Pieśń

Pieśń

Jak łza – bez skazy – trwała pieśń,
zasnuta mglistym świtem,
co skrywa gdzieś nieznaną treść,
unosząc się z błękitem.

Raz w górę w hymn, raz w tren znów w dół,
raz równo – szła – przed siebie,
a w tle jej gra trąb głośny chór,
i flety, wiolonczele.

I głośniej wciąż, i mocniej wciąż
rozbrzmiewa w nowe głosy,
i kroczy w przód, jej słowa lśnią,
jak krople białej rosy,
to w jasny dzień, to w ciemną noc,
nad ziemią w wietrze świszczy,
za pieśnią cień podąża w krok,
zagarnia ton jej w ciszy.
Kołysze się wśród nieba dróg,
wśród mórz nieznanych ludziom,
on zimny – ciepłej pieśni wróg
zawisły ponad chmurą.
Jak ptasi trel i mewy krzyk,
to znów w milczącej pustce,
mkną do kresu, choć cel gdzieś znikł
porwany przez wichurę.

I nagle błysk, w oddali skrzy
latarnia dróg nieznanych,
więc biegnie pieśń doń ile sił,
a cień krok w krok znów za nią.

I jaśniej już, znów głośniej brzmi
harmonią unoszona,
i chmury drżą i niebo grzmi,
a cień, umyka, z pola.

I szła tak pieśń, mocniejsza wciąż
i serca napełniła,
aż błysnął jej latarni krąg,
i jeden krok zgubiła:
Zajaśniał płomień jasny tak,
jak gwiazdy jeno świecą,
i strawił pieśń na zawsze tam,
gdzie tylko ptaki lecą.

I powstał cień, dziś wolny już
nad światem zapanował,
i śpiew zakuty w zimny lód,
milczeniem piękne słowa.

Czekam

Wiem, co sobie pomyślicie… Spokojnie, to nie tak. 🙂

Przybędziesz, powiedz, na mą wyspę?
Tu Słońce jasne skrzy w strumieniu,
na drzewach złote rosną liście,
nie chowa kraj się nigdy w cieniu.

Wciąż czekam twoich pierwszych kroków:
na piasku jasnym – cichych, lekkich;
wciąż czekam brzmienia twego głosu,
jak wśród fal – szumi – dawnej pieśni.

I wypatruję twego statku,
co za mgłą żagiel swój podniesie,
i nasłuchuję mewy wrzasku,
co wieść o Tobie mi przyniesie.

Tak, przyjdzie kiedyś dzień dla Ciebie,
że patrząc z masztu życia szczytu,
wyspę mą w dali gdzieś dostrzeżesz,
wpłyniesz na wody jej… niebytu.

Szara przystań

Chcecie słyszeć o nadziejach,
o miłości, ludzkich smutkach,
jak człek prosty zło zwycięża,
jak zło człeka w ziemię wkrusza.

O przyjaźni chcecie słuchać,
o wierności, męstwie, sile,
jak człowieka świat posłuchał,
jak człek ginie w świata pyle.

Mówić chcecie o rycerzach,
co szli dzielnie w szrankach stawać,
raz zdołali los okiełznać,
raz na zgubę los ich skazał.

Czytać chcecie i o magach,
co, dotykiem, jednym gestem
świat z popiołów mogą stwarzać,
grzebać mogą świat w popiele.

Śpiewać chcecie o żeglarzach,
co, poznawszy ląd nieznany,
raz wskazali go na mapach,
raz rozbili się o skały.

Na cóż jednak słowa, dźwięki,
na cóż słuchać o przeszłości,
na cóż tworzyć opowieści?
Przewróciwszy księgi strony,
zaraz wstaje jawa ciemna,
z cienia światy w cień pochłania,
gasną pieśni o marzeniach,
giną Statki w jej Przystaniach.

Morze

Patrzyłem na błękitną nić,
co biegła pośród skał,
gdzie promień Słońca jasny lśnił
na tafli białych fal.

Patrzyłem na jaskrawą toń,
tam senna czeka skra,
a jawę w wir porywa sztorm,
codzienność znosi wiatr.

Patrzyłem na szarości wód,
sekretny morza zew,
co niczym noc zagarnia znów
w ciemności jasny dzień.

Patrzyłem na lustrzany kwiat,
co refleks jasny niósł
na morzu pośród ostrych fal
z odległych wysp i wód.

I ciągnął mnie daleki świat,
bym z nim swój dzielił los
i płynąc tak, wśród światła gwiazd,
porzucił szary ląd.

Skleciłem więc maleńką łódź,
ująłem w dłoniach ster,
nie patrząc w przeszłość dawną już,
frunąłem odkryć pieśń.

Ukłonił się przede mną prąd,
wygładził się i szkwał,
milczeniem lecz jest morza głos
i ciszą piosnka fal.

Kto wie, ten wie…

Gdzie w Słońcu skrzy Wiślana nić
i złote trwają arkady,
marzenia swe pragnęła śnić
sprzątaczka na Dworcu Centralnym.

Bo gdzie horyzont kładzie cień
na kres niebieskich przestworzy,
najpiękniejsza czekała z wież,
nie sprzątają tu amatorzy!

I spoglądała skoro dzień
z za wzgórz się tylko wychylał,
i spoglądała kiedy zmierzch
gwieżdzistą kopułą rozbłyskał.

I śniła o wieżowcu tym,
co Varso będzie nazwany,
a w snach tych z mopem biegnie w zwyż,
szorować podłogi i ściany.

Lecz pragnień nie chciał ziścić czas,
wciąż na pociągi zerkała,
i czy to Kraków, czy to Gdańsk,
to łzami się zalewała.

Choć nawet o marzeniach jej
I Zegarynka słyszała,
tylko z uporem skalnych wież,
wciąż – która godzina – gadała.

I oto nowa błyska myśl,
jak fata zimne przebłagać,
by Zegarynki złamać szyfrr,
dyplom doktora ukazać.

Nie przeszkadzał jej nawet wiek,
ni niska emerytura;
wiedziała, że ją czeka cel:
Varso architektura…

Lecz ciepła los sprzątaczce tej
ukazać choć krztyny odmawiał,
tak więc już na obronie swej
umarła, biedaczka, na zawał.

Smutna Warszawę obiega wieść,
aż Varso się całe wzruszyło,
w ciszy płacząc, że marzeń kres,
kwiaty na grobie złożyło.

I płakał piekarz, co co dnia
jej chleb i masło sprzedawał,
płakał listonosz, co zaszczyt miał
sprzątaczce listy dostarczać.

Szlak

Płynąłem kiedyś na wskroś fal,
słuchając mew kwilenia,
a łódź mą nosił chyży wiatr,
śpiewając o nadziejach.
Mijałem klucze ostrych skał,
co w blasku Słońca lśniły,
gdzie pianę iskrzył gwiezdny blask
i rosy łzy tańczyły.
Widziałem też nie jeden ląd:
gdy kołoń przepływałem,
słyszałem jak nań śpiewa kos
i wiatr kołysze lasem.
A nocą, gdy zapadał cień,
ocean trwał milczący
i tylko z góry cienki sierp
rozjaśniał szlak w ciemności.

Widziałem nieraz cudzy maszt
niesiony z prądem fali,
ja jednak gnałem, bo mój kraj
czeka mnie gdzieś w oddali.
I choć wołali z różnych stron,
wzroku nie odwróciłem,
aż wśród ech zanikał głos
i znów samotny byłem.

Płynąłem tak za rokiem rok,
a czas wraz ze mną płynął.
Nie odnalazłem, gdzie czeka mój ląd,
a ludzie dziś mnie nie widzą.

Poranek

Dedykowane tym, dla których poranek oznacza kolejny, nudny dzień, a deszcz zakrywa świat.

Szedłem raz lasem wśród buków i brzóz,
wśród kwiatów słodko pachnących,
gdzie strumień chłodny w świetle rannych zórz
szemrał o dziejach minionych.

I patrzyłem na niebo, gdzie wśród chmur dalekich
most jest marzeń rzucony;
kładka ze wspomnień po nieznane brzegi,
po klify u krajów tęsknionych.

A w dole, gdzie woda lśniła krystaliczna,
spływając po kraj baśniowy;
wesoło pluskając, historie jawiła
o snach już dawno wyśnionych.

I Słońce, co wstało, na niebie zbudzone,
na świat spojrzało z uśmiechem,
zabłyskało bukom, ciepło dało brzozie,
a strumyk zakryło chmur cieniem.

I mijały tak dni, goniąc dawne czasy,
pluskając, szumiąc i kwitnąc,
aż do lasu owego przybyły raz wiatry,
cuda baśniowe w nim widząc.

Lekko zaszumiały, popychając chmury,
by światy ze sobą połączyć,
deszczem rzęsistym marzeń napełnić strumyk,
deszczem z za mostów baśniowych.