Na falach cisza?

Kilka lat temu Daszek na swoim blogu umieścił wpis, na którym wspomniał dawne czasy w radiu. Świat się zmienia, na gorsze i lepsze, a tradycyjne radia powoli odchodzą.
Dziś, jeśli już ktoś słucha radia, to prawie wyłącznie FM. A co z dawnymi falami długimi i średnimi? Jest w tym nieco sentymentu, nieco nostalgii, ale wydaje mi się, że słuchanie radia w ten sposób ma niesamowity klimat.

Pojawiło się u mnie już wtedy marzenie, by dostać odbiornik radiowy SDR. Nigdy jednak jakoś finanse nie pozwalały na taką rozrzutność, a więc temat przez kilka ładnych lat pozostawał mrzonką.

Na święta jednak ogromna grupa ludzi, którym bardzo z tego miejsca dziękuję i jeszcze dziękować będę, postanowiła mi za pośrednictwem Gwiazdora sprawić ową fanaberię.

Może zabrzmi to dziwnie, ale nigdy nie słyszałem początku nowego dnia w Polskim Radiu. Tym bardziej cieszę się, że mogłem usłyszeć go w tej można powiedzieć archaicznej formie.

Jakość niestety idealna nie jest. Nagranie zrobione z domu w Bolszewie, zakłóceń pewnie masa. O wiele lepszą uzyskuję na falach średnich, ale… wiecie… Tam polskiego radia nie ma. 🙂

Raz jeszcze bardzo dziękuję!

PS. Szerszy skan też będzie… kiedyś…
Ale na falach średnich tego sporo, naprawdę sporo jak na 2021 rok.

Co się robiło?

Kiedy byliśmy mali, każdy jeden Sylwester z bratem spędzaliśmy u dziadków w Pucku. Tradycja trwała do śmierci dziadka, a ja sobie nie mogłem w ogóle wyobrazić, by spędzać ten dzień w innym miejscu i innym gronie.
Rozkład dnia był praktycznie niezmienny. Najpierw odbieraliśmy babcię z pracy, jedliśmy kolację. Wieczorem wychodziliśmy na rynek, obejrzeć, co tam się dzieje i odpalić kilka fajerwerków.
O północy już nie wychodziliśmy, ale zawsze słuchaliśmy z mieszkania otaczającej nas ofensywy artylerii zimno-ogniowej, oglądaliśmy też początek roku w różnych miastach, w telewizji. Odpalaliśmy także kilka petard z balkonu.
I tak było przez 11 czy 12 lat rok w rok, z tą różnicą, że pierwsze te Sylwestry spędzałem sam, potem dołączył do nas Kamil, a wreszcie i Radek. Lepiej tego dnia nie dało się spędzić, a tradycja ta pięknie domykała okres przerwy świątecznej.

Mam jeszcze jedno, bliższe wspomnienie Sylwestrowe. Był to koniec roku 2017. Właśnie ukończyłem 18 lat, byłem w szkole, projekt Infinity szedł pełną parą… Pamiętam, że kończąc ten rok, mimo licznych przeszkód, patrzyłem w przyszłość z ogromnym i, prawdopodobnie nieco naiwnym, optymizmem. Obudziłem się wtedy wcześnie rano i napisałem wpis na bloga, do dziś możecie go tu znaleźć, ukrywa się pod tytułem "To wszystko wina Arycytotelesa".
Tamten dzień kojarzy mi się jak żaden inny z domem, poczuciem rodzinnego ciepła i bliskości, choć nie wiem, dlaczego.

Od tej pory minęło jeszcze kilka lat, a spędzaliśmy je w najpiękniejszych gronach i miejscach. Ale jakoś żaden z Sylwestrów nie pozostawił mi takiego śladu w pamięci. Z resztą wraz z liceum skończyło się wiele i już nie wróci. Choć też wiele innych, pięknych rzeczy zaistniało, nie bądźmy tacy ponurzy.

Rok 2021 był rokiem Fundacji, przenośnie i dosłownie. 11 marca złożyliśmy dokumenty, 8 kwietnia nasza Fundacja została zarejestrowana. Od tej pory uczymy się ją prowadzić, a także, co chyba teraz najważniejsze, oddzielać życie prywatne od służbowego.
Powiem wam, że najpiękniejsze, co mogło się zdarzyć, to przechodzić przez jej sukcesy i porażki, radości i smutki w tak cudownym gronie. Chciałbym w tym miejscu za wszystkie spotkania, jeżdżenia na podpisywania umów, wielogodzinne rozmowy, opracowywanie skali UT, wymuszone sytuacją zakupy obuwnicze i wspólne wypełnianie dokumentów podziękować wam, Moniu, Julito, Maju! Jesteście niezastąpione!

Rozkwitł też nam Elten. I to mimo, że konferencje okazały się przepisem na doskonałą katastrofę, mimo kilku burz i deszczowych dni, znów Eltena progi tętnią życiem. Może nie jest to już ta aktywność i entuzjazm z roku 2018, ale jest dobrze, a to najważniejsze.

Nie da się też podsumować tego roku bez wspomnienia o projekcie koncertu – "Ścieżka do Betlejem". To nie byłoby to samo bez wstawania na próby o szóstej rano wśród ćwierkających ptaków. To nie byłoby też to samo bez grania tych samych prób wśród huku gromów i błyskawic w pobliskim lesie. To nie byłby ten sam rok wreszcie, gdyby nie pewna nieco awangardowa infolinia.
Dziękuję też więc z tego miejsca bardzo wszystkim, którzy tworzą ten dobiegający w najbliższych tygodniach finału projekt, w szczególności tym, których mogłem dzięki niemu poznać, a więc Natalii Kaczor, Piotrowi Żołądkowi i Adrianowi Wyce.

Natalio, po pierwsze chciałem Ci powiedzieć, że znalazłem poduszeczkę.
Dziękuję Ci, że mogliśmy się poznać. Jak spojrzysz na utworzoną przez daszka ankietę, to zauważysz, że niektórzy wskazali Ciebie jako to, co Eltenowi dobrego przyniósł mijający rok. Myślę, że nie bez przyczyny.
Dziękuję za wspólne sesje RPG, rozmawianie po nocach i bycie naszą dyżurną skrzypaczką, flecistką, wokalistką i Kopciuszkiem!

Piotrze, Tobie chciałbym podziękować za wspólne granie na 4/4 "Lulajże, Jezuniu". Myślę, że to wydarzenie na długo pozostanie w mej pamięci.
Dziękuję także za analizowanie tego, dlaczego w gamie As-dur znajduje się Cis, rozmowy o tym, co powinno się, a czego nie grać w kościele i montowanie prymitywnego systemu nagłośnienia, który, co bardzo ważne, zadziałał!
Stajesz mi przed oczami, kiedy tylko podane zostaną naleśniki.

Adrianie, wiem, że pewnie tego nie przeczytasz, ale nie oznacza to, że nie powinienem czegoś napisać i do Ciebie.
Dziękuję, że zawsze potrafiłeś nas zmotywować, poprawić nastrój, zaszaleć i tak cudownie odnaleźć się w każdym nienormalnym projekcie.
Dziękuję za rozmowy o cudownych pomysłach na udogadnianie niewidomym życia i szukanie winnego "ruszania stołu"!

Dziękuję też całej, już znanej mi wcześniej, reszcie zespołu: Mai i Julicie za to, że po prostu są i wspierają we wszystkich działaniach Fundacyjnych i pozafundacyjnych, Darii za bycie duszą towarzystwa, Zuzie za wspieranie nas niezastąpionymi rogalami świętomarcińskimi oraz Kindze za wspólne nocne podróże po Warszawie i okolicach!
Mógłbym o koncercie pisać jeszcze długo, ale że planuję osobny szerszy wpis na ten temat, i tak już bardzo się rozpisałem.

Drobnym, ale też ślicznym, całkiem spontanicznie urodzonym projektem jest nasze małe, Eltenowe koło gier RPG.
Dziękuję więc naszej niezastąpionej drużynie: Diego, Radmirowi, Bartłomiejowi, Adrianie, Elli, Beziemu, Lubie, Patrianowi, Mirkowi, Karolinie i Niabi.
Kiedy tylko będę miał jakieś problemy z odkurzaczem albo wyjściem z pociągu, będę wiedział, do kogo się zwrócić!

Dziękuję też całkiem prywatnie naszej ustępującej ze stanowiska moderacji Polskiej Społeczności Eltena. Dziękuję, że dbaliście o ten chaos i zdejmowaliście nam z ramion ciężar. Gdyby nie wy, wiele innych projektów by się nie urodziło.

I wam wszystkim, drodzy Eltenowicze, dziękuję za całe wsparcie okazane Prowadnicy i Eltenowi, udział w zabawie pisankowej (pamiętacie to jeszcze?), licytacji charytatywnej i wszystkich innych projektach.

Wiele było w tym roku pracy, a mało czasu. Po prawdzie praktycznie nie widziałem się z ludźmi prócz spotkań służbowych. Mam silne postanowienie poprawić to w roku przyszłym, bo wiem, że wielu z was, w tym także czytelników tego bloga, czeka na obiecane z dawna odwiedziny!

Z czego zapamiętam ten rok?
Przede wszystkim z Fundacji, pierwszych prowadzonych działań, podpisywania umów i podejmowania trudnych decyzji.
Ale także z bliskości ludzi. Powiem wam, że nie ma piękniejszej rzeczy nad prowadzenie projektów, najróżniejszych projektów, w gronie przyjaciół i najbliższych.

Chciałbym w nadchodzącym roku 2022 życzyć wam tej bliskości. Byście we wszystkim mieli wsparcie i oparcie w rodzinie, przyjaciołach, znajomych.
Życzę, by ta pandemia już powoli dobiegała końca, byśmy znów mogli zdjąć maski i spojrzeć sobie w twarze.
Życzę wreszcie nadziei, inspiracji i motywacji do zmieniania tego naszego małego zakątka świata w coś pięknego!

Służbowa aktualizacja statusu

Zawsze, gdy opuszczam mieszkanie w Warszawie na dłuższy czas, gaszę metaforyczne światła i wiem, że przez następne dwa tygodnie tam nie zagoszczę, muszę stanąć na chwilę w progu i się pożegnać. To miejsce kojarzy mi się z wieloma niesamowitymi radościami i wieloma niesamowitymi smutkami, ale to własne gniazdko. Teraz jednak mam już te myśli za sobą i z prędkością 200 kilometrów na godzinę gnam w stronę Gdyni, by spędzić z rodziną święta.
Ostatnio nie miałem wielu okazji odetchnąć tym naszym, nadmorskim powietrzem. Podejrzewam, że gdyby zsumować wszystkie moje wizyty w domu z ostatnich trzech miesięcy, nie dałoby to tygodnia.
Muszę wam szczerze wyznać, że chyba jeszcze nigdy w życiu, a już z całą pewnością od czasów projektu Infinity, nie byłem aż tak zajęty. Kiedy myślę, że główne zajęcia się kończą lub zmniejszają intensywność, a ja mam przed sobą tydzień na odpoczynek… Ha, ha, ha, wierzycie w to? Trzeba napisać sprawozdanie roczne, zamknąć sprawy z Ministerstwem, zebrać faktury, ogarnąć sprawy Eltena… Ale mimo wszystko będzie tego mniej i mam nadzieję choć na ten tydzień wyhamować z biegu do, no powiedzmy, szybkiego marszu.
Mimo to mam bardzo silne poczucie owocności ostatnich wydarzeń. I teraz, jadąc pociągiem (EIP 4500), uznałem, że czas naskrobać coś na blogu.

W Fundacji rozpoczęliśmy w październiku projekt, który nazwaliśmy "Właściwe drzwi". Jego celem jest darmowe wykonanie tabliczek z brajlowskimi napisami na drzwi dla różnych budynków użyteczności publicznej. Nabór trwał do listopada (obecnie trwa nabór dodatkowy). W jego ramach zgłosiło się ponad 30, a my wyłoniliśmy 10 instytucji, które te tabliczki rzeczywiście otrzymają.
Wiązało się to dla naszego Zarządu z, prócz samych prac przy wydruku, podpisaniem właściwych umów. W tym celu w 2-osobowych grupkach jeździliśmy ostatnimi tygodniami po całej Polsce: od Lublina, przez Kraków, po Chojnice. Było to dla mnie niesamowitą okazją, by pojawić się w miejscach, w których jeszcze nigdy nie byłem. Żałuję tylko, że prawie nigdzie nie miałem okazji nic zwiedzić, no chyba że za zwiedzanie uznamy oglądanie różnych dworców i urzędów.
Poznaliśmy w rezultacie masę wspaniałych ludzi, rozmawialiśmy z różnymi lokalnymi władzami powiatów, gmin i miast, urzędnikami do spraw obsługi osób niepełnosprawnych, prezesami i dyrektorami. Przyznaję też, że była to dla mnie pierwsza okazja tak gruntownego przedyskutowania problematyki osób niewidomych od zupełnie innej strony: nie z perspektywy rodzin czy samych niewidomych, a administracji publicznej. Zaproponowano nam tyle projektów, że do ich podjęcia potrzebnych byłoby chyba ze pięć Fundacji dodatkowo prócz samej Prowadnicy.
Smutne jest jednak, że w wielu miejscach, w których byliśmy, spotykaliśmy się z wizytówką niepełnosprawnego – roszczeniowego. Ja doskonale wiem, skąd to się bierze, ale jednak przykre jest, że problem nie jest lokalny i wydumany, a znany jak kraj długi i szeroki.
Jestem w sumie ciekaw, ilu z nas wpadłoby na wiele zadawanych nam, często naprawdę inteligentnych, pytań. Powiem wam też, że te ostatnie tygodnie pozwoliły mi lepiej zrozumieć pewne procesy prowadzące do absurdalności pewnych rozwiązań. Nie chcę tu się o tym zbytnio rozpisywać, bo jedna połowa informacji jest tajemnicą służbową, a druga połowa materiałem na przynajmniej pracę akademicką, ale wystarczy powiedzieć, że urzędy skarżą się na to, że często przez firmy są im wciskane najróżniejsze rozwiązania, a brakuje informacji, co tak naprawdę jest użyteczne, a co zbędne. Jest też trudno im uzyskać rzetelną informację od samych niewidomych, bo, jak się okazuje, nawiązanie kontaktów z faktycznymi, samodzielnymi i świadomymi niewidomymi jest dużo trudniejsze, niż może się nam wydawać.

Prócz umów, przygotowywaliśmy zapowiadaną na Eltenie trasę koncertową. Wraz ze wspaniałymi wokalistami i instrumentalistami, którzy odpowiedzieli pozytywnie na moją prośbę (raz jeszcze bardzo, bardzo wam dziękuję: everlastingdream, lwica, Piotr, wiolinistka, Zuzler i osoby na Eltenie nieobecne), przygotowaliśmy serię koncertów kolęd. Ostatnie miesiące były więc intensywnymi próbami i ćwiczeniami, ja mam zaszczyt pełnić w zespole rolę pianisty i głównego fałszerza. 🙂 Jest też z nami perkusistka jamajka i wokalistko-skrzypaczka Julitka, a więc Prowadnica jest bogato reprezentowana.
Pierwszy koncert odbył się w sobotę w Wolskim Centrum Kultury, a następne będą miały miejsce w styczniu w Warszawie, Żyrardowie, Zgierzu i Gdyni. Tak więc atrakcji jeszcze nam nie zabraknie.
O koncertach, próbach i zespole na pewno jeszcze tu pojawi się szerszy wpis, bo jest wiele, bardzo wiele do podziękowania, wspomnienia i podsumowania, ze wstawaniem na próby z płaczliwym okrzykiem "Nie ma kolebeczki ani poduszeczki" o godzinie szóstej rano na pierwszym miejscu.

Czy to wszystko? Oczywiście, że nie. Rozkręcamy w Prowadnicy jeszcze dwa projekty, które już nas bardzo zaangażowały czasowo, a o których na razie nie puszczę pary z ust, bo nie lubimy psuć niespodzianek. Ale będzie się działo, to możemy obiecać.
Powiedzcie nam tylko, gdzie pojawi się ten piękny punkt, w którym Fundacja zacznie na tym cokolwiek, no, jakby to powiedzieć, zarabiać? 😀

A co się dzieje u mnie w życiu prywatnym? No, chyba jakby… nic? Troszkę nie ma na to czasu.
Ale nie, nie, muszę wam powiedzieć, że ostatnio miałem okazję odwiedzić Natalię (wiolinistkę) w Krakowie. Zostaliśmy ugoszczeni pyszną herbatką i kebabem. Oczywiście było to przy okazji próby do koncertu, ale ten detal można przemilczeć.
Właśnie, właśnie. W ostatnim roku byłem w Krakowie trzykrotnie! Ja uwielbiam to miasto, naprawdę, ono ma w sobie jakiś taki klimat, który od dawna mnie pociąga.
Więc… trzy bytności w Krakowie… A wiecie, ile miałem okazji się po nim przespacerować, odetchnąć jego świeżym smogiem i posłuchać hejnału? No… Jak to zsumować, to będzie może 40 minut.

Na razie z tym wybitnie służbowym podsumowaniem was zostawię, ale obiecuję napisać luźniejszy wpis – albo luźniejsze wpisy, bo materiału wiele, na dniach. Teraz muszę sporo tu ponadrabiać.

Kredyt hipotetyczny na zakup Wisły

Kilka lat temu kolega pokazał mi dość oryginalną literówkę na stronie Internetowej sklepu z artykułami żeglarskimi. Pośród różnego rodzaju elementów takielunku, lin, żywic do naprawy statków, przyrządów nawigacyjnych czy map morskich znalazła się w sprzedaży Wisła, w bardzo przystępnej cenie 250 zł. Pamiętam, że szczególną moją uwagę przykuła jednak nie sama sprzedawana rzeka, a dostępna ilość 75 sztuk. W opisie natomiast nie znalazłem informacji o sposobie podziału.
Może można kupić tylko jedno dorzecze? Albo 1/75 długości? Wikipedia podaje, że Wisła przepływa dokładnie przez 75 miejscowości, to nie może być przypadek! Może po miejscowości na zakup? A może kolejne Wisły są wykonywane na zamówienie, taki rządowy program Wisła Plus?
Uważam, że to zdecydowanie właściwy trop. W czasach, kiedy wielu z nas brakuje kontaktu z naturą, a kurorty turystyczne zapełniają się ludźmi, trudne bywa zachowanie dystansu społecznego. Rozwiązaniem na to mogą być prywatne góry, jeziora, morze czy co kto tam lubi. Kup Śnieżkę i Park Łazienkowski, a Plażę w Dębkach dostaniesz gratis!
Że piszę bzdury? Całkiem możliwe. Jestem po przejechaniu jakoś koło 900 km, w sumie 12 godzin podróży, po czymś takim umysł ma prawo nieco szwankować.

Muszę się wam przyznać, że ostatni miesiąc dla mnie był bardzo ciężki. Wiele stresu, pracy i papierków od Fundacji, do tego kilka zawirowań bardziej prywatnych, Elten i takie tam… Tak więc kiedy usłyszałem propozycję, by "rzucić wszystko i jechać w Bieszczady", nie wahałem się! Co prawda wyjazd to tylko do czwartku, ale jednak jest. Tak więc pozdrawiam was z Polańczyka, w którym stwierdziłem, że podejmę wyzwanie i napiszę wpis na bloga. A że wena mi wraz z wyzwaniem dopisała, nie można zwlekać, wpis piszę już dziś. I to o zgrozo leżąc już w łóżku, co dawno, bardzo, bardzo dawno mi się nie zdarzało: mam złotą zasadę, że pracuję i piszę przy biurku. No cóż, dziś to złoto nieco osnuło się chyba patyną.
Razem ze mną jest tu rodzina, która pozostaje w górach do poniedziałku. Ja jednak… nie lubię gór, uznałem więc, że trzy dni to okres akurat dostateczny do zresetowania się, a nie dostateczny, by mieć gór po dziurki w nosie.

No i tak oto pojechaliśmy… Próbowałem dziś zastanowić się, kiedy ostatni raz taki wspólny rodzinny wyjazd nam się trafił i wychodzi na to, że w lutym 2018 roku. Siedzę więc teraz z Kamilem, moim bratem, w pokoju: ja piszę wpis na bloga, Kamil gra w "Skyrima" i irytuje się, że nie może otworzyć drzwi, w grze oczywiście. W sumie dość symboliczne…

Powtórzę to, co pisałem na blogu niedawno. Ja naprawdę powinienem trzymać się z daleka od muzyki, a przynajmniej od wykonań wokalnych. Okazuje się, że długie podróże przełączają mój umysł w tryb, w którym żadna piosenka nie może się czuć bezpiecznie.
W radiu puścili dziś hit imprezowy zespołu Maanam, mówię oczywiście o piosence "Cykady na cykladach". Mój mózg natychmiast podchwycił obraz z refrenu i stworzył własną wizualizację:
Piaszczysta plaża, ludzie siedzą pod parasolkami, popijając wino czy inne napoje o zawartości alkoholu porównywalnej z lipcowymi temperaturami. Gra orkiestra, niektórzy wychodzą tańczyć. Ogólny obraz sielanki… Wtem… Pierwsza, druga syrena. Nastaje panika, ludzie rzucają się do wyjścia, z głośników padają rządowe komunikaty. Gwiazdy spadają!
Teraz, pisząc powyższy opis, dostrzegam też możliwą drugą, nawet bardziej intrygującą interpretację rzeczonej sceny. Mówiąc "gwiazdy" miałem na myśli Boadiceę czy innego Syriusza. Ale można na tę sprawę spojrzeć inaczej: widzę już, jak na plaży (oby ze spadochronami) lądują: Robert Lewandowski, Kamil Stoch, Michał Bajor… W tym kontekście wersy "Morze i niebo ostro lśni / dobrze, ah jak dobrze mi!" skłaniałyby do jak najszybszego zalecenia porzucenia stosowanych przez podmiot liryczny używek!
Dobrze, może już lepiej w tym miejscu ze względu na psychikę czytelników będzie spuścić na resztę zasłonę milczenia? Wspomnieć sobie tylko pozwolę, że krótko potem w głośnikach zabrzmiało "Cała jesteś w skowronkach"… Możecie sobie wyobrażać, co mój udręczony umysł wyimaginował. W sumie to nawet niezły pomysł na jakieś opowiadanie. Ejj, skoro romantyczni pisarze tworzyli po różnego rodzaju substancjach psychoaktywnych, może ja przed moim programowaniem powinienem po prostu włączać radio? Ja chcę zobaczyć te listy zmian!
Skąd ta skaza charakteru? No cóż, mam pewną teorię.
Kiedy byłem mały, uwielbiałem kolędę "Gdy śliczna panna". Większość czasu mojego dzieciństwa spędziłem w szpitalach w trakcie różnych operacji. By jakoś mi ułatwić to wszystko, tata nagrał w owym czasie kasetę, składającą się (na obydwu ścieżkach) z zapętlonej rzeczonej kolędy. Kaseta ta niestety się nam zgubiła, a bardzo żałuję. Zastanawiam się teraz, na ile miało to wpływ na mój charakter, osobowość, światopogląd… Bo dochodzę czasem do wniosku, że mieć musiało zdecydowanie.

Skoro o szpitalach mowa, byliśmy dzisiaj w Sanoku i mój brat zgłosił ciekawe spostrzeżenie. W Sanoku, ostatecznie duże miasto, mieści się przykra instytucja cmentarza. Z cmentarzem tym jednak sąsiadują: szpital, szkoła oraz zakład fryzjerski.
Pierwsze elementy da się wyjaśnić. Szpital to akurat dobry pomysł, w razie gdyby jednak się nie udała operacja, no, kierowcy mają blisko. Szkołę też umiem zrozumieć: sam czasem jak musiałem wstawać o piątej rano do gimnazjum miałem ochotę wyjść z siebie. Ale zakład fryzjerski? Mają aż tak nieporadnych fryzjerów, że obcinając włosy ścinają całą głowę, czy co?

To mi przypomina inny żart z kategorii czarnego humoru:
W karetce budzi się pacjent.
– Dokąd jedziemy? – pyta.
– Do kostnicy.
– Ale ja jeszcze nie umarłem!
– A my jeszcze nie dojechaliśmy.

Dygresja.
Wiecie, że w Choczewie szpital sprzedał karetki firmie taksówkarskiej? To jest naprawdę dobry pomysł! Skoro na pogotowie czeka się tak długo… Uberze, widzę potencjał! Proponuję do listy dostępnych pojazdów dołączyć kategorię karetka. Albo nie, to musi być z angielskiego, to może… Wiem, Taxi Ambu! Co można rozumieć jako Ambulance, albo… Ambushment!
Koniec dygresji.

W każdym razie ja uważam, że odpowiednie zestawianie budynków użyteczności publicznej może nieść za sobą same korzyści: od oszczędzania drogi, po odpowiednie przygotowanie psychiczne petentów. Poradnia psychologiczna koło Zusu, Urząd Skarbowy zaraz koło lombardu, siedziba NFZ… Hmmm, ta to chyba gdzieś po środku pustyni być powinna.

Jeszcze przy Sanoku pozostając, znaleźliśmy w nim ciekawe ogłoszenie. Oferowane są tam niejakie "kredyty hipotetyczne". I ja wiem, można się naigrawać, że kredyty dają, a nie wiedzą, jak się nazywają. Ale to nie tak, ja wszystko rozumiem!
Cała procedura polega na… No, załóżmy, że budujecie dom. Zatrudniacie architekta, szukacie firmy budowlanej, wykonawcy schodów (sic!) i tych wszystkich innych potrzebnych ludzi. A kiedy już ich macie i pytają, kiedy dacie im zapłatę, udajecie się do biura kredytów hipotetycznych i słyszycie: no hipotetycznie możemy Panu/Pani dać kredyt, ale skończyły się pieniądze! No i tak to działa.
Teraz możecie spróbować przekazać takie same słowa kierownikowi budowy… No i właśnie tutaj przydaje się ten szpital koło cmentarza!

Już nie ma dzikich traktorów

Tak mnie zastanowiło. Jak już ludzie się zaszczepią, przejdzie wariant brytyjski, indyjski, luksemburski, australijski i marsjański, to na co będę najbardziej się cieszył? Maja umieściła na blogu kiedyś wpis pod tytułem "Jedyną stałą jest zmiana". I chyba ja za tym najbardziej tęsknię, bo ostatnio życie stało się bardzo powtarzalne i, właśnie, niezmienne, schemat przemyka za schematem, a w nich wszystko jest już określone i poustawiane. A że nic się nie zmienia, to i nam zmieniać się nie chce.
Od powyższej zasady są rzecz jasna wyjątki. Pierwszy nazywa się Skarbówka, która zawsze, ale to zawsze umie zaskoczyć. Ale ostatnio w konkury ze Skarbówką rzucają się wszystkie inne instytucje, zaś propozycja wynajęcia Fundacji traktora pozostanie prawdopodobnie anegdotką na długie, długie lata.
Przy okazji, jeśli powstanie kiedykolwiek szczepionka przeciw zawałowi serca, dla mnie będzie towarem pierwszej potrzeby. Ja kiedyś panicznie bałem się dzwoniących urzędów. Bo jak dzwoni ZUS czy inne takie, to przecież niczego dobrego nie wskazuje, prawda? Najlepiej od razu zacząć się pakować do więzienia. No ale trudno wyżyć w tym stanie, gdy urzędy ścigają człowieka praktycznie codziennie, a więc albo wykształcę sobie jakąś odporność na skoki ciśnienia (tego we krwi, nie w oku), albo na moim grobie napiszą "Został zamordowany przez Panią z Zusu dzwoniącą z prośbą o dosłanie formularza A38".
Niezmienny pozostaje również rozkład jazdy wejherowskich autobusów, który, w myśl wieloletniej tradycji, trwa absolutnie idiotyczny i zapewnia podróżnym ćwiczenia z aktywności, gwarantując bieg przez pół dworca zakończony albo skokiem do zamykających się już drzwi autobusu, albo momentem na wzięcie oddechu, no, takim 40-minutowym momentem. A nie można dać autobusu 10 minut po przyjeździe pociągu? Albo chociaż, no nie wiem, 5?
Jeszcze jedną zmianą w moim życiu, choć w sumie to jednak stałą, jest ekspres do kawy. Czy ja pisałem na tym blogu, że popsuł nam się ekspres kilka miesięcy temu? Chyba nie. W każdym razie się popsuł. Nie nie, nie kilka miesięcy temu, znowu się popsuł! I mamy już trzeci w tym roku. Miejmy nadzieję, że zadziała słynne "do trzech razy sztuka", bo jak tak dalej pójdzie, to zamienię ten blog w recenzowanie ekspresów do kawy, traktorów i formularzy podatkowych.

Ostatnio często w moich głośnikach gości pani Irena Santor, której, przyznaję, zbyt dobrze piosenek nie znałem, a ku swemu zdumieniu odkryłem, że bardzo wiele tych nuconych przez moją mamę pochodzi z jej właśnie repertuaru. Inna sprawa, że wcale nie jestem pewien, na ile świadczy o mojej poczytalności skojarzenie piosenki "Złoty Pierścionek" z takim jednym panem Sauronem… A od tego już naprawdę niedaleko do "Na lewo most, na prawo most" i walki w Morii, z Gandalfem w roli głównej. Podobnie doceniłem repertuar Studia Buffo i żałuję, że nie znam większej ilości mniej dziś już popularnych wykonawców z tamtych czasów, bo jednak jakoś piosenka przedwojenna i PRL-u bardzo przypada mi do gustu.
Wracając jednak do pani Ireny, ostatnio przyłapałem się, gdy rozmyślając nad kodem Eltena, odruchowo zacząłem do lecącej piosenki dopisywać morały alternatywne i tak oto uzyskałem:
Już nie ma dzikich plaż,
Na których zbierałam bursztyny,
I tylko Windows ten sam,
wciąż sypie błędy, bluescreeny.

A skoro o Windowsach mowa, kilka dni temu mój brat się bardzo zabawnie przejęzyczył, informując, że owego dnia zdążył już przejechać ponad sto kilobajtów. I w sumie ja to całkiem widzę, wyjaśnienie jest proste, przejazd stu kilobajtów to długość trasy, której zarejestrowanie wymaga stu kilobajtów. Dołączam więc następne wyzwania: ile to jest Pascal mleka, kilogram gorączki i rok prędkości?

Kończąc ten wpis o wszystkim i o niczym, pragnę poinformować, że pozdrawiam was z pociągu, zaś domownicy mnie kuszą wieścią, że czeka na mnie beza malinowa, tak więc skoro wam wszystkim narobiłem smaku, mogę was z czystym sumieniem pozdrowić.
Dawid Pieper