"Dawid, a tak właściwie, wiesz, jak to się wyłącza? Bo ten glikol tak jakby cały się spienił i, eeee, zaczyna coś z niego parować." Nie, nie miałem zielonego pojęcia, jak to się wyłącza. Cóż innego mogłem rzec, niźli: "Nie wiem, ale, yyy, może odłączmy korki?"
Takie właśnie rozmowy trwały wczoraj na Akademii Morskiej, gdy dwójka wariatów próbowała obliczyć szerokość pasma wzbronionego w półprzewodniku.

Wszystko zaczęło się dość niewinnie w zeszłym roku szkolnym, kalendarzowo dwa lata temu, kiedy zaproponowano mi udział w programie o nazwie Zdolni z Pomorza, odbywała się wtedy rekrutacja.
Co to za program? A no jest to dzieło łączące ludzi nienormalnych, postrzelonych i zwariowanych na punkcie matematyki oraz fizyki. Zatem dopuszczono mnie w owym słynnym 2016 roku do egzaminu. I był to błąd, ponieważ tak nieszczęśliwie się złożyło, że egzamin ten zdałem, co rzuciło cień na całą przyszłość rozwoju fizyki na Pomorzu.
Na program Zdolnych z Pomorza składają się różne wykłady uniwersyteckie, zajęcia, prelekcje, doświadczenia. Stop! Właśnie, doświadczenia.
Na początku tego roku dowiedziałem się, że trójka bodaj najbardziej postrzelonych uczestników programu uzyskała opiekę mentorską. To znaczy, nie znam pozostałej dwójki, ale podejrzewam, że skoro uznano, że potrzebny tu mentor, to najprawdopodobniej albo nauczyciele fizyki nie chcą ich już uczyć, albo uznano tych osobników za niebezpiecznych dla otoczenia i dla świętego spokoju wysłano ich na uniwersytet. W każdym razie opieka mentorska polega na tym, że mamy indywidualne zajęcia z profesorami uniwersyteckimi, mnie przypadł pan profesor z katedry fizyki Akademii Morskiej.
Jeśli jednak administracja Zdolnych z Pomorza myślała, że w ten sposób dokona minimalizacji defektu moją psychiką na cały program i otoczenie, to się grubo myliła, ponieważ chyba nie zostałem doceniony w swoich uzdolnieniach destrukcyjnych.

Po pierwszych dwóch spotkaniach z panem profesorem, stwierdził on, że mam jakąś tam wiedzę o fizyce i że mógłbym przeprowadzić jakieś doświadczenie. Powyższe jednoznacznie wskazuje na to, że mnie jeszcze na Akademii nie znają. Albo raczej nie znali, ponieważ, hmm, może lepiej po kolei.
Pan profesor poprosił mnie, bym w ramach możliwości znalazł osobę, z którą doświadczenie to będę mógł przeprowadzić, potrzebny jest bowiem ktoś widzący, rozumiejący fizykę przy okazji.
A ja znam kilku nienormalnych ludzi na jego nieszczęście. Zapytałem więc koleżankę, Olę, czy zechciałaby się pobawić laboratorium Akademii Morskiej, na co rzeczona chętnie przystała. Miło było Ciebie poznać, Akademio Morska.

Do Gdyni przybyliśmy niemal godzinę przed umówionym czasem spotkania. Mogliśmy być później, piętnaście minut przed czasem, godzina wydawała się odpowiednia szczególnie, że z peronu Gdynia Stocznia do Akademii jest jakieś dziesięć minut drogi, w sam raz. Ola jednakże zauważyła, że znając nas, na pewno się zgubimy. I wykrakała.
Na Akademii Morskiej znaleźliśmy się około godziny 09:20, czyli 40 minut przed umówionym terminem. Tu jednakże pojawiła się pewna komplikacja, mianowicie, trzeba znaleźć katedrę fizyki.
Myślicie, że nie było z tym problemu? No cóż, nic z tych rzeczy.
Udało nam się wejść do miejsca z pięknym oznaczeniem, iż wstęp wzbroniony, jak również do katedry matematycznej, chemicznej, dziekanatu, sekretariatu, sali pamięci, balowej, świetlicy i kilku innych miejsc, ale katedry fizyki nigdzie nie było ani widu, ani słychu.
W akcie desperacji zapytaliśmy o drogę napotkanych studentów. Usłyszeliśmy, że musimy iść schodami w dół. No cóż, grzecznie się posłuchaliśmy, poszliśmy w dół i, jak kazali, w prawo. Efekt? Wylądowaliśmy na auli, swoją drogą naprawdę sporej i ponoć ładnej.
Jednakże nie zmienia to faktu, iż aula niewiele ma wspólnego z katedrą fizyki.
Jak się później okazało, mieliśmy zejść w dół dwa piętra. W końcu, po tej odysei na iście Homerycką skalę, udało się. Znaleźliśmy katedrę fizyki, a nawet salę, której szukaliśmy.
I byliśmy nawet punktualnie, mało jednak jest tu powodów do dumy, gdyż oznacza to ni mniej, ni więcej, niźli fakt, iż poszukiwania nasze trwały ponad pół godziny, przypominam że na Akademii byliśmy czterdzieści minut przed czasem.

Znalazłszy pana profesora, mogliśmy się zabrać do pracy. Po krótkim przedstawieniu Oli, rozmowie pod tytułem co chce robić w przyszłości i czy rozumie zagadnienia, o których możemy mówić, przyszła pora na odprawę.
Krótkie omówienie teorii, kilka przekształceń wzorów i, tak, dostaliśmy zgodę na rozpoczęcie badań.
Udaliśmy się więc z profesorem kilkoma korytarzami do miejsca będącego rajem dla mych oczu, eeee, miejsca, które byłoby rajem dla mych oczu, gdyby nie było tak ciemno. Mówię mianowicie o laboratorium fizycznym Akademii Morskiej.
I tu pan profesor popełnił błąd wynikający z niedocenienia mojego pomylenia. Powiedział nam bowiem, jak obsługuje się aparaturę pomiarową, poinformował, że w probówce znajduje się glikol, pokazał jak kontrolować pole magnetyczne, temperaturę i powiedział, że zostawia nas samych, jak skończymy, mamy przyjść. Rozumiecie to? Zostawił nas samych, dwie osoby w tym mnie. W laboratorium. Takich rzeczy nie należy czynić chyba, że chce się narazić na to, że będzie to ostatnia rzecz dokonana w życiu.
Ja naprawdę nie chciałem niczego popsuć, Ola także. Jednakże, jak zaraz się przekonacie, mało warte takie postanowienia w naszym wypadku.

Doświadczenie polegało na rozgrzewaniu materiału półprzewodnikowego przy jednoczesnej dyfuzji płynu z użyciem pola magnetycznego w celu zbadania zmian rezystancji.
Teoretycznie nic, a nic nie mogło pójść źle, profesor zaznaczył tylko, że nie mamy tego rozgrzewać powyżej 80 stopni Celsjusza i wyszedł.
Było tylko jedno zarządzenie, czego nie można zrobić. Jedno, proste. Nie rozgrzewać. I tak musieliśmy coś jednak zepsuć, prawda? Ale to nie nasza wina.
Siedzimy sobie bowiem z Olą i mierzymy, zapisujemy kolejne pomiary, a temperatura rośnie, rośnie, i rośnie, i rośnie, i rośnie…
Zalecenie mówiło, że gdy osiągnie 60 stopni Celsjusza, mamy zwiększyć szybkość grzania, no więc robimy jak zalecano i dalej zapisujemy dane. A temperatura rośnie, rośnie, i rośnie, i rośnie, i rośnie…
Tak około 75 stopni Celsjusza, Ola zorientowała się, że nie mamy pojęcia, jak wyłączyć grzanie. Pokrętłem można je zmniejszyć, owszem, ale nie wyłączyć. Nie było żadnego guzika wyglądającego na wyłącznik. Co prawda najpierw pan profesor tę aparaturę włączył, ale ja nie widziałem siłą rzeczy, a Ola nie mogła sobie przypomnieć, jak.
A tym czasem temperatura rośnie, rośnie, i rośnie, i rośnie…
A glikol zaczął wyraźnie syczeć, parować, pienić się i robić inne rzeczy wskazujące na to, że jednak nie bez przyczyny profesor ostrzegł przed tymi nieszczęsnymi 80 stopniami Celsjusza. Przymierzaliśmy się już do wyłączenia korków w laboratorium, bo była tam tablica korkowa, w znaczeniu nie tablicy do przyczepiania kartek, a rozdzielnicy z bezpiecznikami. Całe szczęście profesora chyba coś tknęło, przyszedł bowiem i pokazał nam, jak wyłączyć przyrząd. A wiecie jak? To jest bardzo skomplikowane, trudne, wymaga ogromnej wiedzy, doświadczenia, umiejętności manualnych, inteligencji i tak dalej, nie dziwcie się więc, że na to nie wpadliśmy, iż aparaturę należy odłączyć od gniazdka.
Wadą całej sytuacji jest niestety to, że teraz nie wiem, co by się stało z tym glikolem. A uwierzcie mi, że jestem bardzo, ale to bardzo ciekaw. I co ja mam biedny zrobić?

Opuściliśmy laboratorium i wróciliśmy do gabinetu profesora, aby opracować otrzymane wyniki, Ola narysowała wykresy, wyznaczyła błędy pomiarowe.
Bo są dwa typy błędów pomiarowych, to znaczy, typów jest i więcej, ale w tym doświadczeniu interesowały nas dwa, błędy wynikające z różnicy i błędy wynikające z różniczki.
Kiedy Aleksandra bawiła się ołówkiem, linijką i podobnymi sprawami, ja zająłem się obliczeniami.
Wyniki?
Szerokość pasma wzbronionego: 50,13 zeptodżula,
odchylenie standardowe składnika resztowego: 5,821 razy 10 do minus dwudziestej czwartej,
Współczynnik korelacji liniowej: 0,99299.
Uzyskany przez nas estymator był bardzo bliski jedności, co oznacza, że pomiary były bardzo dokładne, a błędy minimalne.
Mam nadzieję, że wolno nam się tu nieco pochwalić, że profesor przyznał, iż bardzo niewielu studentów na trzecim roku zrobiłoby to doświadczenie tak dobrze i tak poprawnie zapisało wszystkie wnioski i wyliczyło, co należy. Przyznam, że wprawiło mnie to w dobry nastrój do końca dnia.

Tak właśnie zakończyło się badanie szerokości pasma wzbronionego w półprzewodnikach przez Dawida i Olę. Wróciliśmy do Wejherowa już bez żadnych przygód prócz tej jednej, że trzeba było nam iść na dworzec jakieś pół godziny, w Stoczni bowiem nie można kupić biletów, nie pytajcie, po prostu jest dworzec, są kasowniki, możliwości kupienia biletów nie ma, też tego nie ogarniam.
Musieliśmy więc pieszo udać się do Gdyni Głównej. Stamtąd jednak już bezproblemowo dostaliśmy się do Wejherowa.

Wnioski? Profesor nie zrozumiał jeszcze, jak bardzo niebezpiecznym jestem dla otoczenia, zaprosił nas bowiem już na kolejne doświadczenia w laboratorium.
No cóż, ja z zaproszenia skorzystam chętnie. Jeśli Akademia Morska wyleci w powietrze, no cóż. To niechcący.

Pozdrawiam,
Dawid Pieper,
Ś. Prof. I.

10 uwag do wpisu “Dawid (prawie) sam w laboratorium, czyli horror na iście Homerycką skalę. O dwóch takich, co podgrzewali glikol.

  1. Dawidzie, ja jednak się cieszę, że ten wikol się bardziej nie podgrzał, bo nie wiadomo, czym by się to
    skończyło. Ale wpis super.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *