

Rozpacz, która zapanowała po katastrofie, nie trwała zbyt długo. Wszyscy wzięli się w garść. Postanowili zrobić dla Ziemi tyle, ile jeszcze zdążą.

 

Centrum kosmiczne Houston

 

Stephen Sanders, kierownik misji załogowych w NASA, zasiadł w sali konferencyjnej. Wszedł tutaj jako ostatni. Wszyscy inni już byli, w tym sam admirał NASA, którym był Alex Johanson.

– Przepraszam za spóźnienie. – Powiedział Stephen. – Byłem w JPL w celu oceny gotowości naszych statków.

– Nie ma sprawy. – Powiedział admirał Alex. – Czy mogę spytać o raport?

– Kapsuła Orion jest w zasadzie gotowa. – Odparł Stephen. – Miała wykonać lot na Marsa za dwa tygodnie. Lądownik sprawdzi się przy lądowaniu na Księżycu tym bardziej. Korzystając z masy, którą zaoszczędzimy na paliwie niezbędnym przy tak dalekim locie, możemy zapakować do środka materiały, którymi, jak sądzimy, uda się naprawić Arthemis. Oczywiście, nie znamy dokładnego stanu statku, ponieważ nadal nie mamy łączności z załogą. Możemy jednak przypuszczać, że uszkodzony został napęd OMS, jako najbardziej wysunięty ze statku, być może również główny silnik. Wysłalibyśmy im też drugie radio.

– Chcesz poświęcić pierwszą ludzką misję załogową dla wysłania elementów, które nie wiemy czy zadziałają, przy uszkodzeniach, których skali nie znamy? – Zapytał Daniel Holens, dyrektor operacji Marsjańskich. – Nie zdaje Ci się, że to nieco zbyt wysoka cena? Orion był przygotowywany przez dwa dziesięciolecia. Mamy tylko jednego. A ty go wykorzystasz jako statek bezzałogowy??

– Nie widzę innego wyjścia. – Odpowiedział twardo Stephen. – Może tobie jest obojętny los tych astronautów, ale mi nie.

– Wydaliśmy na Oriona miliardy dolarów. – Powiedział cicho admirał. – Obiecywaliśmy lot na Marsa. Celowo wybraliśmy okres lotu Arthemis, by pokazać, że NASA też umie tworzyć historię. Tym czasem zamierzasz zmarnować ponad dwudziestoletnie przygotowania. Czemu nie możemy użyć innej kapsuły?

– Pytałem o to. – Odpowiedział spokojnie Stephen. – W JPL twierdzą, że żadna inna rakieta nie zdoła na czas dostarczyć zapasów. Po prostu nie będzie na czas gotowa odpowiednia kapsuła. Nie spodziewaliśmy się, że będziemy musieli wysyłać tak ciężką misję na Księżyc.

– No właśnie. – Niemal krzyknął Daniel. – Ale my nie musimy niczego wysyłać. To misja Europejskiej Agencji Kosmicznej, a zatem i zmartwienie Europejskiej Agencji Kosmicznej. Czemu oni się tym nie martwią?

– Dlatego. – Odpowiedziała Serena, odpowiedzialna za współpracę z innymi instytucjami zajmującymi się eksploracją kosmosu, -, że nie mają gotowej sondy. Nikt nie przewidywał takiej możliwości. Przygotowana została flota awaryjnych sond na wypadek uszkodzeń, ale nikt nie przewidział zniszczenia silnika. Każdy rozważany scenariusz takiego zjawiska kończył się śmiercią załogi. W tej sytuacji nie miało sensu rozważanie tego typu konstrukcji.

– Nie odpowiadamy za niekompetencję pracowników Europejskich. – Wykłócał się Daniel.

– Muszę Ci przypomnieć, – odezwał się, jak zwykle cicho Stephen, -, że nasi inżynierowie również brali udział w tych dysputach i poparli zdanie pracowników ESA. To, co się stało, jest tak mało prawdopodobne, że nikt nie brał tego pod uwagę.

– Zdajecie sobie sprawę, jak to będzie wyglądało przed rządem? – Zapytał admirał. – Żebraliśmy o te pieniądze przez lata, by misję wartą miliardy dolarów posłać na Księżyc? Zmarnować miliardy w wypadku misji, której w normalnych okolicznościach budowa nie przekroczyłaby kosztów kilkudziesięciu milionów? To ponad stukrotnie większa cena, niż ta misja jest warta.

– To prawda. – Lisa Gray, główny inżynier NASA skinęła głową. – Policzyłam już to. Gdybyśmy mieli przyzwoitą ilość czasu, budowa odpowiedniej sondy kosztowałaby nas nie stukrotnie, ale czterystukrotnie mniej, niż wysłanie tam Oriona.

– Rzecz w tym, że nie mamy sensownej ilości czasu. – Odparł Stephen. – Czy naprawdę nie jest dla was ważne życie tej piątki?

– Powiedz mi, – Odpowiedział Daniel -, dlaczego twoim zdaniem powinniśmy tyle dać za ratowanie akurat tej piątki? Są astronautami gotowymi na śmierć. Nie stać nas na zorganizowanie ratunku. Zresztą, pieniądze, za które badamy kosmos, mogłyby ratować życie, powiedzmy, w Afryce. Czemu nie wypominasz nam tego? Czemu rozwijamy naukę, miast ratować ludzkie życie? Zważ, że kwestia toczy się o to samo. Stoimy przed dylematem ogromnego skoku w przód w nauce, przełomowego dokonania, lotu na Marsa i ocalenia życia piątki ludzi. Czy naprawdę sądzisz, że cała ludzkość zyska więcej, jeśli rzucimy w kąt szansę na rozwój astronautyki i polecimy ratować misję, która nawet nie jest naszą misją?

– Ale tam są nasi astronauci. – Chciał już powiedzieć Stephen, lecz ugryzł się w język. To, co przyszło mu do głowy, mogłoby być ważnym argumentem. Ale nie miał zamiaru użyć go, o ile nie było to konieczne. Czy astronauci NASA byli w jakimkolwiek stopniu ważniejsi od tych, których wysłała ESA.

– Podczas dołączania naszych astronautów do misji ESA zobowiązaliśmy się udzielić wszelkiej możliwej pomocy, zwłaszcza w wypadku zagrożenia życia. – Powiedział miast tego.

– Jak sam zauważyłeś, możliwą. – Admirał odezwał się tonem nie znoszącym sprzeciwu, jakim zwykł mawiać w dawnych czasach, gdy służył w lotnictwie armii USA, nim, z racji wieku, został przeniesiony do NASA z honorami i zaszczytami. – Przykro mi to stwierdzić, ale zgadzam się z Danielem. Nie poświęcimy Oriona dla misji, w której nawet nie wiemy, jakie materiały dostarczyć. Istnieje spora doza prawdopodobieństwa, że wyślemy im zapasy, a mimo to załoga Arthemis umrze. Bo wyślemy im nie to, co trzeba. Dyskusję uważam za zamkniętą.

 

 

 

Część 2.

 

Słońce ostatnimi promieniami chwytało się Ziemi, jednak musiało wkrótce przegrać walkę z ciemnością. Selena patrzyła jak powoli zanikało za horyzontem, ustępując miejsca księżycowi, odwiecznemu towarzyszowi Ziemi w jej wędrówce.

Patrzyła na Księżyc, a w jej sercu rósł ból, niczym wbita drzazga, której nie sposób wyciągnąć; igła przenikająca każdy fragment jej świadomości. Ale nic nie mogła zrobić. Jedna, jedyna łza, niby kropla rosy spadła na ziemię, roztapiając się w srebrzystych promieniach.

 

Morze spokoju, powierzchnia Księżyca

 

– Brak odpowiedzi. – Powiedział Tim. Wraz z Paulem od kilku godzin próbowali nawiązać łączność z Ziemią, ale EASEP, moduł naukowy z misji Apollo 11, nie chciał poprawnie reagować. Po pierwszej odpowiedzi Ziemi, wysłanej automatycznie, nie udało im się nawiązać komunikacji tekstowej. Ziemia nie odpowiadała mimo, że Tim próbował wszystkiego i nie rozumiał, co robi źle.

Ale widocznie coś robił, bo jak inaczej wyjaśnić milczenie NASA? Musieli być ciekawi danych. Istniała też druga możliwość, że Ziemia otrzymała informację, ale EASEP z powodu nieznanych usterek nie jest w stanie odebrać jej odpowiedzi.

Na taką ewentualność załoga wysłała cały pakiet wraz z osobistą relacją każdego z członków. Zawsze przyda się to ESA. Tim nie miał zamiaru zmarnować czasu, jaki im pozostał, był dowódcą, więc powinien zająć się swoimi obowiązkami.

Żywności pozostało im na 30 dni, 30 dni badań, w trakcie których można przygotować podłoże dla przyszłych pokoleń astronautów. Wraz z Kate rozpisali już wstępny wzór poszukiwań geologicznych, prace zacząć miały się od następnego dnia. Nigdy nie wiadomo, co się ludziom przyda.

Tim postanowił wszystko zebrać, opisać i pozostawić w okolicach statku.

Ewentualna przyszła załoga z pewnością doceni materiał płynący z pracy geologicznej i chętnie zabierze te próbki na ziemię. Tym czasem jednak należało się zająć najpilniejszymi sprawami.

Ich celem, jako misji Arthemis, była budowa bazy Księżycowej. Chociaż misja już zakończyła się porażką, załoga postanowiła rozpocząć konstrukcję mimo wszystko.

Nie to, żeby ktoś miał jej użyć, prawdopodobnie miną lata, nim kolejna misja przybędzie na księżyc, skoro w ESA nie mają już statku.

Ale załodze Arthemis potrzebny był jakiś dom, bo ciasne kajuty były zbyt małe, by komfortowo w nich żyć.

Paul i Lucy już nad tym pracowali, układając panele słoneczne podczas, gdy Kate i Thomas rozkładali ich wyposażenie.

Tim jednak nadal miał jakieś niejasne przeczucie, obawę, której nie umiał nazwać, niepokój, że stało się coś złego.

 

Centrum kosmiczne Houston

 

Stephen siedział i ponuro patrzył na monitory wyświetlające raz po raz transmisję z Arthemis.

Przekazali ją już do ESA, gdzie projektanci statku na pewno zdołają dociec, co się stało.

N-CON misji doprowadzał go do szału. Już nie tylko nie pomogli astronautom, którym byli zobowiązani udzielić wszelkiego możliwego wsparcia. Decyzja o wejściu w N-CON była zwykłym tchórzostwem, brakiem odwagi kierownictwa.

N-CON, czyli brak transmisji, oznaczał w praktyce tyle, co udawanie NASA, iż nie może połączyć się z załogą Arthemis.

Załoga była przekonana, że Ziemia nie odebrała jej wiadomości.

W zasadzie, Stephen wolałby już, by tak było, wolałby to od tego przedstawienia, w którym usunęli się ze sceny, pozostawiając astronautów samym sobie, bez pomocy, a nawet bez kontaktu.

Gdyby tylko Stephen mógł coś zrobić, znaleźć jakieś wyjście… Ale nie mógł, nie mógł nawet przekazać do Arthemis prostego sygnału, słyszymy was, bo tylko Satcon w NASA mógł się porozumiewać z EASEP.

Nawet Europejskiej Agencji Kosmicznej nie poinformowano, że wprowadzono N-CON.

Admirał Alex Johanson, patrząc prosto w oczy Christopherowi Rowle, dyrektorowi Arthemis z ESA, powiedział, że NASA nie może odpowiedzieć.

A z tym Stephen nie umiał, nie chciał się pogodzić.

 

Arthemis Lunar Base

 

Lucy spojrzała na ich dzieło. Pracowali w pocie czoła od rana, ziemskiego rana, a teraz, gdy kończyli, nad ich domami 380 tysięcy kilometrów stąd świeciły już gwiazdy.

Ale było warto.

Razem z resztą załogi zmontowali, połączyli i zalaminowali stację księżycową ALB, Arthemis Lunar Base.

To właśnie był ich cel, budowa, konstrukcja i uruchomienie stacji na potrzeby przyszłych misji.

No cóż, dane im było uruchomić ją tylko dla samych siebie.

Mimo to myśl, że stacja stanęła była dziwnie, zaskakująco krzepiąca.

Lucy czuła, że ma dom, miejsce, do którego będzie wracać nawet, jeśli ma tutaj wracać jedynie przez miesiąc, po którym wszyscy zginą.

Stację ALB opracowano tak, by była jak najobszerniejsza przy minimalnej masie, używając do tego specjalnego nadmuchiwanego włókna testowanego wcześniej na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej jako BEAM.

Zasadniczo, było to coś w rodzaju lekkiego szkieletu, na którym opierał się wypełniony atmosferą balon, niezwykle lekka, a za razem skuteczna konstrukcja.

Każdy miał do dyspozycji własną koję, a prócz tego laboratorium, coś w rodzaju wspólnego saloniku i kuchnię.

Niemal jak w zwykłym, Ziemskim domu. Niemal jak w tym jednym, jedynym domu, do którego Lucy wracała teraz myślami, wspominając ciepło płomieni w kominku, zapach obiadu w niedzielę, gdy jej rodzice i rodzeństwo zbierali się razem, chwile, gdy bawiła się jako mała dziewczynka.

Nie mogła wtedy przypuszczać, że poleci na Księżyc jako najmłodsza astronautka w dziejach, nie potrafiła sobie nawet tego wymarzyć.

I oto tutaj była, ledwo po studiach fizycznych, dopiero co upieczona kosmonautka, która najlepiej z jej grupy zdała testy i dostała się do pierwszej misji Księżycowej od półwiecza.

Mimo przeszkód, ani przez chwilę nie żałowała swej decyzji. Marzyła o tym, by móc wspierać ludzkość w jej rozwoju.

Nie, nie sobą się martwiła, nie rozpaczała nad swoją niechybną śmiercią na tym pustkowiu. Żal, który czuła, dotyczył jej towarzyszy, ludzi, z którymi się uczyła, z którymi ćwiczyła i z którymi wreszcie tutaj przybyła.

– Panie, niech się stanie, jak pragniesz, ale jeśli taka jest twoja wola, daj im wrócić do domu. – Wyszeptała cicho.

Ale najbardziej ze wszystkiego… Żałowała rodziny: rodziców, którzy

byli tak dumni ze swej córki, młodszego rodzeństwa. Jej brat, Michael, miał w ciągu kilku tygodni dostać decyzję w sprawie przyjęcia na studia w Oxfordzie. Teraz już nigdy Lucy się nie dowie czy mu się udało.

 

Centrum Kosmiczne Johna F. Kennedy’ego

 

– Rozbicie o powierzchnię Marsa, Seleno, co się dzieje, jakaś rozkojarzona jesteś? – w głosie Lisy słyszalna była wyraźna troska.

Od rana Selena z pomocą starszej astronautki ćwiczyła manewr lądowania na Marsie, pozostało już tylko kilka dni do jej własnej misji, Orion1, gdy wraz z załogą zostaną pierwszymi ludźmi, którzy postawią stopę na Czerwonej Planecie.

Tym czasem jednak myśli Seleny wciąż uciekały do Księżyca, gdzie pozostała załoga misji Arthemis. Nie potrafiła, nie chciała powrócić do codzienności, przejść obojętnie obok dramatu, który się rozgrywał. Chciała oddać statek, chciała wysłać go z pomocą dla tamtych astronautów, ale propozycja została odrzucona w imię wyższych celów.

Selena rozumiała motywy NASA, rozumiała i całkowicie je odrzucała.

– Wiesz przecież. – Powiedziała cicho. Starała się powstrzymać łzy te jednak zdradliwie pociekły po jej twarzy, spadając na biurko zasłane papierami i mapami Marsa. – Tim, Kate, Lucy… – Jej głos ugrzązł w gardle.

Ból ledwo powstrzymywany przez ostatnie dni nagle dał o sobie znać.

Lisa spojrzała na nią poważnie, a Selena ujrzała w oczach starszej kobiety te same emocje, które odczuwała sama. – No tak. Chociaż już na emeryturze, Lisa nadal pozostawała astronautką ze wszystkimi tego konsekwencjami. Czuła taką samą więź z załogą Arthemis, jak Selena.

– Powiem ci coś. – powiedziała cicho Lisa.

 

Arthemis Lunar Base

 

Śluza wyrównała ciśnienie i Paul wszedł do bazy, gdzie czekała już reszta załogi. Ostrożnie odłożył torbę, z którą wszedł, nim z pomocą Lucy zdjął swój skafander kosmiczny.

– Jakie wyniki? – Zapytała Kate, gdy Paul usiadł przy stole.

– Około 500 metrów stąd znalazłem mały krater, wygląda na dobry materiał do badań geologicznych. Chciałbym, żebyś się mu przyjrzała.

Kate była geologiem wyprawy, a co za tym szło, to do niej należała decyzja, jakie próbki powinni zebrać i jak je udokumentować.

– Dzięki. – Odpowiedziała. – Pojedziemy tam jutro i zobaczymy, co znalazłeś. Na razie wszyscy musimy odpocząć. Dzień nie należał do prostych, jak większość dni w karierze astronautów. Od lądowania minęły już 4 dni, co oznaczało, że pozostało im 27 dni misji.

Od poprzedniego dnia chodzili po okolicy, rozglądając się i szukając materiałów geologicznych, które warto zebrać.

Gdyby nie to, że statek Arthemis stał przechylony pod kątem, a w miejscu, gdzie były kiedyś silniki, ziały dziury po eksplozji, mogliby myśleć, że to zwykła, rutynowa misja.

W istocie zajmowali się tym, czym mieli się zająć wedle planów. Zbudowali bazę, badali grunt, prowadzili eksperymenty. Tylko zakończenie miało być inne.

Rozważania Paula przerwał cichy huk i smużka dymu unosząca się od strony, z której siedział Thomas.

No tak, chemik nie próżnował, badał coś związanego z powierzchnią Księżyca i promieniowaniem.

Paul nie wiedział, co robi Thomas, wątpił, by wiedział to ktokolwiek prócz samego Thomasa, może z wyjątkiem Lucy. Ilekroć próbował pytać go o jego doświadczenia, ten odpowiadał po prawdzie chętnie, ale za to językiem, który był dla Paula mniej zrozumiały, niż Praindoeuropejski.

– Thomas, co się stało? Czy to znowu sypnął ci się galwanometr czy też doszło do jonizacji styków? – Spytał uśmiechając się. Nie miał pojęcia, o czym gada, ale tak usprawiedliwiał się Thomas przy poprzednich dwóch spektakularnych niepowodzeniach, więc dość prawdopodobne zdawało się, że i tym razem o to chodzi.

– Galwanometr nie powoduje eksplozji. – Wyjaśnił jak zwykle rzeczowo Thomas. – Jest to urządzenie służące do pomiaru mikroskopijnego amperażu wynikającego z istnienia pola elektromagnetycznego.

– I poco ja pytałem? – Westchnął ciężko Paul.

– A, dla twojej informacji, tym razem wybuch spowodowany był złymi proporcjami hydrazyny.

– Hydrazyny? – Ożywiła się Kate. No tak, jako pilot misji natychmiast zrozumiała, o czym mówił chemik. Hydrazyna to jedno z popularniejszych paliw rakietowych. – Co ty robisz z hydrazyną? – zapytała tym czasem nawigatorka.

– Mam pomysł, jak poinformować ziemię o naszym stanie. – Odpowiedział chemik. – I chociaż nam nie pomogą, możemy nawet im spróbować przesłać kilka, dosłownie kilka próbek.

– Co zamierzasz? – Ożywił się Tim.

– Arthemis zdoła powrócić na Ziemię z użyciem samych silników RCS. Chcę je napędzić hydrazyną z głównego, uszkodzonego silnika. Nie będzie w stanie nas zabrać ani większości rzeczy, jest to zbyt ciężkie. Ale opróżnimy ją z systemów podtrzymywania życia, wszystkich zapasów, wgramy dane z misji, załadujemy trochę próbek i wyślemy do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.

– To może się udać. – Tim z zadumą pokiwał głową.

– Zgłaszam protest. – Powiedział Paul, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. Czekał na tę szansę od początku misji. – Pomysł jest dobry, ale nie zapominajmy, że paliwem zajął się Paul. A zatem prędzej wyślemy ten wrak do układu Centaurii, niż chociaż w okolice Ziemi.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Paul poczuł się tak, jakby wrócił do domu, jakby znowu spędzał ze swoją załogą godziny treningów, czekając na niespodziewane.

Zorientował się, że nie słyszał tego perlistego dźwięku okazywania radości od bardzo, bardzo dawna.

 

Maryland, Stany Zjednoczone

 

– Nie wiem, jak Pani dziękować. – Alice Auris otarła łzy, patrząc na Selenę.

– Nie ma za co, taki jest mój obowiązek wobec współtowarzyszki i przyjaciółki. – Odpowiedziała cicho Selena. – A także wobec całej misji.

– Jest Pani pewna? – Zapytała matka Lucy, – że to się uda? – Szczerze mówiąc, nie. Ale spróbujemy, bo tylko my możemy. – Selena zacisnęła rękę na małym zawiniątku, które dostała od Alice Auris, tych kilku myślach, które zrozpaczona matka chciała przekazać jeszcze swojej córce.

Selena i Lucy przyjaźniły się od dawna, w zasadzie od początków szkolenia. W podobnym wieku wstąpiły do NASA, w podobnym uzyskały swoje skrzydła, wreszcie, w podobnym miały polecieć w swoje pierwsze misje.

– To ja powinnam Pani dziękować. – Powiedziała cicho Selena. – Dziękować za to, że mogłam poznać Pani córkę.

 

Centrum kosmiczne Houston

 

– Dostaliśmy polecenie, by tutaj poćwiczyć. – Powiedział Vincent, gdy weszli do siedziby Satconu. – Mamy przećwiczyć nawiązywanie łączności w sytuacji utraty kontaktu.

– Elisabeth, która patrzyła na ekrany podające statusy różnych transmisji, powoli podniosła wzrok.

– Dzień dobry Państwu. – Przywitała załogę misji Orion1. – Nie dostałam informacji z kierownictwa.

– Naprawdę? – Selena wydała się autentycznie zdziwiona. – Proszę zatem ich spytać.

Elisabeth wstała, kierując się ku drzwiom.

Laura podeszła do pozostawionego przez łączniczkę biurka. Nie czuła się dobrze, oszukując tę prawie jej obcą i przecież niczemu nie winną kobietę, ale nie znała innego sposobu.

Wprawnie wystukała kilka poleceń na konsoli, nadając sygnał.

 

Arthemis Lunar Base

 

Z oczu Lucy płynęły łzy, nie po raz pierwszy od początku tej misji. Tym razem jednak nie były to łzy rozpaczy ani rezygnacji, a po prostu łzy… Sama nie umiała nazwać emocji, które odczuwała. Jednocześnie szczęście i pustka, poczucie bliskości i samotności. Ale przede wszystkim była to ulga.

Wraz z całą załogą wpatrywali się w transmisję, którą chwilę wcześniej odebrał Tim. TO wyjaśniało wszystko.

– Córko, droga załogo. – Zaczynała Alice Auris. – Selena Moonrose wyjaśniła mi szczegółowo waszą sytuację, jak również N-CON narzucony przez NASA. Jestem jej niezmiernie wdzięczna za to, że obiecała mi dostarczyć wam ten list nawet, jeśli to ostatnie, co mogę tobie i wam dać. Skontaktowałam się z resztą rodzin, by napisać ten list wspólnie z nadzieją, że będzie on dla was chociaż marną namiastką domu.

– No więc trzeba zabrać się do roboty. – Powiedział cicho Tim. – Okazać, że jesteśmy godni ryzyka, jakie podjęła dla nas załoga Oriona, okazać, że wykonamy nasze obowiązki, jak należy. Mamy jeszcze 20 dni, nie zmarnujmy tego.

 

Centrum Kosmiczne Johna Kennedy’ego

 

– Booster? – Gotów!

– Retro? – Gotów!

– Fido? – Gotów!

W hali kosmodromu imienia prezydenta Kennedyego rozbrzmiewały ostatnie potwierdzenia gotowości do rozpoczynającej się właśnie misji Orion1.

– Guidance? – Gotów!

– Surgeon? – Gotów!

– Eecom? – Gotów!

– GNC? – Gotów!

To samo słyszała załoga misji Orion1: Vincent Hawk, Selena Moonrose, Laura Star i Jim Oren.

– Telmu? – Gotów!

– Control? – Gotów!

– Procedures? – Gotów!

– Inco? – Gotów!

Stephen siedział w pokoju kontroli misji, czując się niedobrze. Powinien się cieszyć, oto misja, nad którą pracował od lat, pierwszy lot na Marsa w historii.

A jednak wiedział, że miejsce tego statku było gdzieś indziej, na Księżycu, nie 20 minut, a ledwo sekundę świetlną od Ziemi.

Ale nic nie mógł na to poradzić, postanowił więc wykonywać swoje obowiązki tak, jak powinien oficer NASA. Nie chciał zawieść drugiej załogi.

– FAO? – Gotów!

– Network? – Gotów!

– Recovery? – Gotów!

– Capcom? – Gotów!

– Houston, jesteśmy gotowi do lotu. – Potwierdził Stephen, chociaż w gardle miał teraz kluchę, tak pragnął powiedzieć, że nie są. Ale co to by dało? – Jesteśmy gotowi do lotu. T minus 90 sekund i odliczamy. – Potwierdził komentator misji, a ostatnie sekundy mijały.

Selena poważnie spojrzała na resztę załogi, niezwykle poważnie.

– Jesteście gotowi?

– Jesteśmy. – Potwierdzili cicho, lecz stanowczo

– …, początek sekwencji startowej, 5, 4, 3, zapłon, 1, start.

Rakieta szarpnęła, gdy Orion uniósł się w górę. Selena przez chwilę poczuła niepokój, a potem stłumiła swe emocje, by jak najlepiej wykonać powierzone jej zadanie. Mogła liczyć tylko na siebie, na pewno nie pomogłaby jej teraz załoga naziemnego wsparcia.

– Odłączam pierwszy stopień. – Poinformowała załogę.

– Arthemis, tu Houston, zeszliście z kursu o 3 stopnie, poprawcie. – przekazał oficer łączności.

– Dziękuję, Houston. – Odpowiedziała machinalnie Selena, ale nie poprawiła kursu, przeciwnie, nadal go odchylała, kierując się na niską orbitę okołoziemską.

– Drugi stopień odrzucony. – Powiedziała pewnym i twardym głosem, chociaż dało się w nim usłyszeć nutkę satysfakcji.

– Orion, tu Houston, powtarzam, jesteście poza kursem, poprawcie o 21 stopni Delta X, wchodzicie na zbyt niską orbitę. Powtarzam, Orion, poprawcie kurs.

– Ale Selena już nie słuchała, skupiała się, błyskawicznie przeliczając wszystko w pamięci, zdając się na swój instynkt nabrany podczas tylu nieoficjalnych symulacji, o których nikt w NASA nie wiedział. I oto ją zobaczyła.

– Koniec pierwszej fazy pracy silnika trzeciego stopnia, jesteśmy na orbicie. – Powiedziała pewnym, spokojnym głosem. – Orbita 399 perygeum, 417 apogeum, okres 86 minut, czas wznoszenia 11 minut 14 sekund.

A przed nimi majestatycznie trwała Międzynarodowa Stacja Kosmiczna.

– Orion, słyszycie mnie? – Dopytywał się oficer z Houston, ale Selena nie chciała się odzywać. Zrobił to dopiero Vincent, chociaż nie zwracał się do Houston.

– I.S.S., tutaj Orion1. Proszę o zgodę na dokowanie i wejście na pokład.

 

Międzynarodowa Stacja Kosmiczna

 

Mark Heron patrzył na nich długo wzrokiem, z którego nie dało się wyczytać żadnych emocji. Nikt z czwórki astronautów nie odważył się nawet drgnąć, czekali na następne słowa dowódcy stacji kosmicznej. Ten zaś z zamyśleniem wpatrywał się w nich.

– Zaryzykowaliście swoją karierę, opinię i pracę, żeby ich uratować? – Zapytał w końcu. – Jestem pod wrażeniem, pewnie nie byłbym w stanie podjąć takiego ryzyka, nie odważyłbym się. Jak mogę wam pomóc? Laura cicho odetchnęła.

Bali się, że nie przekonają Marka, że ten odeśle ich na Ziemię, nie pomoże im. A pomoc komandora stacji była niezbędna w planie zaproponowanym przez Lisę, astronautkę, która oficjalnie szkoliła załogę Oriona z nawigacji, a nieoficjalnie omówiła i przećwiczyła z nimi wszystkie etapy zaimprowizowanego planu.

– Bylibyśmy wdzięczni, – zaczął Vincent, – gdybyś zechciał pozwolić dwójce z nas, Laurze i Jimowi, pozostać na stacji.

Mark nie wydawał się zaskoczony.

– A wy? – spytał miast tego.

– A my, – odpowiedział Vincent, – lecimy po naszych przyjaciół.

Spojrzał przez okno stacji na srebrny punkt jasno widoczny pośród czerni kosmosu, to jedno z setek świateł, tak bliskie, a za razem tak dalekie.

– Lecimy po was. – Powiedział do Księżyca.

 

 

Część 3.

 

Srebrna tarcza, jak co miesiąc unosiła się w pełni ponad uśpioną błękitną krainą Ziemi.

Początkowo zasłaniana przez chmury świeciła coraz jaśniej, gdy wiatr rozpraszał obłoki. Po chwili srebrna poświata odbijała się już w strumykach, otulała szczyty drzew, grała wśród cieni w głębi lasu, lśniła w kropelkach rosy na liściach, tańczyła pośród kropel spływającego deszczu. A krople, na które padła, przestawały wyglądać jak deszcz. Wyglądały jak łzy.

 

Orion 1, Orbita Okołoksiężycowa

 

Orion zawibrował, gdy uruchomiły się silniki systemu orbitalnego. Selena spojrzała zapuchniętymi ze zmęczenia oczami na ekrany.

Mimo, że Vincent zapewniał ją, że powinna się przespać, a on ją zastąpi przy konsoli nawigacyjnej, nie potrafiła zmrużyć oka. Teraz ich trwająca dwa dni podróż na Księżyc dobiegała końca. Dla statku zaprojektowanego na potrzeby dużo większej wyprawy nie było to żadnym wyzwaniem.

Z cichym szumem uruchomiły się silniki systemu orbitalnego (O.M.S.), a Selena poczuła, jak przyspieszenie wbija ją w fotel. Vincent uśmiechnął się do niej.

– Dotarliśmy. – Powiedział, patrząc na Księżyc, tak teraz bliski.

Selena pozwoliła silnikowi spowolnić statek, aż znaleźli się na orbicie.

– Aposelenium 128km, peryselenium 104km. – Powiedziała.

Nie trzeba było więcej mówić, Vincent bez słów ją zrozumiał.

– Jesteś pewna, że chcesz tam iść sama? – Zapytał Vincent.

– Tak. – Odpowiedziała Selena. – Arthemis może zabrać co najwyżej pięciu pasażerów, szóstka i tak będzie wyzwaniem dla Kate i Tima. Jeśli będzie nas siedmioro, nie zdołamy powrócić na Ziemię.

Vincent ponuro pokiwał głową.

– Zatem powodzenia. – Powiedział cicho. – Doprowadź ich całych i zdrowych na Ziemię.

Bez dalszych słów Selena skierowała się do lądownika. Był to pojazd przeznaczony do lądowania na powierzchni Marsa. Nie potrafił powrócić na orbitę, do tego zaprojektowano inną rakietę, która już czekała na czerwonej planecie.

Plan Seleny był inny, nie zakładał użycia lądownika do powrotu, przeciwnie, zakładał, że Selena z załogą Arthemis zdoła naprawić ich statek i nim powrócić.

Tym, czego nie powiedziała załodze Oriona był fakt, że nie miała pojęcia, jakich części potrzeba do naprawy statku Arthemis. Gdyby jej towarzysze nie byli przekonani, że Selena jest pewna, iż to, co ma, pozwoli na naprawę Arthemis, nigdy nie puściliby jej samej.

Tak już działali astronauci, każdy chciałby poświęcić życie dla innych. Selena wcale nie była pewna, jaki byłby efekt takiego heroizmu.

Gdy weszła do lądownika i zasiadła w fotelu, nie czekała dłużej.

– Orion, proszę o zgodę na odłączenie lądownika. – Powiedziała przez terminal do Vincenta.

– Z Bogiem, Seleno. – Odpowiedział dowódca.

 

Lądownik Orion, niebo nad Księżycem

 

Selena pochylała się nad przyrządami nawigacyjnymi. Silnik O.M.S. właśnie zakończył pracę, dzięki czemu lądownik Oriona opuścił orbitę.

Ale stało się coś, czego astronautka nie przewidziała. Silniki hamujące pojazdu były przygotowane na potrzeby walki z grawitacją Marsa, nie zaś Księżyca.

Nie była w stanie się obniżyć, ponieważ odpowiednio mały ciąg był daleko poza specyfikacją napędu lądownika. Od kilku minut trwała więc nieruchomo na wysokości 100 km nad Księżycem i zastanawiała się, co teraz zrobić. Miała do dyspozycji również spadochrony, ale atmosfera Księżyca jest tak rozrzedzona, że ich użycie nie miałoby niemal żadnego wpływu na lądowanie. Nie mogła się też wycofać, lądownik nie miał dość mocy, by powrócić na orbitę.

Selena zrozumiała, że musi zrobić to, co podejrzewała skrycie od początku misji.

Na komputerze pokładowym napisała krótką notatkę do Vincenta i ustawiła jej wysłanie w buforze za 15 sekund.

Nie ociągając się dalej, wpisała do komputera procedurę. Potwierdziła wszystkie ostrzeżenia i ominęła zabezpieczenia.

A potem poczuła, jak spada, gdy statek wyłączył silnik.

 

Arthemis Lunar Base

 

– Patrzcie na to. – Lucy wskazywała na niebo.

Cała załoga Arthemis stała przed stacją ALB, zbierając próbki do badań geologicznych, teraz jednak zatrzymali się, by spojrzeć w niebo.

To, na co wskazywała Lucy, było niewielką kropką, która jednak rosła z każdą sekundą, zdecydowanie się do nich zbliżając. I to z ogromną prędkością.

Po chwili już było widać cały profil lądownika Oriona. Coś jednak było nie tak.

Lądownik spadał jak kamień, z wyłączonymi silnikami. Nikt nawet nie zdążył krzyknąć, gdy gwałtowne szarpnięcie spowolniło lądownik, który dosłownie kilka metrów nad ziemią prawie się zatrzymał i powoli opadł.

– Wysłali nam części. – Wykrzyknęła Lucy. – To musiała być misja bezzałogowa, nie naraziliby astronauty na coś takiego. Tego nie można przeżyć.

Nie dbając o protokoły, ruszyli niemal biegiem w stronę statku. Iskierka nadziei, która zgasła w nich trzy tygodnie temu, teraz zapłonęła na nowo.

Tim pierwszy dotarł do lądownika, otwierając właz.

Kiedy jednak weszli, ich radość przygasła, by w końcu zostać całkowicie zastąpiona przerażeniem.

Oto w kabinie statku zobaczyli postać w skafandrze, nieruchomą nad konsolą nawigacyjną. Kate rzuciła się ku niej.

– Zamknijcie śluzę. – Krzyknęła do reszty. – Upewnijcie się, czy mamy atmosferę.

Do astronautki podbiegł Thomas, który był lekarzem misji.

Gdy tylko teren został zabezpieczony, wspólnie zdjęli skafander z siedzącej przed konsolą osoby.

Lucy poczuła, jak zapiekły ją łzy, gdy rozpoznała tę osobę. Bezwładne ciało Seleny Moonrose opadło na podłogę statku. Gasnące oczy spojrzały na nich. Jej twarz jednak pogodnie się uśmiechała, gdy astronautka wycharczała:

Udało się. Powrócicie, części są w ładowni.

A potem na jej twarzy została tylko pustka.

 

Centrum kosmiczne Houston

 

Ciszę, jaka zapanowała w centrum kontroli misji NASA przerwał dopiero admirał Alex.

– Kto pozwolił im polecieć na Księżyc? – Spytał twardym głosem, a wzrok utkwił w Stephenie.

– Ja tego nie zrobiłem. – Odpowiedział Stephen, ledwo panując nad swoimi uczuciami. – Nigdy nie naraziłbym innej załogi na takie niebezpieczeństwo, zresztą, to było do przewidzenia, Orion wymagał przeprojektowania do lotu księżycowego.

– Co z załogą Arthemis? – Zapytała Samantha, odpowiedzialna za łączność.

– Nie odzywają się. – Odpowiedział sucho admirał Alex. – Przesłali nam raporty z Arthemis oraz Oriona używając systemów łączności tego drugiego.

– Teraz mamy z nimi łączność, prawda? – Zapytał Daniel.

– Tak i nie. – Odpowiedział niecierpliwie admirał. – Mamy, ponieważ dostali radio na pokładzie statku Orion. Nie mamy, ponieważ w ostatnim przekazie obwinili nas o obecną sytuację, o to, że pozwoliliśmy Orionowi lecieć na Księżyc nie udzielając im instrukcji.

– To okropne. – Oburzył się Daniel. – Nikogo nie wysyłaliśmy, to Orion pchał się w nie swoje sprawy.

– Wiem. – Odpowiedział twardo admirał. – Ale Arthemis nie może tego chyba pojąć. Nie odzywają się do nas.

– Mamy za swój N-CON. – Pomyślał Stephen, nie odważył się jednak powiedzieć tego głośno.

– Co robimy? – Zapytał zamiast tego.

– Nie wiem. – Odpowiedział admirał. – Po pierwsze proponuję porozmawiać z Europejską Agencją Kosmiczną o tym, jakich ludzi rekrutuje.

Nie takiej odpowiedzi oczekiwał Stephen.

– Nie pomożemy im? – Zapytał.

– A niby jak? – Odpowiedział pytaniem na pytanie Daniel. – Są skazani na siebie, zresztą widocznie nie chcą rozmawiać. Zachowują się, jak rozkapryszone dzieci.

– Dopiero co straciliśmy astronautkę, a oni przyjaciółkę. – Krzyknął Stephen, bo poczuł, że dłużej tego nie wytrzyma. – Czy nie obchodzi was jej los? Po tym, jak Orion opuścił orbitę Ziemi kierując się na Księżyc, nie chcieliście nawet pomóc, nie podaliście im, jak mogli bezpiecznie wylądować.

– A jak niby mogli? – Spytał chłodno Daniel. – Lądownik Oriona był projektowany do lądowania na Marsie, nie na Księżycu.

– Nie wiem. – Odpowiedział poważnie Stephen. – Ale tu wielu mądrych ludzi. A jak zrozumieliśmy, co zamierzają, co wyście powiedzieli? Że nie opłaca się tracić środków na pomoc im, ponieważ złamali rozkazy. Co zamiast tego robiliście? Tu, w tym pokoju naradzaliśmy się, jak zatuszować sprawę przed mediami.

– Wyjdź proszę z sali. – Odpowiedział chłodno admirał Alex. – Wyjdź i nie wracaj.

 

Arthemis Lunar Base

 

Złożyli ją do grobu tak, jak na to zasłużyła zdaniem załogi.

Na Księżycu wykopali niewielki dół, w którym ułożyli ciało Seleny Moonrose, ubrane w jej własny skafander.

– Jeszcze żaden człowiek tu nie spoczął. – Powiedział cicho Tim. – Dziękujemy Ci za twoje poświęcenie. Pozostań w pokoju, a gdy przyjdą kolejni wysłannicy Ziemi, gdy odkryją ten grób, niech opowiadają kolejnym pokoleniom o tym, co zrobiłaś.

Odwrócili się w milczeniu. Nie było już niczego więcej do powiedzenia, żadnych słów, którymi można by opisać to, co się wydarzyło.

Skierowali się w stronę Oriona, pozostawiając za sobą niewielki kopiec.

 

* * *

 

Lucy skierowała się do reaktora Arthemis.

Od kilku dni pracowali nad statkiem, Tim i Paul zamontowali już nowe dysze silników, korzystając z części przywiezionych przez Selenę. Na myśl o tym z oczu Lucy wciąż lały się łzy, na wspomnienie poświęcenia, jakiego dokonała jej przyjaciółka.

Wiedziała jednak, że minął już czas na żal i płacz, teraz należało się skupić na najważniejszym, na tym, by zapewnić całej załodze powrót do domu.

Całej? Nie, nie całej.

Bo Lucy wiedziała, że któreś z nich będzie musiało pozostać. Ale nie wyjawiła tego innym.

Wiedziała, że nie spodoba im się to, że będą szukać innej drogi. Ale to Lucy była fizykiem i wiedziała, że innej drogi nie ma.

Reaktor statku Arthemis był wyłączony. Podczas lądowania spadły pręty sterowania i pręty awaryjne, zrywając się z ich prowadnic, a bez energii z reaktora nie uda się uruchomić silników jonowych ani innych systemów statku. Pręty trzeba było ponownie umieścić w prowadnicach. Szarpnięcie zderzenia zerwało je tak mocno, że teraz tylko człowiek mógł naprawić tę awarię. Jedynym człowiekiem na pokładzie, który potrafił to zrobić, była Lucy.

Weszła do komory sterowania reaktorem, zamykając za sobą śluzę. Przeszła przez kolejne zabezpieczenia, aż w końcu stanęła przed ostatnim.

Reaktor Arthemis, ANR (Arthemis Nuclear Reactor) był arcydziełem.

Zaprojektowany tak, by dostarczał niemal dwa gigawaty mocy, przy rozmiarach porównywalnych z biurkiem.

Lucy przez chwilę stała niepewna, a potem wzięła się w garść.

Podjęła już decyzję.

Sekwencją klawiszy otworzyła reaktor.

W jej uszach natychmiast rozbrzmiały alarmy w skafandrze, które wykryły skok promieniowania do poziomu śmiertelnego, nawet w skafandrze. Lucy jednak nie miała czasu się tym zajmować. Ręką chwyciła pręty sterujące, podskakując, by umieścić je w prowadnicach.

Mimo, że poczuła jak silnie radioaktywny materiał zaczyna działać na skafander i jej dłoń, włożyła pierwszy z trzech prętów do prowadnicy, chwilę później drugi. Ostatnim wysiłkiem woli chwyciła trzeci, umieszczając go w jego miejscu. Chciała jeszcze zamknąć reaktor, ale nie zdążyła. Osunęła się w ciemność.

 

* * *

Thomas, lekarz wyprawy, biegł za alarmem, jaki pojawił się na jego wyświetlaczu.

– Lucy, co jej jest? – Zadawał sobie pytanie przez całą drogę.

Nie zauważył notki, jaką zostawiła astronautka na konsoli nawigacyjnej, nie zauważył też ostrzeżeń, jakie podał jego skafander o promieniowaniu.

Wpadł do pomieszczenia reaktora, który nadal był otwarty. Zobaczył ciało astronautki leżące na ziemi.

Nie myślał długo, zamknął błyskawicznie reaktor, chcąc zobaczyć, w jakim stanie jest jego przyjaciółka.

Nie zdążył.

 

* * *

 

Kate nie potrafiła pojąć tego, co się stało.

W przeciągu kilku dni jej świat się zawalił. Najpierw odczuła iskierkę nadziei, która rosła wraz z nadlatującym statkiem Orion. Iskierkę szybko przytłumioną przez żal i ból po utracie przyjaciółki.

Kiedy tylko jako tako załoga otrząsnęła się po tym szoku, kolejne dwie tragedie. Lucy i Thomas zostali znalezieni w pomieszczeniu reaktora.

Załoga szybko domyśliła się przebiegu wydarzeń, ale w żadnym stopniu nie pomogło to uśmierzyć bólu.

Kiedy tylko wszystko zaczęło obracać się w dobrym kierunku, cały świat Kate runął. Miała wrażenie, że los sobie z nich kpi, udając przyjazne obliczę, by zaraz potem pokazać im swoją przewrotność.

– Nikt więcej nie zginie. – Powiedziała sobie Kate. – Nikt. Nie pozwolę sobie stracić Tima i Paula, już zbyt wiele ofiar pociągnęła za sobą ta misja.

 

Orion 1, Orbita Okołoksiężycowa

 

Vincent łkał jak dziecko, patrząc na Księżyc przez teleskop statku Orion.

Pozostawał wciąż na orbicie, nie mógł się zdobyć na powrót do domu, nie po tym, co się wydarzyło. Kiedy dostał wiadomość od Seleny, która się z nim żegnała, zrozumiał, że pękła w nim jakaś część jego osobowości, której nie znał, przelała się tama bólu.

A teraz z Arthemis przyszła wiadomość o dwóch kolejnych zgonach.

Najgorsza w tym wszystkim była obezwładniająca bezsilność. Gdyby mógł, chętnie oddałby życie za swych przyjaciół. Zrobiłby to nawet z ulgą po tym wszystkim, co obserwował.

Tym czasem jednak bezsilnie pozostawał na orbicie, 100 km nad Księżycem. Przynajmniej coś robił po tym, jak NASA się z nim skontaktowała, przekazując mu dane do badań.

Cytując słowa admirała Alexa, „zrób przynajmniej cokolwiek pożytecznego i wykonaj badania Księżyca z orbity”.

No więc wykonywał, rad, że może czymś zająć myśli.

 

Arthemis, powierzchnia Księżyca

 

Na pokładzie Arthemis trwała kompletna cisza, gdy Kate testowała silnik przed startem. Działał, działał także reaktor.

Nie było oczekiwania na zgodę, nie było pytania o parametry, nie było tej podniosłej atmosfery, która towarzyszyła każdemu dotychczasowemu startowi.

Opuszczali Księżyc w ciszy.

Tim spojrzał przez okno. Zobaczył trzy mogiły tych, którzy mieli pozostać tutaj na zawsze, którzy oddali swoje życie za to, by teraz on, Paul i Kate mogli przeżyć i powrócić na Ziemię.

– Zawiodłem. – Powiedział Tim.

– Nie. – Odpowiedziała cicho Kate. – Wszyscy zawiedliśmy, a najbardziej ja. Powinnam była się domyślić, że Lucy podejmie próbę naprawy reaktora. Widziałam, że się wyłączył, nie sądziłam, że awaria wymagała… – Głos jej się załamał.

– Wejścia do środka. – Dokończył cicho Paul. – To ja zawiodłem, ja jestem inżynierem, powinienem o tym pomyśleć.

– Nie, to myśmy zawiedli. – Podskoczyli, słysząc nadchodzący komunikat. Zapomnieli, że statek nadal miał włączone systemy łączności radiowej, a teraz radio było naprawione. – Patrzyliśmy na zyski, zapominając o tym, że wasze życie nie jest tylko liczbami możliwości i szans, sumami umiejętności i doświadczeń. – To mówił admirał Alex.

Narastający huk silnika Ascendar statku Arthemis przetoczył się nad Księżycem.

Mogiła za oknem zmalała i zniknęła w dole, gdy misja opuszczała powierzchnię Srebrnego Globu.

A wraz z nią żegnała się z tymi, którzy pozostali tam na zawsze.

 

Centrum Kosmiczne Johna Kennedy’ego

 

Po uroczystościach, które odbyły się na Ziemi, po symbolicznym pogrzebie trójki astronautów, przy grobie pozostała tylko szóstka ludzi.

Kate, Paul i Tim z zespołu Arthemis oraz Vincent, Laura i Jim z misji Orion.

Patrzyli w milczeniu na symboliczne groby, które miały pozostać puste, bo ciała tych, którzy mieli w nich spocząć, pozostaną na zawsze tam, dokąd ludzkość dąży od wieków.

Gdy tak stali, do grobu podeszła jeszcze jedna osoba. Z początku jej nie zauważyli.

Dopiero, gdy się odezwała, dostrzegli jej obecność.

– Nie zasłużyłem na nią. – Powiedział cicho admirał Alex. – Lata służby w lotnictwie niczego mnie nie nauczyły. Odpiął od swojej piersi odznakę admiralską i położył ją na grobie.

Lecz Tim podniósł ją, wręczając ją ponownie admirałowi.

– Gdy lecieliśmy w kosmos, wiedzieliśmy, że może to tak się skończyć. – Powiedział cicho dowódca misji Arthemis. – I tak byśmy zginęli, ja, Paul i Kate, wraz z Lucy i Thomasem. Selena oddała życie za naszą trójkę, pozostając na zawsze tam, w oddali na niebie. Od dzisiaj jednak ludzie będą pamiętali, że istnieje zakątek innego świata, na którym pozostaję troje z nich. Dawniej patrzyliśmy w gwiazdy, dostrzegając wśród nich mitycznych herosów. Dzisiaj, każdy, kto zobaczy na niebie srebrną poświatę Księżyca, będzie wiedział, że oto tam w dali pozostaję trójka prawdziwych bohaterów, którzy złożyli swoją ofiarę, stając się przewodnikami na drodze całej ludzkości. Bo kolejni pójdą za nimi w nieznane, by ofiara Lucy, Seleny i Thomasa nie poszła na marne. A pan, admirale, musi nas tą drogą przeprowadzić.

Wiatr zaszumiał wśród olch, przemknął między wzgórzami, ponad falami morza, zaglądając w każdy zakątek Ziemi, a w jego podmuchach nadal odbijało się echo: „Bo kolejni pójdą za nimi w nieznane.”.

I szumiał tak do póty, do póki nad Ziemią nie przetoczył się huk Arthemis wznoszącej się do swojej drugiej misji.

Obcy

Ten wiersz napisałem w kwietniu tego roku pod wpływem pewnych refleksji związanych z tym, jak często my, ludzie, widzimy innych, rozmawiamy z nimi, a jednak ich nie znamy.

Obcy

Szelest wiatru pośród liści,
świergot ptaków pośród drzew,
szmer deszczowych z nieba nici,
cichy to poranka szept.
Rosa, która w słońcu błyska,
zielony liść, co z drzewa spadł,
tęczowych barw na niebie iskra,
szeleszczący pośród deszczu wiatr.

Słońce nieśmiało wychyla się z za chmur,
Księżyc zerka na Ziemię ten ostatni raz,
nim Kasjopeja skryje się wśród wzgórz,
nim Orion na łów odejdzie w nieba las.
Już centaur pędzi głosić swe nauki,
feniks leci do gniazd na śnieżnobiałym szczycie,
Perseusz cicho brzdęka na swej starej lutni,
by Andromedzie zagrać o kolejnym świcie.

Ty tylko ciszę słyszysz w szeleszczących liściach,
łez nie umiesz dojrzeć w padających kroplach,
w ptaków śpiewie nie widzisz porannej pieśni życia,
a na płótnie nieba dostrzegasz czarny obraz.
Oczu nie otworzysz, słuchu nie wysilisz,
bo jak dostrzec chcesz przyrodę skoro nie widzisz człowieka?
Żyjąc w pośpiechu i nie mając chwili,
by poznać nas lepiej niż tylko z imienia.

Zwierciadło Czasu

Na Szarej Przystani póki co widać falę poezji; wynika to przede wszystkim z faktu łatwiejszej jej redakcji, niźli opowiadań.

Już wkrótce jednak pojawi się tutaj dłuższy tekst rodzajowo epicki.

Tym czasem zaś zapraszam do lektury „Zwierciadła Czasu”, kolejnego z moich najstarszych i najkrótszych tworów rymowanych.

Zwierciadło Czasu

Gdy patrzysz na nie, wzroku oderwać nie możesz
od fali z dawnych czasów, co zalewa jak morze.
Na skraju umysłu widzisz dawne wspomnienia
i te, których się tak boisz – utracone marzenia.
Nie widzisz wielkości, nie widzisz bogactw świata,
widzisz obrazy radości, przyjaciół w dawne lata.
Myśli tak obce i tak bliskie zalewają twą świadomość,
patrząc w zwierciadło czasu czujesz się, jakbyś miał spłonąć.
Chcesz ich dotknąć, chcesz się odezwać, chcesz poczuć dawną siłę w swych rękach,
patrzysz w przeszłość, jak w pustkę, jak w zwierciadło Aineingarp.

Iskierka

Chciałbym ten wiersz pozostawić bez komentarza, do refleksji własnej.

To jeden z moich najstarszych tekstów lirycznych, nic jednak nie stracił na aktualności.

Iskierka

Jesteśmy iskrą, malutkim płomieniem,
słabym – zalewanym przez cienie.
Jesteśmy najmniejszym strumyczkiem światła
oświetlającego nieprzeniknione ciemności świata.
Zawieszeni na pyłku kurzu w kosmosu nieskończoności,
a tak skorzy do uczuć: smutku, gniewu, radości…
Jesteśmy tym, co zakłóca porządek dawnego zegara,
ale i tym, co ład wszechrzeczy po chaosie przywraca:
drobna iskierka błyszcząca w ciemności,
mały płomyczek ledwo się tlący –
światło zbyt ciemne, by rozbić nienawiść,
ciepło zbyt chłodne, by światu miłość sprowadzić.
Nie mogąc iść na przód, lecz i bojąc się cofnąć,
nie mamy dość siły, żeby jaśniej zapłonąć.
Więc lekko się tlimy, niemal niedostrzegalni:
zbyt biedni, zbyt samotni, zbyt słabi, zbyt mali…
Lecz każdy ogień daje światło i ciepło,
nawet najmniejszy blask pomaga rozbić ciemność.
Skoro nie możemy rozświetlić świata wszystkim,
postarajmy się być światłem dla tych nam najbliższych.
Iskierka urośnie w iskrę, płomyczek rozgorzeje płomieniem,
by rozgrzać świat wspólnie sprowadźmy światło na Ziemię.

No i co z tego, że nie widzę

Wiersz ten ma za sobą dość długą historię. Dawno, dawno temu, kiedy byłem uczniem zdaje się trzeciej klasy szkoły podstawowej, ogłoszono konkurs dla niewidomych na wiersz pod tytułem:

„No i co z tego, że nie widzę?”

Niniejszy tekst nie jest tym, który w owym czasie napisałem. Ten wiersz powstał długo później, bo dopiero w 2016 roku, jest jednak zainspirowany tamtym starym projektem.

No i co z tego, że nie widzę?

No i co z tego, że nie widzę?
Przecież się tego nie wstydzę;
a wszystkie chwile słabości
to tylko powody do większej staranności.

Pośród ćwierkania ptaków,
wśród szmeru leśnych stawów,
w głębi gęstej kniei –
widzę piękno naszej Ziemi.

A kto widzi, jak wiatr wieje?
Kto dostrzega, czym serce goreje?
Sięgam do tego, co niewidzialne,
co tylko w człowieku wyczuwalne.

Zamknij oczy, czy słyszysz
pieśń wstającego świtu?
Nie musisz widzieć, by ujrzeć
nieskończoność błękitu.

Chociaż wędrówka wśród cieni stała się mym udziałem,
ja z radością ich piękno w swej odysei powitałem.
Nie trzeba patrzeć, by widzieć cel swego życia,
nadal przed nami ciągnie się wiele dróg do odkrycia…

Światła na niebie mnie wzywają –
powiesz: „Nie widzisz, jak błyskają.”
Ty dostrzegasz gwiazdy na nieboskłonie,
ja te niewidzialne, które kryjesz w sobie.

No i co z tego, że nie widzę?
Jestem, jak ty, człowiekiem.
Ja się tego nie wstydzę.
Traktuj mnie więc normalnie, nie jak kalekę.

Zapomniany Horyzont

Kiedy słyszę, jak wielu ludzi potrafi utożsamiać Polskę ze wszystkim, co najgorsze, zapominać lub wręcz wyśmiewać ofiarę tych, którzy oddali życie, bym ja mógł te słowa pisać w naszym ojczystym języku, odnoszę wrażenie, że już w ogóle nie rozumiem współczesnego świata.

Nigdy nie twierdziłem, że Polska to kraj bez skazy, nie przekonywałem też, że wszystkie decyzje i postawy tu panujące są słuszne – myślę jednak, iż powinniśmy potrafić docenić ofiarę, jaką za ten kraj złożono, a prócz tego… kto może poprawiać sytuację społeczną w Rzeczpospolitej, jeśli nie my – Polacy?

Krytyka jest dobra, ale prócz wygłaszania swoich mądrości, trzeba umieć działać.

„Zapomniany Horyzont” napisałem wzburzony takimi właśnie postawami wyzywania Polski i Polskości na każdym kroku.

Nie było moim celem odniesienie się do jakichkolwiek sytuacji politycznych, proszę więc, by nie interpretować treści tego opowiadania w związku z żadnym krajem czy kulturą prócz naszej, Polskiej. Zachęcam do refleksji nad tym czym jest dla nas Ojczyzna.

Redakcja: Weronika Wołoszyn.

Zapomniany Horyzont

Las zaszumiał, poruszony lekkim, niemal pieszczotliwym dotykiem wiatru, który przemknął nad koronami drzew, obniżając na chwilę swój lot, by zakołysać liśćmi, zatańczyć wśród gałęzi, śmignąć kilka razy wokół krzewów i ponad trawą. Cisza, która jeszcze przed chwilą panowała, zamieniła się w jednostajny, uspokajający szum. W tym samym czasie na niebie zalśniły pierwsze promienie Słońca, przeganiającego powoli mroki nocy. Z początku niepewne, jakby chwiejące się w swej intencji, ostatecznie postanowiły rozświetlić kolejny dzień. Tarcza gwiazdy, jakby obawiając się czegoś, nieśmiało wyjrzała z pomiędzy lekkich, małych obłoków płynących wysoko na bezchmurnym prócz tego niebie, na którym widać było ostatnie światła gwiazd chowających się powoli za horyzontem, by powrócić następnej nocy. Księżyc, zdawałoby się, mignął na pożegnanie (a może to tylko gra świateł na niebie), nim zniknął za linią widnokręgu. Pierwsze ptaki te, które wstają wraz ze wschodem Słońca, wyleciały z pomiędzy drzew, chórem ogłaszając kolejny poranek, wzbijając się w masie piór, dziobów i skrzydeł, każde próbując przekrzyczeć resztę we własnym zachwycie nad otaczającą je przyrodą. Chór, który po raz kolejny ogłaszał światu, że wstaje nowy, piękny dzień, chcąc podzielić się radością jutrzenki. Rosa Zebrana nocą, powoli spełzała z liści, zanikała w coraz cieplejszych promieniach Słońca, które, już pewne swych zamiarów, postanowiło ogrzać tak wiele zawdzięczającą mu planetę.
Gdybyś tam stał, usłyszałbyś symfonię przyrody, szum wiatru stanowiący tło dla setek ptasich głosów, najwspanialszego chóru, jaki kiedykolwiek powstał na tej planecie. Niestety… Nigdy nie mogłeś tego usłyszeć. Urodziłeś się w czasach, w których tylko najstarsi pamiętają lasy i Ziemię.
Zbigniew Czerwiński, porucznik Armii Rzeczpospolitej zamknął album z fotografiami, odcinając się od tych obrazów tak żywych w jego wspomnieniach. Był jednym z ostatnich Polaków, którzy pamiętali ojczyznę. Los nie szczędził mu trosk. Stary weteran rozejrzał się po tym, co było jego nowym domem. Nie mógł narzekać na brak miejsca. Dla byłego żołnierza przeznaczono jedną z największych kajut na statku.
Za wzmocnionym pancernym szkłem oknem ujrzał setki gwiazd. Wielu konstelacji nie rozpoznawał. Z resztą, nie interesowało go to. Choć piękne, nie potrafiły w jego wyobraźni zastąpić poranku w lesie, zwierząt budzących się do życia. Patrzył na znane mu konstelacje. Wielka niedźwiedzica, Orion, Kasjopea. Te wszystkie obrazy, które nauczył się rozpoznawać w dzieciństwie, gdy długie noce spędzał z ojcem wykładającym mu wiedzę o niebie.
– Chciałbym tam kiedyś polecieć – powiedział wtedy Zbigniew.
Jak teraz żałował tego życzenia, nigdy nie przewidywał, w jakich okolicznościach będzie musiał udać się w nieznane. A teraz stał w kajucie tego, co pozostało z jego narodu, na pokładzie Zawiszy, statku kosmicznego Rzeczpospolitej Polskiej, uciekając od dawnego domu, uciekając od wspomnień. A jednak to tutaj właśnie je odnalazł.
Usłyszał dzwony wzywające na zbiórkę. I przypomniały mu one inne dzwony i ten ostatni dzień, który spędził w domu. To nic, że jego prawdziwy dom już nie istniał, spłonął trafiony przez granat zapalający jednego z żołnierzy. Jego prawdziwym domem była Polska i świat. Teraz o tym wiedział.
Zamknął oczy, z których pociekły łzy, gdy przypomniał sobie Warszawę, w której prowadził swoją ostatnią misję.
Ludzie biegnący ulicami, uciekający w popłochu przed żołnierzami wkraczającymi do miasta. Wraz z ostatnimi towarzyszami ze swojego oddziału, Zbigniew próbował osłaniać ich ucieczkę jak najdłużej. Dwudziestka gotowych na wszystko, stojących na dachach budynków, kryjących się w zaułkach. W rękach karabiny, a wzrok utkwiony w dal. Pamiętał tę chwilę, w której ich ujrzeli.
Kilkuset ludzi, nawet nie zdążyli ich policzyć. Wpadli, strzelając z broni palnej. Nie dbali o życie ludzi, za którymi biegli. Nie zależało im na zdobyciu miasta, zależało im tylko na mordowaniu i rabowaniu. Zbigniew wraz z Piotrkiem, najmłodszym chłopakiem z jego oddziału, który ledwo opuścił szkołę, wybiegli, zastępując im drogę.
Dalsze wspomnienia były zbyt straszne, by o nich mówić. Chaos, krzyki rannych, salwy padające z obydwu stron. Zbigniew wiedział, że nie mają szans. Wiedział, że nie może tego przeżyć. Chciał tylko dać ludziom jak najwięcej czasu, jak największą szansę na przeżycie.
Pierwsza kula trafiła go w ramię, na szczęście lewe. Nawet nie poczuł bólu, choć zachwiał się, nadal strzelał ze swojego karabinu, jak długo w magazynku była amunicja.
Zastanawiał się czy tak samo wyglądało to podczas jego dawnej służby w Azji. Przekonywał samego siebie, że jego oddział nigdy nie postępował w ten sposób. Kiedy przedzierali się, walcząc wraz z oddziałami USA, jak sami twierdzili pomagając w wyzwoleniu państw Azjatyckich, nie spodziewał się, że kiedyś ujrzy napastników biorących szturmem kolejne miasta jego ojczyzny tak, jak on zdobywał kolejne miasta w Azji. Zbigniew miał tylko nadzieję, że nigdy nie stał się takim potworem, jak jego obecni wrogowie. On oszczędzał przecież cywili… Ale nie był już tego taki pewien.
Przez całe życie rozstawiał sprawnie pionki na szachownicy, tak naprawdę realizując cele innych. Chciał się przypodobać dowództwu, musiał to przed sobą przyznać. Lata wojny nie mogły go przygotować do tego.
Takie właśnie myśli kołatały się w jego głowie, gdy obok usłyszał jeden, tylko jeden krótki krzyk. Potem nie usłyszał już nic więcej, gdy trafiony śmiertelnie Piotrek osunął się na ziemię obok.
Wokół swoje żniwo zbierała śmierć. Zbigniew widział jeszcze czworo swoich ludzi, desperacko próbujących zatrzymać nieprzyjaciela.
Było jednak jasne, że zostały im najwyżej minuty.
Każdy z jego oddziału chciał zginąć tu, na posterunku, w przegranej sprawie. Wszyscy byli gotowi dołączyć do przodków, którzy właśnie w taki sposób ginęli za ojczyznę, za ojców tych ludzi, których teraz próbował ocalić Zbigniew.
Też chciał umrzeć.
Czuł się tak, jakby wszystkie jego idee umarły, stał tu, wyzuty ze wszelkich emocji i odczuć prócz wszechobecnej grozy tego, co się działo. Nie pomogły sojusze ani umowy, gdy nieprzyjaciele wkroczyli na terytorium Polski. Inne państwa bały się ingerować, chociaż w istocie na rękę było im zmazanie z mapy kraiku w środkowej Europie, którego rynek stawał się zdecydowanie zbyt konkurencyjny.
Nie było wszak lepszego sposobu na pozbycie się polskich inżynierów i programistów, fizyków i polityków, niż zezwolenie na masowy mord, który rozwiąże za resztę świata problem. Czysto, prosto i skutecznie. A to przecież dla ludzi trzy najważniejsze słowa definiujące najlepsze decyzje.
Zbigniewowi nie było jednak dane zginąć na tej ulicy. Żałował tego do dziś, nadal budził się z koszmarów i pytał, czemu nie zginąłem tam, jak Piotr trafiony kulą.
Gdy przyleciał helikopter by ewakuować jego oddział, wzbraniał się, nie chciał uciekać. Ale rozkaz to rozkaz. Wiedział, że w tym miejscu i tak już nic więcej nie zdziała.
Było ich trzech, on i dwójka szeregowych, z których jeden później i tak zginął z powodu odniesionych ran.
Dalsze obrazy rozmazywały się w jego pamięci. Lot do stacji sił powietrznych, ucieczka w popłochu. Decyzja o ewakuacji.
Pokład jedynego polskiego statku kosmicznego, Zawiszy. Tysiąc ludzi, tylu z wielomilionowego społeczeństwa mogło wejść na pokład, tylu pozostało świadkiem dumy dawnego narodu. Krótki komunikat admirała, szarpnięcie przyspieszenia, gdy, eskortowany przez myśliwce chroniące ostatniej nadziei Zawisza poleciał w niebo. Zbigniew widział z mostka przez okna, jak myśliwce, jeden po drugim stawały w ogniu, gdy nieprzyjaciel próbował zniszczyć statek w obłąkańczej wizji wybicia całego narodu Polskiego.
Ale nie zdążył, bo odwaga i poświęcenie pilotów zapewniły im prosty korytarz.
Opuścili orbitę bez chwili wahania. Obraz Warszawy w płomieniach, gdy ostatni cywile i żołnierze kryli się lub stawali mężnie do walki, był tym, co Zbigniew widział opuszczając Ziemię, udając się na wieczne wygnanie.
A teraz był 10 lat świetlnych od Ziemi, wraz z ostatnimi, którzy przetrwali z dumnego narodu Polskiego, szukając nieznanego z nadzieją, że odnajdą świat, na którym będą mogli zamieszkać, uciekając z pod spojrzeń Ziemi, która okazała się tak niełaskawa. A raczej, poprawił siebie Zbigniew, której dzieci udowodniły, że zdradziły ideę swojej matki, woląc szukać własnych korzyści, niż dbać o swych braci.
A Polacy teraz szukali miejsca, w którym będą mogli przekazać młodym pokoleniom historię ludzkiej nienawiści i strachu. I narodu, który nie ugiął się do samego końca.
Tym czasem, 10 lat świetlnych dalej, jak dzień w dzień, nie zdając sobie sprawy z tego, co się stało, Słońce wychynęło z za horyzontu, oświetlając swoimi promieniami Błękitną Planetę, słuchając chóru ptactwa, jak co ranek wzbijającego się do lotu.

Zgaszona Nadzieja

To chyba najsmutniejsze opowiadanie, jakie kiedykolwiek napisałem. Zimą przyśnił mi się sen, w którym wraz z innymi, nieznanymi mi ludźmi w niewielkiej łodzi błąkaliśmy się po przestworzach morza. Musieliśmy opuścić nasz rodzinny ląd, nie wiem, dlaczego. Cały sen od momentu przebudzenia kojarzył mi się z utworem Enyi pod tytułem „Exile” („Wygnanie”).

Sen ten stał się inspiracją do napisania niniejszego tekstu.

Opowiadanie, choć krótkie, jest jednym z niewielu moich dzieł, po których napisaniu stwierdziłem, że wyszło dokładnie takie, jakim chciałem je ujrzeć. Zapraszam do lektury.

Zgaszona Nadzieja

Szum morza zawsze mógł wyrazić wszystko i nic. Kiedy Latarnik patrzył na bałwany rozbijające się na wysokim klifie, zastanawiał się, jak czuje się dziś ocean, jakie emocje nim targają.
Czy były one emocjami tych wszystkich ludzi, jakich odebrał? Co niesie bryza? Nadzieję, jaka nie miała szans się ziścić? A może ponurą rezygnację?
Od dziesiątek lat patrzył na morze i zastanawiał się, kiedy i jak to wszystko się skończy. Nie wiedział, poco, dlaczego i jak, dokąd prowadzi ta droga, na którą wkroczył?
Co z tego, że co wieczór rozpalał latarnię, która płonęła niczym jasne światło, przewodnik dla żeglarzy, skoro nie było żadnych żeglarzy? Co z tego, że ludzie do dziś patrzyli na niego z szacunkiem, skoro on sam szacunku do siebie nie czuł?
Kiedy fale wyrzuciły frak niewielkiej łodzi, stał długo, patrząc za horyzont, próbując wzrokiem przeniknąć to, czego nie potrafiły dojrzeć jego oczy. Nie zobaczył jednak niczego, żadnej wskazówki, żadnej odpowiedzi, tylko chłodne, niewzruszone obliczę, twarz, którą pokazywało morze każdemu, kto na nie patrzył. I wspominał.
Znów stał na szczycie latarni, starymi, znużonymi i pamiętającymi wiele lat rękami podsycił ogień. Już po chwili czuł bijące ciepło, słyszał trzaskające płomienie, a ciemność nocy rozjaśnił jasny punkt.
Gdy schodził na dół, w sercu pielęgnował nadzieję: „Błagam, nie tej nocy, nie dam rady”.
Los jednak i tym razem nie chciał go oszczędzić, śmiał się pewnie, patrząc w jego twarz i widząc, jak bardzo zmęczył tego człowieka. Kolejni już na niego czekali. Setni, równo setni, Latarnik pamiętał ich wszystkich. Twarze tych, których odprawił prześladowały go każdej nocy, widział je, patrząc na linię widnokręgu, słyszał ich głosy.
Tylko imion nie znał, nigdy o nie nie pytał, nie zniósłby świadomości miana tych ludzi, których widział jako ostatni z żywych.
Tym razem było ich dwoje. Dwoje marzycieli, których musi pożegnać.
On był wysoki, miał ciemne włosy i niezwykle żywe, błękitne oczy, w których malowała się ta siła i desperacja, jaką Latarnik widział w tylu spojrzeniach. Na jego twarzy malowało się postanowienie i nadzieja, nadzieja, którą biło serce wyspy. Był młody, Latarnik wątpił, by ukończył szesnaście lat. Ona była od niego niższa, choć biła z niej ta sama siła. Wydawała się jego przeciwieństwem, miała jasne, ,rude włosy, malutką twarzyczkę, oczy brązowe, wciąż mokre od łez po pożegnaniu. Jeszcze młodsza od swojego towarzysza ledwo wyszła z wieku dziecięcego. Patrząc na nią Latarnik poczuł, że jego serce pragnie skruszeć raz jeszcze, rozerwać się na odłamki. Byli chyba najmłodsi ze wszystkich, których danym mu było odprowadzić.
Nie był Latarnikiem dającym światło i nadzieję zagubionym żeglarzom. Był łgarzem, który w imię nadziei odbierał światło życia. Nienawidził tego.
– Jesteście tego pewni? – Zapytał po prostu. Wiedział, że żadne tłumaczenie nic nie da, a tylko zwiększy ból i jego, i ich. Wiedział, że żadnymi słowami nie przygasi nadziei, która w nich się tliła. Ale musiał spróbować ich zatrzymać, te proste słowa były jedynym, na co miał siłę.
– Tak. – Odpowiedź była równie prosta, pewna, choć pełna bólu. Latarnika to nie dziwiło.
Wskazał im łódź, gotową do wyruszenia w kolejną drogę.
Tylko gwiazdy i Latarnik byli świadkami tego, jak dwójka odpływała, niesiona przez silny prąd. Obydwoje podnieśli ręce, żegnając się z nim i zniknęli za widnokręgiem.
Księżyc był tej nocy w nowiu, nawet on nie chciał widzieć tragedii, jaka się rozegrała. Tylko Latarnik i gwiazdy byli obserwatorami niemego pożegnania.
Teraz stał, patrząc na wrak łodzi wyrzuconej przez falę. I poczuł, że nie da rady, sto załóg wyprawił na śmierć, sto pierwsza będzie ostatnią.
Nie czuł nadziei, gdy wchodził na pokład łodzi, gdy tylko ją naprawiono. Czuł, że tym razem to on śmieje się z losu. Tym razem nikt nie żegnał odpływającej łodzi prócz gwiazd. I Księżyca. Księżyca, który tym razem był w pełni.