Majka, ogarnij się, trochę trudniejsza była. – Co Dawid na Mazowszu porabiał.

Kilkukrotnie wspominałem na tym blogu o pewnym weekendzie, który należy uznać za ósmy cud świata, przede wszystkim za to, że w ogóle go przeżyłem.
Jak to już w moim wypadku bywa, napisanie o czymś w terminie w miarę aktualnym jest czynem prawdopodobnie nieosiągalnym, a zatem doceńcie, że minął mniej, niż miesiąc.
Bo na przykład takiej wymiany do Bad Marienberg wciąż nie opisałem, choć opisać ją obiecałem… 6 marca zeszłego roku.
Pewnego piątku wsiadł Dawid do pociągu odjeżdżającego z Gdyni Głównej w kierunku Warszawy. I tak zaczęła się podróż w nieznane.

Dawid (prawie) sam w laboratorium, czyli horror na iście Homerycką skalę. O dwóch takich, co podgrzewali glikol.

„Dawid, a tak właściwie, wiesz, jak to się wyłącza? Bo ten glikol tak jakby cały się spienił i, eeee, zaczyna coś z niego parować.” Nie, nie miałem zielonego pojęcia, jak to się wyłącza. Cóż innego mogłem rzec, niźli: „Nie wiem, ale, yyy, może odłączmy korki?”
Takie właśnie rozmowy trwały wczoraj na Akademii Morskiej, gdy dwójka wariatów próbowała obliczyć szerokość pasma wzbronionego w półprzewodniku.
Wszystko zaczęło się dość niewinnie w zeszłym roku szkolnym, kalendarzowo dwa lata temu, kiedy zaproponowano mi udział w programie o nazwie Zdolni z Pomorza, odbywała się wtedy rekrutacja.
Co to za program? A no jest to dzieło łączące ludzi nienormalnych, postrzelonych i zwariowanych na punkcie matematyki oraz fizyki. Zatem dopuszczono mnie w owym słynnym 2016 roku do egzaminu. I był to błąd, ponieważ tak nieszczęśliwie się złożyło, że egzamin ten zdałem, co rzuciło cień na całą przyszłość rozwoju fizyki na Pomorzu.

Problemy finansowe Gondoru oraz Polskiej Kolei. Czyli co tam u mnie.

Był wczesny poranek, pierwsze promienie Słońca rozgrzewały zielenie kwiatów i traw. Ptactwo budziło się do życia, wczesne, na razie niewyraźne, ale przybierające na sile i pewności ćwierkania jęły rozbrzmiewać w koronach drzew. Delikatny, letni wietrzyk zaszumiał cicho wśród liści. Rosa, która zebrała się na roślinności jako ostatnie świadectwo przemijającej nocy, powoli topniała w brzasku budzącego się dnia.
I wtedy się obudziłem. I tyle z pięknego, letniego krajobrazu.
Bo, proszę państwa, wedle wszelkich kalendarzy i obserwacji empirycznych mamy porę roku, jaką starożytni Rzymianie nazwali Hiems, Galicjanie Inverno, Szkoci gheamhradh, anglicy Winter, a my, Polacy, zima.
I, jakkolwiek się nam to podoba lub, co bardziej prawdopodobnym się zdaje, nie podoba, musimy jakoś ją przeżyć.