Był upalny, słoneczny, letni dzień. Ludzie, korzystając z ostatnich chwil niedzieli, spacerowali po ulicach Warszawy, ciesząc się pogodą i wspólnie spędzanym czasem. Gdzieś w okolicach Centrum przysiadł sobie grajek i radośnie jął brzdękać na gitarze. Przechodnie przystawali, mimowolnie uśmiechając się na dźwięk radosnej melodii.
Delikatny wietrzyk zakołysał liśćmi krzaków i kwiatów, zniżył swój lot, podziwiając miasto skąpane w promieniach zachodzącego Słońca. Przemknął wokół Wisły, pofrunął za autobusami i samochodami, radośnie się z nimi ścigając. Pomachał ręką dwójce niewidomych stojących przed Dworcem Centralnym i wyraźnie czekającym na tramwaj, po czym pofrunął dalej, kołysząc plakatami i reklamami, śmignął wokół kilku dachów i powtórnie zanurkował ku ziemi… Zobaczył, jak niewidomi wysiadają z tramwaju. Uśmiechnięty, pozdrowił ich lekkim podmuchem, po czym zawrócił, chcąc raz jeszcze przyjrzeć się Centrum, nad którym powoli zapadają mroki nocy.
Na niebie nieśmiało wychylał się Księżyc. W jego świetle wiatr ze zdumieniem dojrzał dwójkę niewidomych wysiadających z metra w Centrum.
– Wrócili już? – Zdziwił się wiatr.

Znacie to uczucie, gdy do opowiedzenia jest tyle rzeczy, że człowiek nie wie, od czego zacząć, a nawet na czym skończyć? Tak ja czuję się właśnie teraz, gdy pamięcią sięgam do zeszłego tygodnia.
Skoro nie wiem, od czego zacząć, spróbuję od początku.

Opowieść ta zaczyna się w zeszły piątek około godziny czwartej, gdy zadzwonił budzik Dawida. Zadzwonił niepotrzebnie, bo Dawid nie dość, że był już na nogach niecierpliwy wrażeń tego dnia, to jeszcze zdążył się ubrać, budzik zaś zastał go w drodze do łazienki, gdzie miał Dawid zamiar właśnie umyć włosy.
W duchu ciesząc się, że melodyjka zastała go w drodze do łazienki, a nie podczas mycia włosów, gdy musiałby wracać z mokrą głową przez pół domu, nim kto inny się zbudzi, wyłączył Dawid iPhonea informującego z zapałem, że już pora wstawać.

Nieco ponad godzinę później był już Dawid wraz z babcią w pociągu z Wejherowa do Gdyni.
– Następna stacja: Gdynia Główna. – Zaszumiał radośnie głośnik w pociągu SKM, a przynajmniej tak Dawid podejrzewał, gdyż, jak to już głośniki w pociągach SKM Trójmiasto mają w zwyczaju, zrozumieć się dało jedynie coś w stylu: szszszszacja szszszzsyniaszszszszówna.
Peron czwarty, tor siódmy twierdziła strona PKP, a więc zszedł Dawid po górce do podziemi dworca, odnalazł laską prowadnicę i, podążając wiernie za nią, po chwili znalazł się za halą główną. Peron drugi, trzeci, jest i czwarty.
Trzy przedziały schodów do góry i, jest i pociąg.

Powiadano później, że Słońce przygasło, temperatura spadła o dziesięć stopni, a na Wiśle zatrzymały się fale, gdy o godzinie 09:40 czasu polskiego z pociągu relacji Gdynia Główna – Warszawa Centralna wysiadał Dawid. Stolica trwała cicha i przerażona, gdy dotarło do niej, iż osobnik ten ma zamiar tu już wkrótce zamieszkać.

Skierował się Dawid w pierwszej kolejności na Politechnikę Warszawską, gdzie miał złożyć papiery mówiące, że, jak następuje:
Tak, nazywa się on Dawid Piotr Pieper,
będzie się, ha ha ha, uczył,
nie ma przeciwwskazań ku studiowaniu,
i tak, zgadza się na przetwarzanie danych ostojowych, znaczy osobowych, przez Policję, chwila chwila, Politechnikę Warszawską na potrzeby rezygnacji, to jest rekrutacji, a także kształtowania, kształcenia.
I tak dalej, i temu podobne.
TU podpisać, tam podpisać, jeszcze tu podpisać, a na dokładkę machnąć jeszcze tu podpisik. I dostał Dawid, jak myślicie, co dostał? Zaświadczenie o podjęciu studiów? Potwierdzenie? Nie! Dostał Dawid skierowanie w celu wyrobienia kolejnych papierów.

Tym jednak Dawid nie martwił się jeszcze, bo oto kolejne wyzwanie przed nim stanęło, odebrać Elanor, która nie wiedziała, gdzie jest, ale nieśmiało przebąkiwała, że miast w Warszawie wylądowała, zdaje się, w Pradze.

Chwila chwila… A co tu robi Elanor? A no to to jest póki co sekret.

Praga okazała się, na szczęście, Warszawą Zachodnią, gdzie też Dawid z babcią się spiesznie udali. Wpierw trzeba było kupić jeno bilety na pociąg, który to proces trwał ze względu na wysoką specjalizację pani sprzedającej, bagatela, pięć minut. Nie mówię o czasie stania w kolejce, tyle spędził Dawid przy okienku.

No więc, odebrawszy Elanor, wesoła gromadka – dwóch niewidomków i babcia – skierowała się obejrzeć przyszłe mieszkanko Dawida.

Przyspieszmy nieco jednak bieg wydarzeń, bo w tym tempie to ja tu zaraz książkę całą napiszę, a więc przejdźmy już do wieczora, gdy babcia już udała się na pociąg powrotny do Gdyni, gdy w domu Julity trwają trzy ponure postacie: Julita, Dawid, Weronika.
Czemu ponure, zapytacie?
Ponure, bo czekają na spóźnialskich, którzy, jakby to rzec, zapomnieli do czego służy zegar.

Ale, dość tych złośliwości, bo trza wezwać głównego bohatera tego przedstawienia, czyli Liptona.

Co się stało z tym Liptonem?
Czy się rozlał gdzie na stole?
Czy pobrudził mi koszulę,
czy Julicie rozdarł suknie?
Czy sprzątania wiele było?
Nie, tu mamy inne dziwo.
Taka bowiem jest historia,
że na nazwę, tak, Liptona,
stan głupawki osiągnięty,
Kamil, Maja, wszyscy biedni,
przez telefon trwa rozmowa,
a zrozumieć tu ni słowa!
Chociaż Monia humanistką,
choć jest Klaudi masażystką,
to w potoku słów i śmiechu,
dostrzec nikt nie może sensu.

Kiedy, jakimś cudem, porozumieć się udało, wreszcie ludzi się zebrało.
Wypadałoby więc właściwie powiedzieć, kto tam był: Elanor, jamajka, Julitka, klaudia27, Monia01, pajper, talpa171.
Spotkanie natury administracyjnej, choć na razie ustalenia pozostaną owiane mgłą tajemnicy.

Muszę tu zgłosić protest.
Julita zrobiła mi czekoladę, gorącą czekoladę, z której nawet zdążyłem upić kilka łyków. Dlaczego kilka, zapytacie?
Bo reszta znalazła się jakoś tak przypadkiem w żołądku Mai!

Przygód na ten dzień koniec to nie jest, bo z powrotem też sporo akcji było, ale o tym już rozpisywał się nie będę. Nie będę także się rozpisywał o tym, że nocowałem u Kamila i jakoś tak zasiedzieliśmy się do trzeciej, w nocy, bo oto wstaje kolejny, Słoneczny dzień.

Jako, że zaczynanie od początku już mnie znużyło, zacznę od środka, czyli od godzin wczesnego po południa, gdy zastała mnie godzina samego na stacji Świętokrzyska. Wsiadłem ja tam w pociąg na stację Ratusz Arsenał. Dlaczego tam?
Nie mam pojęcia, tak Kamil kazał, no to tam jechałem.

Cóż za zaskoczenie, gdy spotkałem tam jego, jak również Majkę, Klaudię i Weronikę. Wpadliśmy na genialny plan, by coś zjeść.
W sumie musiało to dla ludzi postronnych wyglądać bardzo ciekawie – piątka niewidomych, z których żaden nie ma pojęcia, gdzie jest restauracja, ale za to każdy ma pojęcie, gdzie zdecydowanie jej nie ma.
Jakimś cudem w postaci miłej pani udało nam się zjeść obiad.
Jak Polak głodny to zły, jak najedzony to leniwy. Gdy więc przyszło ELanor wracać do Żelaznej Chęci – czy jakoś tak – pozostawiłem z radością obowiązek jej odprowadzenia Kamilowi, sam zaś udałem się z Mają i Klaudią. W pierwszym planie mieliśmy pójść do kawiarni na Młocinach, jednakże plany te zostały bardzo szybko zrewidowane.
Zabawne, jak bardzo ciągnie mnie do Lasek zważywszy na fakt, iż nigdy ich uczniem nie byłem. No więc jakoś tak przypadkiem nagle znaleźliśmy się w Izabelinie.

Przy okazji muszę wspomnieć, że cieszę się tam niemałymi przywilejami, jak widać. Owiewają mnie z każdej strony historie, jak trudno jest tam wejść do internatu dziewcząt, jak to niełaskawie patrzą na to wychowawczynie, a mnie od razu pani spytała czy idę do grupy Klaudii. Jak widać bycie nienormalnym programistą-rakietmistrzem ma i swoje dobre strony.

Klaudi była tak uprzejma, że łaskawie zrobiła nam herbatę, owacje na stojąco!

Jak myślicie, z kim w całych Laskach najlepiej się plotkuje o szkole i niewidomych? Z uczniami? Dyrekcją? Nauczycielami?
A gdzie tam! Z siostrą Agatą!
No więc przeplotkowaliśmy… tak ze, eeee… godzinę czy więcej?

Potem już lecieliśmy z Klaudią i Mają na autobus, bo zaraz miał uciec. Lecieliśmy tak, że byliśmy przeszło kwadrans przed nim, a więc siedząc na przystanku rozmawialiśmy sobie radośnie o tym, jak to niebezpiecznie jest nocą na bezludziu. Dodam, że byliśmy nocą na bezludziu.

Wsiadłem ja do autobusu, pozostawiwszy dziewczyny nocą na wspominanym bezludziu, kierując się na Młociny, gdzie, z kolei, spotkałem się z Angeliką i Grzegorzem (Celtic1002, grzegorzm). Tą noc dane mi było spędzić u nich, wszyscy żyją!

Tu tematem przewodnim rozmów była kultura kaszubska i szanty.

I oto nastała niedziela, a Dawid spotkał się z Kamilem i Mają. Maja już tego dnia wracała do Żyrardowa, bo chodzi do tworu zwanego szkołą, kojarzycie coś takiego?
Najpierw jednak poszliśmy na pizzę, bo czemu nie?

Wróciwszy na dworzec Centralny i odprowadziwszy biedną Majkę do pociągu, zatroszczywszy się, by nie wpadła do gap between the train and the platform, co trudne nie jest zważywszy na fakt, że ta gap jest tak z pięć razy szersza niż Maja wysoka, udaliśmy się z Kamilem kupić bilet.
Tak, drodzy państwo, ja do tej pory nie miałem biletu powrotnego, bo nie wiedziałem, kiedy wracam, a raczej kiedy to wiedziałem, ale o której już nie.

Kupiwszy bilet na po południe następnego dnia, wpadliśmy na genialny pomysł, by odwiedzić Starówkę – jak się jest w Warszawie, trzeba korzystać, nie?

Wsiedliśmy więc do tramwaju.
– Przepraszamy… Czy ten tramwaj dojeżdża na Starówkę? – Zapytał Kamil.
– Tak, dojeżdża. – Potwierdziła jakaś pani.
Był tylko taki malutki problem. Nie dojeżdżał.

No dobrze, to wracamy, weszliśmy do innego tramwaju w przeświadczeniu, że wrócimy na Centrum. Nie wróciliśmy, wylądowaliśmy gdzieś na Stadionie Narodowym.

Skierowaliśmy się na metro, przejechaliśmy z pół drugiej nitki, przesiedliśmy się na Świętokrzyskiej.
Jeszcze tam się zgubiliśmy przy zmianie linii metra, ale to już nieważne, w końcu dotarliśmy do Centrum.
Tu przyszła pora na rewizję planów.

A trzeba wam wiedzieć, że uwielbiam gorącą czekoladę, tym czasem na Pomorzu to prawdziwy rarytas.
Kamil więc zaproponował szaleństwo, to jest wybranie się do oficjalnej Pijalni Czekolad Wedla. Why not?

Jak myślicie, dotarliśmy tam bez problemu? A gdzie tam, ale… nieważne.

Była czekolada? Była.

Wracaliśmy natomiast z bardzo miłą parą, która, jak się okazało, właśnie wybierała się do restauracji bez świateł, a w dodatku mieszka nieopodal Kamila. I kto tu uwierzy w zbiegi okoliczności?

Bez dalszych przeszkód wróciliśmy do domu Kamila. Tym razem zasnęliśmy koło czwartej w nocy.

Jest jeszcze do opisania poniedziałek. Jako jednak, że wtedy także wiele się działo, pozwolę sobie zrobić to w osobnym wpisie, tym czasem zaś pozostawię was poniedziałkowym porankiem na Młocinach, gdzie Dawid i Kamil się rozstali.

I podziękuję wszystkim spotkanym ludziom za wspaniały czas, a więc, lecim nickami, dziękuję: Celtic1002, Elanor, grzegorzm, jamajka, Julitka, klaudia27, Monia01, talpa171!
Dawno nie spędziłem tak cudownego czasu, jak w zeszły weekend!

12 uwag do wpisu “Chyba już tu byłem! – Czyli o Warszawie, Liptonie i Pizzy

  1. Naprawdę, tę zmianę linii metra, to już mogłeś w całej swojej łaskawości pominąć. 😛

    Suuuuuuper weekend. Proszę o głos i zgłaszam wniosek, że: chcę to powtórzyć. 😀

  2. Też wam zazdroszczę. Super, że tak miło spędziliście czas. No i świetnie opisujesz takie wydarzenia. Można się uśmiechnąć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *